Ebenezer wyczuwał, że gardłując za włączeniem się w wojnę o Huntington lokował swą osobę w zdecydowanej mniejszości. Wielebny miał nieodparte wrażenie, że sam baron również poczuł głos Boży wzywający do udzielenia gregorianom chrześcijańskiego wsparcia, ale reszta kadry dowódczej ekspedycji albo zachowywała tchórzliwą neutralność albo wręcz otwarcie obnosiła się z kompletnym brakiem zrozumienia dla palącej potrzeby chwili.
- Kto powiedział, że musimy tędy wracać? - sarknął Vasquez podnosząc się ze swojego miejsca i wyzywającym gestem opierając ręce na biodrach - To by nawet przeczyło zdrowemu rozsądkowi. Miejscowi pewnie się będą tego spodziewali i mogą przygotować zasadzkę, czy ci gregoriani czy mutanci. Jedźmy dalej, a do Federacji wrócimy inną drogą.
- Popieram - odezwał się Fuller, który zaledwie chwilę wcześniej uparcie wstrzymywał się od wyrażenia własnej opinii - Sanitariusz dobrze gada. Nie znamy terenu, a walka w obcym mieście może się zmienić w jatkę. Zresztą nie znamy nawet szacunkowej liczebności tych drani i ich uzbrojenia.
- Broń automatyczna - wtrącił znienacka Wilson ściągając z ramienia wciąż wiszącego na nim kałasznikowa - Na zarzeczu dorwał nas patrol mutantów. To ich broń, a nie zabraliśmy wszystkiego.
Sutherland sięgnął po rzucony na stół AK-47, obrócił karabinek w rękach myśląc nad czymś ze zmarszczonym czołem.
- Otoczeni łaską Pańską, z wiarą w jego względy możemy zwyciężyć zdobywając sporo łupów - Radeford zmienił taktykę próbując odwołać się do wszechobecnej w szeregach ekspedycji chciwości - Broń i amunicja zawsze są w cenie...
- Celem wyprawy jest Lexington! - hegemon przerwał kaznodziei w obcesowy sposób, dla podkreślenia swych słów uderzając zaciśniętą pięścią w stół - Baronie, czyż nie tak?
Sutherland odwrócił głowę w stronę rozgniewanego południowca, z zaciśniętymi kurczowo szczękami i złowróżbnym błyskiem w oczach. Widząc wyrysowane na twarzy młodego arystokraty emocje Wilson cofnął się bezwiednie o jeden krok, podświadomie oczekując rychłego wybuchu wściekłości.
W pomieszczeniu zapadła przenikliwa, niebywale napięta cisza, a wzrok wszystkich skupił się w jednej chwili na osobie Sutherlanda. Bezceremonialne zachowanie Vasqueza - było nie było, obcego przybysza z Hegemonii - najwyraźniej zaskoczyło każdego uczestnika narady, ale powodem największego zdumienia stał się sam baron.
Znieruchomiały na chwilę arystokrata oderwał w końcu wzrok od oczu hegemona i przeniósł spojrzenie z powrotem na mapę.
- Priorytetem jest Lexington - powiedział szorstkim tonem, cały czas wpatrując się w rozłożony na stole drogowy atlas - Problemy Huntington nas nie interesują... przynajmniej na razie. Za dwie godziny wyjeżdżamy. Wykonać!