Atak czarnych korsarzy.
Zarówno wy jak i marynarze przygotowaliście się do nachodzącego starcia. Ludzie Zoriana posyłali ogniste strzały, ale jak na razie żadna piroga się nie zapaliła. Tranicos z bossońskim łukiem i Druss z kuszą oraz Zorian z arbalestem, wypatrywali znaczniejszych korsarzy, było około 10 z wiekszymi niż inni pióropuszami, ale ciężko było stwierdzić, który dowodzi. Więc próbowaliście zdejmować ich kolejno. Tranicos ma 4 strzały, Druss 3, Zorian 2 ale podwójne. (Tranicos zdjął jednego i zranił drugiego, Druss dobił tego co ranił Tranicos, raz chybił , a raz bełt trafił w tarczę. Arbalest Zoriana zmiótł dwóch, jedno pudło i nastąpiło zacięcie).
Rzut beczką z olejem, niestety w czasie rzutu nastąpił mocny przechył i beczka rzucona przez Drussa minimalnie chybiła pirogi, sam Cymeryjczyk przytrzymał się burty bo by wypadł do morza.
Słyszeliście już śpiew dzikich burzący krew w żyłach - barbarzyńskie zaproszenie do walki i rzezi.
Głosił pierwotną radość z rozlewu krwi. Zapowiadał, że wojownicy w pirogach nie będą brali jeńców, by sprzedać ich jako niewolników. Będą zabijać każdego, kto wpadnie im w ręce.
Między wioślarzami stali wojownicy, którzy potrząsali włóczniami w rytm śpiewu. Wyspiarze byli wysocy, o jaśniejszej skórze niż czarni z kontynentu. Ich nagie ciała lśniły od oliwy, jaskrawe wzory wymalowane na skórze mieniły się kolorami tęczy. Nosili wysokie pióropusze z barwnych piór, chwiejące się w takt melodii. Ich włócznie miały długie groty z topornie wykutego żelaza, dzięki nierównym powierzchniom jeszcze bardziej śmiercionośne. Ostrza połyskiwały złowieszczo w gorącym słońcu. Krótkie, grube drzewca były wycięte z hebanu.
Pirogi mknęły do przodu, pchane gwałtownymi, gorączkowymi pociągnięciami wioseł.
Rytmiczny śpiew przerodził się w dzikie okrzyki wojenne, kiedy czarni zorientowali się, że ich ofiara nie zdoła uciec. Łucznicy zaczęli strzelać, ale małe łuki nie nadawały strzałom z trzciny wielkiego impetu, więc lekkie tarcze marynarzy z łatwością zatrzymywały pierzaste pociski. Strzały z żaglowca przynosiły lepsze efekty, w łodziach piratów co chwilę rozlegał się krzyk i trafiony wojownik wypadał za burtę.
W każdej łodzi znajdowało się po około trzydziestu wojowników i gdyby wszyscy wdarli się na pokład, z pewnością pokonaliby obrońców. Gdy pirogi zbliżyły się na odległość kilku kroków, ze statku posypały się włócznie i kamienie.
Potem rozległ się trzask drewna, gdy dziób pierwszej pirogi uderzył w sterburtę Tygrysa. W tej samej chwili wysocy czarni włócznicy przeskoczyli nad relingiem, gdzie czekały na nich miecze i topory marynarzy. Ludzie krzyczeli, cięli i dźgali, krwawili i padali. Kołyszący się pokład stał się jeszcze bardziej zdradliwy, gdy pokryły go krew i wnętrzności wojowników.
Tranicos, Druss i Zorian wystrzelili ostatnie strzały i bełty, potem dobyli broni i zeskoczyli na niższy pokład, każdy na swoje miejsce.
Następna piroga dobiła do burty i Cymmerianin rzucił się do strzaskanego relingu, aby odeprzeć piratów. Pierwszy, który spróbował wedrzeć się na pokład, miał krótką pelerynę z lamparciej skóry i szkarłatny pióropusz. Wzniósł wysoko włócznię, ale zanim zdążył uderzyć, Druss rzucił toporkami powalając go.
Gdy inni próbowali dostać się na pokład,
topór Drussa, miecze Tranicosa, sejmitary Vanko i miecz Zoriana walczącego w murze tarcz zbierały krwawe żniwo.
Chen Shu polował samotnie, skacząc a masztu lub atakując na linie, jedna z jego akcji spowodowała, ze jakiś korsarz kopnięty wypadł za burtę W powietrzu latały odcięte głowy i ręce na pokładzie byłą krew i wyprute wnętrzności.
Pirogi oblepiły burty i piraci wdarli się na statek. Obrzydliwe mlaskanie mieczy i siekier rozcinających nagie ciała mieszało się ze śpiewem wojowników, którzy czekali w pirogach na okazję do zadawania albo poniesienia śmierci.
Tego dnia ludzie nie byli jedynymi drapieżnikami na morzu.
Trójkątne płetwy cięły wodę, gdy wygłodniałe rekiny pędziły w kierunku okrętu. Krew przyciągnęła drapieżne ryby, gromadzące się wokół tak, jak sępy i kruki zbierają się na lądzie wszędzie tam, gdzie toczy się bitwa.
Dwóch przedsiębiorczych marynarzy skoczyło do ładowni i wróciło z olbrzymim balastowym kamieniem. Gdy towarzysze zrobili im miejsce przy relingu, cisnęli go na środek najbliższej pirogi. Ciężki głaz strzaskał cienkie drewniane dno i łódź zaczęła nabierać wody. Wojownicy z tonącej pirogi zaczęli krzyczeć, nie z lęku przed głodnymi rekinami, ale z wściekłości, że umierają bez szansy zabicia wroga. Marynarze wrzasnęli z radości, kilku rzuciło się pod pokład po następne kamienie.
Chen Shu odszedł od relingu, by przez chwilę odetchnąć i sprawdzić sytuację na pokładzie. Kilku żeglarzy zajęło jego miejsce, gdy tylko się cofnął. Zobaczył kapitana, który rąbiąc napastników toporem, wesoło podśpiewywał vanirską pieśń wojenną. W walce jeden na jednego marynarze mieli przewagę nad zawziętymi, ale słabo uzbrojonymi piratami. Groźna była jedynie liczba wrogów.
Chen Shu wskoczył na rufę, gdzie znalazł
Drussa, Ulfila i Springalda, którzy pilnowali zejścia pod pokład. Teraz zrozumiał, dlaczego Ulfilo zignorował jego radę dotyczącą pochwy. Aquilończyk walczył, nie odrywając stóp od pokładu. Gdy wymachiwał wielkim mieczem i robił uniki przed śmiercionośnymi włóczniami, jego nogi i ciało wyginały się płynnie, ale stopy tkwiły nieruchomo. Zadawał ciosy potężne i celne. Wyglądał imponująco. W pobliżu był Springald, który zręcznie władał swoim krótkim mieczem o plecionej gardzie.
Chen Shu spotykał już uczonych-wojowników i wiedział, że nauka w żaden sposób nie osłabia człowieka, chyba że sam tak postanowi. Mól książkowy walczył nie ponuro jak Ulfilo, nie zaciekle jak Cymmerianin, ale przebiegle i z uśmiechem na krągłej, inteligentnej twarzy. Chen Shu wyszczerzył zęby na ten widok.
Ci trzej, strzegący Malii, nie potrzebowali jego wsparcia.
Po wyeliminowaniu jednej pirogi obrona stała się trochę łatwiejsza.
W chwili gdy Chen Shu o tym pomyślał, zobaczył marynarza przebijanego włócznią na wylot. Zabójca wskoczył na pokład i z triumfalnym wrzaskiem wyciągnął drzewce z martwego ciała. Wzniósł broń wysoko, by przeszyć następnego obrońcę, gdy miecze Chen Shu zakreśliły w powietrzu błyszczący łuk i rozpłatały mu głowę. Ostrze weszło głęboko, aż do mostka, tak że Khitajczyk, musiał pchnąć nogą ciało wojownika, by uwolnić miecz.
Gdy czarny upadł, Chen Shu zeskoczył do pirogi i zamachnął się swymi mieczami.
Skrwawiona stal Kitajczyka zataczała dzikie poziome półkola, tnąc za każdym razem ciało, kości i wnętrzności, zbryzgując morze deszczem purpurowych kropel. Marynarze zawyli z radości i poszli w jego ślady. Wycinali sobie drogę z jednego końca pirogi na drugi jak śmiercionośni drwale. Czarnoskórzy walczyli do ostatniego człowieka, woląc śmierć od stali niż w zębach rozszalałych rekinów, które ubijały wodę na różową pianę.
Chen Shu, i inni jacy zeskoczyli do pirogi, wrócili na pokład Tygrysa w sam czas,
by zobaczyć, jak pozostałe pirogi z przetrzebionymi załogami rzucają się do ucieczki.
Żeglarze wznieśli dziki okrzyk i triumfalnie potrząsnęli skrwawionym orężem. Przez chwilę Wulfrede krążył wśród nich, składając gratulacje, potem powrócił do prac związanych z dalszą podróżą.
-
Do roboty! - wrzasnął w doskonałym humorze. - Rzucić zabitych za burtę. Niech paru ludzi przyniesie kubły i zmyje krew z pokładu, zanim zaschnie. Ranni na rufę, do opatrzenia ran.
Złóżcie broń w skrzyniach, oczywiście po oczyszczeniu i natarciu oliwą.
Ludzie wesoło wypełnili jego rozkazy, najwyraźniej wcale nie zasmuceni losem poległych kamratów. Po paru minutach pokład błyszczał jak nowy, a statek ponownie płynął swoim kursem. Kuk okrętowy rozpalił ogień i podgrzał garnek ze smołą do najcięższych okaleczeń, podczas gdy żaglomistrz przygotowywał igłę i nici dla marynarzy, których rany potrzebowały szycia.
Chen Shu wspiął się na maszt i spojrzał wzdłuż kilwateru. Czarny żaglowiec nadal podążał ich śladem, zachowując stałą odległość. Najwyraźniej w czasie walki z piratami strymował żagle. Chen Shu zobaczył, jak reja wznosi się na maszcie, a wielki żagiel wydyma na wietrze. Zaklął pod nosem, nie mogąc zrozumieć, o co chodzi prześladowcy. Jeśli chciał zaatakować, teraz nadeszła odpowiednia chwila, gdy zmęczony po bitwie Tygrys Morski wylizywał rany. Ale nieznajomym nie zależało na zmniejszeniu odległości. Chen Shu zsunął się z masztu i poszedł na rufę, gdzie znalazł Aquilończyków. Ulfilo i Springald, którzy wcześniej walczyli bez trwogi, teraz pobledli na widok niedbałego sposobu, w jaki marynarze pozbywali się poległych.
- Tak po prostu rzucają swoich towarzyszy rekinom? - zapytał z oburzeniem Ulfilo. - Nie mają bogów ani rytuałów dla tych, którzy odeszli? Nie boją się prześladowania przez duchy zmarłych?
-
Tam, skąd pochodzą, zapewne mieli - odrzekł Druss. - Nie wątpię, że przestrzegali obyczajów i odprawiali rytuały związane z grzebaniem zmarłych i uspokajaniem duchów. Jednak teraz nie mają ojczyzny. Dla żeglarzy morze jest odpowiednim grobem. Jeśli ich zapytasz, większość odpowie, że rekiny są sługami morskich bogów, które przyjmują ofiary z żeglarskich żywotów, a martwi udają się na spoczynek na dno morza. Marynarze mają wiele wierzeń, niektóre mogą się wydawać dziwne, ale nie ma w nich miejsca na lęk przed śmiercią. Na morzu śmierć jest czymś zwyczajnym, a dożywanie sędziwego wieku niezwykłym osiągnięciem.
-
Fascynujące - stwierdził Springald. - A ty, Drussie? W co wierzysz?
- Cymmeria jest krajem leżącym w głębi lądu i my, jej mieszkańcy, nie mamy wierzeń czy tradycji dotyczących morza.
Naszym jedynym bogiem jest Crom z Góry. Crom niewiele dla nas robi, żywych czy martwych, jedynie daje życie i waleczne serca. My, mając te dary, pragniemy zachować je jak najdłużej. Nie ma znaczenia, czy umieramy na lądzie, czy na morzu.
- Ponura filozofia wybitnie ponurego ludu.
- Chodź - powiedział do Springalda Ulfilo, znudzony tematem. - Zejdźmy na dół oporządzić broń i zbroje. Nic tak nie niszczy świetnej stali jak krew, a poza tym chcę oczyścić ubranie.
-
Wieczny żołnierz, prawda, szwagrze? - zapytała wchodząca po schodach Malia.
- A jakżeby inaczej? - zapytał Ulfilo, odporny na ironię.
Obaj Aquilończycy zniknęli pod pokładem.
- Mój szwagier jest dobrym człowiekiem, aczkolwiek trochę sztywnym i całkowicie pozbawionym poczucia humoru. - Malia omiotła statek wzrokiem. - Nikt by nie odgadł, że na tym okręcie ledwie pół godziny temu miała miejsce krwawa jatka. Wygląda tak samo, jak przed starciem z piratami!
-
Wulfrede dba o swój żaglowiec - powiedział Druss - a piraci byli zbyt złaknieni krwi, by dobrze wykonać swoją korsarską robotę.
- Co przez to rozumiesz?
-
Czarnoskórzy wpadli w szał bitewny. Gdyby byli mądrzejsi, kilku mogłoby wedrzeć się na pokład z siekierami i pociąć takielunek oraz strzaskać koło sterowe. Wtedy zostalibyśmy unieruchomieni na wiele godzin, a oni mogliby wrócić na swoją wyspę, zabrać posiłki i nas wykończyć.
Zadrżała na tę myśl.
- Dziękuję Mitrze, że nie pobłogosławił ich taką dalekowzrocznością. - Nie po raz pierwszy przyjrzała się uważnie Drussowi. - Słyszałam twoją rozmowę z moimi towarzyszami. Nie pierwszy raz Springald powiedział, że
Cymmerianie słyną z ponuractwa. A jednak ty jesteś inny: posępny i skłonny do milczenia przez długi czas, ale gdy humor ci dopisuje, potrafisz się śmiać głośno i zaraźliwie.
- Jestem niepodobny do reszty moich rodaków. Cymmerianie są największymi w świecie wojownikami, ale życie wśród nich jest nad wyraz nudne. Pogardzają luksusami i wygodą, nienawidzą opuszczać kraju i życia wśród obcych. Ja byłem inny od najwcześniejszych lat.
- To znaczy?
-
Od dziecka lubiłem słuchać opowieści podróżujących kupców i tych nielicznych Cymmerian, którzy walczyli w innych krajach. Tęskniłem za widokiem wielkich miast i podróżami po dalekich krainach. Potrafię znosić ciężkie życie w obozowiskach i walczę ze szkarłatną furią, w czym jestem podobny do moich rodaków. Ale nie mogę przebywać zbyt długo w jednym miejscu, opanowuje mnie bowiem żądza dalszej wędrówki. Poza tym lubię świetne wino, dobre jadło i dźwięk muzyki. - Popatrzył na nią równie otwarcie jak ona. - I delikatne kobiety, które pachną wonnościami, nie dymem z torfowych ognisk. Tym różnię się od moich pobratymców.
Obdarzyła go uśmiechem.
- Cieszę się, że to usłyszałam - rzuciła mu na pożegnanie to dwuznaczne stwierdzenie i odeszła.
Gdy tylko jej białe włosy zniknęły pod pokładem, pojawił się Wulfrede. Obaj mężczyźni zaczęli przechadzać się po rufie i rozmawiać ściszonymi głosami.
-
Jak wypadł rzeźnicki rachunek? - zapytał Chen Shu.
-
15 ludzi zginęło na miejscu - odparł Wulfrede - a
ośmiu dalszych może nie przeżyć nocy.
- Niewielu w porównaniu z łaźnią, jaką sprawiliśmy korsarzom, ale na tych wodach nie możemy uzupełnić załogi.
- Tak. Nie możemy wplątać się w żadną bijatykę przed dotarciem do celu.
-
Czarny żaglowiec w dalszym ciągu trzyma się za nami.
- Widziałem. Jest tak, jak myślałem. To tylko jakiś kupiec, który myśli, że odkryliśmy bogate tereny. Prawdopodobnie będzie rozczarowany, gdy odkryje, dokąd zmierzamy - rzekł ze śmiechem Wulfrede.
Jednak Chen Shu miał co do tego poważne wątpliwości.
Kostkologia:
Tranicos z łuku zdjął 1, a w walce wręcz zabił 4 korsarzy, odniósł 5 trafień, w tym 1 ranę lekką. Druss z kuszy zdjął 1, a w walce wręcz zabił 6 korsarzy, odniósł 6 trafień, w tym 1 ranę lekką. Zorian powalił 3, dostał 4 trafienia za murem tarcz, ale nie odniósł rany. Chen Shu pokonał 5, dostał kilka trafień, i ranę nogi. Vanko z Vasquezem stanowili zgrany duet, sejmitary Vanko wysłały 5 czarnych w zaświaty, Vanko dostał 3 trafienia i 1 ranę lekką. Umo powalił 4, przegrał zakład z Drussem. Nikt z waszych nie zginął. Macie 15 zabitych, liczba ta dojdzie do 20, albo i nieco więcej, bo kilku ma bardzo poważne rany.