PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 20 marca 2014, 16:05

Nie mam absolutnie żadnego żalu co do tej beczki mistrzu;). Co do Uma...to powiedzmy że zgarniam nagrodę z uśmiechem, tylko po to żeby mu ją oddać po chwili za to że dobrze walczył razem z moimi 10 lunami z zakładu, niech się chłopak trochę pogubi w moich intencjach;).

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 20 marca 2014, 17:52

Tranicos standardowo opatruje rannych i wygłasza parę quasi-filozoficznych mądrości o życiu.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 20 marca 2014, 18:05

Procjon rozumiem brak czasu.
Ale chciałbym aby Twoje posty zawierały jedno, dwa lub kilka zdań w trybie fabularnym, a nie niemal tylko i wyłącznie krótkie jednozdaniowe, wzmianki w trybie technicznym.
Ostatnio zmieniony 20 marca 2014, 18:41 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 20 marca 2014, 18:14

Kilka dni później.
Czarne wybrzeże.

Zielonkawe fale rozbijały się na poszarpanych skałach, przypominających zęby morskiego potwora toczącego pianę z pyska. Wulfrede stał przy kole sterowym. Nie ufał nikomu na tyle, by złożyć w cudze ręce sterowanie Tygrysem Morskim podczas tego niebezpiecznego przejścia. Chen Shu stał na dziobie z doświadczonym marynarzem. Obaj trzymali poznaczone węzłami linki z ołowianymi ciężarkami, i za pomocą tych prostych przyrządów mierzyli głębokość wody. Robili to na przemian; gdy jeden wyciągał swoją sondę, drugi rzucał, dzięki czemu przerwy między pomiarami były niewielkie.
- Dwa sążnie - zakrzyknął śpiewnie marynarz. Pochodził z Czarnego Wybrzeża i twierdził, że zna te wody. Wzięli go wraz z paroma innymi, aby zastąpić ludzi poległych w potyczce z piratami. Nowi marynarze należeli do plemienia Lua, w porównaniu z Kushytami stosunkowo pokojowego, i cieszyli się reputacją zręcznych żeglarzy. Zwyczajowo zaciągali się na zmierzające na południe statki, które opuszczali w drodze powrotnej.
- Sążeń i pół - zawołał Chen Shu.

Marynarze stojący przy relingu zachowywali milczenie. Majaczące w pobliżu skały były groźniejsze od piratów. Tygrys Morski miał mniej niż sążeń zanurzenia, ale nawet niewielka skalista ostroga, stercząca z dna na dwie czy trzy stopy, mogłaby rozpruć poszycie statku od dziobu do rufy i spowodować natychmiastowe zatonięcie. Nawet dobry pływak nie miałby szans na uratowanie się z idącego na dno okrętu.
Drżenie przebiegło przez statek. Linka z ciężarkiem wypadła z rąk marynarza, jak gdyby została uwięziona między dnem statku i czymś poniżej. Żeglarze i pasażerowie zacisnęli zęby. Po chwili drżenie ustało.
- To tylko piaszczysta łacha - powiedział Wulfrede. - Poznalibyśmy, gdyby to była skała. - Mówił lekkim tonem, ale twarz miał zlaną potem wcale nie z powodu upalnego poranka.

Chen Shu wyciągnął sondę.
- Sześć sążni! - krzyknął z szerokim uśmiechem.
Wszyscy zaczęli znowu normalnie oddychać. Minęli skalną barierę i wpłynęli na głębokie wody laguny. Wulfrede otarł pot z czoła i przekazał ster marynarzowi.
- Nie powtórzę takiego przejścia za żadne pieniądze!
- Będziesz musiał, przynajmniej jeszcze raz - zauważył Springald. - Jak inaczej chciałbyś opuścić to miejsce?
- Będziemy tutaj przez jakiś czas - rzekł Wulfrede. - Wyślę szalupę z sondą i znajdę bezpieczniejszą drogę. Tutaj mogłaby nas zabić niewielka skała.
Szeroka i spokojna laguna graniczyła z plażą białego piasku, za którą wyrastała ściana gęstej dżungli. Zielona roślinność błyskała w porannym słońcu. Wokół panowała cisza, ale Chen Shu wiedział, że to jedynie z powodu odległości dzielącej ich od brzegu. Dżungla nigdy nie milczy, zawsze rozbrzmiewa śpiewem ptaków, bzyczeniem owadów i krzykiem ofiar drapieżników. Znad laguny dobiegał cichy szum fal rozbijających się o odległe rafy.

Aquilończycy przyłączyli się do Drussa, który przyglądał się linii brzegowej.
- Nie widzę oznak życia - zagadnął Springald. - Nie ma łodzi na brzegu, nie ma chat ani śladu dymu nad dżunglą.
- Nie dajcie się zwieść - ostrzegł Druss. - Borana są tutaj, i nawet w tej chwili nie spuszczają nas z oka. Wygasili ogniska, gdy tylko zobaczyli statek. Teraz nas oceniają.
- Pod jakim względem? - zapytała Malia.
Druss uśmiechnął się do niej.
- Jako kolację.
- Wielu z tej bandy jest zbyt łykowatych i żylastych - rzekł ze śmiechem uczony. - Chociaż Malia na pewno jest smakowita.
- Nie myśl o mnie jak o pożywieniu dla ludożerców - oburzyła się dziewczyna.
- To nie jest stosowne - zgodził się Ulfilo.

- Na Ymira - wtrącił Wulfrede - nie chcieliśmy być niestosowni, prawda?
- Jak dostaniemy się na ląd? - zapytał Springald.
- Najpierw wyślemy łódź z paroma ludźmi, uzbrojonymi po zęby, ale z towarem - odparł kapitan. - Krajowcy muszą zobaczyć, że jesteśmy silni, ale nie chcemy, aby brali nas za piratów czy łowców niewolników.
- Będziesz w pierwszej łodzi? - zapytał Ulfilo.
Van pokręcił głową.
- Przede wszystkim liczy się okręt.

- Tak - potwierdził Chen Shu. - Na brzegu może czyhać niebezpieczeństwo i kapitan musi pozostać na statku, dopóki nie upewni się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja popłynę w pierwszej łodzi.
- Będę ci towarzyszył - zadeklarował Springald. - Chciał- bym poznać tych ludzi i ich kraj.
- Jak chcesz, ale bądź przygotowany na kłopoty.
- Jestem, od czasu opuszczenia Aquilonii.
Kiedy żaglowiec stanął na kotwicy, wybrani marynarze zabrali broń i popłynęli w stronę plaży. W dalszym ciągu nie było ani śladu tubylców. Na dziobie Chen Shu i Springald usadowili się na skrzyni z towarem na handel. Aquilończyk jak zwykle zabrał sakwę z księgami. Sześciu doświadczonych marynarzy siedziało przy wiosłach, siódmy przy sterze. Wszyscy byli uzbrojeni.

- Tam jest rzeka. - Springald wskazał przerwę między drzewami, skąd leniwy strumień wynosił zielone błoto do zatoki. - Nie wygląda to zachęcająco.
- Lepiej niż w czasie mojego ostatniego pobytu - oznajmił Chen Shu. - Wtedy był niższy poziom wody. Być może będziemy mogli pić bez konieczności wielokrotnego filtrowania.
- Mam nadzieję, Chen Shu - powiedział sternik. - Beczułki są już prawie puste.
Ktoś chce popłynąć na brzeg z Chen Shu, Springaldem i kilkoma marynarzami?
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:26 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 20 marca 2014, 19:58

Pora rozprostować kości. -zamorianin wyprężył się niczym kot szelmowsko uśmiechając się przy tym. Puścił oko do Malii, po czym gwizdnął na trójkę swych ochroniarzy.

Vasquez- tym razem zostaniesz. -oświadczył głośno, nachyliwszy się do ucha najemnika dodał: Dopilnuj, by w razie awantury nie zostawili nas na brzegu.

Wy zaś nareszcie się rozerwiecie, przy okazji zobaczę coście warci. -rzucił ku dwójce zamaskowanych najemników.

Miał nadzieję, że tym sprytnym kłamstwem uśpił czujność reszty, w głowie jego bowiem kłebiły się całkiem odmienne myśli.

To dzika ziemia, więc i niewolnicy byliby sporo warci, a i użyteczni. Najlepiej będzie ocenić ich siłę i umiejętności handlu z bliska. -myślał spoglądając się ku lądowi.

A i nie zaszkodzi wziąć paru świecidełek na wymianę. -rzucił ku kompanom.
Ostatnio zmieniony 21 marca 2014, 02:11 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 20 marca 2014, 21:44

Druss też się zabierze, chce zdobyć rozeznanie o okolicy osobiście.

Dla MG
Spoiler!
... I mieć oko na pewnego poganiacza niewolników żeby nie zepsuł nam kontaktów z miejscowymi na samym początku.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 20 marca 2014, 21:53

- Gomez, zostajesz. Przypilnuj naszych ludzi, by zbytnio nie rozrabiali - powiedział Zorian, nakładając zbroję i szykując się do wyprawy. Tarcza, miecz, bukłak z winem i arbalest, który ostatnio dosyć przykro zawiódł weterana. Z drugiej strony nie liczył zbytnio na konfrontacje bezpośrednią z tubylcami; a przynajmniej nie teraz.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 21 marca 2014, 10:52

Ruszają: Chen Shu, Tranicos, Springald, Vanko i jego 2 zamaskowani najemnicy, Druss, Zorian i 6 marynarzy.
Cel: zwiad, i zdobycie słodkiej wody oraz nawiązanie handlu i kontaktów z tubylcami.
Zorian: Czarny żaglowiec trzyma dystans, ale ciągle płynie za Wami. To raczej ten co był zakotwiczony pzry nadbrzeży w Khemi, tamtejszy karczmarz zaś twierdził, ze taki okręt nie istnieje.
Czekam na deklaracje Tranicosa do jutra do 10 rano :P
Ostatnio zmieniony 21 marca 2014, 19:10 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 21 marca 2014, 19:03

Sorry, jestem wielce zagoniony przez ostatnie dni.
Tranicos sprawdził czy lotki i groty strzał dobrze się trzymają, miecz dobrze chodzi w pochwie, a łuk ma naciąg jak trzeba. Wspiął się do połowy wysokości masztu obejrzeć okolicę pod kątem innych statków i znaków zapowiadających zmianę pogody, a następnie zsunął się na dół i wylądował obok reszty z uśmiechem, mówiąc:
- Idę z wami.
Poproszę o jakieś informacje na temat tego co zaobserwowałem (chmury, wiatr, spodziewane zmiany pogody, obiekty na horyzoncie).

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 21 marca 2014, 19:08

Co do pogody, nie powinno być żadnych wichrów, ani ulewy. Spokojnie raczej to wygląda.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 21 marca 2014, 19:11

Czarne wybrzeże.

Kiedy stępka łodzi dotknęła piasku, mężczyźni wyskoczyli i wyciągnęli szalupę na plażę. Tranicos dostrzegł morskie glony na piasku i wskazał miejsce poza nimi.
- Wyładujcie wszystko tutaj - poinstruował - poza zasięgiem fal.
Marynarze zrobili, jak kazał, a potem rozpostarli koce i podnieśli wieka skrzyń. Wkrótce wyłożyli różnobarwne paciorki, zwoje miedzianego i brązowego drutu, sztabki żelaza, noże, topory, dzwonki, farby i bele kolorowego materiału.

- Co teraz? - zapytał Springald.
- Teraz czekamy - odrzekł Druss.
- Mógłbym przeprowadzić mały rekonesans. - Tranicos popatrzył tęsknie na drzewa.
- Nie, dopóki dokładnie nie poznamy zamiarów tubylców.
Marynarze nerwowo, z bronią w pogotowiu, czekali, co się wydarzy. Chen Shu stał z założonymi rękami, nieruchomy niczym posąg. Nie musieli długo czekać. W jednej chwili dżungla była spokojna, w następnej zauważyli nagłe poruszenie wśród drzew. Ludzie aż krzyknęli ze zdziwienia.
- Na Mitrę! - szepnął Springald, gdy przed nimi zmaterializowała się setka wojowników. - Skąd oni się wzięli?
- Byli tu przez cały czas - powiedział Chen Shu. - Dostrzegłem ich wkrótce po wylądowaniu. Podobnie jak Piktowie, są mistrzami w sztuce krycia się w cieniu i pozostawania w absolutnym bezruchu. Dla kogoś nie przyzwyczajonego, między drzewami są niewidoczni.
Tam, gdzie przedtem była jedynie ściana zieleni, teraz stali mężczyźni dzierżący włócznie i długie tarcze. Różnili się od piratów z wysp; krępi, muskularni, średniego wzrostu, mieli bardzo ciemną skórę i ogolone głowy. Ich ciała pomalowane były w brązowe i zielone pasy, dzięki czemu mogli się lepiej kryć w dżungli. Podchodząc łypali podejrzliwie oczami zza tarcz.
- Jesteśmy martwi! - zduszonym głosem krzyknął jeden z marynarzy.
- Cisza - uspokoił go Druss. - Są zaciekawieni i pewni swej siły. Gdyby ostatnio byli tu łowcy niewolników, Borana podnieśliby krzyk i zaczęli ciskać w nas włóczniami. Niech nikt nie wyciąga broni, a być może wszystko pójdzie jak po maśle.
Szereg wojowników zatrzymał się dziesięć kroków przed nimi, kilku podeszło bliżej. Byli to starsi ludzie z wieloma bliznami i ozdobami, najwyraźniej wodzowie. Zignorowali białych i podeszli do koców z towarami. Wskazując niektóre przedmioty, wymieniali po cichu uwagi. Zorian przyglądał się pozostałym wojownikom. Wyglądali groźnie, ale ich zachowanie nie sygnalizowało niebezpieczeństwa. Wiedział, że ci ludzie zwyczajowo przewracają oczami i szczerzą, zęby tuż przed przystąpieniem do ataku. Nie okazywali lęku. Oznaczało to, że pośród drzew kryje się więcej wojowników, a ci są jedynie zwiadowcami. Na razie wszystko szło dobrze. Można było przystąpić do wymiany towarów i przejść do następnego etapu ekspedycji.
- Kto mówi kupieckim językiem? - zapytał Druss w uproszczonym kushyckim, który na całym Czarnym Wybrzeżu służył jako język handlowy.
Starsi wojownicy zwrócili się w jego stronę.
- Ja mówię - powiedział mężczyzna, który miał wymalowane białe koła wokół oczu. - Jestem Ashko, wódz Borana znad Zielonej Rzeki. Przybyłeś handlować czy walczyć i brać niewolników? Na słowa o łapaniu niewolników oczy Vanko się zaświeciły, jednakże mordercze spojrzenia Zoriana i Drussa, spowodowały, że Vanko nic nie powiedział.

- Widzisz nasze towary. Mamy ich więcej na pokładzie statku. Jeśli obiecasz pokój, przywieziemy je.
- Czego chcesz w zamian?
- Wiesz, czego chcemy: kości słoniowej, piór, złota, o ile je posiadasz, skór, szlachetnych kamieni i tak dalej.
- Niewolnicy? - dociekał wódz. - Mamy wielu jeńców na sprzedaż.
- Nie tym razem.
- Dobrze. - Ashko pokazał w uśmiechu spiłowane zęby. - Masz moje słowo. Będziemy handlować w pokoju, dopóki nas nie obrazisz lub nie będziesz próbował użyć przemocy. - Wyciągnął ręce i uścisnęli sobie z Drussem nadgarstki. - Roześlę wieści do sąsiednich wiosek.
Czarni wojownicy odprężyli się nieco i podeszli, aby obejrzeć kupieckie dobra.
- Chyba wszystko idzie dobrze - odezwał się Springald. Jego czoło błyszczało od potu.
- Tak, jak na razie - powiedział Druss. - Zrozumiałeś, o czym mówiliśmy?
- Mniej więcej. - Przygotowując się do podróży w głąb lądu, Aquilończycy uczyli się kushyckiego od nowych żeglarzy.
- Uważaj - ostrzegł Cymmerianin. - Wszystko może się zmienić w jednej chwili. Obietnica dana obcym nic nie znaczy na tym wybrzeżu. Ich słowo jest wiążące jedynie wewnątrz szczepu.
- Rozumiem. Więc jest niedobrze?
- Nie wiadomo. Musimy mieć więcej dowodów.
- Co więc robimy?
- Poczekamy.
W ciągu godziny z dżungli wylał się strumień tubylców z pobliskich wiosek. Starcy, kobiety z niemowlętami na ręku i małe dzieci, które trzeba było odganiać od kolorowych świecidełek.
- Oto nasze dowody - oznajmił Vanko. - Nie byłoby tutaj kobiet i dzieci, gdyby zanosiło się na walkę.
Wkrótce na plaży zrobiło się tłoczno. Rozpoczęto przygotowania do wielkiej uczty. Jeńcy, skuci łańcuchami i pilnowani przez wojowników, wykopali w piasku ogromne palenisko. Wkrótce zatańczyły w nim płomienie i kucharze przygotowali mięso na pieczeń. Wraz ze stosami owoców i placków z grubo mielonej mąki pojawiły się dzbany z miejscowym winem i piwem.
W ostatniej łodzi przypłynęli Wulfrede, Malia i Ulfilo. Van się rozpromienił, gdy zauważył wyłaniający się z lasu sznur tragarzy. Niektórzy uginali się pod ciężarem wielkich kłów, inni nieśli na głowach belki cennego drewna. Wulfrede podszedł do Drussa.
- Widzę, że wszystko kontrolujesz. Ta podróż może przynieść ogromne zyski, nawet jeśli nie odnajdziemy tego zaginionego brata.
- Nie przybyliśmy tutaj dla zysków - wtrąciła Malia. - Musimy odnaleźć mojego męża.

Tubylcy gapili się na Aquilonkę, dziwiąc się jej białym włosom i wyjątkowo jasnej skórze. Kobiety pocierały jej ręce, aby sprawdzić, czy Malia nie jest pomalowana białą farbą. Znosiła to z arystokratycznym spokojem.
- Cóż, mnie przygnała nadzieja na zbicie majątku - odpowiedział jej Wulfrede.
- Musimy zapytać ich o Rogi Shushtu - rzekł Springald.
Wulfrede potrząsnął głową.
- Nie. Najpierw trzeba ich uspokoić i zająć się czymś, czego się spodziewają - handlem. Później możemy, a nawet musimy, wspomnieć o ekspedycji, bo potrzebujemy tragarzy. Na razie zapytamy ich tylko o źródło czystej wody, w przeciwnym razie powali nas gorączka.

- Już pytałem - rzekł Chen Shu. - Godzinę drogi w górę rzeki jest strumień, który wypływa z pobliskich wzgórz. Woda w nim jest czysta i słodka.
- To dobrze. Dzisiejszej nocy będziemy świętować z naszymi nowymi przyjaciółmi. Rano wyślemy łódź, żeby ludzie napełnili beczułki. Po południu, kiedy wszystkich przestanie męczyć pragnienie i ból głowy, wynajmiemy tragarzy do podróży w głąb lądu. - Van odszedł, rozmawiając z wioskowymi kacykami. Musiał poczynić przygotowania związane z rozdawaniem podarków dla starszyzny.
- Musimy zapytać o mojego brata - powiedział Ulfilo.
- Później, w czasie uczty - zadecydował Wulfrede. - Gdy wino zaszumi im w głowach i poprawi humory. Ale już teraz mogę ci powiedzieć, że nie widzę śladu jego statku. Być może twojego brata spotkało jakieś nieszczęście zaraz po opuszczeniu Khemi. Może nigdy nie dotarł do Czarnego Wybrzeża.
- Dotarł bezpiecznie. Masz na to moje słowo.
- Znowu te diabelskie tajemnice - zganił go zapalczywie Vanir. - Jeśli powiesz mi wszystko, co wiesz, będę mógł lepiej robić to, do czego mnie wynająłeś.
- Już niedługo - zapewniła Malia. - Mój szwagier jest małomówny, ale ma ku temu powody.
- Zastanówcie się. Wszyscy narażamy życie z powodu waszych sekretów. Sytuacja i bez tego jest niebezpieczna.
- Myślisz, że coś nam grozi?
- Nie ma bezpiecznego miejsca na Czarnym Wybrzeżu. Tutejsi ludzie, łagodnie mówiąc, są zmiennego usposobienia. Awantura czy nawet jakaś obelga może spowodować masakrę. Jesteśmy bezpieczni tak, jak to możliwe, ale to wcale nie oznacza, że całkowicie.
Po zachodzie słońca zaprzestano handlu i wszyscy za wyjątkiem niewolników zaczęli ucztować. Aquilończycy i żeglarze przechadzali się w pobliżu dołu z ogniem, na pozór doglądając pieczenia, ale w rzeczywistości sprawdzając, czy nie zostaną poczęstowani ludzkim mięsem. Na szczęście nie zobaczyli niczego poza świniami, kozami, ptactwem i łowną zwierzyną. Wokół rozchodziła się apetyczna woń.
- Być może to tylko plotka - powiedział Springald - że są ludożercami.
- Być może zjadają jedynie wrogów zabitych w walce - odrzekł Chen Shu - myśląc, że w ten sposób przejmują ich odwagę.
- Nie przysparza mi to apetytu - powiedziała Malia.
Usiedli pod drzewami na olbrzymich liściach rozpostartych na piasku. Służący położyli przed nimi płaty parującego mięsa i inne pożywienie, a niewolnice wachlowały ich, by odgonić owady.
Wulfrede przysiadł się do nich. W jednej ręce trzymał tykwę z miejscowym piwem, w drugiej pieczonego ptaka, którego łapczywie obgryzał. Spłukał kęs potężnym łykiem piwa i beknął.
- Na Ymira, gdybym nie był taki uczciwy, wróciłbym z tej podróży bogaty - oznajmił.
- A niby jak? - zaciekawił się Springald.
- Jeden z kacyków zaproponował mi stu niewolników za Malię. Urzekła ich jej uroda. W tych stronach stanowi egzotyczny kąsek.
- Stale próbujesz mnie sprowokować - powiedziała zimno kobieta. - Postanowiłam to zignorować, jak zwykle.
- Wy, Aquilończycy, jesteście narodem pozbawionym poczucia humoru - mruknął Wulfrede.
Wieczór mijał w przyjemnej atmosferze. Wodzowie i wojownicy, dzięki wygranym wojnom z sąsiadami oraz temu, iż ostatnio nie napadali ich piraci czy łowcy niewolników, byli w dobrych nastrojach. Od dłuższego czasu handlarze nie pojawiali się na tym niegościnnym wybrzeżu, więc tubylcy mieli mnóstwo rzeczy na wymianę i wielkie apetyty na towary, których sami nie potrafili wytworzyć. Byli zadowoleni, że mogą kupić za przystępną cenę metale, ubrania i świecidełka. Lamentowali jedynie, że biali nie chcą niewolników, gdyż mieli dość utrzymywania jeńców. Wulfrede zapewnił ich jowialnie, że po powrocie na północ poleci paru znanym handlarzom Wybrzeże Kości.

Gdy napełniono brzuchy, a piwo lało się strumieniami, Vanko postanowił poruszyć interesujący Aquilończyków temat. Zwrócił się do Ashka, który teraz paradował we wspaniałym naszyjniku srebrnych paciorków i krótkiej pelerynie ze szkarłatnego jedwabiu - prezentach od nowych przyjaciół.
- Powiedz mi, Ashko, czy wiesz coś o białym człowieku, nieco podobnym do Ulfila, który odwiedził to wybrzeże w ciągu ostatnich dwóch lat? Wiemy, że był tutaj raz, a być może powrócił. Jest naszym przyjacielem i zaginął jakiś czas temu.

- Ten szaleniec? - zapytał Ashko. - Z żółtymi włosami na głowie i brodzie? Ktoś taki był u nas. Nie zależało mu na handlu ani walce, lecz na podróży w głąb lądu. Powiedział, że tam jest coś, czego szuka. Za pierwszym razem ruszył z setką ludzi, białych i czarnych, i wszyscy byli dobrze uzbrojeni. Wrócił jedynie z dwoma, wyglądali jak duchy. Obiecał przywieźć bogate prezenty i odpłynął z ludźmi, którzy czekali na statku.

Zorian nie dał się zwieść gościnności Borana. Ci ludzie byli dzikusami i całkiem możliwe, że kanibalami, a Marandos, brat Ulfila i mąż Malii, okazał się wystarczająco mądry, by przybyć tutaj z silnie uzbrojoną grupą. Pozwolili mu odpłynąć jedynie dlatego, że obiecał im bogate podarki.
- I rzeczywiście wrócił?
- Tak, ze wspaniałymi prezentami, które obiecał. Tym razem miał dwie setki ludzi oraz bumbana, i znów zniknął w głębi dżungli. Więcej go nie widzieliśmy.

- A co to są bumbana? - spytał Vanko.
Jednak nim padła odpowiedź, do rozmowy wtrącił się Springald.
- Kiedy widziałeś ich po raz ostatni, przyjacielu Ashko?
Kacyk niedbale wzruszył ramionami.
- Sześć księżyców temu, może dziesięć lub dwanaście.
- Ci tubylcy niewiele uwagi poświęcają upływowi czasu - wyjaśnił Druss. - Tutaj nie ma prawdziwych pór roku, tylko sezon deszczowy i suchy, a często trudno je odróżnić.
- To kłopotliwe - powiedział Ulfilo - ale przynajmniej wiemy, że mój brat dotarł tutaj po raz drugi i miał się dobrze, kiedy wyruszał w głąb lądu.
- Drussie, zapytaj naczelnika, dlaczego nazwał Marandosa szaleńcem - poprosiła Malia.
Nie władała jeszcze biegle kupieckim językiem, a poza tym wódz mógłby poczuć się obrażony, że zwraca się do niego kobieta. Cymmerianin przetłumaczył pytanie.
- Jedynie szalony człowiek rusza daleko na wschód - odrzekł Ashko. - Spośród nas udają się tam tylko czarownicy, którzy pragną zdobyć wielką moc. Za wschodnimi górami mieszkają wielkie duchy i demony, które wypijają krew wszystkim śmiałkom. Nie ma tam niczego wartościowego. Z pierwszej wyprawy biały człowiek wyniósł tylko życie, a i to ledwo się w nim kołatało. Następnym razem nie powrócił. - Wódz wymownie wzruszył ramionami. - Był szalony.
Kiedy biesiada i hałasy ucichły, załoga statku udała się do urządzonego na brzegu obozowiska. Wystawiono posterunki, gdyż kraj nie był bezpieczny, niezależnie od pozorów. Wulfrede surowo zabronił kilku marynarzom picia i ci stanęli na warcie pierwsi. Marudzili, ale wiedzieli, że lepiej nie przeciwstawiać się kapitanowi i że przymusową posuchę odbiją sobie następnego dnia. Dzięki takiemu rozwiązaniu Van zapewnił obozowisku spokój i ochronę.

Zanim wszyscy się położyli, Druss odszukał Ashka, który był jeszcze na tyle trzeźwy, by mówić.
- Jeszcze nie śpisz i trzymasz się na nogach? - Naczelnik pokazał ostre zęby w uśmiechu. - Czyżbyśmy nie nakarmili cię dostatecznie albo czy nie dostałeś dość piwa? A może teraz masz ochotę na kobietę?
- Nie, mój przyjacielu, twoja gościnność nie ma granic. Nigdy nie byłem przyjmowany tak wspaniale. Chciałbym tylko zapytać cię o coś, o czym wspomniałeś na uczcie.
- Co takiego? - Kacyk podszedł do dołu z ogniem i klasnął w dłonie. Podbiegła do niego kobieta z dwoma tykwami i drewnianym dzbanem z palmowym winem.
Druss wziął jedną tykwę i wypił łyk wina, aby nie urazić gospodarza.
- Użyłeś słowa, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Powiedziałeś, że ten szaleniec wrócił z północy z ludźmi i bumbana. Kim są ci bumbana?
Ashko okazał zdziwienie.

- Nie macie na północy bumbana? Musicie mieć, bo miał z sobą dziesięciu.
- Być może znam ich pod inną nazwą.
- Bumbana to ludzie-zwierzęta, małpoludy, które mieszkają w górach daleko na wschodzie.
- Aha. Na jakim żaglowcu przypłynęli?
- Wszystkie statki z północy są dla mnie takie same. Pierwszy wyglądał wielce podobnie do twojego. Drugi był cały czarny. Nawet wiosła i wielkie płótna, które chwytają wiatr, miał czarne.

- Jeszcze jedno. - Druss przykucnął przy ogniu, wziął patyk i zaczął rysować figurę na piasku. - Czy widziałeś już kiedyś coś takiego?
Na piasku widniał szeroki sierp księżyca ze skierowanymi w górę rogami, które obejmowały trójząb o falistych ostrzach.
Ashko mruknął potakująco.
- Podobna figura, tylko złota, była umieszczona na najwyższym maszcie czarnego statku.
Impreza do późnej nocy i zostaniecie wśród ludożerców, pilnowani przez marynarzy, śpicie, czy coś działacie?
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:26 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 21 marca 2014, 21:55

- Czy możesz mi jeszcze coś opowiedzieć o tych bumbana? Jak rozumiem można się z nimi porozumieć tak? - Druss chciał dowiedzieć się jak najwięcej, ale jednocześnie starał się nie być zbyt natarczywy aby nie obrazić gospodarza.

Druss obejmie dowództwo nad nocną wartą, zachowuje się przyjaźnie ale jest cały czas czujny i wypatruje oznak zdrady.


Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 22 marca 2014, 11:50

Bumbana są bardzo silni, dzicy bumbana zjadają ludzi, jak złapią i zabiją jakichś. Ale ten szaleniec o jakiego pytaliście, miał wyszkolonych bumbana, mieli nawet broń.
Teraz idź spać, obiecałem wam gościnność, jesteście bezpieczni.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 22 marca 2014, 12:05

Obudziliście się cali i zdrowi.
Podróż na wschód.

Dwa następne dni zeszły na targowaniu. Aquilończycy niecierpliwili się, ale dwaj zamaskowani najemnicy Vanko, jacy znali te strony i Wulfrede przestrzegali, że nie należy się spieszyć. Poza tym z głębi lądu przybywało coraz więcej tubylców, którzy mogliby wybuchnąć gniewem, gdyby kupcy znienacka spakowali towary i odeszli. Trzeciego dnia wieczorem biali przybysze zwołali zebranie naczelników. Po wymianie grzeczności i prezentów przeszli do interesów.

- Chcielibyśmy wyruszyć za wschodnie góry - oznajmił Druss. - Zapłacimy szczodrze za wynajem łodzi, które dowiozą nas jak najdalej w górę rzeki, i za tragarzy do dźwigania naszego dobytku, gdy trzeba będzie iść lądem. Potrzebujemy co najmniej pięćdziesięciu silnych młodych mężczyzn. W trakcie zużywania zapasów, tragarze grupkami będą mogli wracać do domu.
Ashko potrząsnął głową.

- My, Borana, jesteśmy wojownikami i nie dźwigamy ciężarów dla innych, ale niektórzy z naczelników mają poddanych odpowiednich do takiej pracy.
- Dlaczego nie kupicie niewolników? - zapytał kacyk, który przybył ze skutymi w łańcuchy jeńcami. Był rozczarowany, że kupcy nie chcą jego towaru. - Możecie robić z nimi, co wam się żywnie podoba, a gdy przestaną być potrzebni, po prostu ich zjecie.

Aquilończycy pobledli, słysząc taką propozycję, ale Wulfrede nie stracił kontenansu.
- Wiesz równie dobrze jak ja, przyjacielu - zaczął gładko - że niewolnicy zawsze próbowaliby uciec. Nie możemy strzec ich przez cały czas, a gdyby wędrowali w łańcuchach, posuwalibyśmy się niezmiernie powoli. Nie, potrzebujemy wolnych ludzi, którzy pójdą z nami bez przymusu.

Po długich debatach naczelnik się zgodził.
- Ale uprzedzam, że pójdą z wami tylko do podnóża. Wspinaczka jest zakazana, bowiem góry te są siedzibą duchów. Będziecie musieli znaleźć innych, którzy dalej poniosą wasze towary.
- Musimy przystać na te warunki, bo nic lepszego nie dostaniemy - szepnął Chen Shu, co poparli tajemniczy najemnicy Vanko. - To dzicy ludzie, jeśli boją się gór, nie skuszą ich żadne skarby świata. Miejmy nadzieję, że u podnóża mieszka jakiś lud, który nie lęka się górskich demonów.
- Skoro nie ma innego wyjścia - mruknął w odpowiedzi Ulfilo.
Dobito targu i uzgodniono, że wyprawa wyruszy następnego dnia rano. Krajowcy znad górnego biegu rzeki przybyli w wielkich dłubankach załadowanych kością słoniową i innymi towarami na wymianę. Okazało się, że miejsca w łodziach starczy także dla białych podróżników i ich dobytku. Tragarzy mieli wybrać w wioskach leżących po drodze.

- Myślę - zaczął Wulfrede, gdy rada dobiegała końca - że byłoby najlepiej, gdybym wraz z większą częścią załogi towarzyszył wam w podróży w głąb lądu. Być może nie znajdziecie potrzebnych ludzi, gdy dotrzecie do gór, a wtedy będziecie zdani tylko na siebie.
- Zostawiłbyś statek na łasce losu? - zapytał Ulfilo.

- Pięciu czy sześciu marynarzy będzie czekać na pokładzie Tygrysa. Ashko obiecał, że zostawi okręt w spokoju. Ostatecznie jemu i innym naczelnikom zależy na tym, żebym wrócił bezpiecznie i przywiózł handlarzy niewolników, którzy kupią nadmiar ich towaru.
- Myślisz, że twoich chłopców ucieszy perspektywa podróży między ludożerców? - zapytał podejrzliwie Druss.
- Boją się mnie, więc będą posłuszni - skwitował Wulfrede.

Mała stop klatka, zostajecie tu 2 dni, jak nie robicie nic głupiego, w stylu znieważanie miejscowych, albo inne takie to nic wam nie zrobią.
Coś handlujecie, czy wasze towary zostawiacie na później? Tu wielu kupców jednak dociera, więc za dużo nie zarobicie. Szykuje się wyprawa w głąb lądu.
Kwestia ilu swoich ludzi zabieracie? I jakieś oceny tego co się dzieje, najlepiej fabularne mile widziane.

Malia już nie udaje mężczyzny od jakiegoś czasu, macie też pewne podejrzenia, czy aby zamaskowani najemnicy Vanko są mężczyznami. Sposób poruszania, głos, to wzbudza pewne podejrzenia.
Chyba, że to młodzi mężczyźni.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:25 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 23 marca 2014, 13:32

Zorian musiał poluzować pas, gdyż brzuch nieznacznie powiększał swoje terytorium. By do reszty nie zastygnąć, żołnierz urządzał codziennie sobie i podwładnym kilkunastominutowy trening, by utrzymać formę i być przygotowanym na każdą ewentualność.

Miał wielką ochotę przyłoić co poniektórym wścibskim dzieciakom i ich matkom z cyckami wiszącymi do pasa, ale się powstrzymał. Eskalacja mogła doprowadzić do masakry, czego Zorian - póki co - wolał uniknąć.

Marandos musiał odkryć coś, co z jednej strony było nader niebezpieczne, z drugiej zaś - warte niebezpieczeństwa. Żaden rozsądny człowiek nie porywałby się z motyką na słońce, gdyby nie zapewniłoby mu to odpowiednich zysków.

Swoją drogą weteran miał już dość siedzenia na tyłku i ucztowania. Stęsknił się za obijaniem mord, noclegiem z kurtyzanami i docinaniu pozostałym członkom kompanii. Ostatnio jednak Zorian zauważył, że Vanko i jego najemnicy z zakrytymi głowami skrywają pewną tajemnicę...

- Hej, Vanko! - zawołał, zwracając na siebie uwagę pozostałych białych ludzi. - Czy aby twoi tajemniczy najemnicy to nie młodzieńcy? Nie wspominałeś, że lubisz zaglądać młodym w dziuple! - zarechotał, czekając na reakcję.
Sprzedaje wszystkie towary, jakie mam; po cenie podwójnego ich zakupu. Biorę też wszystkich dwunastu najemników, jakich zakupiliśmy z Drussem.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

ODPOWIEDZ