Poza tym ciężko o czysty strzał, wasi ludzie strzelają nad waszymi walczącymi z przodu.
PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Nie da rady go ustrzelić, oni nie są tacy głupi, wódz się trzyma między resztą, kryjąc się za ich plecami.
Poza tym ciężko o czysty strzał, wasi ludzie strzelają nad waszymi walczącymi z przodu.
Poza tym ciężko o czysty strzał, wasi ludzie strzelają nad waszymi walczącymi z przodu.
Grupa uderzeniowa z flankami osłoniętymi przez ludzi Zoriana rusza. Wynik walk indywidualnych i straty obu stron, przedstawię wkrótce.
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Walka z bumbana
Stopniowo, krok po kroku, ludzie spychali bumbana w stronę wylotu przełęczy. Mdląca woń krwi i wnętrzności tłumiła nawet odrażający smród małpoludów. Następny marynarz wrzasnął, gdy małpie łapska wyrwały go z szeregu, a potężne kły zatopiły w jego twarzy. Inny umarł w milczeniu - bestia skręciła mu kark tak szybko, że nie zdążył nawet pisnąć.
Grupa uderzeniowa wbiła się w bumbana, po około minucie wściekłej rąbaniny, zabiliście wodza bumbana. W jednej chwili wszystkie włochate stwory zawróciły jak jeden mąż i rzuciły się do ucieczki. Uniosły z sobą wszystkich poległych, swoich i ludzi. Za przykładem Drussa i Chen Shu podróżnicy skoczyli za nimi w pogoń, rozwścieczeni walką i świadomością, co bumbana zrobią z ciałami poległych towarzyszy. W ciągu paru minut przebyli przełęcz i zobaczyli, że stwory znikają w gąszczu porastającym zbocze poniżej wylotu. Zatrzymali się na skalnej półce, długiej i szerokiej może na dziesięć kroków, która kończyła górską gardziel. Zmordowani potyczką i pościgiem, rzucili się na skaliste podłoże.
Malia sapała ciężko, urywanie. Nie brała udziału w walce, jednakże sama groza położenia nadwątliła jej siły. Kiedy odzyskała oddech, spojrzała wściekle na kapitana.
- Aleś mnie nastraszył! Myślałam, że jesteśmy w pułapce! Nie widziałam za nami żadnych bestii.
Wulfrede wzruszył ramionami.
- Gdyby moi ludzie to wiedzieli, zawróciliby i uciekli. Musiałem zrobić coś, co zmusiłoby ich do podjęcia walki.
- Dobrze, że tym cuchnącym małpom nie przyszło do głowy, aby zaatakować z obu stron przełęczy - powiedział Vanko.
- Zgadza się - przyznał Ulfilo, który metodycznie czyścił miecz zbroczony posoką. - Byłoby po nas, gdyby tak zrobiły.
- Patrzcie! - zawołał Springald, wskazując na wschód. Po raz pierwszy obejrzeli otoczenie.
Od półki, na której odpoczywali, stok opadał tak stromo, że mogli patrzeć ponad czubkami rosnących najbliżej drzew. Od podnóża gór aż po horyzont ciągnęło się morze brązowego piasku.
Stopniowo, krok po kroku, ludzie spychali bumbana w stronę wylotu przełęczy. Mdląca woń krwi i wnętrzności tłumiła nawet odrażający smród małpoludów. Następny marynarz wrzasnął, gdy małpie łapska wyrwały go z szeregu, a potężne kły zatopiły w jego twarzy. Inny umarł w milczeniu - bestia skręciła mu kark tak szybko, że nie zdążył nawet pisnąć.
Grupa uderzeniowa wbiła się w bumbana, po około minucie wściekłej rąbaniny, zabiliście wodza bumbana. W jednej chwili wszystkie włochate stwory zawróciły jak jeden mąż i rzuciły się do ucieczki. Uniosły z sobą wszystkich poległych, swoich i ludzi. Za przykładem Drussa i Chen Shu podróżnicy skoczyli za nimi w pogoń, rozwścieczeni walką i świadomością, co bumbana zrobią z ciałami poległych towarzyszy. W ciągu paru minut przebyli przełęcz i zobaczyli, że stwory znikają w gąszczu porastającym zbocze poniżej wylotu. Zatrzymali się na skalnej półce, długiej i szerokiej może na dziesięć kroków, która kończyła górską gardziel. Zmordowani potyczką i pościgiem, rzucili się na skaliste podłoże.
Malia sapała ciężko, urywanie. Nie brała udziału w walce, jednakże sama groza położenia nadwątliła jej siły. Kiedy odzyskała oddech, spojrzała wściekle na kapitana.
- Aleś mnie nastraszył! Myślałam, że jesteśmy w pułapce! Nie widziałam za nami żadnych bestii.
Wulfrede wzruszył ramionami.
- Gdyby moi ludzie to wiedzieli, zawróciliby i uciekli. Musiałem zrobić coś, co zmusiłoby ich do podjęcia walki.
- Dobrze, że tym cuchnącym małpom nie przyszło do głowy, aby zaatakować z obu stron przełęczy - powiedział Vanko.
- Zgadza się - przyznał Ulfilo, który metodycznie czyścił miecz zbroczony posoką. - Byłoby po nas, gdyby tak zrobiły.
- Patrzcie! - zawołał Springald, wskazując na wschód. Po raz pierwszy obejrzeli otoczenie.
Od półki, na której odpoczywali, stok opadał tak stromo, że mogli patrzeć ponad czubkami rosnących najbliżej drzew. Od podnóża gór aż po horyzont ciągnęło się morze brązowego piasku.
Walka:
Straciliście 6 ludzi w walce, 4 marynarzy i 2 najemników od Ufilia.
Kilkunastu ludzi ma lekkie obrażenia.
Stan waszych sił po walce z bumbana:
Macie: 26 marynarzy i Wulfrede, lekka piechota poza Wulfrede.
Ufilio i Springalda i 10 najemników Ufilia (chronią Malię) jako ciężka piechota.
Najemnicy Drussa i Zoriana 12 ciężka piechota żywi.
Chen Shu (2 rany lekkie), Zorian (1 rana lekka), Druss (1 rana lekka), Tranicos (1 rana średnia kara-1 do testów na tydzień, chyba, że wydasz 1 punkt Losu z 4 to zamienię ją na ranę lekką bez kary), Vanko (1 rana lekka).
Hiena i 3 niewolnicy Vanko, oni nie walczą.
Fashoda odeszli jakiś czas temu z tragarzam.
Vea, Mea i Vasquez tylko lekkie obrażenia.
Straciliście 6 ludzi w walce, 4 marynarzy i 2 najemników od Ufilia.
Kilkunastu ludzi ma lekkie obrażenia.
Stan waszych sił po walce z bumbana:
Macie: 26 marynarzy i Wulfrede, lekka piechota poza Wulfrede.
Ufilio i Springalda i 10 najemników Ufilia (chronią Malię) jako ciężka piechota.
Najemnicy Drussa i Zoriana 12 ciężka piechota żywi.
Chen Shu (2 rany lekkie), Zorian (1 rana lekka), Druss (1 rana lekka), Tranicos (1 rana średnia kara-1 do testów na tydzień, chyba, że wydasz 1 punkt Losu z 4 to zamienię ją na ranę lekką bez kary), Vanko (1 rana lekka).
Hiena i 3 niewolnicy Vanko, oni nie walczą.
Fashoda odeszli jakiś czas temu z tragarzam.
Vea, Mea i Vasquez tylko lekkie obrażenia.
Plan zabicia przywódcy okazał się dobry, po jego śmierci małpoludy uciekły. Zabierając wielu swoich jacy padli, pewnie ich zjedzą. Kwestia czy zakopujecie waszych poległych, czy zostawiacie ich? Małpoludy miałyby więcej jedzenia, ale nie spodobałoby się top raczej waszym ludziom.
Każda lekka rana do wyleczenia potrzebuje 24 godziny, Tranicos zdecyduj czy wydajesz 1 Punkt Losu z 4 jakie masz, by zamienić ranę średnią na lekką?
Każda lekka rana do wyleczenia potrzebuje 24 godziny, Tranicos zdecyduj czy wydajesz 1 Punkt Losu z 4 jakie masz, by zamienić ranę średnią na lekką?
Co robicie? Jakiś postój przed ruszeniem na pustynię? Co z waszymi zabitymi?
To czysta przyjemność podziwiać Was w boju, moje panie. -Vanko skłonił się nisko. Relacja, jaką utrzymywał ze swoimi najemnikami nie po raz pierwszy wydała się niektórym dziwna. W boju nie okazał zwyczajowej brawury. Nie przyłączył się też do grupy szarżującej na wodza, ani do pościgu. Jego nienaturalne zachowanie zaczęło wzbudzać podejrzenia towarzyszy. Vanko czując na sobie ich spojrzenia postanowił zająć ich jakimś tematem.
Goma! Czy droga, którą nas prowadzisz jest jedyną znaną ci ścieżką? Jeśli mamy tędy wracać, a kolejne zagrożenia przetrzebią nasze szeregi musimy zawczasu obmyślić bezpieczniejszy powrót.
Pytanie zadał głośno, tak by słyszeli je wszyscy. Nie słuchał jednak odpowiedzi. Szczerze mówiąc nawet na nią nie czekał. Myślami kąpał się w górach złota i klejnotów, nurzał się w dostatku i obrzydliwie nieprzyzwoitym przepychu. Gorączka złota powoli uderzała mu do głowy.
Im więcej tych durniów zginie, tym mniej chciwych rąk do podziału złota. Jego złota. Musi trzymać się na boku, by nie dać się zabić i pożreć, jak ci głupcy.
Goma! Czy droga, którą nas prowadzisz jest jedyną znaną ci ścieżką? Jeśli mamy tędy wracać, a kolejne zagrożenia przetrzebią nasze szeregi musimy zawczasu obmyślić bezpieczniejszy powrót.
Pytanie zadał głośno, tak by słyszeli je wszyscy. Nie słuchał jednak odpowiedzi. Szczerze mówiąc nawet na nią nie czekał. Myślami kąpał się w górach złota i klejnotów, nurzał się w dostatku i obrzydliwie nieprzyzwoitym przepychu. Gorączka złota powoli uderzała mu do głowy.
Im więcej tych durniów zginie, tym mniej chciwych rąk do podziału złota. Jego złota. Musi trzymać się na boku, by nie dać się zabić i pożreć, jak ci głupcy.
Ciemny kształt skoczył na jednego z małpoludów i szybkim cięciem jednego z dwóch mieczy przejechał mu po gardle, drugim blokując lecącą na niego łapę innego. Obrócił miecz ostrzem do przeciwnika, więc w momencie uderzenia rozległ się skowyt i, ku zaskoczeniu rangera, zgrzyt żelaza o kość. To był błąd. W ciągu tej sekundy przez którą Tranicos usiłował wyrwać miecz z kości małpoluda, kły jednego z wrogów zagłębiły się w jego boku tuż pod żebrami. Przeciwnik szybko tego pożałował, bo krótkie cięcie pozbawiło go nie tylko kłów, ale i głowy. Ranger wiedział, że ranny niedużo zdziała w pierwszej linii, więc przepuścił na przód wyrywającego się młodego marynarza.
Po bitwie, gdy ranger próbował opatrzyć swój uszkodzony bok, jego wzrok nagle przykuła jedna z roślin rosnących wśród liści. Rozpoznał jedną z roślinek, które widział podczas walk z barbarzyńcami na Piktyjskim Pograniczu. Przypomniał sobie, że Piktyjscy szamani używali jej jako szybkiego lekarstwa na głębokie rany, ale nie można było jej długo przechowywać, bo tylko świeżo po zerwaniu nadawała się do użytku. Zadziwiające było spotkanie jej tu, ale cóż, jak się ma dar od Losu, trzeba korzystać. Pogranicznik zerwał roślinę, roztarł w dłoniach i wcisnął pod warstwę bandaży na własnym boku.
Potem, opatrując rannych, stwierdził, że stare piktyjskie metody jednak działają, bo niemal nie czuł już bólu.
Po bitwie, gdy ranger próbował opatrzyć swój uszkodzony bok, jego wzrok nagle przykuła jedna z roślin rosnących wśród liści. Rozpoznał jedną z roślinek, które widział podczas walk z barbarzyńcami na Piktyjskim Pograniczu. Przypomniał sobie, że Piktyjscy szamani używali jej jako szybkiego lekarstwa na głębokie rany, ale nie można było jej długo przechowywać, bo tylko świeżo po zerwaniu nadawała się do użytku. Zadziwiające było spotkanie jej tu, ale cóż, jak się ma dar od Losu, trzeba korzystać. Pogranicznik zerwał roślinę, roztarł w dłoniach i wcisnął pod warstwę bandaży na własnym boku.
Potem, opatrując rannych, stwierdził, że stare piktyjskie metody jednak działają, bo niemal nie czuł już bólu.
Używam Punktu Losu, pełna sprawność się może przydać.
Zorian po wydaniu rozkazów przysiadł na ziemi i w milczeniu czyścił miecz z małpiej posoki. Walka zakończyła się znacznie lepiej, niż się spodziewał. I w dodatku ubytel ludzi nastąpił w obozie marynarzy, a nie jego i Drussa najmitów. Jak tak dalej pójdzie, droga do zawłaszczenia skarbu przez niego i jego kompanów stawała się coraz prostsza. I to Zorianowi bardzo się podobało...
Jednocześnie od czasu do czasu łypał wzorkiem pełnym pożądania na Malie. Nie wróżył tej kobiecie dobrego zakończenia tej podróży...
Jednocześnie od czasu do czasu łypał wzorkiem pełnym pożądania na Malie. Nie wróżył tej kobiecie dobrego zakończenia tej podróży...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Zlany posoką barbarzyńca rzucił toporkiem w jednego z małpoludów unoszących ciała poległych, włochaty potwór padł z rykiem puszczając ciało kiedy toporek prawie że amputował mu dłoń ale jego miejsce natychmiast zajął następny.
- Wy kurwie syny! Wracajcie i walczcie!- rozwścieczony Cymmeryjczyk jeszcze przez chwilę wrzeszczał za umykającymi wrogami, po czym odwrócił się w kierunku towarzyszy.
Był wściekły z powodu zabrania ciał poległych ale wiedział że musi się szybko opanować, wyglądało na to że mieli sporo rannych i trzeba było jak najszybciej zając się nimi i zorganizowaniem obrony.
Postarał się zagonić ludzi do wykonywania rozkazów wydanych przez Zoriana i Ulfilio, po czym przystanął przy Gomie:
- Jak sadzisz wrócą jeszcze po więcej w najbliższym czasie, czy na razie mają dość?
A tak przy okazji ładna walka, miło walczyć u boku kogoś kto potrafi dotrzymać mi kroku - w głosie barbarzyńcy było słychać nutkę uznania dla ich tajemniczego przewodnika.
Jestem generalnie za tym żeby zatrzymać się na jeden dzień odpoczynku jeśli mamy do dyspozycji jakieś miejsce nadające się do obrony. Reszta odpocznie odrobinę a kilku z nas mogłoby w tym czasie przeprowadzić mały rekonesans okolicy żeby nie wpaść znowu w podobną zasadzkę. Po za tym uważam że mógłby to być ciekawy sprawdzian intencji naszych pracodawców. Jeśli rzeczywiście zależy im przede wszystkim na zaginionym to powinni naciskać na nietracenie czasu. Jeśli chodzi im tylko i wyłącznie o skarb to mogą sobie pozwolić na odpoczynek, złotu nogi nie urosną.
Bezwzględnie jestem za pochowaniem poległych.
- Wy kurwie syny! Wracajcie i walczcie!- rozwścieczony Cymmeryjczyk jeszcze przez chwilę wrzeszczał za umykającymi wrogami, po czym odwrócił się w kierunku towarzyszy.
Był wściekły z powodu zabrania ciał poległych ale wiedział że musi się szybko opanować, wyglądało na to że mieli sporo rannych i trzeba było jak najszybciej zając się nimi i zorganizowaniem obrony.
Postarał się zagonić ludzi do wykonywania rozkazów wydanych przez Zoriana i Ulfilio, po czym przystanął przy Gomie:
- Jak sadzisz wrócą jeszcze po więcej w najbliższym czasie, czy na razie mają dość?
A tak przy okazji ładna walka, miło walczyć u boku kogoś kto potrafi dotrzymać mi kroku - w głosie barbarzyńcy było słychać nutkę uznania dla ich tajemniczego przewodnika.
Jestem generalnie za tym żeby zatrzymać się na jeden dzień odpoczynku jeśli mamy do dyspozycji jakieś miejsce nadające się do obrony. Reszta odpocznie odrobinę a kilku z nas mogłoby w tym czasie przeprowadzić mały rekonesans okolicy żeby nie wpaść znowu w podobną zasadzkę. Po za tym uważam że mógłby to być ciekawy sprawdzian intencji naszych pracodawców. Jeśli rzeczywiście zależy im przede wszystkim na zaginionym to powinni naciskać na nietracenie czasu. Jeśli chodzi im tylko i wyłącznie o skarb to mogą sobie pozwolić na odpoczynek, złotu nogi nie urosną.
Bezwzględnie jestem za pochowaniem poległych.
Chen Shu był wszędzie. W jednej chwili dobijał małpoluda, którego zranił Druss by po chwili rozpłatać stwora czającego się za plecami Gomy.
Khitajczyk uwijał się jak w ukropie. W pewnej chwili zabójcy pociemniało przed oczami, gdy się otrząsnął poczuł stróżkę krwi spływającą mu z czoła. Domyślił się że został trafiony kamieniem. Na szczęście pocisk tylko mnie musnął - pomyślał.
Żądza mordu sięgnęła zenitu. Chen zaczął szukać wzrokiem sprawcy. Dostrzegł go, był to wyjątkowo duży bumbana, który szykował się do kolejnego rzutu. Tym razem akrobata bez problemu się uchyli.
- Ten wielki małpolud musi być przywódcą stada, musimy go zabić - krzyknął do kompanów.
- Uważaj! - krzyknął Druss wskazując za Chena.
Zabójca instynktownie odskoczył jednak reakcja jego była spóźniona i pałka trzymana przez małpoluda zdołała sięgnąć celu. Kij ześlizgnął się po żebrach i udzie nie zadając poważnych obrażeń jednak wraz z zaskoczeniem i spóźnionym unikiem spowodował upadek khitajczyka.
Gdy tylko plecy dotknęły ziemi skrytobójca błyskawicznie przeturlał się na bok unikając tym następnego ciosu. Napastnik trafił w miejsce gdzie przed chwilą leżał Chen, który szybko ciął w rękę trzymającą broń. Potwór zawył kiedy odcięta łapa wraz z pałką upadła na podłoże. Krzyk urwał się nagle po tym jak druga szabla wbiła się mu aż po jelec w brzuch.
Wyszarpując broń z truchła. Starzejesz się, tak dać się zaskoczyć w dodatku dwa razy -pomyślał, po czym podążył w kierunku towarzyszy wyrębujących sobie drogę do przywódcy bumbana. Gdy stwór padł reszta ruszył ado ucieczki.
Po krótkim pościgu Chen Shu przysiadł na głazie. Adrenalina zaczęła puszczać, więc ból głowy i żeber dawał o sobie znać. Pomacawszy swój bok stwierdził że żebra są tylko stłuczone więc zabrał się za opatrywanie głowy.
Khitajczyk uwijał się jak w ukropie. W pewnej chwili zabójcy pociemniało przed oczami, gdy się otrząsnął poczuł stróżkę krwi spływającą mu z czoła. Domyślił się że został trafiony kamieniem. Na szczęście pocisk tylko mnie musnął - pomyślał.
Żądza mordu sięgnęła zenitu. Chen zaczął szukać wzrokiem sprawcy. Dostrzegł go, był to wyjątkowo duży bumbana, który szykował się do kolejnego rzutu. Tym razem akrobata bez problemu się uchyli.
- Ten wielki małpolud musi być przywódcą stada, musimy go zabić - krzyknął do kompanów.
- Uważaj! - krzyknął Druss wskazując za Chena.
Zabójca instynktownie odskoczył jednak reakcja jego była spóźniona i pałka trzymana przez małpoluda zdołała sięgnąć celu. Kij ześlizgnął się po żebrach i udzie nie zadając poważnych obrażeń jednak wraz z zaskoczeniem i spóźnionym unikiem spowodował upadek khitajczyka.
Gdy tylko plecy dotknęły ziemi skrytobójca błyskawicznie przeturlał się na bok unikając tym następnego ciosu. Napastnik trafił w miejsce gdzie przed chwilą leżał Chen, który szybko ciął w rękę trzymającą broń. Potwór zawył kiedy odcięta łapa wraz z pałką upadła na podłoże. Krzyk urwał się nagle po tym jak druga szabla wbiła się mu aż po jelec w brzuch.
Wyszarpując broń z truchła. Starzejesz się, tak dać się zaskoczyć w dodatku dwa razy -pomyślał, po czym podążył w kierunku towarzyszy wyrębujących sobie drogę do przywódcy bumbana. Gdy stwór padł reszta ruszył ado ucieczki.
Po krótkim pościgu Chen Shu przysiadł na głazie. Adrenalina zaczęła puszczać, więc ból głowy i żeber dawał o sobie znać. Pomacawszy swój bok stwierdził że żebra są tylko stłuczone więc zabrał się za opatrywanie głowy.
Ranę na głowię odkażam alkoholem czyszczę też broń z krwi
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Pustynia
Następnego dnia rano.
- Pustynia - westchnęła zmęczona Malia.
- Nie! - krzyknął Springald. - Za nią! - Podążając wzrokiem za jego wyciągniętym palcem, dostrzegli w dali dwa niewyraźne, podobne kształtem szczyty. Ten po lewej stronie był śnieżnobiały, a drugi czarny. - Rogi Shushtu!
- Zatem to prawda! - rzekł Ulfilo.
- Czy kiedykolwiek miałeś wątpliwość? - zapiał triumfalnie Springald. - Na starożytnych księgach zawsze można polegać.
- Tak, tak - mruknął Wulfrede. Poklepał uczonego po ramieniu, co nieomal zwaliło go z nóg. - Nigdy w ciebie nie wątpiłem.
Okazało się, że uczestnicy wyprawy odzyskali siły i nikt nie poniósł uszczerbku, który uniemożliwiałby dalszy marsz.
Ulfilo schował miecz do pochwy.
- Zatem prowadź, Goma.
Zarzuciwszy pakunki na plecy, ruszyli w dół stoku.
Wschodnie zbocze góry okazało się jeszcze bardziej strome od zachodniego. Drzewa były tu dużo większe, a między nimi wyrastały olbrzymie bambusy, wysoka ostra trawa i podobne do kaktusów cierniste krzaki o płaskich, mięsistych liściach. Poszycie było tak gęste, że musieli wycinać w nim drogę mieczami. Prowadzący kolumnę stale się zmieniali, ich ramiona unosiły się i opadały jak cepy, ostrza błyskały w promieniach słońca, przenikającego przez zielony baldachim. Wędrówce towarzyszył nieustanny trzepot skrzydeł ptaków, które przestraszone zrywały się do lotu, i wrzask rozsierdzonych małp.
Żeglarz, któremu skończyła się zmiana na czele kolumny, kawałkiem szmaty przetarł twarz zlaną potem.
- Co to za miejsce - jęknął - gdzie ciężej jest schodzić, niż się wspinać?
- Wolisz walkę z roślinami czy małpoludami? - zapytał Wulfrede. - Ciesz się, że dzień, który zaczął się tak krwawo, zamienił się w przyjemną przechadzkę.
Jego ludzie powarkiwali, ale posłusznie wykonywali rozkazy. Dzień był tak ciężki, że nawet perspektywa zdobycia wielkiego skarbu nie zdołała podnieść ich na duchu. Harówka na lądzie wykańczała marynarzy bardziej niż najgorsze niebezpieczeństwa podczas żeglugi.
Sępy o rozpiętości skrzydeł do dziesięciu kroków krążyły leniwie, unoszone prądami powietrza. Ścierwojady wypatrywały padliny, a wyglądało na to, że rzadko musiały długo czekać. Gdy Druss je obserwował, dziesięć ptaków wylądowało ostrożnie za pobliskimi skałami i zaczęło wrzaskliwie wykłócać się o ochłapy. W oddali dostrzegł cienkie smużki dymu - być może bumbana przygotowywali posiłek z porwanych ciał swoich pobratymców. Cymmerianinowi nie spodobał się ten pomysł, ale nie miał zamiaru sprawdzać, czy jest prawdziwy. Liczebność grupy zmalała od czasu, gdy wyruszyli, a przecież znajdowali się jeszcze daleko od celu.
Nagły, ostry krzyk zmusił go do powrotu. Pomimo szybkości, z jaką schylał się pod splątanymi pnączami, omijał pnie i przeskakiwał krzaki, nie czynił żadnego hałasu. Znalazł członków wyprawy na krawędzi wąskiego i głębokiego wąwozu.
- Co się stało?
Wulfrede wskazał na skały, na których leżało strzaskane ciało.
- Bugnar potknął się o gałęzie i spadł. Nie mogliśmy nic zrobić.
Chen Shu przyjrzał się załodze. Marynarze byli bardziej ponurzy niż zwykle. Pozostało ich nie więcej niż tuzin z dwudziestu, którzy zaczęli podróż. Ilu jeszcze miało paść ofiarą gór i pustyni, i co czekało ich przy Rogach Shushtu?
- Od tej chwili - zarządził Druss - Goma i ja, lub Tranicos, będziemy wyprzedzać was nie więcej niż o dwadzieścia kroków, żebyście nas widzieli. W ten sposób będziemy mogli uprzedzać was o wszystkich niebezpieczeństwach, a wam nie wolno się zagapić. Jeśli chcecie jeszcze zobaczyć morze, musicie uważać. Ta góra jest śmiertelną pułapką dla głupców, pamiętajcie.
Z tymi słowami odwrócił się i odszedł z Gomą u boku. Marynarze spojrzeli za nim wilkiem, ale żaden nie próbował dyskutować.
Zejście z góry zabrało im trzy dni. Czasami musieli opuszczać się na linach, po kolei, z jednego występu na drugi. W pewnym miejscu z niewiadomego powodu zostali zalakowani przez ptaki wielkości człowieka.
Goma przypuszczał, że być może przechodzili zbyt blisko gniazda tych stworzeń. Raz, na wydeptanej ścieżce, drogę zatarasowała im ciemna postać. Była to małpa, mniej potężna od goryla, ale wysoka jak dom. Spojrzała na nich maleńkimi czerwonymi oczkami, wyszczerzyła zębiska i ryknęła przerażająco. Gorączkowo przygotowali się do odparcia ataku, ale zwierz, jakby zadowolony z wywołanego wrażenia, wolnym krokiem przeciął ścieżkę i zniknął w dżungli. Ludzie odetchnęli z ulgą i ruszyli dalej, nerwowo zerkając w mroczny gąszcz.
Wszyscy się ucieszyli, kiedy wreszcie znaleźli się na równinie. Wokół strumieni spływających z gór krzewiła się bujna zieleń, jednak woda szybko i bezpowrotnie wsiąkała w podłoże. Po dniu marszu znaleźli się na skraju jałowych ziem.
- Tutaj zaczyna się pustynia - powiedział Goma. Zatrzymał się nad małym strumykiem, który wpadał do równie niewielkiej sadzawki, owalnego dołka długiego na dwadzieścia kroków. - Musimy napełnić nasze worki wodą i zabrać jej tyle, ile tylko zdołamy udźwignąć. Minie trochę czasu, zanim znowu napotkamy źródło.
- Ile dni? - zapytał Ulfilo.
Goma wzruszył ramionami.
- Może trzy. Może pięć czy dziesięć albo i więcej. To zależy od tego, jak szybko będzie maszerował najwolniejszy z nas, oraz czy napotkane wodopoje nie wyschły. Ten, który zawsze jest pełen, znajduje się dziesięć dni drogi stąd. Jednak mogą opóźnić nas jacyś ranni albo inne nieszczęście.
Ulfilo spojrzał na słońce.
- Odpoczniemy tutaj do rana. Wykorzystamy resztę dnia na przejrzenie ekwipunku. Wypijcie tyle wody, ile dacie radę. Ruszamy o brzasku, z jak największym zapasem wody.
Rozbili obóz, co z uwagi na brak namiotów nie było procesem skomplikowanym. Jedni ruszyli po drzewo na opał, inni naprawiali ubrania i zbroje, czyścili i ostrzyli broń oraz reperowali podniszczone buty. Tranicos i Goma poszli na polowanie i przed zmierzchem przynieśli dwie gazele. Zgłodniali marynarze szybko je oprawili i chwilę później mięso piekło się nad ogniem. Na polecenie Ulfila wszyscy podeszli do stawu i zaczęli pić. Po kolacji, z brzuchami pełnymi jedzenia i wody, legli na ziemi i zapadli w kamienny sen.
Vanko podszedł do ognia, gdzie Aquilończycy i Van rozmawiali o czekającej ich wyczerpującej podróży przez pustynię. Goma stał z boku, wsparty na toporze, pogrążony w myślach. Patrzył na wschód, jak gdyby mógł sięgnąć wzrokiem za horyzont.
Zamoranin usiadł i odciął kawał mięsa z rożna. W trakcie jedzenia przyglądał się towarzyszom. Trudy wycisnęły na nich piętno, wszyscy byli wychudzeni i zmordowani. Malia wyglądała jak duch, zdawało się, że w jej wymizerowanej twarzy zostały tylko ogromne oczy. Jednak to nie zmniejszyło jej urody. Krzepki Wulfrede miał mniejszy brzuch niż na początku, na jego szerokim pasie widać było rząd nowych dziurek. Springald jakby zmalał. Najmniej zmienił się Ulfilo, z natury chudy i kościsty.
- Na przełęczy - zaczął Zorian - tuż przed atakiem małpoludów, znalazłem znak wyrzeźbiony na skalnej ścianie.
- Znak? - niewinnie zapytał Springald.
- Tak. Nie spodziewaliście się czegoś takiego? Marandos nie widział go podczas pierwszej ekspedycji?
- Skąd takie pytania, łotrze? - warknął z oburzeniem Ulfilo. Sięgnął do miecza, ale Springald złapał go za nadgarstek.
- Co to za znak, Zorianie? - zapytał uczony.
- Wyglądał tak. - Zorian narysował na piasku sierp księżyca i trójząb.
- Hmm, interesujące - mruknął Springald.
- Oczywiście - odrzekł Tranicos. - Naczelnik z wioski na wybrzeżu powiedział mi, że statek, którym Marandos przypłynął drugim razem, miał podobne godło na szczycie masztu. A ja taki sam znak widziałem nad pewnymi drzwiami w Khemi!
- Ty zdradliwy psie, szpiegowałeś nas! - Ulfilo skoczył na nogi i tym razem wyciągnął miecz.
Tranicos spojrzał nań lodowato.
- Tak, a czemu nie? Nigdy nie wyruszyłbym na tę wyprawę, gdybym wiedział, jaka z was skryta i obłudna zgraja. Do tej pory nie wyjawiliście prawdy. Wszystkie informacje zdobyłem bez waszego udziału. Jeśli na tym polega twój szlachecki honor, to cieszę się, że nie jestem szlachcicem- Nie ścierpię takich słów prostackiego dzikusa! Stawaj!
- Och, odłóż miecz - rzekła Malia z odrazą. - Ten człowiek mówi prawdę. Czy my postępowaliśmy z nimi uczciwie? Nie ganię go, że śledził nas w Khemi. Chciałabym tylko wiedzieć, jak to zrobił.
- Nasz zwiadowca jest zmyślnym człowiekiem - skomentował Springald. Oczy mu lśniły pomimo zmęczenia.
Szlachcic powoli, z niechęcią, schował broń.
- Nadal nie jestem usatysfakcjonowany.
- Ja też nie - rzekł Chen Shu. - I nie będę, dopóki nie dowiemy się tego, co trzeba o wyprawie, i o tym, kogo jeszcze w nią wciągnąłeś.
- Tak, mnie też to interesuje - powiedział Wulfrede. - Jestem zadowolony, gdy wiem, że u kresu podróży czeka wielki skarb, ale nie chciałbym błądzić po omacku, gdy inni wiedzą coś, co jest dla mnie ważne. - Z jego głosu i twarzy zniknął dotychczasowy cień rozbawienia. W oczach błysnął chłód mroźnej Północy, dłoń spoczęła na rękojeści miecza. Żeglarze pochrapywali w błogiej nieświadomości.
Ulfilo milczał z uporem, ale Malia okazała się rozsądniejsza i zbeształa go ostro.
- To głupota! Szwagrze, równie dobrze możemy powiedzieć im wszystko, co wiemy. Jesteśmy na skraju pustyni, tysiące mil od domu, a to jedyni ludzie, którzy towarzyszą nam w tej wrogiej krainie. Myślisz, że nas teraz opuszczą? Połóżmy temu kres!
Ulfilo niechętnie pokiwał głową.
- Zgoda. Springaldzie, radzisz sobie ze słowami lepiej ode mnie.
- A przynajmniej mniej ich szczędzisz - dodał drwiąco Wulfrede.
- Od czego zacząć?
- Zacznij od wizyty Marandosa w Khemi po niepowodzeniu pierwszej wyprawy - podsunął Druss. - Powiedz nam, na czym naprawdę polegał interes ubity z kapłanem Maata.
- No dobrze. Mimo zmniejszonej załogi, Marandosowi udało się dopłynąć do Khemi. Niestety, po drodze wpadli w sztorm, a statek był stary. Nim rzucili kotwicę na Żółwiu, Marandos wiedział, że będzie potrzebować nowego żaglowca. Sprzedał stary za cenę drewna i poszedł szukać kogoś, kto by wyłożył pieniądze na drugą wyprawę. Po paru dniach skontaktował się z nim człowiek, który oznajmił, że reprezentuje bogatego kupca z Khemi. Powiedział, iż jego pan jest zainteresowany zyskowną wyprawą na dalekie południe i pragnie usłyszeć propozycję Marandosa. Zagwarantował bezpieczne przejście do właściwego miasta i umówiono spotkanie.
Kiedy przewodnik doprowadził Marandosa do celu, ten dostrzegł znak nad drzwiami. Taki sam widział na przełęczy i w wielu innych miejscach podczas podróży. Wiedział, że coś się święci, ale był sam w obcym mieście i nie miał wielkiego wyboru. Tak więc spotkał się z arcykapłanem Maata. Ten okazał wielką serdeczność i przyjął go nad wyraz gościnnie. Z zachwytem wysłuchał relacji z podróży. Marandos był zdumiony, gdyż odniósł wrażenie, że kapłan zna kolejne etapy wędrówki, jakby też czytał dokumenty kapitana Belphormisa.
Kiedy dotarł w opowieści do Rogów Shushtu, Sethmes wcale nie okazał zdziwienia na wieść, że nie mogli przejść między tymi górami do leżącej dalej doliny.
- Nie mogli? - zapytał Vanko.
- Dokładnie. Widzisz, Pythończycy pozostawili w tym miejscu zabezpieczenia. Wydaje się, że są one w dalszym ciągu potężne i aby minąć je bez szwanku, trzeba znać właściwe czary.
- Czary? - warknął Wulfrede. - To znaczy, że z naszą wyprawą związana jest magia?
- A ty nie wiedziałeś o tych zabezpieczeniach, Springaldzie? - zdziwił się Druss. - Przecież od dawna zgłębiałeś tajemnice tej podróży.
- Po prostu pewne informacje zostały usunięte z moich ksiąg - odparł uczony.
- Usunięte? Jak to możliwe?
- Pamiętasz, jak mówiłem, że około dwustu lat temu księgi te wysłano do Stygii, by tam ponownie je oprawiono?
- Tak.
- Zdaje się, że w tym czasie wyrwano kilka stronic z najważniejszego tomu. Kiedy otrzymaliśmy list Marandosa, sprawdziłem księgę uważnie. Pozornie w opowieści Belphormisa nie było żadnej luki. Gdy ktoś ją czyta, dochodzi do wniosku, że kapitan po prostu zawrócił po dotarciu do przełęczy między Rogami. Pamiętaj, on nie wiedział, iż wędruje śladem skarbu Pythona. On tylko przecierał nowe szlaki handlowe i nie doceniał znaczenia napotykanych znaków.
- Jak więc poznałeś, że brakuje paru stron? - zapytał Chen Shu.
- Dzięki sztuczce bibliotekarzy. Popatrz... - podniósł jeden ze starożytnych tomów - plagą miłośników starych ksiąg są mole. Te uczone, acz niebezpieczne bestyjki przegryzają się przez kartki i okładki, dla nich nie ma różnicy. Jeden robak może wyjeść sobie drogę przez całą półkę książek. Przez dopasowanie wygryzionych dziurek, jeżeli ktoś sobie życzy, można nawet rozrzucone tomy ułożyć w takim porządku, w jakim początkowo stały na półce.
- Ilu to rzeczy człowiek się uczy przez słuchanie uczonego - mruknął Wulfrede.
- Mów dalej - ponaglił Druss.
- Tak samo, choćby mole gryzły papier na ukos, otworki w kilku sąsiednich kartkach nakładają się tak, że można przez nie zobaczyć światło. Pokażę wam. - Otworzył księgę, złożył parę stron i uniósł pod światło. Płomienie błysnęły w maleńkich prześwitach.
- Jasne.
- Ale - podjął Springald - kiedy ponownie sprawdziłem kluczowy tom, dostrzegłem przerwę. Oto strona, gdzie grupa Belphormisa wspina się do przełęczy między Rogami, a tutaj następna, z opisem powrotu. - Złapał dwie kartki i umieścił je między ogniem a obserwatorami. Nie zobaczyli światła. - Najwyraźniej usunięto parę kartek w czasie, gdy księgi wysłano do oprawy.
- Dlaczego po prostu nie zabrano całego dzieła? - zdziwił się Zorian.
- Być może winowajcy lękali się, że brak książki zostanie odkryty. Ostatecznie były to królewskie zbiory, cenione na tyle wysoko, że wysłano je aż do Stygii, do ponownego oprawienia. A ówcześni królewscy bibliotekarze byli prawdopodobnie bardziej sumienni niż obecni reprezentanci naszych zdegenerowanych czasów. Z drugiej strony, wyrwanie paru stron mogło pozostać nie zauważone.
- Tak więc Sethmes wyposażył Marandosa w nowy statek, załogę i wszystko, co potrzeba, aby wyprawa zakończyła się sukcesem. Jasne, że spodziewał się zysków, wielkich zysków. Ale na czym polegała ich umowa i jak Marandos miał ominąć zabezpieczenia na przełęczy? - dociekał Druss.
- Masz rację, obawiam się, że bezinteresowna dobroć nie leży w naturze Stygijczyków. Widzisz, kapłan włada czarami, które umożliwiają przejście między Rogami.
- A jak do tego doszło? - zaciekawił się Wulfrede.
- W czasach upadku Pythonu tajemnicę skarbu powierzono właśnie arcykapłanowi Maata. Czary tego boga strzegą przełęczy.
- To bez sensu - zaprotestował Druss. - Z pewnością obecny arcykapłan wie, gdzie jest kryjówka. Po co miałby potrzebować pomocy cudzoziemca? Nie może sam ruszyć na południe?
- On jest kimś w rodzaju... renegata. Przez wiele stuleci skarb był trzymany w tajemnicy, w nadziei na powrót prawowitych władców i odbudowanie królestwa. Sethmes wie, że Python przeminął na wieki. Ród królewski wymarł wiele lat temu. Kapłani Maata też powymierali, i dzisiaj pozostał tylko on.
- W Stygii nic nie ginie - stwierdził Druss.
- Ale Maat nigdy nie wszedł do stygijskiego panteonu - powiedział Springald. - Jego kult był tolerowany, gdy pretendenci do tronu Pythonu gościli na królewskim dworze. Bez oficjalnego poparcia kult Maata powoli odchodził w zapomnienie. Sethmes, jako ostatni arcykapłan, doszedł do wniosku, że ma wszelkie prawa do skarbu, i pragnął nacieszyć się nim przed śmiercią.
- Ale dlaczego potrzebował pomocy? Czemu ktoś inny ma mu przynieść skarb?
- Otóż to. Był już zdecydowany zorganizować ekspedycję, nawet zbudował własny statek, kiedy do Khemi zawitał Marandos. To wydało się Sethmesowi zrządzeniem losu, jak gdyby sam Maat uznał, że nadszedł czas, aby skarb dostał się w ręce tych, którzy wiernie strzegli jego tajemnicy od pokoleń. Dlaczego nie powierzyć ekspedycji komuś, kto zna już te wody i wie, jak wędrować lądem? Po uzyskaniu pewnych... rękojmi, zgodził się wyposażyć drugą wyprawę Marandosa.
- Jakich rękojmi? - zapytał Wulfrede.
- Zastawił wszystko! - zawołał gniewnie Ulfilo. - Rzucił na szalę nasze rodowe włości, tytuły, a nawet żonę!
Zorian z niedowierzaniem popatrzył na Malię.
- To prawda?
Uniosła wysoko brodę, ale nie mogła powstrzymać jej drżenia.
- Tak. Jeśli Sethmes nie będzie z czegoś zadowolony, stanę się jego własnością.
Wulfrede parsknął.
- Taka umowa jest bezprawna i nie wiążąca, nikt bowiem nie miał prawa decydować za ciebie. Dlaczego nie roześmiałeś się temu Stygijczykowi prosto w twarz?
- Obawiam się, że to nie jest zwyczajna umowa - wyjaśnił stłumionym głosem Springald. - To był specjalny stygijski kontrakt, zawierający imiona wielu bogów i przerażające klątwy. Marandos podpisał go własną krwią, a ponieważ w żyłach braci płynie ta sama krew, Ulfilo został związany równie mocno.
- A co z Malią? - zapytał Druss. - W niej płynie inna krew.
- Są pewne sposoby, by to ominąć. Wystarczy powiedzieć, że ona jest w podobnej sytuacji.
- A ty?
- Cóż, znaleźli się tutaj przeze mnie, więc ponoszę pewną odpowiedzialność. A poza tym... - wymownie wzruszył ramionami - jest skarb, i ja chcę dostać jego część.
- To potrafię zrozumieć - wtrącił Wulfrede - chociaż reszta mnie drażni.
- A teraz, jeśli jesteście usatysfakcjonowani - powiedział Ulfilo - czeka nas przeprawa przez pustynię. Musimy ruszyć jak najwcześniej.
- Usatysfakcjonowany? - powtórzył Chen Shu. - Daleki od tego. Ale, jak na razie, usłyszałem wystarczająco dużo.
Wszyscy owinęli się kocami i zasnęli.
Ufilio i Malia uparcie chcieli maszerować, dalej, Springald i Goma po długich namowach, przekonali ich by odpocząć 1 dzień, macie lekko rannych a podróż do tej pory była wyczerpująca, nim ruszycie na pustynię musicie odzyskać siły. Goma uważa, że małpoludy nie wrócą szybko, sporo ich zginęło, więc mają co jeść na długo, bo zjadają swoich zabitych. Odpoczęliście 1 dzień, Tranicos, Vea i Mea zapolowali, macie mięso.
Następnego dnia rano.
- Pustynia - westchnęła zmęczona Malia.
- Nie! - krzyknął Springald. - Za nią! - Podążając wzrokiem za jego wyciągniętym palcem, dostrzegli w dali dwa niewyraźne, podobne kształtem szczyty. Ten po lewej stronie był śnieżnobiały, a drugi czarny. - Rogi Shushtu!
- Zatem to prawda! - rzekł Ulfilo.
- Czy kiedykolwiek miałeś wątpliwość? - zapiał triumfalnie Springald. - Na starożytnych księgach zawsze można polegać.
- Tak, tak - mruknął Wulfrede. Poklepał uczonego po ramieniu, co nieomal zwaliło go z nóg. - Nigdy w ciebie nie wątpiłem.
- Chyba nie leżą daleko - powiedziała z nadzieją Malia. - Przecież je widać.
- Nie daj się zwieść - upomniał Tranicos. - Z tej wysokości widzimy teren, którego przebycie zajmie wiele dni. Goma, są tam wodopoje?
Przewodnik pokiwał głową.
- Tak, kilka. Wszystkie niebezpieczne.
- Co to znaczy? - zapytał Ulfilo.
- Niektóre to tylko obniżenia, w których gromadzi się woda z jakże rzadkich deszczów, i na te nie ma co liczyć. Inne są zasilane źródełkami, lecz mogą być suche, gdy do nich dotrzemy. Jest jedno wielkie źródło, przez cały czas zasobne w dobrą wodę, i zarazem najbardziej niebezpieczne. Ściągają do niego wszystkie zwierzęta z okolicy, tym samym więc w pobliżu zawsze krąży pełno drapieżników.
- Lwy? - zaciekawiła się Malia.
- Tak, i bezczelne hieny, i mnóstwo wielkich kotów oraz stworzeń, które nie występują nigdzie indziej. Mięsożerni mieszkańcy pustyni są groźniejsi od swoich pobratymców z sawanny. Często bywają rozpaczliwie głodni, dlatego nie wzdragają się przed polowaniem na ludzi. Jeden zwierz, aby utrzymać się przy życiu, potrzebuje rozległych terenów łowieckich, więc lwy i inni drapieżcy często walczą między sobą. Przegrani są poranieni, niezdolni do polowania na antylopy czy śmigłe gazele. Szukają ofiary wolniejszej, słabszej i łatwiejszej.
- Czyli nas - odpowiedział Springald.
- Nawet brzydko pachnący człowiek jest mięsem dla lwa o pustym żołądku.
- Nic tu po nas. - Ulfilo uciął rozmowę w swój zwykły, rzeczowy sposób. - Wszyscy odsapnęli? Czy są jeszcze jakieś poważne rany do opatrzenia?- Nie daj się zwieść - upomniał Tranicos. - Z tej wysokości widzimy teren, którego przebycie zajmie wiele dni. Goma, są tam wodopoje?
Przewodnik pokiwał głową.
- Tak, kilka. Wszystkie niebezpieczne.
- Co to znaczy? - zapytał Ulfilo.
- Niektóre to tylko obniżenia, w których gromadzi się woda z jakże rzadkich deszczów, i na te nie ma co liczyć. Inne są zasilane źródełkami, lecz mogą być suche, gdy do nich dotrzemy. Jest jedno wielkie źródło, przez cały czas zasobne w dobrą wodę, i zarazem najbardziej niebezpieczne. Ściągają do niego wszystkie zwierzęta z okolicy, tym samym więc w pobliżu zawsze krąży pełno drapieżników.
- Lwy? - zaciekawiła się Malia.
- Tak, i bezczelne hieny, i mnóstwo wielkich kotów oraz stworzeń, które nie występują nigdzie indziej. Mięsożerni mieszkańcy pustyni są groźniejsi od swoich pobratymców z sawanny. Często bywają rozpaczliwie głodni, dlatego nie wzdragają się przed polowaniem na ludzi. Jeden zwierz, aby utrzymać się przy życiu, potrzebuje rozległych terenów łowieckich, więc lwy i inni drapieżcy często walczą między sobą. Przegrani są poranieni, niezdolni do polowania na antylopy czy śmigłe gazele. Szukają ofiary wolniejszej, słabszej i łatwiejszej.
- Czyli nas - odpowiedział Springald.
- Nawet brzydko pachnący człowiek jest mięsem dla lwa o pustym żołądku.
Okazało się, że uczestnicy wyprawy odzyskali siły i nikt nie poniósł uszczerbku, który uniemożliwiałby dalszy marsz.
Ulfilo schował miecz do pochwy.
- Zatem prowadź, Goma.
Zarzuciwszy pakunki na plecy, ruszyli w dół stoku.
Wschodnie zbocze góry okazało się jeszcze bardziej strome od zachodniego. Drzewa były tu dużo większe, a między nimi wyrastały olbrzymie bambusy, wysoka ostra trawa i podobne do kaktusów cierniste krzaki o płaskich, mięsistych liściach. Poszycie było tak gęste, że musieli wycinać w nim drogę mieczami. Prowadzący kolumnę stale się zmieniali, ich ramiona unosiły się i opadały jak cepy, ostrza błyskały w promieniach słońca, przenikającego przez zielony baldachim. Wędrówce towarzyszył nieustanny trzepot skrzydeł ptaków, które przestraszone zrywały się do lotu, i wrzask rozsierdzonych małp.
Żeglarz, któremu skończyła się zmiana na czele kolumny, kawałkiem szmaty przetarł twarz zlaną potem.
- Co to za miejsce - jęknął - gdzie ciężej jest schodzić, niż się wspinać?
- Wolisz walkę z roślinami czy małpoludami? - zapytał Wulfrede. - Ciesz się, że dzień, który zaczął się tak krwawo, zamienił się w przyjemną przechadzkę.
Jego ludzie powarkiwali, ale posłusznie wykonywali rozkazy. Dzień był tak ciężki, że nawet perspektywa zdobycia wielkiego skarbu nie zdołała podnieść ich na duchu. Harówka na lądzie wykańczała marynarzy bardziej niż najgorsze niebezpieczeństwa podczas żeglugi.
Druss znowu zamienił się w zwiadowcę i krążył z przodu i z boków kolumny, tym razem mając konkretne zadanie: wypatrywał pułapek zastawionych przez bumbana. Małpoludy zniknęły, Cymmerianin wiedział jednak, że muszą być gdzieś w pobliżu. Przedzierał się przez gęste krzaki, nie czyniąc żadnego hałasu i nie zostawiając po sobie śladów. Jako młodzieniec wyuczył się od Piktów sztuki maskowania w lesie, i nabyte umiejętności służyły mu w tej egzotycznej dżungli równie dobrze, jak w piktyjskiej dziczy.
Wschodni stok góry rozcinały głębokie i strome wąwozy. Mimo że podłoże sprawiało wrażenie twardego, skała była luźno związana i zwietrzała, przez co każdy krok stanowił ryzyko. Dnami wąwozów płynęły strumienie, które po dotarciu do wylotów spadały wygiętymi w łuk kaskadami. Druss pomyślał, że w górach przynajmniej nie grozi im brak czystej wody.
Od czasu do czasu natykał się na coś, co było dużo bardziej alarmujące niż możliwość pułapki zastawionej przez bumbana - tropy zwierząt niepodobne do żadnych mu znanych. Odciśnięte w miękkiej ziemi olbrzymie ślady, podobne do rozcapierzonej dłoni, mogły zostawić tylko małpy - lecz dużo większe od największego goryla. W innym miejscu ujrzał liczne odciski ogromnych szponów oraz skorupy jaja, z którego mogło się wykluć pisklę wielkości słoniątka. Nie wiedział, czy te ślady zostawiły gady czy ptaki, jednak pazury wskazywały na drapieżników.Wschodni stok góry rozcinały głębokie i strome wąwozy. Mimo że podłoże sprawiało wrażenie twardego, skała była luźno związana i zwietrzała, przez co każdy krok stanowił ryzyko. Dnami wąwozów płynęły strumienie, które po dotarciu do wylotów spadały wygiętymi w łuk kaskadami. Druss pomyślał, że w górach przynajmniej nie grozi im brak czystej wody.
Sępy o rozpiętości skrzydeł do dziesięciu kroków krążyły leniwie, unoszone prądami powietrza. Ścierwojady wypatrywały padliny, a wyglądało na to, że rzadko musiały długo czekać. Gdy Druss je obserwował, dziesięć ptaków wylądowało ostrożnie za pobliskimi skałami i zaczęło wrzaskliwie wykłócać się o ochłapy. W oddali dostrzegł cienkie smużki dymu - być może bumbana przygotowywali posiłek z porwanych ciał swoich pobratymców. Cymmerianinowi nie spodobał się ten pomysł, ale nie miał zamiaru sprawdzać, czy jest prawdziwy. Liczebność grupy zmalała od czasu, gdy wyruszyli, a przecież znajdowali się jeszcze daleko od celu.
Nagły, ostry krzyk zmusił go do powrotu. Pomimo szybkości, z jaką schylał się pod splątanymi pnączami, omijał pnie i przeskakiwał krzaki, nie czynił żadnego hałasu. Znalazł członków wyprawy na krawędzi wąskiego i głębokiego wąwozu.
- Co się stało?
Wulfrede wskazał na skały, na których leżało strzaskane ciało.
- Bugnar potknął się o gałęzie i spadł. Nie mogliśmy nic zrobić.
Chen Shu przyjrzał się załodze. Marynarze byli bardziej ponurzy niż zwykle. Pozostało ich nie więcej niż tuzin z dwudziestu, którzy zaczęli podróż. Ilu jeszcze miało paść ofiarą gór i pustyni, i co czekało ich przy Rogach Shushtu?
- Od tej chwili - zarządził Druss - Goma i ja, lub Tranicos, będziemy wyprzedzać was nie więcej niż o dwadzieścia kroków, żebyście nas widzieli. W ten sposób będziemy mogli uprzedzać was o wszystkich niebezpieczeństwach, a wam nie wolno się zagapić. Jeśli chcecie jeszcze zobaczyć morze, musicie uważać. Ta góra jest śmiertelną pułapką dla głupców, pamiętajcie.
Z tymi słowami odwrócił się i odszedł z Gomą u boku. Marynarze spojrzeli za nim wilkiem, ale żaden nie próbował dyskutować.
Zejście z góry zabrało im trzy dni. Czasami musieli opuszczać się na linach, po kolei, z jednego występu na drugi. W pewnym miejscu z niewiadomego powodu zostali zalakowani przez ptaki wielkości człowieka.
Goma przypuszczał, że być może przechodzili zbyt blisko gniazda tych stworzeń. Raz, na wydeptanej ścieżce, drogę zatarasowała im ciemna postać. Była to małpa, mniej potężna od goryla, ale wysoka jak dom. Spojrzała na nich maleńkimi czerwonymi oczkami, wyszczerzyła zębiska i ryknęła przerażająco. Gorączkowo przygotowali się do odparcia ataku, ale zwierz, jakby zadowolony z wywołanego wrażenia, wolnym krokiem przeciął ścieżkę i zniknął w dżungli. Ludzie odetchnęli z ulgą i ruszyli dalej, nerwowo zerkając w mroczny gąszcz.
Wszyscy się ucieszyli, kiedy wreszcie znaleźli się na równinie. Wokół strumieni spływających z gór krzewiła się bujna zieleń, jednak woda szybko i bezpowrotnie wsiąkała w podłoże. Po dniu marszu znaleźli się na skraju jałowych ziem.
- Tutaj zaczyna się pustynia - powiedział Goma. Zatrzymał się nad małym strumykiem, który wpadał do równie niewielkiej sadzawki, owalnego dołka długiego na dwadzieścia kroków. - Musimy napełnić nasze worki wodą i zabrać jej tyle, ile tylko zdołamy udźwignąć. Minie trochę czasu, zanim znowu napotkamy źródło.
- Ile dni? - zapytał Ulfilo.
Goma wzruszył ramionami.
- Może trzy. Może pięć czy dziesięć albo i więcej. To zależy od tego, jak szybko będzie maszerował najwolniejszy z nas, oraz czy napotkane wodopoje nie wyschły. Ten, który zawsze jest pełen, znajduje się dziesięć dni drogi stąd. Jednak mogą opóźnić nas jacyś ranni albo inne nieszczęście.
Ulfilo spojrzał na słońce.
- Odpoczniemy tutaj do rana. Wykorzystamy resztę dnia na przejrzenie ekwipunku. Wypijcie tyle wody, ile dacie radę. Ruszamy o brzasku, z jak największym zapasem wody.
Rozbili obóz, co z uwagi na brak namiotów nie było procesem skomplikowanym. Jedni ruszyli po drzewo na opał, inni naprawiali ubrania i zbroje, czyścili i ostrzyli broń oraz reperowali podniszczone buty. Tranicos i Goma poszli na polowanie i przed zmierzchem przynieśli dwie gazele. Zgłodniali marynarze szybko je oprawili i chwilę później mięso piekło się nad ogniem. Na polecenie Ulfila wszyscy podeszli do stawu i zaczęli pić. Po kolacji, z brzuchami pełnymi jedzenia i wody, legli na ziemi i zapadli w kamienny sen.
Vanko podszedł do ognia, gdzie Aquilończycy i Van rozmawiali o czekającej ich wyczerpującej podróży przez pustynię. Goma stał z boku, wsparty na toporze, pogrążony w myślach. Patrzył na wschód, jak gdyby mógł sięgnąć wzrokiem za horyzont.
Zamoranin usiadł i odciął kawał mięsa z rożna. W trakcie jedzenia przyglądał się towarzyszom. Trudy wycisnęły na nich piętno, wszyscy byli wychudzeni i zmordowani. Malia wyglądała jak duch, zdawało się, że w jej wymizerowanej twarzy zostały tylko ogromne oczy. Jednak to nie zmniejszyło jej urody. Krzepki Wulfrede miał mniejszy brzuch niż na początku, na jego szerokim pasie widać było rząd nowych dziurek. Springald jakby zmalał. Najmniej zmienił się Ulfilo, z natury chudy i kościsty.
- Na przełęczy - zaczął Zorian - tuż przed atakiem małpoludów, znalazłem znak wyrzeźbiony na skalnej ścianie.
- Znak? - niewinnie zapytał Springald.
- Tak. Nie spodziewaliście się czegoś takiego? Marandos nie widział go podczas pierwszej ekspedycji?
- Skąd takie pytania, łotrze? - warknął z oburzeniem Ulfilo. Sięgnął do miecza, ale Springald złapał go za nadgarstek.
- Co to za znak, Zorianie? - zapytał uczony.
- Wyglądał tak. - Zorian narysował na piasku sierp księżyca i trójząb.
- Hmm, interesujące - mruknął Springald.
- Oczywiście - odrzekł Tranicos. - Naczelnik z wioski na wybrzeżu powiedział mi, że statek, którym Marandos przypłynął drugim razem, miał podobne godło na szczycie masztu. A ja taki sam znak widziałem nad pewnymi drzwiami w Khemi!
- Ty zdradliwy psie, szpiegowałeś nas! - Ulfilo skoczył na nogi i tym razem wyciągnął miecz.
Tranicos spojrzał nań lodowato.
- Tak, a czemu nie? Nigdy nie wyruszyłbym na tę wyprawę, gdybym wiedział, jaka z was skryta i obłudna zgraja. Do tej pory nie wyjawiliście prawdy. Wszystkie informacje zdobyłem bez waszego udziału. Jeśli na tym polega twój szlachecki honor, to cieszę się, że nie jestem szlachcicem- Nie ścierpię takich słów prostackiego dzikusa! Stawaj!
- Och, odłóż miecz - rzekła Malia z odrazą. - Ten człowiek mówi prawdę. Czy my postępowaliśmy z nimi uczciwie? Nie ganię go, że śledził nas w Khemi. Chciałabym tylko wiedzieć, jak to zrobił.
- Nasz zwiadowca jest zmyślnym człowiekiem - skomentował Springald. Oczy mu lśniły pomimo zmęczenia.
Szlachcic powoli, z niechęcią, schował broń.
- Nadal nie jestem usatysfakcjonowany.
- Ja też nie - rzekł Chen Shu. - I nie będę, dopóki nie dowiemy się tego, co trzeba o wyprawie, i o tym, kogo jeszcze w nią wciągnąłeś.
- Tak, mnie też to interesuje - powiedział Wulfrede. - Jestem zadowolony, gdy wiem, że u kresu podróży czeka wielki skarb, ale nie chciałbym błądzić po omacku, gdy inni wiedzą coś, co jest dla mnie ważne. - Z jego głosu i twarzy zniknął dotychczasowy cień rozbawienia. W oczach błysnął chłód mroźnej Północy, dłoń spoczęła na rękojeści miecza. Żeglarze pochrapywali w błogiej nieświadomości.
Ulfilo milczał z uporem, ale Malia okazała się rozsądniejsza i zbeształa go ostro.
- To głupota! Szwagrze, równie dobrze możemy powiedzieć im wszystko, co wiemy. Jesteśmy na skraju pustyni, tysiące mil od domu, a to jedyni ludzie, którzy towarzyszą nam w tej wrogiej krainie. Myślisz, że nas teraz opuszczą? Połóżmy temu kres!
Ulfilo niechętnie pokiwał głową.
- Zgoda. Springaldzie, radzisz sobie ze słowami lepiej ode mnie.
- A przynajmniej mniej ich szczędzisz - dodał drwiąco Wulfrede.
- Od czego zacząć?
- Zacznij od wizyty Marandosa w Khemi po niepowodzeniu pierwszej wyprawy - podsunął Druss. - Powiedz nam, na czym naprawdę polegał interes ubity z kapłanem Maata.
- No dobrze. Mimo zmniejszonej załogi, Marandosowi udało się dopłynąć do Khemi. Niestety, po drodze wpadli w sztorm, a statek był stary. Nim rzucili kotwicę na Żółwiu, Marandos wiedział, że będzie potrzebować nowego żaglowca. Sprzedał stary za cenę drewna i poszedł szukać kogoś, kto by wyłożył pieniądze na drugą wyprawę. Po paru dniach skontaktował się z nim człowiek, który oznajmił, że reprezentuje bogatego kupca z Khemi. Powiedział, iż jego pan jest zainteresowany zyskowną wyprawą na dalekie południe i pragnie usłyszeć propozycję Marandosa. Zagwarantował bezpieczne przejście do właściwego miasta i umówiono spotkanie.
Kiedy przewodnik doprowadził Marandosa do celu, ten dostrzegł znak nad drzwiami. Taki sam widział na przełęczy i w wielu innych miejscach podczas podróży. Wiedział, że coś się święci, ale był sam w obcym mieście i nie miał wielkiego wyboru. Tak więc spotkał się z arcykapłanem Maata. Ten okazał wielką serdeczność i przyjął go nad wyraz gościnnie. Z zachwytem wysłuchał relacji z podróży. Marandos był zdumiony, gdyż odniósł wrażenie, że kapłan zna kolejne etapy wędrówki, jakby też czytał dokumenty kapitana Belphormisa.
Kiedy dotarł w opowieści do Rogów Shushtu, Sethmes wcale nie okazał zdziwienia na wieść, że nie mogli przejść między tymi górami do leżącej dalej doliny.
- Nie mogli? - zapytał Vanko.
- Dokładnie. Widzisz, Pythończycy pozostawili w tym miejscu zabezpieczenia. Wydaje się, że są one w dalszym ciągu potężne i aby minąć je bez szwanku, trzeba znać właściwe czary.
- Czary? - warknął Wulfrede. - To znaczy, że z naszą wyprawą związana jest magia?
- A ty nie wiedziałeś o tych zabezpieczeniach, Springaldzie? - zdziwił się Druss. - Przecież od dawna zgłębiałeś tajemnice tej podróży.
- Po prostu pewne informacje zostały usunięte z moich ksiąg - odparł uczony.
- Usunięte? Jak to możliwe?
- Pamiętasz, jak mówiłem, że około dwustu lat temu księgi te wysłano do Stygii, by tam ponownie je oprawiono?
- Tak.
- Zdaje się, że w tym czasie wyrwano kilka stronic z najważniejszego tomu. Kiedy otrzymaliśmy list Marandosa, sprawdziłem księgę uważnie. Pozornie w opowieści Belphormisa nie było żadnej luki. Gdy ktoś ją czyta, dochodzi do wniosku, że kapitan po prostu zawrócił po dotarciu do przełęczy między Rogami. Pamiętaj, on nie wiedział, iż wędruje śladem skarbu Pythona. On tylko przecierał nowe szlaki handlowe i nie doceniał znaczenia napotykanych znaków.
- Jak więc poznałeś, że brakuje paru stron? - zapytał Chen Shu.
- Dzięki sztuczce bibliotekarzy. Popatrz... - podniósł jeden ze starożytnych tomów - plagą miłośników starych ksiąg są mole. Te uczone, acz niebezpieczne bestyjki przegryzają się przez kartki i okładki, dla nich nie ma różnicy. Jeden robak może wyjeść sobie drogę przez całą półkę książek. Przez dopasowanie wygryzionych dziurek, jeżeli ktoś sobie życzy, można nawet rozrzucone tomy ułożyć w takim porządku, w jakim początkowo stały na półce.
- Ilu to rzeczy człowiek się uczy przez słuchanie uczonego - mruknął Wulfrede.
- Mów dalej - ponaglił Druss.
- Tak samo, choćby mole gryzły papier na ukos, otworki w kilku sąsiednich kartkach nakładają się tak, że można przez nie zobaczyć światło. Pokażę wam. - Otworzył księgę, złożył parę stron i uniósł pod światło. Płomienie błysnęły w maleńkich prześwitach.
- Jasne.
- Ale - podjął Springald - kiedy ponownie sprawdziłem kluczowy tom, dostrzegłem przerwę. Oto strona, gdzie grupa Belphormisa wspina się do przełęczy między Rogami, a tutaj następna, z opisem powrotu. - Złapał dwie kartki i umieścił je między ogniem a obserwatorami. Nie zobaczyli światła. - Najwyraźniej usunięto parę kartek w czasie, gdy księgi wysłano do oprawy.
- Dlaczego po prostu nie zabrano całego dzieła? - zdziwił się Zorian.
- Być może winowajcy lękali się, że brak książki zostanie odkryty. Ostatecznie były to królewskie zbiory, cenione na tyle wysoko, że wysłano je aż do Stygii, do ponownego oprawienia. A ówcześni królewscy bibliotekarze byli prawdopodobnie bardziej sumienni niż obecni reprezentanci naszych zdegenerowanych czasów. Z drugiej strony, wyrwanie paru stron mogło pozostać nie zauważone.
- Tak więc Sethmes wyposażył Marandosa w nowy statek, załogę i wszystko, co potrzeba, aby wyprawa zakończyła się sukcesem. Jasne, że spodziewał się zysków, wielkich zysków. Ale na czym polegała ich umowa i jak Marandos miał ominąć zabezpieczenia na przełęczy? - dociekał Druss.
- Masz rację, obawiam się, że bezinteresowna dobroć nie leży w naturze Stygijczyków. Widzisz, kapłan włada czarami, które umożliwiają przejście między Rogami.
- A jak do tego doszło? - zaciekawił się Wulfrede.
- W czasach upadku Pythonu tajemnicę skarbu powierzono właśnie arcykapłanowi Maata. Czary tego boga strzegą przełęczy.
- To bez sensu - zaprotestował Druss. - Z pewnością obecny arcykapłan wie, gdzie jest kryjówka. Po co miałby potrzebować pomocy cudzoziemca? Nie może sam ruszyć na południe?
- On jest kimś w rodzaju... renegata. Przez wiele stuleci skarb był trzymany w tajemnicy, w nadziei na powrót prawowitych władców i odbudowanie królestwa. Sethmes wie, że Python przeminął na wieki. Ród królewski wymarł wiele lat temu. Kapłani Maata też powymierali, i dzisiaj pozostał tylko on.
- W Stygii nic nie ginie - stwierdził Druss.
- Ale Maat nigdy nie wszedł do stygijskiego panteonu - powiedział Springald. - Jego kult był tolerowany, gdy pretendenci do tronu Pythonu gościli na królewskim dworze. Bez oficjalnego poparcia kult Maata powoli odchodził w zapomnienie. Sethmes, jako ostatni arcykapłan, doszedł do wniosku, że ma wszelkie prawa do skarbu, i pragnął nacieszyć się nim przed śmiercią.
- Ale dlaczego potrzebował pomocy? Czemu ktoś inny ma mu przynieść skarb?
- Otóż to. Był już zdecydowany zorganizować ekspedycję, nawet zbudował własny statek, kiedy do Khemi zawitał Marandos. To wydało się Sethmesowi zrządzeniem losu, jak gdyby sam Maat uznał, że nadszedł czas, aby skarb dostał się w ręce tych, którzy wiernie strzegli jego tajemnicy od pokoleń. Dlaczego nie powierzyć ekspedycji komuś, kto zna już te wody i wie, jak wędrować lądem? Po uzyskaniu pewnych... rękojmi, zgodził się wyposażyć drugą wyprawę Marandosa.
- Jakich rękojmi? - zapytał Wulfrede.
- Zastawił wszystko! - zawołał gniewnie Ulfilo. - Rzucił na szalę nasze rodowe włości, tytuły, a nawet żonę!
Zorian z niedowierzaniem popatrzył na Malię.
- To prawda?
Uniosła wysoko brodę, ale nie mogła powstrzymać jej drżenia.
- Tak. Jeśli Sethmes nie będzie z czegoś zadowolony, stanę się jego własnością.
Wulfrede parsknął.
- Taka umowa jest bezprawna i nie wiążąca, nikt bowiem nie miał prawa decydować za ciebie. Dlaczego nie roześmiałeś się temu Stygijczykowi prosto w twarz?
- Obawiam się, że to nie jest zwyczajna umowa - wyjaśnił stłumionym głosem Springald. - To był specjalny stygijski kontrakt, zawierający imiona wielu bogów i przerażające klątwy. Marandos podpisał go własną krwią, a ponieważ w żyłach braci płynie ta sama krew, Ulfilo został związany równie mocno.
- A co z Malią? - zapytał Druss. - W niej płynie inna krew.
- Są pewne sposoby, by to ominąć. Wystarczy powiedzieć, że ona jest w podobnej sytuacji.
- A ty?
- Cóż, znaleźli się tutaj przeze mnie, więc ponoszę pewną odpowiedzialność. A poza tym... - wymownie wzruszył ramionami - jest skarb, i ja chcę dostać jego część.
- To potrafię zrozumieć - wtrącił Wulfrede - chociaż reszta mnie drażni.
- A teraz, jeśli jesteście usatysfakcjonowani - powiedział Ulfilo - czeka nas przeprawa przez pustynię. Musimy ruszyć jak najwcześniej.
- Usatysfakcjonowany? - powtórzył Chen Shu. - Daleki od tego. Ale, jak na razie, usłyszałem wystarczająco dużo.
Wszyscy owinęli się kocami i zasnęli.
Macie czas na jakieś dodatkowe pytania, rozmowy, potem ruszamy dalej. Kolejny wpis o dalszym ciągu wyprawy, dam w piątek rano.
Ostatnio zmieniony 03 kwietnia 2014, 13:46 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Mina Drussa stężała kiedy usłyszał jakim draniem okazał się mąż Mali, poczekał aż ich pracodawcy zakończą dzielenie sie z nimi swoimi tajemnicami po czym odezwał się:
- Co prawda nająłem się do tej wyprawy żeby pomóc wam uratować Twego męża Pani, ale doszedłem właśnie do wniosku że gdybyście chcieli przy pierwszym spotkaniu obedrzeć go żywcem ze skóry i natrzeć solą to z chęcią go przytrzymam - słowa barbarzyńcy mogły się wydać rzuconym półserio żartem ale tylko do chwili w której spojrzało się w jego oczy, które wyrażały czystą pogardę.
Po chwili ciszy dodał już rzeczowym tonem:
- Hm nie musicie odpowiadać, ale możemy się dowiedzieć jaką część skarbu zażyczył sobie ten stygijski kundel? I czy macie jakieś pojęcie o tym jak duży jest ten skarb? Nie chodzi mi o przedwczesne przeliczanie łupów ale o kwestie praktyczną, czy damy radę donieść go z powrotem na statek?
- Co prawda nająłem się do tej wyprawy żeby pomóc wam uratować Twego męża Pani, ale doszedłem właśnie do wniosku że gdybyście chcieli przy pierwszym spotkaniu obedrzeć go żywcem ze skóry i natrzeć solą to z chęcią go przytrzymam - słowa barbarzyńcy mogły się wydać rzuconym półserio żartem ale tylko do chwili w której spojrzało się w jego oczy, które wyrażały czystą pogardę.
Po chwili ciszy dodał już rzeczowym tonem:
- Hm nie musicie odpowiadać, ale możemy się dowiedzieć jaką część skarbu zażyczył sobie ten stygijski kundel? I czy macie jakieś pojęcie o tym jak duży jest ten skarb? Nie chodzi mi o przedwczesne przeliczanie łupów ale o kwestie praktyczną, czy damy radę donieść go z powrotem na statek?
- Ależ wiadomo, jaką część skarbu dostanie - powiedział dziarsko Zorian. - W sumie mam pomysł. Do drewnianej skrzyni po skarbie wrzucimy onuce Tranicosa do środka. Kapłan jak tylko otworzy wieko udusi się i sprawa rozwiązana! - weteran zaśmiał się. W głębi duszy czuł, że sprawy zaczynają się układać na ich korzyść... wystarczy bezpiecznie wrócić na statek i odpłynąć z tych dzikich krain z powrotem do Akwilonii... o ile legenda o skarbie jest prawdziwa.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Pustynia, dalsza podróż
Cymmerianin przebudził się pierwszy. Było jeszcze ciemno, jedynie szara smuga na wschodzie zapowiadała świt. Wstał, przeciągnął się i odetchnął głęboko rześkim porannym powietrzem. Ostatni wartownik drzemał nad dymiącymi resztkami ogniska, z włócznią wspartą na ramieniu. Druss rozejrzał się w poszukiwaniu Gomy, ale bez skutku.
Po paru minutach obozowisko zaczęło się budzić do życia. Wulfrede zerwał się i zaczął wykopywać swoich ludzi z koców. Kiedy zbliżył się, aby powitać Drussa, na nieboskłonie w bladoniebieskiej otoczce płonęło już słońce.
- Dobry dzień na podróż. Jest chłodno.
- Dopóki słońce się nie podniesie. Druss spojrzał na zbocze góry. - Być może będziemy musieli... Na Croma! A to co takiego? - Zobaczył coś na szczycie.
- Co? Co widzisz? - Van popatrzył w tym samym kierunku. Chwilę później on też zobaczył. - Na Ymira!
Był to błysk metalu. Słońce oświetlało już szczyt góry i tam odbijało się od jakiejś gładkiej powierzchni.
- Ludzie idą przełęczą - powiedział Tranicos. - Uzbrojeni ludzie na naszym tropie.
- Myślisz, że to tubylcy?
- Nie. Widziałeś ich włócznie. Tubylcy nigdy nie polerują grotów, tylko smarują je tłuszczem przeciw wilgoci i pozwalają im się zabrudzić. Nigdy tak nie błyszczą. To przyjaciel z czarnego żaglowca nadal podąża naszym śladem.
- Stygijczyk?
- A któżby inny? Depcze nam po piętach od czasu opuszczenia Khemi, nigdy nie zostaje zbyt daleko w tyle.
Van zaśmiał się i podrapał po brodzie.
- Mądry człowiek zawsze pilnuje swoich interesów, ale to już przesada.
- On nie tylko podąża naszym śladem - powiedział Zorian, widząc kolejne błyski na przełęczy. - On chce, byśmy wzięli na siebie całe ryzyko i wydobyli skarb, a później zamierza wydrzeć go nam siłą.
- Może się zdziwić, jeśli tak myśli - stwierdził Wulfrede. - Być może moi chłopcy nie są najmilsi ani najbardziej posłuszni, ale niezłe z nich zabijaki.
- Tak, są dzielni, jednak cały czas stają się mniej liczni.
- Z pewnością on też musi ponosić straty. Przechodzi przez ten sam kraj. Aha, może lepiej nie mówić o tym naszym ludziom.
- Tak, to dość rozsądne - zgodził się Cymmerianin.
- Aquilończykom też nie.
- Dlaczego?
- Znasz Ulfila. Jest świetnym wojownikiem, ale to szlachcic z nadmiernym poczuciem honoru. Jeśli pomyśli, że stygijski kapłan go zdradził - jak z pewnością ta szumowina zrobiła - będzie chciał zawrócić i walczyć. Nie jesteśmy na to gotowi. Żeby zaatakować, musimy być do tego przygotowani i zająć dobre pozycje.
- Tak byłoby najlepiej - zgodził się Vanko.
Wulfrede klepnął go w ramię.
- Zatem pomyślmy, jak przeprowadzić tych ludzi przez pustynię.
Cymmerianin obserwował szerokie plecy kapitana, gdy ten szedł w kierunku ogniska. Na razie zamierzał postąpić zgodnie z jego radą. Van był sprytny, ale Druss nadal mu nie ufał. Jeszcze raz spojrzał ku przełęczy. Nie było dalszych błysków stali. Najwidoczniej cała grupa przeszła już przełęcz, jednak nie mógł określić jej liczebności. Podejrzewał, że dowie się tego aż nazbyt szybko.
Napełnili bukłaki, napili się wody i wyruszyli.
- Gdzie jest Goma? - zapytał Ulfilo. - Czyżby ten czarny łajdak nas opuścił?
- Znajdziemy go z przodu - zapewnił Tranicos. - Jest dziwny, ale dla własnych powodów chce iść tam, gdzie my. Będzie niedaleko stąd.
- Nie wygląda tak źle - stwierdziła Malia, omiatając wzrokiem leżącą przed nimi jałową równinę. - Trudny teren, ale nie tak ohydny jak dżungla, i łatwiej iść tutaj niż w górę czy w dół tej okropnej góry.
Wyglądała bardziej świeżo i pogodnie niż kiedykolwiek od początku długiego marszu.
- Pustynia nastręcza inne problemy - tłumaczył jej Chen Shu. - Tutaj zabija słońce i pragnienie. Nikt nie jest w stanie zabrać dość wody. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdąży się dojść do następnego wodopoju.
- Wobec tego zastanawiam się, czy nie ciągniemy tych bukłaków na próżno - odezwał się Springald. Zarzucony na plecy pokaźny wór z wodą zmienił jego zwykle lekki krok w ociężałe powłóczenie nogami. - Jak mi się wydaje, z powodu dodatkowego ciężaru człowiek poci się jeszcze bardziej. Dlaczego po prostu nie umrzeć z pragnienia bez dodatkowych męczarni?
- Tam jest Goma - przerwał mu Zorian.
Malia spojrzała we wskazanym kierunku, ale oślepiło ją słońce.
- Nie widzę.
- On tam jest.
Kilka minut później zobaczyli go wszyscy. Górna stał wsparty niedbale na stylisku topora, jak zwykle spowity w czerwoną płachtę.
- Co znalazłeś? - zapytał Druss, gdy zrównał się z przewodnikiem.
- Nikt nie przechodził tą drogą od długiego czasu. Dawno też nie padało. To oznacza, że pierwszy dół prawie na pewno będzie suchy. Nie jest zasilany ze źródła.
- A drapieżniki? - zapytał Ulfilo.
- Nie tutaj. Będziemy musieli uważać, gdy znajdziemy się w pobliżu wody.
Springald rozejrzał się dokoła.
- Tutaj nie ma się gdzie ukryć. Jak mogłyby nas podejść?
Goma ukazał w uśmiechu białe zęby.
- Tutaj jest więcej kryjówek, niż przypuszczasz. Uważaj na każdy mijany głaz, bo może się za nim czaić lew.
Słońce wzniosło się już wysoko i dzień zrobił się strasznie gorący. W południe wszyscy ciężko dyszeli. Na otwartym terenie nie musieli wędrować gęsiego i rozproszyli się, każdy wybierał drogę, która zdawała się mu najłatwiejsza. Ulfilo zarządził postój, lecz nigdzie nie było cienia. Cierpieli w palących promieniach słońca. Przewodnicy przypomnieli o oszczędzaniu wody, jednak nie było sposobu na powstrzymanie marynarzy od ukradkowego popijania z bukłaków w czasie marszu.
Wieczorem doszli do pierwszego wodopoju. Jak przewidział Goma, zagłębienie było prawie suche. Jedynie na środku została niewielka kałuża błota. Naokoło widniały ślady jaszczurek i węży. Rozpalili ognisko z wyschniętych krzaków i rozłożyli się wokół.
- I to był dopiero pierwszy dzień - odezwała się Malia. Jej dobry nastrój przeminął, gdy zetknęła się z żarem pustyni.
- Dlaczego ten wasz kapitan Belphormis przechodził przez pustynię? - zapytał Chen Shu. - Przecież szukał nowych szlaków handlowych. Z pewnością nie zapuszczałby się na takie piaszczyste pustkowie.
- Klimat zmienia się przez wieki - odpowiedział Springald - chociaż nikt nie wie, dlaczego. W czasach Belphormisa była tu zielona równina, wielce podobna do tej z drugiej strony góry. Z jakiegoś powodu deszcze przestały padać i tak powstała pustynia.
Chen shu skinął.
- Widziałem ruiny miast na innych pustyniach, a także w podmokłych dżunglach. Kiedyś musiały je otaczać urodzajne pola.
- Właśnie. W legendach takie miejsca zawsze obracają się w ruinę z powodu klątwy tego czy innego boga. W rzeczywistości przyczyny są zwykle mniej ekscytujące. Ziemia przestaje być żyzna, pada za dużo deszczu lub też za mało. Ludzie muszą jeść. Jeśli ziemia nie może ich wyżywić, odchodzą. Istnienie cywilizacji zależy od pól i pastwisk. Tam, gdzie ich brakuje, mogą przeżyć jedynie nomadowie.
- Goma, czy na tej pustyni są ruiny miast? - zapytała Malia.
- Widywałem miejsca, gdzie niegdyś stało wiele chat. Były większe niż te na wybrzeżu i zrobione z kamienia. Nie wiadomo, kto je zbudował i kto w nich mieszkał, bo nie przetrwały nawet legendy.
- Widzisz? - powiedział Springald. - Ta ziemia była kiedyś żyzna. Wszystko zmienia się cyklicznie.
- Morze zawsze jest tam, gdzie powinno, i nigdy się nie zmienia - odezwał się Wulfrede. - Można mu ufać.
- Niekoniecznie. Bowiem morze huczy teraz nad legendarną Atlantydą, a kataklizm, który zatopił ten ląd, zmienił linię brzegową innych kontynentów. Miasto Amapur w Turanie niegdyś było portem, ma jeszcze pozostałości ogromnych kamiennych nabrzeży, a jednak leży ponad sto mil od najbliższego...
- Spokojnie, Springaldzie. Połóż się spać, zanim zagadasz nas na śmierć - rzekł Ulfilo surowo, ale z podziwem. Wśród śmiechu uczony, mrucząc coś pod nosem, ułożył się do snu.
Następny dzień okazał się jeszcze gorszy. Było bardziej gorąco, pustynia stała się skalista, a poziom wody w bukłakach obniżył się znacznie. Z podniszczonych już butów, kamaszy i sandałów, które nosili od początku wyprawy, zostały tylko strzępy. Jedynie Druss i Goma, którzy teraz chodzili boso, nie okazywali strapienia.
- Przynajmniej stopy wam się zahartują - stwierdził Cymmerianin.
- Ale dlaczego moje? - jęczał Springald. Stąpał jak po rozpalonych węglach. Jego buty były dużo lepsze od tych, które nosili prości marynarze, lecz podeszwy miał tak starte, że gorące podłoże parzyło go jak przez pergamin.
- Spróbuj codziennie pochodzić boso - poradził Druss. - Za każdym razem nieco dłużej.
- Doskonały pomysł. W ten sposób, kiedy dotrzemy na skraj pustyni, nie będę musiał przejmować się gorącymi kamieniami, bo podeszwy stóp stwardnieją jak twoje.
Cymmerianin wyszczerzył zęby.
- I pokonasz pustynię, nie mając się na co uskarżać.
- Może zapolujemy? - zaproponował Tranicos.
- Na pustynne gazele? Niełatwo na nie polować w nocy, gdy strzegą się przed atakiem drapieżników.
Druss uśmiechnął się.
- Nie na gazele. Na ludzi.
- Na ludzi? - Goma ściągnął brwi.
- Na tych, którzy idą za nami od początku podróży. Dużo wcześniej, na morzu, też nas śledzili. Ty koncentrowałeś się na drodze przed nami, przyjacielu. Ja obserwowałem tyły. - Opisał, co wraz z Wulfredem widzieli rankiem po zejściu z gór.
- A co zrobimy, gdy ich znajdziemy? - zapytał Goma.
- Będę wiedział, kiedy to się stanie. Przede wszystkim muszę sprawdzić, ilu ich jest i jak są uzbrojeni. Prędzej czy później zaatakują nas.
Goma od niechcenia zatoczył koło toporem.
- I dobrze. Urozmaici to nudny marsz.
Cymmerianin przebudził się pierwszy. Było jeszcze ciemno, jedynie szara smuga na wschodzie zapowiadała świt. Wstał, przeciągnął się i odetchnął głęboko rześkim porannym powietrzem. Ostatni wartownik drzemał nad dymiącymi resztkami ogniska, z włócznią wspartą na ramieniu. Druss rozejrzał się w poszukiwaniu Gomy, ale bez skutku.
Po paru minutach obozowisko zaczęło się budzić do życia. Wulfrede zerwał się i zaczął wykopywać swoich ludzi z koców. Kiedy zbliżył się, aby powitać Drussa, na nieboskłonie w bladoniebieskiej otoczce płonęło już słońce.
- Dobry dzień na podróż. Jest chłodno.
- Dopóki słońce się nie podniesie. Druss spojrzał na zbocze góry. - Być może będziemy musieli... Na Croma! A to co takiego? - Zobaczył coś na szczycie.
- Co? Co widzisz? - Van popatrzył w tym samym kierunku. Chwilę później on też zobaczył. - Na Ymira!
Był to błysk metalu. Słońce oświetlało już szczyt góry i tam odbijało się od jakiejś gładkiej powierzchni.
- Ludzie idą przełęczą - powiedział Tranicos. - Uzbrojeni ludzie na naszym tropie.
- Myślisz, że to tubylcy?
- Nie. Widziałeś ich włócznie. Tubylcy nigdy nie polerują grotów, tylko smarują je tłuszczem przeciw wilgoci i pozwalają im się zabrudzić. Nigdy tak nie błyszczą. To przyjaciel z czarnego żaglowca nadal podąża naszym śladem.
- Stygijczyk?
- A któżby inny? Depcze nam po piętach od czasu opuszczenia Khemi, nigdy nie zostaje zbyt daleko w tyle.
Van zaśmiał się i podrapał po brodzie.
- Mądry człowiek zawsze pilnuje swoich interesów, ale to już przesada.
- On nie tylko podąża naszym śladem - powiedział Zorian, widząc kolejne błyski na przełęczy. - On chce, byśmy wzięli na siebie całe ryzyko i wydobyli skarb, a później zamierza wydrzeć go nam siłą.
- Może się zdziwić, jeśli tak myśli - stwierdził Wulfrede. - Być może moi chłopcy nie są najmilsi ani najbardziej posłuszni, ale niezłe z nich zabijaki.
- Tak, są dzielni, jednak cały czas stają się mniej liczni.
- Z pewnością on też musi ponosić straty. Przechodzi przez ten sam kraj. Aha, może lepiej nie mówić o tym naszym ludziom.
- Tak, to dość rozsądne - zgodził się Cymmerianin.
- Aquilończykom też nie.
- Dlaczego?
- Znasz Ulfila. Jest świetnym wojownikiem, ale to szlachcic z nadmiernym poczuciem honoru. Jeśli pomyśli, że stygijski kapłan go zdradził - jak z pewnością ta szumowina zrobiła - będzie chciał zawrócić i walczyć. Nie jesteśmy na to gotowi. Żeby zaatakować, musimy być do tego przygotowani i zająć dobre pozycje.
- Tak byłoby najlepiej - zgodził się Vanko.
Wulfrede klepnął go w ramię.
- Zatem pomyślmy, jak przeprowadzić tych ludzi przez pustynię.
Cymmerianin obserwował szerokie plecy kapitana, gdy ten szedł w kierunku ogniska. Na razie zamierzał postąpić zgodnie z jego radą. Van był sprytny, ale Druss nadal mu nie ufał. Jeszcze raz spojrzał ku przełęczy. Nie było dalszych błysków stali. Najwidoczniej cała grupa przeszła już przełęcz, jednak nie mógł określić jej liczebności. Podejrzewał, że dowie się tego aż nazbyt szybko.
Napełnili bukłaki, napili się wody i wyruszyli.
- Gdzie jest Goma? - zapytał Ulfilo. - Czyżby ten czarny łajdak nas opuścił?
- Znajdziemy go z przodu - zapewnił Tranicos. - Jest dziwny, ale dla własnych powodów chce iść tam, gdzie my. Będzie niedaleko stąd.
- Nie wygląda tak źle - stwierdziła Malia, omiatając wzrokiem leżącą przed nimi jałową równinę. - Trudny teren, ale nie tak ohydny jak dżungla, i łatwiej iść tutaj niż w górę czy w dół tej okropnej góry.
Wyglądała bardziej świeżo i pogodnie niż kiedykolwiek od początku długiego marszu.
- Pustynia nastręcza inne problemy - tłumaczył jej Chen Shu. - Tutaj zabija słońce i pragnienie. Nikt nie jest w stanie zabrać dość wody. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zdąży się dojść do następnego wodopoju.
- Wobec tego zastanawiam się, czy nie ciągniemy tych bukłaków na próżno - odezwał się Springald. Zarzucony na plecy pokaźny wór z wodą zmienił jego zwykle lekki krok w ociężałe powłóczenie nogami. - Jak mi się wydaje, z powodu dodatkowego ciężaru człowiek poci się jeszcze bardziej. Dlaczego po prostu nie umrzeć z pragnienia bez dodatkowych męczarni?
- Tam jest Goma - przerwał mu Zorian.
Malia spojrzała we wskazanym kierunku, ale oślepiło ją słońce.
- Nie widzę.
- On tam jest.
Kilka minut później zobaczyli go wszyscy. Górna stał wsparty niedbale na stylisku topora, jak zwykle spowity w czerwoną płachtę.
- Co znalazłeś? - zapytał Druss, gdy zrównał się z przewodnikiem.
- Nikt nie przechodził tą drogą od długiego czasu. Dawno też nie padało. To oznacza, że pierwszy dół prawie na pewno będzie suchy. Nie jest zasilany ze źródła.
- A drapieżniki? - zapytał Ulfilo.
- Nie tutaj. Będziemy musieli uważać, gdy znajdziemy się w pobliżu wody.
Springald rozejrzał się dokoła.
- Tutaj nie ma się gdzie ukryć. Jak mogłyby nas podejść?
Goma ukazał w uśmiechu białe zęby.
- Tutaj jest więcej kryjówek, niż przypuszczasz. Uważaj na każdy mijany głaz, bo może się za nim czaić lew.
Słońce wzniosło się już wysoko i dzień zrobił się strasznie gorący. W południe wszyscy ciężko dyszeli. Na otwartym terenie nie musieli wędrować gęsiego i rozproszyli się, każdy wybierał drogę, która zdawała się mu najłatwiejsza. Ulfilo zarządził postój, lecz nigdzie nie było cienia. Cierpieli w palących promieniach słońca. Przewodnicy przypomnieli o oszczędzaniu wody, jednak nie było sposobu na powstrzymanie marynarzy od ukradkowego popijania z bukłaków w czasie marszu.
Wieczorem doszli do pierwszego wodopoju. Jak przewidział Goma, zagłębienie było prawie suche. Jedynie na środku została niewielka kałuża błota. Naokoło widniały ślady jaszczurek i węży. Rozpalili ognisko z wyschniętych krzaków i rozłożyli się wokół.
- I to był dopiero pierwszy dzień - odezwała się Malia. Jej dobry nastrój przeminął, gdy zetknęła się z żarem pustyni.
- Dlaczego ten wasz kapitan Belphormis przechodził przez pustynię? - zapytał Chen Shu. - Przecież szukał nowych szlaków handlowych. Z pewnością nie zapuszczałby się na takie piaszczyste pustkowie.
- Klimat zmienia się przez wieki - odpowiedział Springald - chociaż nikt nie wie, dlaczego. W czasach Belphormisa była tu zielona równina, wielce podobna do tej z drugiej strony góry. Z jakiegoś powodu deszcze przestały padać i tak powstała pustynia.
Chen shu skinął.
- Widziałem ruiny miast na innych pustyniach, a także w podmokłych dżunglach. Kiedyś musiały je otaczać urodzajne pola.
- Właśnie. W legendach takie miejsca zawsze obracają się w ruinę z powodu klątwy tego czy innego boga. W rzeczywistości przyczyny są zwykle mniej ekscytujące. Ziemia przestaje być żyzna, pada za dużo deszczu lub też za mało. Ludzie muszą jeść. Jeśli ziemia nie może ich wyżywić, odchodzą. Istnienie cywilizacji zależy od pól i pastwisk. Tam, gdzie ich brakuje, mogą przeżyć jedynie nomadowie.
- Goma, czy na tej pustyni są ruiny miast? - zapytała Malia.
- Widywałem miejsca, gdzie niegdyś stało wiele chat. Były większe niż te na wybrzeżu i zrobione z kamienia. Nie wiadomo, kto je zbudował i kto w nich mieszkał, bo nie przetrwały nawet legendy.
- Widzisz? - powiedział Springald. - Ta ziemia była kiedyś żyzna. Wszystko zmienia się cyklicznie.
- Morze zawsze jest tam, gdzie powinno, i nigdy się nie zmienia - odezwał się Wulfrede. - Można mu ufać.
- Niekoniecznie. Bowiem morze huczy teraz nad legendarną Atlantydą, a kataklizm, który zatopił ten ląd, zmienił linię brzegową innych kontynentów. Miasto Amapur w Turanie niegdyś było portem, ma jeszcze pozostałości ogromnych kamiennych nabrzeży, a jednak leży ponad sto mil od najbliższego...
- Spokojnie, Springaldzie. Połóż się spać, zanim zagadasz nas na śmierć - rzekł Ulfilo surowo, ale z podziwem. Wśród śmiechu uczony, mrucząc coś pod nosem, ułożył się do snu.
Następny dzień okazał się jeszcze gorszy. Było bardziej gorąco, pustynia stała się skalista, a poziom wody w bukłakach obniżył się znacznie. Z podniszczonych już butów, kamaszy i sandałów, które nosili od początku wyprawy, zostały tylko strzępy. Jedynie Druss i Goma, którzy teraz chodzili boso, nie okazywali strapienia.
- Przynajmniej stopy wam się zahartują - stwierdził Cymmerianin.
- Ale dlaczego moje? - jęczał Springald. Stąpał jak po rozpalonych węglach. Jego buty były dużo lepsze od tych, które nosili prości marynarze, lecz podeszwy miał tak starte, że gorące podłoże parzyło go jak przez pergamin.
- Spróbuj codziennie pochodzić boso - poradził Druss. - Za każdym razem nieco dłużej.
- Doskonały pomysł. W ten sposób, kiedy dotrzemy na skraj pustyni, nie będę musiał przejmować się gorącymi kamieniami, bo podeszwy stóp stwardnieją jak twoje.
Cymmerianin wyszczerzył zęby.
- I pokonasz pustynię, nie mając się na co uskarżać.
Ulfilo brnął z trudem, udając, że niczego nie czuje. Zorian wiedział, że ten człowiek prędzej umrze, niż zdradzi choćby cień cierpienia. Malia była równie dumna, lecz nie mogła opanować grymasów bólu. W przeciwieństwie do szwagra, nie została wychowana w twardej wojskowej szkole. Cymmerianin obserwował ich z ponurym uśmiechem. Zawsze podziwiał hart ducha, nawet gdy nie lubił tych, którzy go okazywali.
Z marynarzami było inaczej. Stękali i narzekali, ale Vanko prawie nie zwracał na nich uwagi. Na tym etapie nie mieli już wyboru; mogli tylko podążać za swoimi przywódcami. A co do tych, którzy szli ich tropem - miał pewne plany, ale jeszcze nie nadszedł stosowny czas...
- Woda przed nami! - zawołał Goma.
Tego ranka wysforował się daleko na przód i teraz stał na grzbiecie niskiego wzniesienia sto kroków dalej. Marynarze puścili się truchtem, poszczekując jak wygłodniałe psy.
- Nie tak szybko! - krzyknął Wulfrede. - Pozabija was bieganie w takim upale. Idźmy wolniej, a wszyscy dotrzemy do wody żywi. - Ludzie zwolnili niechętnie, ale ich nastrój poprawił się w jednej chwili. Uśmiechali się i nawet chichotali, chociaż wysuszone i obrzmiałe języki uniemożliwiały długie pogawędki.
W końcu dotarli do wodopoju. Zagłębienie otaczał labirynt tropów, lecz wszystkie zwierzęta uciekły na widok dziwacznych stworzeń. Kiedy woda znalazła się w zasięgu wzroku, już nic nie mogło powstrzymać marynarzy. Skoczyli spiesznie, padli na brzuchy i zanurzyli twarze w życiodajnym płynie.
- Przestańcie, psy! - ryknął Wulfrede. - Najpierw napełnijcie bukłaki, później pijcie!
- To na nic - powiedział Druss. - Daj im spokój i miej nadzieję, że nie spotka ich nic gorszego poza bólem brzucha.
- Tak. - Kapitan pokręcił głową. - Kiedy zaspokoją pragnienie, zaczną się skarżyć na głód. Kończą się zapasy.
- Musimy zatrzymać się tutaj na dzień lub dwa.
- A dlaczego? - zapytał Ulfilo. - Trzeba iść dalej.
- Ludzie są wykończeni, poza tym muszą w miarę możliwości naprawić sobie buty. A jeśli chcemy mieć mięso na resztę podróży, powinniśmy zapolować.
Ulfilo zamyślił się.
- Chyba masz rację - przyznał w końcu.
Tej nocy po wschodzie księżyca Tranicos i Druss odszukali Gomę.Z marynarzami było inaczej. Stękali i narzekali, ale Vanko prawie nie zwracał na nich uwagi. Na tym etapie nie mieli już wyboru; mogli tylko podążać za swoimi przywódcami. A co do tych, którzy szli ich tropem - miał pewne plany, ale jeszcze nie nadszedł stosowny czas...
- Woda przed nami! - zawołał Goma.
Tego ranka wysforował się daleko na przód i teraz stał na grzbiecie niskiego wzniesienia sto kroków dalej. Marynarze puścili się truchtem, poszczekując jak wygłodniałe psy.
- Nie tak szybko! - krzyknął Wulfrede. - Pozabija was bieganie w takim upale. Idźmy wolniej, a wszyscy dotrzemy do wody żywi. - Ludzie zwolnili niechętnie, ale ich nastrój poprawił się w jednej chwili. Uśmiechali się i nawet chichotali, chociaż wysuszone i obrzmiałe języki uniemożliwiały długie pogawędki.
W końcu dotarli do wodopoju. Zagłębienie otaczał labirynt tropów, lecz wszystkie zwierzęta uciekły na widok dziwacznych stworzeń. Kiedy woda znalazła się w zasięgu wzroku, już nic nie mogło powstrzymać marynarzy. Skoczyli spiesznie, padli na brzuchy i zanurzyli twarze w życiodajnym płynie.
- Przestańcie, psy! - ryknął Wulfrede. - Najpierw napełnijcie bukłaki, później pijcie!
- To na nic - powiedział Druss. - Daj im spokój i miej nadzieję, że nie spotka ich nic gorszego poza bólem brzucha.
- Tak. - Kapitan pokręcił głową. - Kiedy zaspokoją pragnienie, zaczną się skarżyć na głód. Kończą się zapasy.
- Musimy zatrzymać się tutaj na dzień lub dwa.
- A dlaczego? - zapytał Ulfilo. - Trzeba iść dalej.
- Ludzie są wykończeni, poza tym muszą w miarę możliwości naprawić sobie buty. A jeśli chcemy mieć mięso na resztę podróży, powinniśmy zapolować.
Ulfilo zamyślił się.
- Chyba masz rację - przyznał w końcu.
- Może zapolujemy? - zaproponował Tranicos.
- Na pustynne gazele? Niełatwo na nie polować w nocy, gdy strzegą się przed atakiem drapieżników.
Druss uśmiechnął się.
- Nie na gazele. Na ludzi.
- Na ludzi? - Goma ściągnął brwi.
- Na tych, którzy idą za nami od początku podróży. Dużo wcześniej, na morzu, też nas śledzili. Ty koncentrowałeś się na drodze przed nami, przyjacielu. Ja obserwowałem tyły. - Opisał, co wraz z Wulfredem widzieli rankiem po zejściu z gór.
- A co zrobimy, gdy ich znajdziemy? - zapytał Goma.
- Będę wiedział, kiedy to się stanie. Przede wszystkim muszę sprawdzić, ilu ich jest i jak są uzbrojeni. Prędzej czy później zaatakują nas.
Goma od niechcenia zatoczył koło toporem.
- I dobrze. Urozmaici to nudny marsz.
Techniczny:
Macie pełną swobodę zachowań, wpisy prezentują często jakieś opinie czy opisują zachowania waszych Postaci, ale możecie je zmieniać. Np. chwilowo o tym, że za wami idzie Sethmes i jego ludzie, wiecie tylko wy i Wulfrede, możecie to powiedzieć marynarzom i pracodawcom. Padła propozycja pójścia na zwiad? Kto idzie poza Gomą? Trzeba też zapolować, zostaniecie tu, dzień lub dwa. Czyli robicie co chcecie, ale to deklarujcie.
Macie pełną swobodę zachowań, wpisy prezentują często jakieś opinie czy opisują zachowania waszych Postaci, ale możecie je zmieniać. Np. chwilowo o tym, że za wami idzie Sethmes i jego ludzie, wiecie tylko wy i Wulfrede, możecie to powiedzieć marynarzom i pracodawcom. Padła propozycja pójścia na zwiad? Kto idzie poza Gomą? Trzeba też zapolować, zostaniecie tu, dzień lub dwa. Czyli robicie co chcecie, ale to deklarujcie.
Ostatnio zmieniony 04 kwietnia 2014, 10:54 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Nie wiem jak wygląda teren dookoła wodopoju ale sądzę że byłoby to dobre miejsce żeby wydać tamtym bitwę. My odpoczniemy mając dostęp do wody, a kiedy oni przybędą na pewno będą tak samo wykończeni jak w chwili przybycia tu. Spora część pewnie w podobnym stylu rzuci się do wody, bez baczenia na otoczenie, więc zastawienie pułapki powinno być wykonalne.
Jestem zdecydowanie przeciwko zatajaniu informacje przed naszymi pracodawcami, ale jak reszta będzie zdecydowanie za tym żeby nic nie mówić to Druss ugryzie się w język do czasu wykonania zaproponowanego wyżej zwiadu.
Pytanie czy tylko obserwujemy czy może próbujemy wziąć "języka"?
Dla mistrza
Jestem zdecydowanie przeciwko zatajaniu informacje przed naszymi pracodawcami, ale jak reszta będzie zdecydowanie za tym żeby nic nie mówić to Druss ugryzie się w język do czasu wykonania zaproponowanego wyżej zwiadu.
Pytanie czy tylko obserwujemy czy może próbujemy wziąć "języka"?
Dla mistrza
Spoiler!
- Przy okazji zgarnęlibyśmy trochę łupów. I kto wie - może nawet jakieś jedzenie by się znalazło? - dodał Zorian, błyskając zębami w kaprawym uśmiechu. - Druss, wstrzymaj się z mówieniem komukolwiek. Trzeba oszacować, ilu ludzi idzie ku nam. Ja się nie nadaję do cichego zwiadu; Tranicos, Goma i ty Drussie doskonale sobie poradzicie bez zbędnego balastu. Ja tymczasem rozejrzę się tutaj po okolicy i zobaczę, jak można by wykorzystać teren do zasadzki.
Jak mówię - tak robię. Idę zbadać tereny wokoło wodopoju. Biorę ze sobą tylko moją małą lunetę i bukłak z wodą. Chcę sprawdzić, czy da się zrobić zasadzkę, albo czy da radę ukryć ludzi. W ogóle info o terenie byłoby całkiem w cenie.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)