Słońce zaszło w jednej chwili: krwawoczerwona kula opuszczająca się w mętne wody rozlewiska. Rozświetlona blaskiem pary księżyców noc objęła bagna w swe władanie przynosząc wraz z nimi duszność wilgotnego powietrza, tajemniczy plusk wody oraz dźwięki wydawane przez niezliczone rzesze owadów. Znużeni ponad wszelką miarę i myślący wyłącznie o czystej wodzie mężczyźni bezskutecznie szukali przez ostatnią godzinę przed zmierzchem skrawka suchego lądu mogącego posłużyć im za nocne schronienie. Łódź dryfowała poprzez rozległe mokradła, niesiona leciutkim prądem, niosąc zapadających w niespokojną drzemkę Grzmocicieli w nieznanym kierunku.
Jeden spośród nich Rogan Vain potrafił orientować się w terenie z pomocą gwiazd, Morridańczyk jednak od dłuższego czasu leżał na dnie łodzi pozbawiony przytomności i trawiony coraz silniejszą gorączką.
Obudzony trzepotem ptasich skrzydeł, śpiący z karabinem na kolanach Reynard ocknął się w pewnej chwili dostrzegając siedzącą na rufie łodzi czaplę, rysującą się czarnym konturem na tle oświetlonych księżycową poświatą bagien. Mężczyzna drgnął leciutko chcąc odwrócić w stronę stworzenia lufę broni i ruch ten wystarczył, by spłoszony ptak natychmiast wzbił się w powietrze młócąc powietrze skrzydłami.
Bannister westchnął ciężko i rozejrzał wokół siebie próbując zorientować się, gdzie właściwie trafiła łódź.
Serce Grzmociciela zabiło mocniej na widok, którego człowiek nie spodziewał się ujrzeć, a który rozpalił jego umierającą nadzieję żywym płomieniem.
Gdzieś po lewej stronie łodzi w oddali ciemność nocy ustępowała pola poświacie mogącej bić wyłącznie od ognisk jakiegoś obozowiska.