PBF - Ścigając samego siebie
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Chudzielcowi nie bardzo była w smak mowa Flanagana, bo jeszcze złodziejaszki mogły zjawić się niczym kawaleria w Goodsprings. Ten snajper wydawał się całkiem przystojny i jakby znalazł się w wiosce, to pewnie wyrwał by Sunny raz dwa, tuż z sprzed nosa Simpsona. Toteż nie wchodził w słowo Johnowi, tylko padł na kolana i wbłagalnym geście rozpłakał się głośno:
- Kobieta na mnie czeka, dzieci już w drodze... - łakł żałośnie widząc w wizji jaka była jego marzeniem Sunny z brzuchem noszącym jego dziecko: - Bądźcie ludźmi... . Chociaż ciuszki oddajcie... I broń... I pancerz... To chociaż działkę jeta kopsnijcie i już się zmywamy...
- Kobieta na mnie czeka, dzieci już w drodze... - łakł żałośnie widząc w wizji jaka była jego marzeniem Sunny z brzuchem noszącym jego dziecko: - Bądźcie ludźmi... . Chociaż ciuszki oddajcie... I broń... I pancerz... To chociaż działkę jeta kopsnijcie i już się zmywamy...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Międzystanówka I-15 na południe od Primm
Cathy, Tim i mężczyzna o chrapliwym głosie cofnęli się o kilka kroków, rozpoczynając wiedzioną półgłosem, ale bardzo ożywioną dyskusję. Pilnowani przez uzbrojonych w M16 nastolatków, wciąż klęczący na gorącej ziemi półnadzy mężczyźni słyszeli tylko strzępy tej rozmowy, popadając w coraz czarniejszy nastrój.
- Jeśli nie kłamią i pracują dla RNK... może trzeba ich rozwalić od ręki, wszystkich trzech? - zapytał gość z Berettą - Jednego załatwiliśmy, reszta może przeciw nam świadczyć. Ich słowo przeciwko naszemu. Potem wyjdzie, że to my ich napadliśmy.
- Greg, to nie po naszemu - odparł snajper, który przez cały czas bacznie zerkał na jeńców - Nie zamorduję ich, choćby i byli Szakalami. Co innego w walce, a co innego strzałem w tył głowy.
- Niech pustynia zadecyduje - wtrąciła rudowłosa dziewczyna; twardym głosem zupełnie nie idącym w parze z jej w gruncie rzeczy przyjazną i ładną twarzą - Jeśli pisane im życie, dotrą do Przyczółka, w przeciwnym razie... pustynia zatrze wszystkie ślady.
Tim i Greg namyślali się przez chwilę, potem kiwnęli z aprobatą głowami. Snajper zniknął na chwilę w budynku posterunku, wyszedł z niego niosąc naręcze starych ubrań. Rzuciwszy je pod nogi więźniów cofnął się o kilka kroków.
- Stare koszule - oznajmił - Zróbcie z nich sobie turbany na głowy, to osłoni was przed słońcem. A teraz wynoście się, bo więcej rozmów nie będzie. Jeśli nie odejdziecie po dobroci, nasza cierpliwość się skończy.
Cathy, Tim i mężczyzna o chrapliwym głosie cofnęli się o kilka kroków, rozpoczynając wiedzioną półgłosem, ale bardzo ożywioną dyskusję. Pilnowani przez uzbrojonych w M16 nastolatków, wciąż klęczący na gorącej ziemi półnadzy mężczyźni słyszeli tylko strzępy tej rozmowy, popadając w coraz czarniejszy nastrój.
- Jeśli nie kłamią i pracują dla RNK... może trzeba ich rozwalić od ręki, wszystkich trzech? - zapytał gość z Berettą - Jednego załatwiliśmy, reszta może przeciw nam świadczyć. Ich słowo przeciwko naszemu. Potem wyjdzie, że to my ich napadliśmy.
- Greg, to nie po naszemu - odparł snajper, który przez cały czas bacznie zerkał na jeńców - Nie zamorduję ich, choćby i byli Szakalami. Co innego w walce, a co innego strzałem w tył głowy.
- Niech pustynia zadecyduje - wtrąciła rudowłosa dziewczyna; twardym głosem zupełnie nie idącym w parze z jej w gruncie rzeczy przyjazną i ładną twarzą - Jeśli pisane im życie, dotrą do Przyczółka, w przeciwnym razie... pustynia zatrze wszystkie ślady.
Tim i Greg namyślali się przez chwilę, potem kiwnęli z aprobatą głowami. Snajper zniknął na chwilę w budynku posterunku, wyszedł z niego niosąc naręcze starych ubrań. Rzuciwszy je pod nogi więźniów cofnął się o kilka kroków.
- Stare koszule - oznajmił - Zróbcie z nich sobie turbany na głowy, to osłoni was przed słońcem. A teraz wynoście się, bo więcej rozmów nie będzie. Jeśli nie odejdziecie po dobroci, nasza cierpliwość się skończy.
Wydaje mi się, że to ostateczne ultimatum...
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Przyglądam im się po kolei, z koszuli robię turban.
Biorę butelkę z wodą i maczetę i ruszam ku Mojave.
Jak odejdziemy poza zasięg słuchu, pytam pastora, jak to się do cholery stało, że zabili Venkmena, a Ty nam nie powiedziałeś, że to nie RNK ???
Co oni chcieli, chcieli was rozbroić czy kazali odejść?
Straciliśmy pożyczoną broń i sprzęt, jesteśmy w dupie u murzyna. Bo nie zajarzyliście, że w środku jest kilkoro gówniarzy, żadnych bandziorów i nie RNK jak myślałem ja...
Jak kazali wam spieprzać to było spieprzać, zwłaszcza, że ich snajper walił do mnie i Barta za wrakiem. Czemu staliście jak dupki?
Biorę butelkę z wodą i maczetę i ruszam ku Mojave.
Jak odejdziemy poza zasięg słuchu, pytam pastora, jak to się do cholery stało, że zabili Venkmena, a Ty nam nie powiedziałeś, że to nie RNK ???
Co oni chcieli, chcieli was rozbroić czy kazali odejść?
Straciliśmy pożyczoną broń i sprzęt, jesteśmy w dupie u murzyna. Bo nie zajarzyliście, że w środku jest kilkoro gówniarzy, żadnych bandziorów i nie RNK jak myślałem ja...
Jak kazali wam spieprzać to było spieprzać, zwłaszcza, że ich snajper walił do mnie i Barta za wrakiem. Czemu staliście jak dupki?
Generalnie chcę wiedzieć, bo moja postać nie wie co tam się stało. Nie oczekuję opisu, chyba, że pastor mnie okłamie co do tego co tam zaszło.
Ostatnio zmieniony 30 lipca 2014, 20:56 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Międzystanówka I-15 na południe od Primm
Pastor obejrzał się w stronę blondyna dziwnie pustym wzrokiem, wciąż pozostając w stanie ewidentnego szoku doznanego na widok śmierci Venkmena.
- Pete słyszał, że ktoś jest w środku i chciał ich nastraszyć - powiedział po bardzo długiej chwili milczenia kaznodzieja - Myślał chyba, że to jacyś włóczędzy. Odpowiedzieli strzałami, a kiedy zaczęliśmy gadać... był ukryty strzelec, sami przecież wiecie. Venkmen chyba stracił panowanie nad sobą, wyciągnął z kieszeni granat, kiedy tamci ostrzegli, że mają nas na muszce.
Gottschalk urwał, maszerując równym, aczkolwiek dziwnie automatycznym rytmem. John przyglądał się pastorowi przez dłuższą chwilę z ukosa, ale w końcu ugryzł się w język. Wyładowywanie złości na osobie duchownego mogło mu przynieść chwilową ulgę, ale nie dawało żadnych innych korzyści, a marnowanie energii na jałową kłótnię byłoby prawdziwą rozrzutnością w opłakanej sytuacji kurierów.
Palące niemiłosiernie słońce stało wysoko na niebie, zalewając pustkowia Nevady żarem, który wyciskał z odsłoniętych ciał ludzi każdą kroplę potu, znacząc je w zamian czerwonymi plamami poparzeń.
Pastor obejrzał się w stronę blondyna dziwnie pustym wzrokiem, wciąż pozostając w stanie ewidentnego szoku doznanego na widok śmierci Venkmena.
- Pete słyszał, że ktoś jest w środku i chciał ich nastraszyć - powiedział po bardzo długiej chwili milczenia kaznodzieja - Myślał chyba, że to jacyś włóczędzy. Odpowiedzieli strzałami, a kiedy zaczęliśmy gadać... był ukryty strzelec, sami przecież wiecie. Venkmen chyba stracił panowanie nad sobą, wyciągnął z kieszeni granat, kiedy tamci ostrzegli, że mają nas na muszce.
Gottschalk urwał, maszerując równym, aczkolwiek dziwnie automatycznym rytmem. John przyglądał się pastorowi przez dłuższą chwilę z ukosa, ale w końcu ugryzł się w język. Wyładowywanie złości na osobie duchownego mogło mu przynieść chwilową ulgę, ale nie dawało żadnych innych korzyści, a marnowanie energii na jałową kłótnię byłoby prawdziwą rozrzutnością w opłakanej sytuacji kurierów.
Palące niemiłosiernie słońce stało wysoko na niebie, zalewając pustkowia Nevady żarem, który wyciskał z odsłoniętych ciał ludzi każdą kroplę potu, znacząc je w zamian czerwonymi plamami poparzeń.
David Gottschalk jest od tej chwili NPC-em. mam nadzieję, że na Przyczółku Mojave trafi się okazja do zaciągnięcia do drużyny nowych rekrutów, ale wpierw trzeba się do Przyczółka dostać...
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Spieprzyliście to maksymalnie.
Trudno, szkoda śliny, przez brak jaj i mózgów u pastora i śp. Venkmena, zostaliśmy załatwieni jak frajerzy, przez jebanych gówniarzy.
To mój ostatni komentarz na ten temat. Skupmy się na dotarciu do Mojave.
Idziemy Bart, a wielebny niech robi co uważa.
Trudno, szkoda śliny, przez brak jaj i mózgów u pastora i śp. Venkmena, zostaliśmy załatwieni jak frajerzy, przez jebanych gówniarzy.
To mój ostatni komentarz na ten temat. Skupmy się na dotarciu do Mojave.
Idziemy Bart, a wielebny niech robi co uważa.
Po wylaniu resztek wściekłości i pomyj na pastora, skupiam się na wypatrywaniu zagrożenia, idziemy w pewnej odległości od siebie, tym razem ja z przodu.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Międzystanówka I-15 na południe od Primm
Mordercza wędrówka środkiem rozgrzanej autostrady okazała się dla trójki mężczyzn prawdziwą udręką. Promienie słońca dosłownie paliły im skórę, a oszczędzone przed bezpośrednim światłem materiałem turbanów głowy i karki wędrowców ociekały potem. Zarysy policyjnego posterunku dawno już zniknęły gdzieś w tyle, zakończone widokiem pozornie bezkresnej pustyni ciągnącej się po obu stronach zapiaszczonej drogi międzystanowej. Wyrastające na południu góry przesłaniały widnokrąg, ale ku bezsilnej rozpaczy Flanagana jakby wcale się do kurierów nie przybliżały, chociaż zdesperowani mężczyźni maszerowali bez chwili wytchnienia.
Po kilku godzinach wysysającego z ciał resztki energii marszu mężczyźni dostrzegli przed sobą jakieś ślady cywilizacji: betonowe kształty obwodnicy przerzuconej nad nitkami głównej drogi, częściowo zawalone i dowodzące istnienia przedwojennego zjazdu z autostrady.
- Cień - wychrypiał spierzchniętymi ustami pastor, taksując wzrokiem betonowe wsporniki i jezdnię przerzuconą nad autostradę, mogącą zapewnić wędrowcom przynajmniej szczątkową osłonę przed promieniami słońca - Tam jest cień...
Mordercza wędrówka środkiem rozgrzanej autostrady okazała się dla trójki mężczyzn prawdziwą udręką. Promienie słońca dosłownie paliły im skórę, a oszczędzone przed bezpośrednim światłem materiałem turbanów głowy i karki wędrowców ociekały potem. Zarysy policyjnego posterunku dawno już zniknęły gdzieś w tyle, zakończone widokiem pozornie bezkresnej pustyni ciągnącej się po obu stronach zapiaszczonej drogi międzystanowej. Wyrastające na południu góry przesłaniały widnokrąg, ale ku bezsilnej rozpaczy Flanagana jakby wcale się do kurierów nie przybliżały, chociaż zdesperowani mężczyźni maszerowali bez chwili wytchnienia.
Po kilku godzinach wysysającego z ciał resztki energii marszu mężczyźni dostrzegli przed sobą jakieś ślady cywilizacji: betonowe kształty obwodnicy przerzuconej nad nitkami głównej drogi, częściowo zawalone i dowodzące istnienia przedwojennego zjazdu z autostrady.
- Cień - wychrypiał spierzchniętymi ustami pastor, taksując wzrokiem betonowe wsporniki i jezdnię przerzuconą nad autostradę, mogącą zapewnić wędrowcom przynajmniej szczątkową osłonę przed promieniami słońca - Tam jest cień...
Ryzyko udaru wciąż nad Wami wisi, więc może warto skorzystać z okazji do chwili wytchnienia w cieniu obwodnicy?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Międzystanówka I-15 na południe od Primm
Dający choćby namiastkę wytchnienia cień okazał się zbyt kuszący, by trzej mężczyźni zdołali mu się oprzeć. Poprzedzani przez zdecydowanego na każde ryzyko pastora, ściskający na wszelki wypadek w dłoniach maczety kurierzy zagłębili się w półmrok panujący pod betonową obwodnicą, mimowolnie wydając z siebie pomruki ogromnej ulgi. Możność ucieczki nawet na krótką chwilę przed promieniami słońca zdała im się prawdziwym darem niebios.
Gottschalk usiadł na kawałku betonowego gruzu, wypił łapczywie połowę zawartości swej butelki oblizując ściekające po brodzie kropelki wody. W jego wzroku majaczył narastający obłęd, zrodzony z krwawych wydarzeń przy posterunku i poczucia odpowiedzialności za ich kulminację.
- Może zostaniemy tu do zmroku? - zaproponował nie ważąc się dotknąć dłonią swych poparzonych pleców i ramion, mówiąc głuchym półgłosem i unikając wzroku towarzyszy - Zaczekamy, aż się ściemni, a potem pójdziemy dalej?
John nie odpowiedział w pierwszej chwili, przeszedł kilka kroków pod wiszącą nad jego głową jezdnią wyglądając spod osłony na południową stronę obwodnicy. Pasmo skalistych gór było nareszcie bliżej, a biegnąca ku nim autostrada zaczynała unosić się wraz z pochyłym gruntem, zapowiadając ostatni odcinek podróży ku przełęczy.
- To chyba skrzyżowanie z drogą do Nipton - mruknął próbując odtworzyć w myślach widziane w Goodsprings mapy - Tak mi się wydaje.
Dający choćby namiastkę wytchnienia cień okazał się zbyt kuszący, by trzej mężczyźni zdołali mu się oprzeć. Poprzedzani przez zdecydowanego na każde ryzyko pastora, ściskający na wszelki wypadek w dłoniach maczety kurierzy zagłębili się w półmrok panujący pod betonową obwodnicą, mimowolnie wydając z siebie pomruki ogromnej ulgi. Możność ucieczki nawet na krótką chwilę przed promieniami słońca zdała im się prawdziwym darem niebios.
Gottschalk usiadł na kawałku betonowego gruzu, wypił łapczywie połowę zawartości swej butelki oblizując ściekające po brodzie kropelki wody. W jego wzroku majaczył narastający obłęd, zrodzony z krwawych wydarzeń przy posterunku i poczucia odpowiedzialności za ich kulminację.
- Może zostaniemy tu do zmroku? - zaproponował nie ważąc się dotknąć dłonią swych poparzonych pleców i ramion, mówiąc głuchym półgłosem i unikając wzroku towarzyszy - Zaczekamy, aż się ściemni, a potem pójdziemy dalej?
John nie odpowiedział w pierwszej chwili, przeszedł kilka kroków pod wiszącą nad jego głową jezdnią wyglądając spod osłony na południową stronę obwodnicy. Pasmo skalistych gór było nareszcie bliżej, a biegnąca ku nim autostrada zaczynała unosić się wraz z pochyłym gruntem, zapowiadając ostatni odcinek podróży ku przełęczy.
- To chyba skrzyżowanie z drogą do Nipton - mruknął próbując odtworzyć w myślach widziane w Goodsprings mapy - Tak mi się wydaje.
Odpoczywacie w cieniu obwodnicy, na razie nigdzie nie widać śladu zagrożenia, a pole widzenia macie porządne!
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Ja to bym szedł dalej. Lepiej przed zmrokiem dotrzeć na miejsce. - stwierdził Chudzielec, któremu od momentu opuszczenia posterunku dopisywał humor. Głupi uśmiech, ku zdenerwowaniu Flanagana nie schodził z gęby Simpsona.
- Czego tak cieszysz?!
-Bo wciąż żyję.
Cała trójka siedziała delektując się cieniem rzucanym przez betonowe wsporniki. Chudy spojrzał się w prawo na slipki Johna, później na swoje, a potem w lewo na majtki Gottschalka. Uśmiechnął się do pastora z politowaniem:
- No ojczulek to za wiele tam nie ma w gaciach. Nie to co ja, albo choćby nawet Flanagan... Jakby se pastor pociupciał za młodu troszkę, to by miał fiuta wyćwiczonego jak mój!
- Czego tak cieszysz?!
-Bo wciąż żyję.
Cała trójka siedziała delektując się cieniem rzucanym przez betonowe wsporniki. Chudy spojrzał się w prawo na slipki Johna, później na swoje, a potem w lewo na majtki Gottschalka. Uśmiechnął się do pastora z politowaniem:
- No ojczulek to za wiele tam nie ma w gaciach. Nie to co ja, albo choćby nawet Flanagan... Jakby se pastor pociupciał za młodu troszkę, to by miał fiuta wyćwiczonego jak mój!
Jestem za marszem za dnia. Potem będzie zimno i wyjdą drapieżniki na żer, a my tu z maczetami...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Międzystanówka I-15 na południe od Primm
Pastor pierwszy ruszył w drogę, odprowadzony wciąż niechętnymi spojrzeniami obu kurierów. Bart i John napili się oszczędnie wody, świadomi tego, że zasób płynu w ich butelkach drastycznie się skurczył. Skóra piekła ich niemiłosiernie, a perspektywa dalszego marszu w skwarze prawdziwie odstręczała, ale obaj przeświadczeni byli, że nocowanie na pustkowiach w bieliźnie i z maczetami służącymi za jedyny oręż mogło się skończyć tragicznie.
Musieli jeszcze za dnia dotrzeć do namiastki cywilizacji, jaką jawił im się republikański punkt graniczny na górskiej przełęczy.
John postał jeszcze chwilę w cieniu rzucanym przez betonowy wiadukt, ciesząc się jego dobrodziejstwem. Wzrok mężczyzny przesunął się po blokach budulca i sterczących z nich grubych prętów zbrojeniowych, powędrował po wspornikach ku pasom jezdni. W niektórych miejscach blondyn zauważył już wcześniej głębokie pęknięcia przechodzące w szczeliny, które sięgały gdzieś w głąb ziemi, ziejące czernią korytarzy wypłukanych najpewniej przez bardzo rzadkie na Mojave deszcze. Szczeliny te były zbyt małe, by mógł się w nich schronić dorosły człowiek, chociaż dziecko mogłoby przy odrobinie pecha wpaść do środka na nieznaną Johnowi głębokość.
Flanagan zastanawiał się wcześniej, czy aby nie spróbować posondować szczelin za pomocą butelki w poszukiwaniu jakiegoś płytkiego źródła wody, zarzucił jednak ten pomysł wskutek braku podstawowych narzędzi.
Teraz, opuszczając zacienioną kryjówkę, poczuł znienacka jakiś dreszcz niepokoju związany z tym miejscem, całkowicie irracjonalny z powodu braku przesłanek mogących świadczyć o jakimś zagrożeniu. Czarne szczeliny pod wspornikami obwodnicy zaczęły mu się jawić niewypowiedzianą groźbą, podobnie jak życiodajny dotąd cień. Otrząsając się z tego dziwnego wrażenia jasnowłosy zabijaka ujął w dłoń butelkę i maczetę i pomaszerował w ślad za oddalającymi się ospale towarzyszami.
Pastor pierwszy ruszył w drogę, odprowadzony wciąż niechętnymi spojrzeniami obu kurierów. Bart i John napili się oszczędnie wody, świadomi tego, że zasób płynu w ich butelkach drastycznie się skurczył. Skóra piekła ich niemiłosiernie, a perspektywa dalszego marszu w skwarze prawdziwie odstręczała, ale obaj przeświadczeni byli, że nocowanie na pustkowiach w bieliźnie i z maczetami służącymi za jedyny oręż mogło się skończyć tragicznie.
Musieli jeszcze za dnia dotrzeć do namiastki cywilizacji, jaką jawił im się republikański punkt graniczny na górskiej przełęczy.
John postał jeszcze chwilę w cieniu rzucanym przez betonowy wiadukt, ciesząc się jego dobrodziejstwem. Wzrok mężczyzny przesunął się po blokach budulca i sterczących z nich grubych prętów zbrojeniowych, powędrował po wspornikach ku pasom jezdni. W niektórych miejscach blondyn zauważył już wcześniej głębokie pęknięcia przechodzące w szczeliny, które sięgały gdzieś w głąb ziemi, ziejące czernią korytarzy wypłukanych najpewniej przez bardzo rzadkie na Mojave deszcze. Szczeliny te były zbyt małe, by mógł się w nich schronić dorosły człowiek, chociaż dziecko mogłoby przy odrobinie pecha wpaść do środka na nieznaną Johnowi głębokość.
Flanagan zastanawiał się wcześniej, czy aby nie spróbować posondować szczelin za pomocą butelki w poszukiwaniu jakiegoś płytkiego źródła wody, zarzucił jednak ten pomysł wskutek braku podstawowych narzędzi.
Teraz, opuszczając zacienioną kryjówkę, poczuł znienacka jakiś dreszcz niepokoju związany z tym miejscem, całkowicie irracjonalny z powodu braku przesłanek mogących świadczyć o jakimś zagrożeniu. Czarne szczeliny pod wspornikami obwodnicy zaczęły mu się jawić niewypowiedzianą groźbą, podobnie jak życiodajny dotąd cień. Otrząsając się z tego dziwnego wrażenia jasnowłosy zabijaka ujął w dłoń butelkę i maczetę i pomaszerował w ślad za oddalającymi się ospale towarzyszami.
Słońce wysoko na niebie, żar się z przestworzy leje, a Wy człapiecie krok za krokiem przed siebie...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Międzystanówka I-15 na południe od Primm
Wlokący się krok za krokiem przez rozgrzaną pustynię mężczyźni stracili w pewnym momencie poczucie czasu, pozornie zawieszeni w czasie i przestrzeni na cienkiej linii wytyczającej granicę pomiędzy życiem i śmiercią. Zapas wody dawno już im się skończył i przyprawiające o szaleństwo pragnienie nie pozwalało mówić nawet półgłosem. Słońce zaczęło w końcu zachodzić, ale nagrzane przez cały dzień skały wciąż buchały żarem nie dając nawet chwili wytchnienia.
Idący kilkanaście metrów w przodzie Gottschalk zatrzymał się znienacka, ale człapiący w ślad za nim kurierzy w pierwszej chwili tego nie spostrzegli, pogrążeni we własnych myślach. Simpson omal nie wpadł na plecy pastora, skręcił w bok podążając za wzrokiem Davida i otwierając bezwiednie usta.
W oddali, na szczycie skalistego wzniesienia i na tle pokrytego białymi obłokami nieba, rysowały się dwie ewidentnie ludzkie sylwetki, najwyraźniej ściskające sobie dłonie.
- Co to? - wychrypiał Simpson wpatrując się w odległych olbrzymów, swymi rozmiarami świadczących o tym, że nie mogli być żywymi istotami, a przynajmniej nie prawdziwymi ludźmi - Kto to?
- Przyczółek - z popękanych ust pastora wydobył się cichy pomruk, ograniczony do jednego zaledwie słowa. Odzyskawszy nieco wigoru David ruszył z miejsca, zmierzając ku rysującym się na widnokręgu postaciom.
[center]
[/center]
Wlokący się krok za krokiem przez rozgrzaną pustynię mężczyźni stracili w pewnym momencie poczucie czasu, pozornie zawieszeni w czasie i przestrzeni na cienkiej linii wytyczającej granicę pomiędzy życiem i śmiercią. Zapas wody dawno już im się skończył i przyprawiające o szaleństwo pragnienie nie pozwalało mówić nawet półgłosem. Słońce zaczęło w końcu zachodzić, ale nagrzane przez cały dzień skały wciąż buchały żarem nie dając nawet chwili wytchnienia.
Idący kilkanaście metrów w przodzie Gottschalk zatrzymał się znienacka, ale człapiący w ślad za nim kurierzy w pierwszej chwili tego nie spostrzegli, pogrążeni we własnych myślach. Simpson omal nie wpadł na plecy pastora, skręcił w bok podążając za wzrokiem Davida i otwierając bezwiednie usta.
W oddali, na szczycie skalistego wzniesienia i na tle pokrytego białymi obłokami nieba, rysowały się dwie ewidentnie ludzkie sylwetki, najwyraźniej ściskające sobie dłonie.
- Co to? - wychrypiał Simpson wpatrując się w odległych olbrzymów, swymi rozmiarami świadczących o tym, że nie mogli być żywymi istotami, a przynajmniej nie prawdziwymi ludźmi - Kto to?
- Przyczółek - z popękanych ust pastora wydobył się cichy pomruk, ograniczony do jednego zaledwie słowa. Odzyskawszy nieco wigoru David ruszył z miejsca, zmierzając ku rysującym się na widnokręgu postaciom.
[center]
W nieszczęsnym umyśle Barta pojawiło się przekonanie, że trafił na ziemie olbrzymów, ale nie rozwijam tego wątku, by nie prowokować jakiejś apokaliptycznej sceny z udziałem niepoczytalnego chudzielca 