PBF - Bournemouth after Midnight
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Thomas podniósł do ust szklankę ze śliwowicą, powąchał ją i odstawił na miejsce. Nie był to mdły lecz kusząco słodki zapach vitae. Skrzywił się, już sama woń alkoholu kazała mu się wycofać, nigdy nie był jej miłośnikiem. Siedział wygodnie w fotelu z założoną nogą na nogę i to sprawiało mu komfort. Patrzył przed siebie i analizując bezwiednie składał przed twarzą swoje dłonie w domek tworzą go i rozkładając na nowo.
- Oh, spokojnie ja nie histeryzuję tylko chłodno kalkuluję. Wiadomo, że po takim manewrze jaki wykonała w Rhino musi sprawę jakoś zakończyć. Nie może pozwolić by ktokolwiek wyżej postawiony w klanie przeczytał moje wspomnienia. Za działanie przeciw członkom klanu są u nas solidne i nieuchronne kary to fundament piramidy. Choć należy wziąć pod uwagę, że Elza ma liczne zasługi dla klanu. Oczywiście dla niej wymierzona kara byłaby w takim razie znacznie mniejsza. Oczywiście ktoś kto by przeszukiwał umysł mógłby się z nią porozumieć i sprzedać mnie w zamian za przysługę. Gdyby jednak nie miała możliwości tego zatuszować zawsze może otwarcie twierdzić, że nigdy tak naprawdę nie planowała mnie zabić. Stwierdzi wówczas, że przecież ona nigdy nie spaprałaby tak sprawy a musiała udawać że chce się mnie pozbyć dla dobra klanu ponieważ... i tutaj jakaś wiarygodna bajeczka. - domek z rąk rozłożył się po raz ostatni i bezpowrotnie.
- Jedynym rozwiązaniem dla mnie jest złapanie Matki in flagranti, co może być niezwykle trudne. Choć biorąc pod uwagę współpracowników jakich obecnie posiada - Thomas się szeroko uśmiechnął pokazując pełen garnitur białych jak śnieg zębów - może to być teraz wykonalne. Dużo bym dał by móc zobaczyć jej reakcję kiedy zorientuje się jakich partaczy wysłano do Zurychu. Zupełnie inny materiał niż ten z którym była przyzwyczajona pracować przez ostatnie kilkadziesiąt lat. - powiedział z nieustającym uśmiechem i złośliwym błyskiem w oku.
- A o do Rzymu, to nie bardzo wiem co oczekujemy tam znaleźć. Jakieś pomysły? Jakieś resume naszego tropu?- spojrzał na Achille.
- Oh, spokojnie ja nie histeryzuję tylko chłodno kalkuluję. Wiadomo, że po takim manewrze jaki wykonała w Rhino musi sprawę jakoś zakończyć. Nie może pozwolić by ktokolwiek wyżej postawiony w klanie przeczytał moje wspomnienia. Za działanie przeciw członkom klanu są u nas solidne i nieuchronne kary to fundament piramidy. Choć należy wziąć pod uwagę, że Elza ma liczne zasługi dla klanu. Oczywiście dla niej wymierzona kara byłaby w takim razie znacznie mniejsza. Oczywiście ktoś kto by przeszukiwał umysł mógłby się z nią porozumieć i sprzedać mnie w zamian za przysługę. Gdyby jednak nie miała możliwości tego zatuszować zawsze może otwarcie twierdzić, że nigdy tak naprawdę nie planowała mnie zabić. Stwierdzi wówczas, że przecież ona nigdy nie spaprałaby tak sprawy a musiała udawać że chce się mnie pozbyć dla dobra klanu ponieważ... i tutaj jakaś wiarygodna bajeczka. - domek z rąk rozłożył się po raz ostatni i bezpowrotnie.
- Jedynym rozwiązaniem dla mnie jest złapanie Matki in flagranti, co może być niezwykle trudne. Choć biorąc pod uwagę współpracowników jakich obecnie posiada - Thomas się szeroko uśmiechnął pokazując pełen garnitur białych jak śnieg zębów - może to być teraz wykonalne. Dużo bym dał by móc zobaczyć jej reakcję kiedy zorientuje się jakich partaczy wysłano do Zurychu. Zupełnie inny materiał niż ten z którym była przyzwyczajona pracować przez ostatnie kilkadziesiąt lat. - powiedział z nieustającym uśmiechem i złośliwym błyskiem w oku.
- A o do Rzymu, to nie bardzo wiem co oczekujemy tam znaleźć. Jakieś pomysły? Jakieś resume naszego tropu?- spojrzał na Achille.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Xavier nie odzywał się. Obserwował członków koterii, podobnie jak Vallo patrząc na gesty, zachowanie i sposób myślenia swoich towarzyszy. Siedział w tej chwili wygodnie na miękkim fotelu popijając małymi łykami kolejnego drinka. W pewnym momencie Thomas spojrzał na Price'a mówiąc: Muszę tylko zdobyć dowody. Xavier nie odezwał się od razu, dając sobie czas na ułożenie wypowiedzi.
- A o do Rzymu, to nie bardzo wiem co oczekujemy tam znaleźć. Jakieś pomysły? Jakieś resume naszego tropu?- Tremere spojrzał na Achille.
- Zgadzam się z doktorem Moreau w kwestii twojego braku opanowania emocji. Nie zrozum mnie źle i potraktuj moje słowa, jako ocenę osoby z zewnątrz.
Ventrue spojrzał na Thomasa z pewnością siebie typową dla liderów:
- Ciało i kości masz inne, ale dusza pozostała ta sama. Dalej jesteś tym samym Thomasem, który obawia się swojego stwórcy. Rozumiem, że Elza jest jednym z starszych i zawsze jak o niej wspominasz, w twym głosie można wyczuć strach. I to właśnie głównie strach o swoje przetrwanie determinuje twoje działania. Zgadzam się z Achille, że troszeczkę histeryzujesz i popadasz w objęcia obsesji na punkcie Elzy. Masz inne ciało, nowe możliwości.
Xavier poprawił się w fotelu, po czym kontynuował spokojnym tonem:
- Masz nas jako sprzymierzeńców, wyglądasz zupełnie inaczej i do tego oficjalnie jesteś martwy. Czego chcieć więcej? Nie znam się na wewnętrznych sprawach klanu Tremere, ale czy decydując się na taką operację plastyczną nie wypisałeś się automatycznie z klanu Tremere? W mojej ocenie dla starych paranoicznych czarodziejów przeszedłeś właśnie do Sabatu. Jak chcesz im wytłumaczyć taką przemianę? Od zawsze miedzy klanem Tzmimisce i Tremere istniał konflikt. Przemyśl to, zanim poświęcisz całą swoją energię na zdobycie dowodów przeciwko swemu stwórcy, by na końcu zostać zniszczony za podejrzenie o bycie kretem.
Xavier przechylił się w fotelu w stronę swojego rozmówcy:
- Nawet dla mnie podejrzany jest fakt, że nasz gospodarz podarował ci taki unikatowy prezent. Dość ciężko mi ocenić jego wartość, ale wiem jedno... Nic nie dostaje się za darmo i nie będę jedynym którego spotkasz, który będzie się zastanawiał jak udało ci się tego dokonać. Radzę poważnie zastanowić się nad całkowitą zmianą tożsamości. Nie masz wpływowych sojuszników w klanie Tremere, więc nie masz czego tam szukać. Rozejrzyj się i otwórz oczy... Komu naprawdę możesz teraz zaufać? Hmmm? Nie szukaj sprawiedliwości tam gdzie jej nie możesz uzyskać. Może gdybyś miał szczęście i mógł opowiedzieć tą historię jednemu z Justycjariuszy Camarilli, który akurat nie miałby nic ważniejszego do zrobienia...
- A o do Rzymu, to nie bardzo wiem co oczekujemy tam znaleźć. Jakieś pomysły? Jakieś resume naszego tropu?- Tremere spojrzał na Achille.
- Zgadzam się z doktorem Moreau w kwestii twojego braku opanowania emocji. Nie zrozum mnie źle i potraktuj moje słowa, jako ocenę osoby z zewnątrz.
Ventrue spojrzał na Thomasa z pewnością siebie typową dla liderów:
- Ciało i kości masz inne, ale dusza pozostała ta sama. Dalej jesteś tym samym Thomasem, który obawia się swojego stwórcy. Rozumiem, że Elza jest jednym z starszych i zawsze jak o niej wspominasz, w twym głosie można wyczuć strach. I to właśnie głównie strach o swoje przetrwanie determinuje twoje działania. Zgadzam się z Achille, że troszeczkę histeryzujesz i popadasz w objęcia obsesji na punkcie Elzy. Masz inne ciało, nowe możliwości.
Xavier poprawił się w fotelu, po czym kontynuował spokojnym tonem:
- Masz nas jako sprzymierzeńców, wyglądasz zupełnie inaczej i do tego oficjalnie jesteś martwy. Czego chcieć więcej? Nie znam się na wewnętrznych sprawach klanu Tremere, ale czy decydując się na taką operację plastyczną nie wypisałeś się automatycznie z klanu Tremere? W mojej ocenie dla starych paranoicznych czarodziejów przeszedłeś właśnie do Sabatu. Jak chcesz im wytłumaczyć taką przemianę? Od zawsze miedzy klanem Tzmimisce i Tremere istniał konflikt. Przemyśl to, zanim poświęcisz całą swoją energię na zdobycie dowodów przeciwko swemu stwórcy, by na końcu zostać zniszczony za podejrzenie o bycie kretem.
Xavier przechylił się w fotelu w stronę swojego rozmówcy:
- Nawet dla mnie podejrzany jest fakt, że nasz gospodarz podarował ci taki unikatowy prezent. Dość ciężko mi ocenić jego wartość, ale wiem jedno... Nic nie dostaje się za darmo i nie będę jedynym którego spotkasz, który będzie się zastanawiał jak udało ci się tego dokonać. Radzę poważnie zastanowić się nad całkowitą zmianą tożsamości. Nie masz wpływowych sojuszników w klanie Tremere, więc nie masz czego tam szukać. Rozejrzyj się i otwórz oczy... Komu naprawdę możesz teraz zaufać? Hmmm? Nie szukaj sprawiedliwości tam gdzie jej nie możesz uzyskać. Może gdybyś miał szczęście i mógł opowiedzieć tą historię jednemu z Justycjariuszy Camarilli, który akurat nie miałby nic ważniejszego do zrobienia...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Oni mają rację, gówno to kogo obchodzi, że runął mi właśnie cały świat.
A więc dobrze, dosyć już o mnie i moich problemach. Panowie pozwolą że przeproszę i nie wrócę więcej do tej sprawy. Zatem ad rem, podsumujmy co wiemy. Proszę łaskawie uzupełniać jeśli coś pominąłem. - Thomas ruszył chłodnym analitycznym tokiem.
- Co od rezydencji na Pearce Avenue. Włamywacze czegoś szukali w nocy siedemnastego, około drugiej trzydzieści. Ze smutkiem informuję że wśród nich byli antitribu Tremerów. Możemy to przyjąć chwilowo za pewnik ponieważ łączy się z Elzą. Wychodzą zostawiając rysunki których mamy zdjęcia oraz próbki krwi. Sądzimy, że willi nie było niczego, czego mógłby szukać jakikolwiek nieumarły. Zakładamy w takim razie że nie szukano czegoś tylko kogoś a dokładniej Pana Vallo. Pytanie po co?
- Mary Shelley w istocie była Toreadorem, tak jak jej mąż Percy. Oboje zginęli z rąk Sabatu w odstępie kilkudziesięciu lat. Mary była dla Pana Vallo bliską osobą i kimś więcej niż jedynie siostrą z Camarilli. Osobiście złożył jej szczątki w grobowcu w Bournemouth. Przez ponad wiek nikt nie interesował się grobami. Od niedawna to prawdopodobnie sabat mocno interesuje się mogiłami Mary i jej męża. Kilka miesięcy temu splądrowano grób Percy Shelley w Rzymie. Co do tego grobowca w Rzymie to oficjalne źródła wspominają o akcie wandalizmu podczas którego grobowiec zdewastowano i ktoś odsunął płytę nagrobną wciągnął i zbezcześcił zwłoki. Zwłoki poety pozostały w miarę całe, ale jak wiadomo bez serca. Jak było faktycznie przekonamy się być może na miejscu. Jeśli tylko Pan Vallo skontaktuje nas z osobą z wiecznego miasta byśmy mogli bezpiecznie tam prowadzić dalsze śledztwo. Choć moim zdaniem co było im potrzebne już zostało zabrane.
- Szczątki Mary oraz serce Percego leżą prawdopodobnie nadal w grobowcu przy St. Peters Church. Chyba że od naszego wyjazdu coś się zmieniło. Byliśmy tam z Achille na cmentarzu ale nic nie znaleźliśmy. Grobu nie odważyliśmy się otworzyć i to był duży błąd. Teraz popełniamy drugi zostawiając mogiłę samej sobie.
- W domenie działa szpieg, który być może jest tym samym kto tak chętnie rzuciłby okiem na monitoring Xawiera. Jego tożsamości nie ustaliliśmy jak dotąd. Całe miasto jest w stanie gotowości bojowej przed potencjalnym atakiem sabatu. Panuje lęk, rodzina się zbroi. Jedynymi osobami którym możemy tam zaufać jest książę oraz szeryf.
- Moim zdaniem kluczem jest właśnie Pan, Panie Vallo albo coś zostało przemilczane albo nie pamięta Pan czegoś co tym kluczem jest. Zakładam to drugie ale nie mam absolutnie żadnego pomysłu jak wydobyć z nieświadomości coś co wydarzyło się ponad sto lat temu. Nawet jeśli Mary była Panu bliska i pamięć o tym został na dłużej. Może, pan wybaczy, ale powinniśmy zadać pytanie jak bardzo bliska i czy nie może być tu kluczem afekt kogoś kto nadal żyje i nie może wybaczyć ani zapomnieć.
Thomas spojrzał z lekką obawą na Ventrue, czuł że stąpa w tej chwili po nader kruchym lodzie.
- I na koniec z rzeczy mało istotnych. Niewątpliwie przydałby się nam jakiś ghul do zadań w dzień gdy będziemy w Rzymie oraz do pomocy przy powrocie do Bournemouth. Niestety ostatnio trudno o dobrą służbę czego sam jestem najlepszym przykładem. Choć na pewno wiele chętnych osób przyszło by na taki casting nieśmiertelności gdyby go tylko ogłoszono.
A więc dobrze, dosyć już o mnie i moich problemach. Panowie pozwolą że przeproszę i nie wrócę więcej do tej sprawy. Zatem ad rem, podsumujmy co wiemy. Proszę łaskawie uzupełniać jeśli coś pominąłem. - Thomas ruszył chłodnym analitycznym tokiem.
- Co od rezydencji na Pearce Avenue. Włamywacze czegoś szukali w nocy siedemnastego, około drugiej trzydzieści. Ze smutkiem informuję że wśród nich byli antitribu Tremerów. Możemy to przyjąć chwilowo za pewnik ponieważ łączy się z Elzą. Wychodzą zostawiając rysunki których mamy zdjęcia oraz próbki krwi. Sądzimy, że willi nie było niczego, czego mógłby szukać jakikolwiek nieumarły. Zakładamy w takim razie że nie szukano czegoś tylko kogoś a dokładniej Pana Vallo. Pytanie po co?
- Mary Shelley w istocie była Toreadorem, tak jak jej mąż Percy. Oboje zginęli z rąk Sabatu w odstępie kilkudziesięciu lat. Mary była dla Pana Vallo bliską osobą i kimś więcej niż jedynie siostrą z Camarilli. Osobiście złożył jej szczątki w grobowcu w Bournemouth. Przez ponad wiek nikt nie interesował się grobami. Od niedawna to prawdopodobnie sabat mocno interesuje się mogiłami Mary i jej męża. Kilka miesięcy temu splądrowano grób Percy Shelley w Rzymie. Co do tego grobowca w Rzymie to oficjalne źródła wspominają o akcie wandalizmu podczas którego grobowiec zdewastowano i ktoś odsunął płytę nagrobną wciągnął i zbezcześcił zwłoki. Zwłoki poety pozostały w miarę całe, ale jak wiadomo bez serca. Jak było faktycznie przekonamy się być może na miejscu. Jeśli tylko Pan Vallo skontaktuje nas z osobą z wiecznego miasta byśmy mogli bezpiecznie tam prowadzić dalsze śledztwo. Choć moim zdaniem co było im potrzebne już zostało zabrane.
- Szczątki Mary oraz serce Percego leżą prawdopodobnie nadal w grobowcu przy St. Peters Church. Chyba że od naszego wyjazdu coś się zmieniło. Byliśmy tam z Achille na cmentarzu ale nic nie znaleźliśmy. Grobu nie odważyliśmy się otworzyć i to był duży błąd. Teraz popełniamy drugi zostawiając mogiłę samej sobie.
- W domenie działa szpieg, który być może jest tym samym kto tak chętnie rzuciłby okiem na monitoring Xawiera. Jego tożsamości nie ustaliliśmy jak dotąd. Całe miasto jest w stanie gotowości bojowej przed potencjalnym atakiem sabatu. Panuje lęk, rodzina się zbroi. Jedynymi osobami którym możemy tam zaufać jest książę oraz szeryf.
- Moim zdaniem kluczem jest właśnie Pan, Panie Vallo albo coś zostało przemilczane albo nie pamięta Pan czegoś co tym kluczem jest. Zakładam to drugie ale nie mam absolutnie żadnego pomysłu jak wydobyć z nieświadomości coś co wydarzyło się ponad sto lat temu. Nawet jeśli Mary była Panu bliska i pamięć o tym został na dłużej. Może, pan wybaczy, ale powinniśmy zadać pytanie jak bardzo bliska i czy nie może być tu kluczem afekt kogoś kto nadal żyje i nie może wybaczyć ani zapomnieć.
Thomas spojrzał z lekką obawą na Ventrue, czuł że stąpa w tej chwili po nader kruchym lodzie.
- I na koniec z rzeczy mało istotnych. Niewątpliwie przydałby się nam jakiś ghul do zadań w dzień gdy będziemy w Rzymie oraz do pomocy przy powrocie do Bournemouth. Niestety ostatnio trudno o dobrą służbę czego sam jestem najlepszym przykładem. Choć na pewno wiele chętnych osób przyszło by na taki casting nieśmiertelności gdyby go tylko ogłoszono.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja Furstenhof; 21/11/14; po 23:00
Rundstedt stał milczący, hipnotycznie wpatrzony w padajacy za oknem śnieg i jakby zupełnie obojetnie przysłuchujacy się rozmowie, ale obserwujacy go kątem oka Achile był pewien, że diabeł uważnie słucha i waży w myślach wiele rzeczy. Uwaga o ojcu Gerharda, choć wypalona w ciemno zdawała się być trafną i Toreador w skrytosci serca cieszył się pokazem niesamowitej dedukcji, która musiała wywrzeć wrażenie, zapewne nie tylko na samym gospodarzu. Widząc, że Tzimisce odwraca się skierował wzrok na Marcusa, tak aby nie dac poznać, że od dłuzszej chwili przyglądał się intrygującemu go diabłu.
- Thomas miał zginąć w odpowiedniej chwili. Miał wskazać trop, a potem zginąć. Dzięki interwencji pana Moreau, jesteś tu wciąż z nami. Ale trop jakiego szukała panna von Bock był inny. Elza nie szukała tu ani mnie, ani Ercharda. Dowiedziałaby się, jak któregoś z nas dopaść w bardziej dogodnym miejscu. Inny był cel rajdu. - Rundstedt przemówił spokojnie i skierował znacząco wzrok na Michaela, tym samym przychylając się do wczesniej wyrażonego przez Steinbacha zdania.
- I ja dochodzę do tego samego wniosku panowie. - potwierdził Ventrue: - I w świetle tego co mówicie o Sabacie, Elzie i wszystkim innym, zaczynam mieć przypuszczenia, dlaczego znalazłem się w centrum tej kabały i co może być kluczem do wszystkiego...
Rundstedt stał milczący, hipnotycznie wpatrzony w padajacy za oknem śnieg i jakby zupełnie obojetnie przysłuchujacy się rozmowie, ale obserwujacy go kątem oka Achile był pewien, że diabeł uważnie słucha i waży w myślach wiele rzeczy. Uwaga o ojcu Gerharda, choć wypalona w ciemno zdawała się być trafną i Toreador w skrytosci serca cieszył się pokazem niesamowitej dedukcji, która musiała wywrzeć wrażenie, zapewne nie tylko na samym gospodarzu. Widząc, że Tzimisce odwraca się skierował wzrok na Marcusa, tak aby nie dac poznać, że od dłuzszej chwili przyglądał się intrygującemu go diabłu.
- Thomas miał zginąć w odpowiedniej chwili. Miał wskazać trop, a potem zginąć. Dzięki interwencji pana Moreau, jesteś tu wciąż z nami. Ale trop jakiego szukała panna von Bock był inny. Elza nie szukała tu ani mnie, ani Ercharda. Dowiedziałaby się, jak któregoś z nas dopaść w bardziej dogodnym miejscu. Inny był cel rajdu. - Rundstedt przemówił spokojnie i skierował znacząco wzrok na Michaela, tym samym przychylając się do wczesniej wyrażonego przez Steinbacha zdania.
- I ja dochodzę do tego samego wniosku panowie. - potwierdził Ventrue: - I w świetle tego co mówicie o Sabacie, Elzie i wszystkim innym, zaczynam mieć przypuszczenia, dlaczego znalazłem się w centrum tej kabały i co może być kluczem do wszystkiego...
Coś zaczyna się wyjaśniać. Ale powoli do tego dojdziemy. Jakieś teorie panowie? Tego, który najbardziej zbliży się do tego co chce powiedzieć Vallo wynagrodzę extra pdekiem. Wytężajcie głowy;)
Hipotezy mogą być w watku technicznym. Nie koniecznie trzeba wchodzić w słowo primogenowi Ventrue;)
Czy to może pora aby Marcus ocknął się z depresji niczym Skrzetuski na zgliszczach Rozłogów?
Hipotezy mogą być w watku technicznym. Nie koniecznie trzeba wchodzić w słowo primogenowi Ventrue;)
Czy to może pora aby Marcus ocknął się z depresji niczym Skrzetuski na zgliszczach Rozłogów?
Ostatnio zmieniony 01 maja 2015, 23:47 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Elza von Bock może szukać krwi jak płynie w Panu Vallo. Od początku poszukiwano osobę a nie przedmiot. Jeśli Elza chce przejść do Sabatu na to na odpowiednio eksponowaną pozycję a ta z kolei wymaga by usunąć lub podmienić za pomocą zniekształcenia odpowiednio wysoką figurę. Wątpię żeby chodziło pusty akt diabolizmu.
- Albo być może istotne jest coś co Pan wie, jakąś informację z nimi związaną lub związaną z tym co się zdarzyło tamtej nocy dziesiątki lat temu, kiedy zaatakował Sabat. Coś co może być dla nich mocno nie wygodne.
- Albo być może istotne jest coś co Pan wie, jakąś informację z nimi związaną lub związaną z tym co się zdarzyło tamtej nocy dziesiątki lat temu, kiedy zaatakował Sabat. Coś co może być dla nich mocno nie wygodne.
Ostatnio zmieniony 02 maja 2015, 06:26 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Idąc w ciemny szlak nieznany
Od złych duchów opętany
Z krain kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierży moc
I w gwiaździstej lśniąc koronie
Na swym czarnym siedzi tronie
Świeżom wrócił w wasze światy...
Spoza Thule lodowatej
Z sfer,co we mgle się promieni
Poza czasem i przestrzenią
Czas. Czas. Przemija. Przybija. Daje. Zabiera. Gdzie? Gdzie ja jestem? Ja? Jaki ja? Raz dwa trzy...to moje ciało? Skoro jest tu z moimi myślami to znaczy ze tak. Dziwna symbioza , uświadamiam sobie. I dlaczego wokół tak ciemno i cicho.
Donnerwetter
Czegoś mi tu brakuje....
Czuję jak zesztywniałe mięśnie przepełniają się iskrami bólu gdy podejmuję próbę uniesienia dłoni by zetrzeć z szorstkie twarzy pot. Dziwne lepki i zimny. Strach? Ha ha to nie strach. Jeszcze nie potrafię zinterpretować tego uczucia. Nazgazgaz...
Prostuję ramię by uchwycić za wypukłość w murze którą odnalazły moje palce. Ramię jednak nie potrafi utrzymać ciężaru ciała. Opadam.
Ta ciemność jest bardzo głęboka. Nawet zbliżając dłoń do twarzy nie widzę jej konturów. Co Toma znaczyć. Czy ta cisza tez nie jest zwykłą ciszą? Coś we mnie głęboko się skręca i wije...pamięć. ..pamiętać. ...pamięć. ..pamiętać. ...
NIECH KTOŚ COKOLWIEK POWIE!!!
Od złych duchów opętany
Z krain kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierży moc
I w gwiaździstej lśniąc koronie
Na swym czarnym siedzi tronie
Świeżom wrócił w wasze światy...
Spoza Thule lodowatej
Z sfer,co we mgle się promieni
Poza czasem i przestrzenią
Czas. Czas. Przemija. Przybija. Daje. Zabiera. Gdzie? Gdzie ja jestem? Ja? Jaki ja? Raz dwa trzy...to moje ciało? Skoro jest tu z moimi myślami to znaczy ze tak. Dziwna symbioza , uświadamiam sobie. I dlaczego wokół tak ciemno i cicho.
Donnerwetter
Czegoś mi tu brakuje....
Czuję jak zesztywniałe mięśnie przepełniają się iskrami bólu gdy podejmuję próbę uniesienia dłoni by zetrzeć z szorstkie twarzy pot. Dziwne lepki i zimny. Strach? Ha ha to nie strach. Jeszcze nie potrafię zinterpretować tego uczucia. Nazgazgaz...
Prostuję ramię by uchwycić za wypukłość w murze którą odnalazły moje palce. Ramię jednak nie potrafi utrzymać ciężaru ciała. Opadam.
Ta ciemność jest bardzo głęboka. Nawet zbliżając dłoń do twarzy nie widzę jej konturów. Co Toma znaczyć. Czy ta cisza tez nie jest zwykłą ciszą? Coś we mnie głęboko się skręca i wije...pamięć. ..pamiętać. ...pamięć. ..pamiętać. ...
NIECH KTOŚ COKOLWIEK POWIE!!!
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja Furstenhof; 21/11/14; po 23:00
Każdy z wampirów oczekiwał ze starannie ukrywaną ekscytacją słów Vallo, ktore miały rzucić światło na tajemnicze wydarzenia w które zostali wplątani. Bardziej lub mniej z woli primogena Ventrue.
- Moja zażyłość z Mary niech pozostanie sprawą osobistą. Była moją bratnią duszą. Niemniej jednak pamiętam, że Mary wielokrotnie prosiła mnie, abym w przypadku śmierci zabezpieczył jej grób. Choć nie traktowałem tych słów poważnie i w najlepszym wypadku miałem je czczą fanaberię, to gdy zginęła, uszanowałem wolę drogiej przyjaciółki. Poprosiłem Johana, wtedy stosunkowo jeszcze młodego Tremere, ówczesnego rezydenta klanu w Bournemouth o zapięczętowanie grobowca. Ten sobie znanymi sposobami zabezpieczył kwaterę na cmentarzu przy kościele St Peters. Grób został otwarty tylko raz, gdy złożyłem w nim otrzymaną z Rzymu urnę Percy'ego.
- Johan... Czy chodzi o Johana Rielke...? - Steinbach zapytał zdumiony przerywając Vallo. Ventrue przytaknął zaciekawiony. Rielke był przodkiem Thomasa w drugiej linii, ojcem Czarnej Matki. Nigdy go nie spotkał. Nawet nie wiedział, że mógł kiedykolwiek być w Wielkiej Brytanii. Chyba, że to był przypadek... Ale czy tu było miejsce na jakiekolwiek zrządzenie losu? Tremere zaczynał myśleć, że każdy ich krok jest przez kogoś starannie wyreżyserowany, a oni są tylko aktorami, którzy wiernie odgrywają czytaną im na bieżąco rolę...
Znał Rielke tylko ze strzępków tego co powiedziała mu o nim Matka w słowach przepełnionych równocześnie, respektem, miłością i zduszoną nienawiścią do Johana:
- To mój przodek... Ojciec Elzy... - wyznał szczerze.
Zapanowała chwilowa konsternacja. Do tego momentu spektrum gry w jakiej, jak zdawało się miała udział tylko Elza, być może Sabat, grobowiec w Bournemouth i kilku innych kainitów, nagle rozszerzyło się na trudną do przewidzenia skalę. Skalę, która równie dobrze mogła oscylować wokół osoby Rielke, ale równie dobrze też wokół całej struktury Piramidy. Strategoi Ventrue najszybciej przeanalizował sytuację:
- Cóż... - przerwał ciszę Vallo: - Nie wiedziałem, tego. Wiele to zatem wyjaśnia. Można spytać, że jeśli Johan jest twoim protoplastą, to czy realizuje od stu pięćdziesięciu lat jakiś swój plan? Skoro jednak Tremere stworzył zabezpieczenia, to z pewnością potrafiłby je otworzyć bez tokenu i tym samym mojego w tym niezamierzonego udziału, co skłania mnie ku myśli, iż Czarna Matka nie działa z polecenia Rielke. Tylko ja wiem, gdzie zdeponowany został klucz mogący otworzyć grobowiec. I jak sądzę dlatego szuka mnie Elza lub sabat. Być może różnica między stworzycielką pana Steinbacha a sektą zatarła się, tak jak uważa jej syn. Nie jestem celem sam w sobie, jedynie półśrodkiem do jego osiągnięcia. Tajemnica nadal jednak tkwi w samym grobie.
Każdy z wampirów oczekiwał ze starannie ukrywaną ekscytacją słów Vallo, ktore miały rzucić światło na tajemnicze wydarzenia w które zostali wplątani. Bardziej lub mniej z woli primogena Ventrue.
- Moja zażyłość z Mary niech pozostanie sprawą osobistą. Była moją bratnią duszą. Niemniej jednak pamiętam, że Mary wielokrotnie prosiła mnie, abym w przypadku śmierci zabezpieczył jej grób. Choć nie traktowałem tych słów poważnie i w najlepszym wypadku miałem je czczą fanaberię, to gdy zginęła, uszanowałem wolę drogiej przyjaciółki. Poprosiłem Johana, wtedy stosunkowo jeszcze młodego Tremere, ówczesnego rezydenta klanu w Bournemouth o zapięczętowanie grobowca. Ten sobie znanymi sposobami zabezpieczył kwaterę na cmentarzu przy kościele St Peters. Grób został otwarty tylko raz, gdy złożyłem w nim otrzymaną z Rzymu urnę Percy'ego.
- Johan... Czy chodzi o Johana Rielke...? - Steinbach zapytał zdumiony przerywając Vallo. Ventrue przytaknął zaciekawiony. Rielke był przodkiem Thomasa w drugiej linii, ojcem Czarnej Matki. Nigdy go nie spotkał. Nawet nie wiedział, że mógł kiedykolwiek być w Wielkiej Brytanii. Chyba, że to był przypadek... Ale czy tu było miejsce na jakiekolwiek zrządzenie losu? Tremere zaczynał myśleć, że każdy ich krok jest przez kogoś starannie wyreżyserowany, a oni są tylko aktorami, którzy wiernie odgrywają czytaną im na bieżąco rolę...
Znał Rielke tylko ze strzępków tego co powiedziała mu o nim Matka w słowach przepełnionych równocześnie, respektem, miłością i zduszoną nienawiścią do Johana:
- To mój przodek... Ojciec Elzy... - wyznał szczerze.
Zapanowała chwilowa konsternacja. Do tego momentu spektrum gry w jakiej, jak zdawało się miała udział tylko Elza, być może Sabat, grobowiec w Bournemouth i kilku innych kainitów, nagle rozszerzyło się na trudną do przewidzenia skalę. Skalę, która równie dobrze mogła oscylować wokół osoby Rielke, ale równie dobrze też wokół całej struktury Piramidy. Strategoi Ventrue najszybciej przeanalizował sytuację:
- Cóż... - przerwał ciszę Vallo: - Nie wiedziałem, tego. Wiele to zatem wyjaśnia. Można spytać, że jeśli Johan jest twoim protoplastą, to czy realizuje od stu pięćdziesięciu lat jakiś swój plan? Skoro jednak Tremere stworzył zabezpieczenia, to z pewnością potrafiłby je otworzyć bez tokenu i tym samym mojego w tym niezamierzonego udziału, co skłania mnie ku myśli, iż Czarna Matka nie działa z polecenia Rielke. Tylko ja wiem, gdzie zdeponowany został klucz mogący otworzyć grobowiec. I jak sądzę dlatego szuka mnie Elza lub sabat. Być może różnica między stworzycielką pana Steinbacha a sektą zatarła się, tak jak uważa jej syn. Nie jestem celem sam w sobie, jedynie półśrodkiem do jego osiągnięcia. Tajemnica nadal jednak tkwi w samym grobie.
Ostatnio zmieniony 04 maja 2015, 22:44 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Rezydencja Furstenhof; 21/11/14; po 23:00
Lekarska intuicja nie zawodziła Rudnstedta. Diabeł wychwycił w jakiś niewytłumaczalny sposób, minimalne tiki Malkaviana i upatrzył w tym szansę na zwrócenie światu kainity. Przypatrywał się Marcusowi jeszcze przez chwilę, po czym podszedł do Koroviewa. Położył mu dłonie na ramionach i mocnym głosem, który przerwał naradę, oznajmił pogrążonemu w bezruchu:
- Obudź się chłopcze! Na Boga obudź się!
Koroview po raz pierwszy spojrzał w oczy Gerharda. Oczami, które oprócz obłedu zdradzały kryjącą się świadomość. Powracał do realnego świata z dalekiej i strasznej podróży, podczas której stracił wszystkich, których znał. Wspomnienia z tej traumatycznej odyseji zacierał się, znikały gdzieś w najdalszych zakamarkach ego, aby ustapić miejsca sensorycznym doznaniom jakie płynęły ze wszystkich zmysłów. Gdyby żył odetchnął by teraz głęboko, ale ciało rosyjskiego skrzypka było martwe. Miast tego poczuł tylko lekkie ukłucie wampirzego głodu, jedynej rzeczy jakiej czuł każdy obarczony klątwą Kaina.
Teraz już wiedział, słyszał głosy przyjaciół, słyszał głos Vallo i pamiętał. Pamiętał, że ostateczna śmierć nie przyszła jeszcze po kainitów, których znał i uważał niemal za część swojej rodziny.
Lekarska intuicja nie zawodziła Rudnstedta. Diabeł wychwycił w jakiś niewytłumaczalny sposób, minimalne tiki Malkaviana i upatrzył w tym szansę na zwrócenie światu kainity. Przypatrywał się Marcusowi jeszcze przez chwilę, po czym podszedł do Koroviewa. Położył mu dłonie na ramionach i mocnym głosem, który przerwał naradę, oznajmił pogrążonemu w bezruchu:
- Obudź się chłopcze! Na Boga obudź się!
Koroview po raz pierwszy spojrzał w oczy Gerharda. Oczami, które oprócz obłedu zdradzały kryjącą się świadomość. Powracał do realnego świata z dalekiej i strasznej podróży, podczas której stracił wszystkich, których znał. Wspomnienia z tej traumatycznej odyseji zacierał się, znikały gdzieś w najdalszych zakamarkach ego, aby ustapić miejsca sensorycznym doznaniom jakie płynęły ze wszystkich zmysłów. Gdyby żył odetchnął by teraz głęboko, ale ciało rosyjskiego skrzypka było martwe. Miast tego poczuł tylko lekkie ukłucie wampirzego głodu, jedynej rzeczy jakiej czuł każdy obarczony klątwą Kaina.
Teraz już wiedział, słyszał głosy przyjaciół, słyszał głos Vallo i pamiętał. Pamiętał, że ostateczna śmierć nie przyszła jeszcze po kainitów, których znał i uważał niemal za część swojej rodziny.
Dobra Panowie. Marcus wraca do żywych. Ostatnie ustalenia i spadamy z domu Rundstedta.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Na pokładzie odrzutowca Rundstedta, gdzieś nad Alpami; 22/11/14 około 03:00
Odrzutowiec miał wylądować nad ranem, na niewielkim lotnisku pod Rzymem. Samolot mieli opuścić Steinbach i Moreau. Miał na nich czekać kontakt Vallo. Z tego co domyślała się koteria, śpioch, który został kiedyś zdominowany i uwarunkowany, aby pomóc kiedyś komuś w podobnej potrzebie i zapewne zapomnieć o wszystkim. Los chciał, że miał posłużyć schronieniem Toreadorowi i Tremere. Samolot miał zatankować i przez cały dzień krążyć po bezpiecznej przestrzeni powietrznej nad Atlantykiem, aby wieczorem, po kolejnym tankowaniu w powietrzu wylądować w Anglii, gdzie podróż miała zakończyć reszta koterii.
Price wpatrywał się w wizytowy bilet jaki zostawił mu Vallo. Jemu i Achile. Na wizytówce Michael zapisał kontaktowy numer telefonu, pod jakim będzie osiągalny. Zważywszy na fakt, że zniknął niemal wszystkim z oczu, a dwóch członków koterii trzymało jego numer w dłoni, świadczyło o wyrazie najwyższego zaufania. Niemniej Price'em targały ogromne wątpliwości:
Czemu dostał ją także Toreador? Achile to więcej pytań niż odpowiedzi. To, że nie dostali jej Marcus i Thomas mogę zrozumieć. Malkavian i Tremere na usługach Tzimisce... Ale Achile?
Przyglądał się Moreau, który beznamiętnie przewracał w palcach w wizytówkę, patrząc w czarny owal okna. Musiał już zapamiętać numer, bo w pewnym momencie bilet płynnym ruchem powędrował, przy charakterystycznym warkocie do pokładowej niszczarki. Xavier miał zamiar uczynić to samo. Nie chciał aby przypadkiem taki kawałek papieru wpadł w niepowołane ręce. Oczywiście nawet w zakamarkach pamięci informacja nie była całkowicie bezpieczna, ale ekstracja numeru wymagałaby większego zaanagażowania, użycia dyscyplin lub innych środków przymusu bezpośredniego. Ale Price nie bał się bólu, ani brutalnej interwencji w jego świadomości.
Przeniósł wzrok na Koroviewa. Malkavian choć wciąż był spokojny, to widać było, że najgorsze było już za nim. Z Marcusem miżna było się już skontaktować. Nie przypominał już w żaden pozbawionej woli lalkami. Jakież to było przewrotne... Może wszyscy byli bezwolnymi kukłami, popychanymi rękoma matuzalemów? I choć nie chciał tak myśleć, to nie mógł się oprzeć tajemniczemu uczuciu bezwoli.
Steinbach wydawał się także spokojny, siedząc podobnie jak Moreau wpatrzony w bezmierną ciemność za oknami odrzutowca. Price wiedział jednak, że to nie mrok przyciągał wzrok Tremere'a. Thomas wpatrywał się w swoje odbicie, próbując przyzwyczaić skołowane zmysły do nowego "ja".
Do lądowania pozostało niewiele ponad pół godziny...
Odrzutowiec miał wylądować nad ranem, na niewielkim lotnisku pod Rzymem. Samolot mieli opuścić Steinbach i Moreau. Miał na nich czekać kontakt Vallo. Z tego co domyślała się koteria, śpioch, który został kiedyś zdominowany i uwarunkowany, aby pomóc kiedyś komuś w podobnej potrzebie i zapewne zapomnieć o wszystkim. Los chciał, że miał posłużyć schronieniem Toreadorowi i Tremere. Samolot miał zatankować i przez cały dzień krążyć po bezpiecznej przestrzeni powietrznej nad Atlantykiem, aby wieczorem, po kolejnym tankowaniu w powietrzu wylądować w Anglii, gdzie podróż miała zakończyć reszta koterii.
Price wpatrywał się w wizytowy bilet jaki zostawił mu Vallo. Jemu i Achile. Na wizytówce Michael zapisał kontaktowy numer telefonu, pod jakim będzie osiągalny. Zważywszy na fakt, że zniknął niemal wszystkim z oczu, a dwóch członków koterii trzymało jego numer w dłoni, świadczyło o wyrazie najwyższego zaufania. Niemniej Price'em targały ogromne wątpliwości:
Czemu dostał ją także Toreador? Achile to więcej pytań niż odpowiedzi. To, że nie dostali jej Marcus i Thomas mogę zrozumieć. Malkavian i Tremere na usługach Tzimisce... Ale Achile?
Przyglądał się Moreau, który beznamiętnie przewracał w palcach w wizytówkę, patrząc w czarny owal okna. Musiał już zapamiętać numer, bo w pewnym momencie bilet płynnym ruchem powędrował, przy charakterystycznym warkocie do pokładowej niszczarki. Xavier miał zamiar uczynić to samo. Nie chciał aby przypadkiem taki kawałek papieru wpadł w niepowołane ręce. Oczywiście nawet w zakamarkach pamięci informacja nie była całkowicie bezpieczna, ale ekstracja numeru wymagałaby większego zaanagażowania, użycia dyscyplin lub innych środków przymusu bezpośredniego. Ale Price nie bał się bólu, ani brutalnej interwencji w jego świadomości.
Przeniósł wzrok na Koroviewa. Malkavian choć wciąż był spokojny, to widać było, że najgorsze było już za nim. Z Marcusem miżna było się już skontaktować. Nie przypominał już w żaden pozbawionej woli lalkami. Jakież to było przewrotne... Może wszyscy byli bezwolnymi kukłami, popychanymi rękoma matuzalemów? I choć nie chciał tak myśleć, to nie mógł się oprzeć tajemniczemu uczuciu bezwoli.
Steinbach wydawał się także spokojny, siedząc podobnie jak Moreau wpatrzony w bezmierną ciemność za oknami odrzutowca. Price wiedział jednak, że to nie mrok przyciągał wzrok Tremere'a. Thomas wpatrywał się w swoje odbicie, próbując przyzwyczaić skołowane zmysły do nowego "ja".
Do lądowania pozostało niewiele ponad pół godziny...
Ok. Skoro wszyscy jeszcze leczą kaca po długim łikendzie, to puszczam akcje do przodu. Na pokładzie są wszyscy, wliczając uroczą ghoulice Xaviera. Steinbach i Moreau lecą do Wiecznego Miasta (chyba, że ktoś jeszcze chce do nich dołączyć), potem reszta pasażerów wyląduje bezpiecznie w UK. Nie przewiduje podczas lotu atrakcji w postaci ataku odrzutowców, tudzież niespodziewanego wschodu słońca.
Task Force Rome ma za zadanie szybko sprawdzić grób Percy'iego Shelley i ewentualnie zebrać dane.
Wampiy w Bournemouth... Nie wiem co chcą robić...
Task Force Rome ma za zadanie szybko sprawdzić grób Percy'iego Shelley i ewentualnie zebrać dane.
Wampiy w Bournemouth... Nie wiem co chcą robić...
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Przedmieścia Rzymu; 22/11/2014 przed świtem;
Noc w Italii przywitała dwóch pasażerów wysiadających z odrzutowca zgły odmiennymi do Zurychu warunkami pogodowymi. Temperatura oscykowała wokół dziesięciu stopni Celsjusza, znacznie orzyjemniejszej dla żywych niż szwajacarski mróz.
Celnicy na prywatnym terminalu lotniska, tylko niedbale spojrzeli w paszporty dwóch kainitów, którzy właśnie przekraczali granicę Republiki Italii, po czym zupełnie tracąc zainteresowanie podróżnymi wrócili do żywej dyskusji między sobą. Tuż za odprawą czekał nieogolony mężczyzna o zmierzwonej kruczoczarnej fryzurze w firmowej polówce lokalnej kompanii taksówkarskiej. Stał nieruchomo niczym zaklęty w kamień, wpatrzony w wyjście, jakby spodziewał się wyjścia co najmniej światowego formatu gwiazdy Hollywood. Widząc Moreau i Steinbacha, ożywił się nagle i sztywnym krokiem podszedł do pary przybyszów:
- Czekał na pany. - Odezwał się łamaną angielszczyzną, która przywołała na oblicza kainitów niewymuszony cień uśmiechu, dodając po chwili już w rodzimym języku, pokazując żywo ręką aby wampiry ruszyły za nim: - Presto, presto!
Obaj ruszyli za sztywno przebierającym nogami taksówkarzem, który wyprowadził ich przed terminal do stojącej przy podjeździe starej Lancii. Zaprosiwszy podróżnych do wnętrza, odpalił silnik i ruszył spod terminala, mamrotając coś pod nosem.
Po około dwóch kwadransach powolnej jazdy, Lancia stanęła pod bramą willi na obrzeżach Rzymu. Taksówkarz pokazał gestem, że to koniec podróży. Steinbach i Moreau wysiedli niepewnie z auta, nie bardzo wiedząc co dalej. Taksówkarz klepnął się w czoło:
- Scuzi, scuzi. - odezwał się przepraszającym tonem i wyciągnął z kieszeni klucze, podając je Moreau: - Ecco le sue chiavi.
Pusty dom stał już teraz otworem dla dopiero co przybyłych do Wiecznego Miasta wampirów. Gdy tylko zniknęli we wnętrzu domu, taksówkarz podrapał się po podbródku, zachodząc głowę, co tu w ogóle robi. Kiwając głową i złorzecząc na swoją sklerozę wsiadł do Lancii i odjechał w mrok przedmieści.
Noc w Italii przywitała dwóch pasażerów wysiadających z odrzutowca zgły odmiennymi do Zurychu warunkami pogodowymi. Temperatura oscykowała wokół dziesięciu stopni Celsjusza, znacznie orzyjemniejszej dla żywych niż szwajacarski mróz.
Celnicy na prywatnym terminalu lotniska, tylko niedbale spojrzeli w paszporty dwóch kainitów, którzy właśnie przekraczali granicę Republiki Italii, po czym zupełnie tracąc zainteresowanie podróżnymi wrócili do żywej dyskusji między sobą. Tuż za odprawą czekał nieogolony mężczyzna o zmierzwonej kruczoczarnej fryzurze w firmowej polówce lokalnej kompanii taksówkarskiej. Stał nieruchomo niczym zaklęty w kamień, wpatrzony w wyjście, jakby spodziewał się wyjścia co najmniej światowego formatu gwiazdy Hollywood. Widząc Moreau i Steinbacha, ożywił się nagle i sztywnym krokiem podszedł do pary przybyszów:
- Czekał na pany. - Odezwał się łamaną angielszczyzną, która przywołała na oblicza kainitów niewymuszony cień uśmiechu, dodając po chwili już w rodzimym języku, pokazując żywo ręką aby wampiry ruszyły za nim: - Presto, presto!
Obaj ruszyli za sztywno przebierającym nogami taksówkarzem, który wyprowadził ich przed terminal do stojącej przy podjeździe starej Lancii. Zaprosiwszy podróżnych do wnętrza, odpalił silnik i ruszył spod terminala, mamrotając coś pod nosem.
Po około dwóch kwadransach powolnej jazdy, Lancia stanęła pod bramą willi na obrzeżach Rzymu. Taksówkarz pokazał gestem, że to koniec podróży. Steinbach i Moreau wysiedli niepewnie z auta, nie bardzo wiedząc co dalej. Taksówkarz klepnął się w czoło:
- Scuzi, scuzi. - odezwał się przepraszającym tonem i wyciągnął z kieszeni klucze, podając je Moreau: - Ecco le sue chiavi.
Pusty dom stał już teraz otworem dla dopiero co przybyłych do Wiecznego Miasta wampirów. Gdy tylko zniknęli we wnętrzu domu, taksówkarz podrapał się po podbródku, zachodząc głowę, co tu w ogóle robi. Kiwając głową i złorzecząc na swoją sklerozę wsiadł do Lancii i odjechał w mrok przedmieści.
Dom jest skromnie urządzony, nie ma żadnych lokatorów i widać że przygotowany dla wampirów. W kuchni w podłodze są otwarte dwie krypty, które można zamknąć od środka. Zbliża się świt, więc nie macie dużo czasu.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Bournemouth; Spearmint Rhino; 22/11/2014 22:30
W sekretnej Krypcie Xaviera czekał Cwetan bawiąc się sztonem, który Ventrue rozponzał jako plastik z kasyna Grosvenor w Portsmouth. Widok Brujaha uspokoił nieco Price'a. Domyślał się, że skoro wrócił do miasta, to musiał przywieźć jakieś informacje w temacie jaki spędzał przez ostatnie miesiące sen z powiek Xaviera. Ventrue bez słowa podsunął Brujahowi pudełko z papierosami. Obaj kainici w milczeniu wyciągnęli swoje zapalniczki i zapalili. Gęsty dym zasnuł pomieszczenie chaotycznymi pasmami. Ventrue podniósł brwi w pytającym geście. Panajotow zaciągnął się jeszcze raz i zaczął:
- Znalazłem ich Xavier. Możesz z nimi zrobić co chcesz. Ale zacznijmy od początku..
***
Portsmouth; 21-22/11/2014
Cwetan wszedł do salonu z tatuażami. Łysy koleś, który dziabał koślawą gwiazdkę na plecach jakiejś nastolatki spojrzał na wyjętego niczym z żurnala z lat siedemdziesiątych Panajaotova jakby dostrzegł obcego z innej planety. Uczucia były obustronne. Obaj wyglądali dla siebie jak istoty z innej planety. Cwetan w dzwonach i koszuli z falbanami i łysy tatuażysta obwieszony tuzinami kolczyków, oznaczony dziesiątkami blizn i tatuaży wątpliwych walorów artystycznych. Tatuażysta przez sekundę patrzył na obcego z rozdziawioną gębą, aż w końcu odezwał się pierwszy:
- Chyba pomyliłeś adres koleś? Sklep z używanymi rzeczami jest obok.
Nastolatka zachichotała, podobnie jak łysy. Panajotow odpalił papierosa i spojrzał na ludzi:
- Niczego nie pomyliłem. - zaciągnął się papierosem i wtedy dobry humor nagle ludzi prysł. Oboje rozejrzeli się i zaniepokojeni spojrzeli na przybysza. Wampir zaciągnął się dymem:
- Dobra, ty młoda spieprzaj do domu, a my sobie strzelimy pogawędkę, okej?
"Artysta" niepewnie przytaknął Cwetanowi. Nastolatka szybko zebrała swoje ciuchy i dziwnie lawirując, jakby próbowała czegoś uniknąć, wybiegła z salonu. Bułgar usiadł wygodnie koło "artysty" i wyjąwszy zdjęcie tatuażu, pokazał je mężczyźnie:
- Ty skreśliłeś te bohomazy?
- Nie, nie ja! Poważnie! - szybko odpowiedział wystraszony łysy. Cwetan bez słowa zgasił papierosa na dłoni tatuażysty. Ten wrzasnął. Panajotow spokojnie powiedział:
- Widzisz palancie, dobrego szluga zmarnowałeś. Ale mam parę paczek jeszcze. Nie wciskaj mi tu kitu, bo popytałem trochę i tylko jedno jest takie beztalencie w Anglii.
Zabieg przypalania najwyraźniej szybko odświeżył pamięć człowieka, bo szybko przytaknął:
- Tak to ja! Pamiętam teraz! Przypominam sobie wszystko!
- Komu?
- Takich paru ćpunków z Fratton...
Cwetan gestem zachęcająco kiwnął, żeby łysy kontynuował.
- Takie pedałki z domu dziecka. Znaczy się wychowali się tam. Teraz to chyba pomieszkują w squacie, chyba na Renny Rd.
- Chyba? Nie rozczarowywuj mnie przyjacielu... - Cwetan zapalił kolejnego papierosa.
- Nie sorry! Na Fratton Rd! Napewno w squacie na Fratton Rd! Przysięgam na moją matkę!
***
Cwetan podszedł do wejścia i z nieskrywanym niesmakiem spojrzał na pokrytą niezidentyfikowaną mazią klamkę do drzwi prowadzących do wnętrza squatu. Nawet podziękował Kainowi za przekleństwo nieżycia, bo gdyby był wciąż oddychającym śmiertelnikiem to rzygnąłby na sam widok na wpółzrujnowanej kamienicy.
Podniosłwszy leżącą na chodniku namokniętą papierową torebkę po McDonaldzie, przekręcił klamkę, podeszwą buta popchnął delikatnie drzwi i wszedł do środka. Uderzył go fetor ekstrementów i wilgoci. Podłoga lepiła się od syfu, wszędzie walały się puste strzykawki, a pomazana sprejami tapeta odłaziła płatami odsłaniając brunatne plamy pleśni. Bułgar skrzywił się z niesmakiem. Wiele widział za życia i po śmierci. Sam srał do dołka w ziemi przez całe dzieciństwo, a jaka jest różnica między pisuarem a umywalką dowiedział się dopiero jako nastolatek, ale przyznał w duszy, że warunki nawet w cygańskich taborach jakie widział w ojczyźnie były o niebo lepsze niż te w ruderze na Fratton Rd. Zapalił papierosa, żeby choć trochę zabić smród i zaczął rozglądać się po pomieszczeniach. W salonie siedziało kilka osób o trudnej do ziidentyfikowania płci. Patrzyli się tępym wzrokiem w rozwalony telewizor i nawet nie zwrócili uwagi na gościa.
Kuchnia była kuchnią tylko z nazwy. O niegdysiejszym przeznaczeniu pomieszczenia świadczył jedynie wyrwany zlew i resztki mebli kuchennych. Całe pomieszczenie było zawalone cuchnącymi śmieciami a w kącie leżało rozkładające się truchło kota. Cwetan zaklął w myślach po bułgarsku i ruszył przeszukiwać kolejne pokoje zamieszkiwane przez zaćmionych narkotykami, kompletnie niekontaktujących ćpunów.
Na pierwszym piętrze znalazł to czego szukał. Trzech i Tatuaż: W sypialni na przedramieniu jednego z nich. Na materacu pełnym pluskiew leżało dwóch półnagich, chudych jak szczapy pogrążonych w narkotycznym tripie mężczyzn. Prawie całe odsłonięte części ciała pokryte były sińcami i wybroczynami po wkłuciach. Trzeci z ćpunów był tu już tylko umownie. Jego martwe ciało dyndało kilkanaście centymetrów nad ziemią z szyją ściśniętą kablem od żelazka.
Cwetan spojrzał na zegarek. Miał dużo czasu do świtu i choć najbardziej na świecie pragnął opuścić to napawające wstrętem miejsce, to postanowił zaczekać aż para na materacu zacznie reagować na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne...
W sekretnej Krypcie Xaviera czekał Cwetan bawiąc się sztonem, który Ventrue rozponzał jako plastik z kasyna Grosvenor w Portsmouth. Widok Brujaha uspokoił nieco Price'a. Domyślał się, że skoro wrócił do miasta, to musiał przywieźć jakieś informacje w temacie jaki spędzał przez ostatnie miesiące sen z powiek Xaviera. Ventrue bez słowa podsunął Brujahowi pudełko z papierosami. Obaj kainici w milczeniu wyciągnęli swoje zapalniczki i zapalili. Gęsty dym zasnuł pomieszczenie chaotycznymi pasmami. Ventrue podniósł brwi w pytającym geście. Panajotow zaciągnął się jeszcze raz i zaczął:
- Znalazłem ich Xavier. Możesz z nimi zrobić co chcesz. Ale zacznijmy od początku..
***
Portsmouth; 21-22/11/2014
Cwetan wszedł do salonu z tatuażami. Łysy koleś, który dziabał koślawą gwiazdkę na plecach jakiejś nastolatki spojrzał na wyjętego niczym z żurnala z lat siedemdziesiątych Panajaotova jakby dostrzegł obcego z innej planety. Uczucia były obustronne. Obaj wyglądali dla siebie jak istoty z innej planety. Cwetan w dzwonach i koszuli z falbanami i łysy tatuażysta obwieszony tuzinami kolczyków, oznaczony dziesiątkami blizn i tatuaży wątpliwych walorów artystycznych. Tatuażysta przez sekundę patrzył na obcego z rozdziawioną gębą, aż w końcu odezwał się pierwszy:
- Chyba pomyliłeś adres koleś? Sklep z używanymi rzeczami jest obok.
Nastolatka zachichotała, podobnie jak łysy. Panajotow odpalił papierosa i spojrzał na ludzi:
- Niczego nie pomyliłem. - zaciągnął się papierosem i wtedy dobry humor nagle ludzi prysł. Oboje rozejrzeli się i zaniepokojeni spojrzeli na przybysza. Wampir zaciągnął się dymem:
- Dobra, ty młoda spieprzaj do domu, a my sobie strzelimy pogawędkę, okej?
"Artysta" niepewnie przytaknął Cwetanowi. Nastolatka szybko zebrała swoje ciuchy i dziwnie lawirując, jakby próbowała czegoś uniknąć, wybiegła z salonu. Bułgar usiadł wygodnie koło "artysty" i wyjąwszy zdjęcie tatuażu, pokazał je mężczyźnie:
- Ty skreśliłeś te bohomazy?
- Nie, nie ja! Poważnie! - szybko odpowiedział wystraszony łysy. Cwetan bez słowa zgasił papierosa na dłoni tatuażysty. Ten wrzasnął. Panajotow spokojnie powiedział:
- Widzisz palancie, dobrego szluga zmarnowałeś. Ale mam parę paczek jeszcze. Nie wciskaj mi tu kitu, bo popytałem trochę i tylko jedno jest takie beztalencie w Anglii.
Zabieg przypalania najwyraźniej szybko odświeżył pamięć człowieka, bo szybko przytaknął:
- Tak to ja! Pamiętam teraz! Przypominam sobie wszystko!
- Komu?
- Takich paru ćpunków z Fratton...
Cwetan gestem zachęcająco kiwnął, żeby łysy kontynuował.
- Takie pedałki z domu dziecka. Znaczy się wychowali się tam. Teraz to chyba pomieszkują w squacie, chyba na Renny Rd.
- Chyba? Nie rozczarowywuj mnie przyjacielu... - Cwetan zapalił kolejnego papierosa.
- Nie sorry! Na Fratton Rd! Napewno w squacie na Fratton Rd! Przysięgam na moją matkę!
***
Cwetan podszedł do wejścia i z nieskrywanym niesmakiem spojrzał na pokrytą niezidentyfikowaną mazią klamkę do drzwi prowadzących do wnętrza squatu. Nawet podziękował Kainowi za przekleństwo nieżycia, bo gdyby był wciąż oddychającym śmiertelnikiem to rzygnąłby na sam widok na wpółzrujnowanej kamienicy.
Podniosłwszy leżącą na chodniku namokniętą papierową torebkę po McDonaldzie, przekręcił klamkę, podeszwą buta popchnął delikatnie drzwi i wszedł do środka. Uderzył go fetor ekstrementów i wilgoci. Podłoga lepiła się od syfu, wszędzie walały się puste strzykawki, a pomazana sprejami tapeta odłaziła płatami odsłaniając brunatne plamy pleśni. Bułgar skrzywił się z niesmakiem. Wiele widział za życia i po śmierci. Sam srał do dołka w ziemi przez całe dzieciństwo, a jaka jest różnica między pisuarem a umywalką dowiedział się dopiero jako nastolatek, ale przyznał w duszy, że warunki nawet w cygańskich taborach jakie widział w ojczyźnie były o niebo lepsze niż te w ruderze na Fratton Rd. Zapalił papierosa, żeby choć trochę zabić smród i zaczął rozglądać się po pomieszczeniach. W salonie siedziało kilka osób o trudnej do ziidentyfikowania płci. Patrzyli się tępym wzrokiem w rozwalony telewizor i nawet nie zwrócili uwagi na gościa.
Kuchnia była kuchnią tylko z nazwy. O niegdysiejszym przeznaczeniu pomieszczenia świadczył jedynie wyrwany zlew i resztki mebli kuchennych. Całe pomieszczenie było zawalone cuchnącymi śmieciami a w kącie leżało rozkładające się truchło kota. Cwetan zaklął w myślach po bułgarsku i ruszył przeszukiwać kolejne pokoje zamieszkiwane przez zaćmionych narkotykami, kompletnie niekontaktujących ćpunów.
Na pierwszym piętrze znalazł to czego szukał. Trzech i Tatuaż: W sypialni na przedramieniu jednego z nich. Na materacu pełnym pluskiew leżało dwóch półnagich, chudych jak szczapy pogrążonych w narkotycznym tripie mężczyzn. Prawie całe odsłonięte części ciała pokryte były sińcami i wybroczynami po wkłuciach. Trzeci z ćpunów był tu już tylko umownie. Jego martwe ciało dyndało kilkanaście centymetrów nad ziemią z szyją ściśniętą kablem od żelazka.
Cwetan spojrzał na zegarek. Miał dużo czasu do świtu i choć najbardziej na świecie pragnął opuścić to napawające wstrętem miejsce, to postanowił zaczekać aż para na materacu zacznie reagować na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne...
Takie spotkanie z Bułgarem. Relacja o pobycie w Portsmouthw fabularyzowanej formie. Czak niech żałuje co go ominęło:p
Ciekawi ciągu dalszego? Będę pisał najszybciej jak to możliwe.
Ciekawi ciągu dalszego? Będę pisał najszybciej jak to możliwe.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Cwetan bawił się kręcąc bębenek rewolweru i ślizgając palec po spuście broni. Nie chciał strzelać do śpiących narkomanów. Wolał spojrzeć im w oczy, pokazać co zrobili i ukarać. Targał nim taki gniew, że nie mógł wymierzyć im najniższego wymiaru kary. Nie podczas snu. Śpiący poruszyli się w końcu:
- Budzimy się, budzimy skurwysyny... - Chłodnym głosem oznajmił Cwetan. Dwójka na łóżku spojrzała na przybysza, próbując zdać sobie sprawę czy obcy i wiszący ziomek od kirania, to wciąż zjazdowa, narkotyczna iluzja czy ciężka niczym sumienie Kuby Rozpruwacza rzeczywistość. Smród, znajome wnętrze rudery wskazywało niestety na tę drugą opcję. Mężczyzna cisnął ze złością na łóżko zdjęcia pomordowanych kobiet.
- Widzicie co zrobiliście śmiecie?! Czy może kurwa nie pamiętacie?!
Chłopak z tatuażem spojrzał na fotografie i wybuchnął płaczem i wyciągnął gotowe do spętania ręce w stronę Cwetana. Szlochając zaczął cedzić:
- No dalej, aresztuj nas! Albo od razu zajeb tu na miejscu. Ale musisz wiedzieć, że te suki to były nasze stare! Rozumiesz?! Zajebaliśmy nasze matki. Sprzedały nas temu zwyrodnialcowi Jimmy Saville. Wiedziały dobrze kim jest a mimo to nas sprzedały bo nie byliśmy potrzebni. Wiesz co ten skurwiel nam robił z kumplami przez lata? Porzygałbyś się jakbyś wiedział...
Cwetana ogarnęło obrzydzenie. W chwili gdy usłyszał, że to były ich matki niemal pociągnął za spust. Ale potem wspomnieli o Saville. Słyszał o Jimmym. W kraju z którego pochodził Panajotov, ludzie pokroju Saville byli w najlepszym wypadku kastrowani przez sąsiadów. Najczęściej jednak ślad po nich ginął, choć tajemnicą poliszynela zostawało, kto leży w pozbawionej krzyża świeżej mogile za cmentarzem.
- ...Dobrze, że w końcu zdechł i gnije w piekle. W końcu pewnej nocy znalazł się taki dziwny typ i powiedział, że te suki pławią się w luksusie w Bournemouth! Znaleźliśmy je i zajebaliśmy jak psy! Należało się im!
- Przestać kwiczeć jak ciota. Jaki typ? Jak wyglądał?
- Stał w mroku... Widziałem tylko czerwone oczy.
Panajotov w innych okolicznościach pewno zwaliłby wszystko na narkotyczną jazdę, ale słowa o czerwonych ślepiach w ciemności zapaliły światełko ostrzegawcze.
- Kurwa, kończ to! Zabij nas! - wyszlochał ćpun. Cwetan spojrzał na obu obojętnie i bez słowa wyszedł z pokoju, pozostawiając łkających z wisielcem. Czuł mnóstwo emocji, ale ani krzty gniewu...
***
- Dopadłem ich tak jak chciałeś, ale żyją. Nie byliby pierwszymi ludźmi jakich zabiłem, ale pierwszymi jakich bym zamordował. Nie jestem katem Xavier. Chcesz, to wiesz gdzie ich znaleźć. Posprzataj ich sobie sam. - Cwetan podsunął Price'owi kartę do schronienia i ścisnął przyjacielsko dłoń: - Chyba się już nie zobaczymy. Mam sprawy gdzieś indziej, ale wiedz, że możesz polegać na Cwetanie krwi Ravnos jak na Zawiszy.
Uśmiechnął się i wyszedł...
- Budzimy się, budzimy skurwysyny... - Chłodnym głosem oznajmił Cwetan. Dwójka na łóżku spojrzała na przybysza, próbując zdać sobie sprawę czy obcy i wiszący ziomek od kirania, to wciąż zjazdowa, narkotyczna iluzja czy ciężka niczym sumienie Kuby Rozpruwacza rzeczywistość. Smród, znajome wnętrze rudery wskazywało niestety na tę drugą opcję. Mężczyzna cisnął ze złością na łóżko zdjęcia pomordowanych kobiet.
- Widzicie co zrobiliście śmiecie?! Czy może kurwa nie pamiętacie?!
Chłopak z tatuażem spojrzał na fotografie i wybuchnął płaczem i wyciągnął gotowe do spętania ręce w stronę Cwetana. Szlochając zaczął cedzić:
- No dalej, aresztuj nas! Albo od razu zajeb tu na miejscu. Ale musisz wiedzieć, że te suki to były nasze stare! Rozumiesz?! Zajebaliśmy nasze matki. Sprzedały nas temu zwyrodnialcowi Jimmy Saville. Wiedziały dobrze kim jest a mimo to nas sprzedały bo nie byliśmy potrzebni. Wiesz co ten skurwiel nam robił z kumplami przez lata? Porzygałbyś się jakbyś wiedział...
Cwetana ogarnęło obrzydzenie. W chwili gdy usłyszał, że to były ich matki niemal pociągnął za spust. Ale potem wspomnieli o Saville. Słyszał o Jimmym. W kraju z którego pochodził Panajotov, ludzie pokroju Saville byli w najlepszym wypadku kastrowani przez sąsiadów. Najczęściej jednak ślad po nich ginął, choć tajemnicą poliszynela zostawało, kto leży w pozbawionej krzyża świeżej mogile za cmentarzem.
- ...Dobrze, że w końcu zdechł i gnije w piekle. W końcu pewnej nocy znalazł się taki dziwny typ i powiedział, że te suki pławią się w luksusie w Bournemouth! Znaleźliśmy je i zajebaliśmy jak psy! Należało się im!
- Przestać kwiczeć jak ciota. Jaki typ? Jak wyglądał?
- Stał w mroku... Widziałem tylko czerwone oczy.
Panajotov w innych okolicznościach pewno zwaliłby wszystko na narkotyczną jazdę, ale słowa o czerwonych ślepiach w ciemności zapaliły światełko ostrzegawcze.
- Kurwa, kończ to! Zabij nas! - wyszlochał ćpun. Cwetan spojrzał na obu obojętnie i bez słowa wyszedł z pokoju, pozostawiając łkających z wisielcem. Czuł mnóstwo emocji, ale ani krzty gniewu...
***
- Dopadłem ich tak jak chciałeś, ale żyją. Nie byliby pierwszymi ludźmi jakich zabiłem, ale pierwszymi jakich bym zamordował. Nie jestem katem Xavier. Chcesz, to wiesz gdzie ich znaleźć. Posprzataj ich sobie sam. - Cwetan podsunął Price'owi kartę do schronienia i ścisnął przyjacielsko dłoń: - Chyba się już nie zobaczymy. Mam sprawy gdzieś indziej, ale wiedz, że możesz polegać na Cwetanie krwi Ravnos jak na Zawiszy.
Uśmiechnął się i wyszedł...
I tak Cwetan znika z raczej ostatecznie z sesji wyjaśniając jedną tajemnicę i zdradzając swój mały sekret.
Tych którzy nie kojarzą J. Saville odsyłam do netu. Nie do końca zgadza się cezura wiekowa z realem, ale myślę, że można na potrzeby pbf przymknąć na to oko.
Tych którzy nie kojarzą J. Saville odsyłam do netu. Nie do końca zgadza się cezura wiekowa z realem, ale myślę, że można na potrzeby pbf przymknąć na to oko.
Ostatnio zmieniony 09 maja 2015, 23:32 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.