Galvat wspomagał potężnych barbarzyńców zaangażowanych w walkę. Traktował sztyletem wrogów którzy byli w zwarciu z załogą Szelmy. Wybierał atak z flanki i z zaskoczenia. Był w tym naprawdę dobry - doskakując i tnąc w plecy i po nerkach niczego nie spodziewających się przeciwników. Pomimo żywiołowości, wszystkie działania Łotrzyka charakteryzowała precyzja, cierpliwość i opanowanie. W bitce czekał na najlepszy moment do ataku, co bardzo różniło się od efektownego, choć nieco w jego ocenie zbędnego machania mieczem na lewo i prawo. Zamorańczyk zwykle wolał odczekać chwilę, aby przeciwnik odkrył się, dając mu ten jeden moment, przesądzający o zwycięstwie i śmierci. Jego ciosy charakteryzowały się iście diabelną precyzją. Galvat bezbłędnie trafiał w szczelinę w zbroi, a jego ostrze śpiewało pieśń śmierci . Największych twardzieli pozostawiał barbarzyńcom. Przynajmniej formalnie. Sam zakradał się od tyłu, podcinając im ścięgna. Lubił patrzeć gdy z miną zaskoczenia, klnąc z bólu padali na kolana.
Jeden trup to za mało, jeszcze wielu pozostało - nucił w głowie piosenkę wbijając właśnie ostrze pod żebra jakiegoś biedaka, który stawiał właśnie opór nacierającemu barbarzyńcy. Ta melodia zawsze nastrajała go optymistycznie dając dobre widoki na przyszłość.
- I tak jestem o was szybszy, miernoty - wyszeptał do zaskoczonego atakiem człowieka.
Wtem pojawił się kapitan z swoim rozkazem powrotu na Szelmę. Galvat rozejrzał się i natychmiast zorientował się w sytuacji.
- O żesz jego, jebana, ćwa mać - wymamrotał kalecząc język swoich przodków, patrząc na nadciągającą falę. Złapał za linę z hakiem, którą miał zwiniętą na ramieniu , po czym biegiem ruszył, aby jak najszybciej przedostać się z powrotem na Szelmę.
[center]
[/center]