Wyspy Baracha, dziwne ruiny, noc
Nehaher rozejrzał się wkoło błędnym wzrokiem. Jego spojrzenie przez chwilę zatrzymało się na twarzach przyjaciół.
A więc żyli... Fakt, ten dotarł do niego dopiero po chwili. Najważniejsza bowiem była nieobecność bólu. Usiadł i oparł się plecami o niewielką skałę. Ukrył twarz w dłoniach. Przez dłuższy czas siedział tak, nie myśląc właściwie o niczym. Rozkoszował się końcem cierpienia, ciszą i brakiem odczucia iż coś... robactwo... pełza pod jego skórą.
Kiedy w końcu odezwał się, jego głos był cichy. I zebrani musieli pochylić się, aby móc go dobrze usłyszeć.
- Ten budynek to sanktuarium... Świątynia Tsathoggui Bezkształtnego... Tego, który zamieszkuje w pozbawionym światła N'kai i pod którego dotknięciem wody Styxu stają się czarne... Jego przeklęte imię wymieniają manuskrypty z Yothic. Anet-hra-k Set, amen-nua emmeh-ten gemmam-tu Neteru em sekeru*... Bezkkształtny nigdy nie dotrzymuje słowa... Pożera mięso, światło i kości...
Nagle podniósł głowę i spojrzał na nich. W oczach czarownika powoli zapalał się blask świadomości:
- Wizja ukazała mi, iż nie możemy ufać żadnej sile drzemiącej wewnątrz tego budynku - odezwał się z nową energią, która jednak w tej chwili była jedynie cieniem jego dawnej pewności siebie. - A jednak jest tam artefakt, który zamierzam zdobyć. Choć nie za cenę, której pragnąłby Śpiący z N'kai. - zaśmiał się nerwowo.
- Musicie wiedzieć, że dawne moce będą żądać od nas ofiary. Jednak nie możemy ich karmić... Albowiem wzrosną i zapanują nad nami. Nie patrzcie w oczy posągu, który ujrzycie w ruinach! A jeśli usłyszycie głos z ciemności, pomódlcie się do swoich bogów... O ile wciąż chcecie iść ze mną... - skrzywił usta w pozbawionym radości uśmiechu.
- Dziękuję ci, Garro za pomoc. - odezwał się po chwili do uzdrowiciela. - Być może to ostania noc, gdy rozmawiamy. Ale muszę tam iść i zmierzyć się z... Tym... Tylko w ten sposób zdołam poznać tą tajemnicę i zrozumieć więcej.
Podniósł się i stanął, z początku jeszcze niepewnie, ale szybko udało mu się zapanować nad ciałem. Spojrzał na gwiazdy nad głową, wiedząc, że być może ogląda je po raz ostatni. A jednak wciąż był zdecydowany. Wierzył w moc swojego ducha, a czyż wizja nie ostrzegła go przed błędem, który mógłby popełnić? Teraz rozumiał, iż Bezkształtny żywił się chciwością i aby zwyciężyć w tej próbie należało przeciwstawić mu raczej niewzruszoną Wolę... Niż karmić nienasyconą paszczę mroku... Wiedział także, że gdyby teraz cofnął się, żałowałby tego do końca życia. Nie chciał wiedzieć, że stanął przed szansą i zaprzepaścił ją. Powoli najbardziej brutalne elementy jego wizji zacierały się w pamięci... Czyż jednak nie był przyzwyczajony do cierpienia i obłędu i czy nie ocierał się o nie więcej niż raz szkoląc umysł i ducha w przewrotnej sztuce magii? Znał je dobrze i nauczył się przeciwstawiać im moc swojej woli. I chociaż nie używał broni, ani nie parał się rzemiosłem wojennym, to jednak ta walka, którą staczał na poziomie duchowym była równie niebezpieczna i zażarta jak każda z ziemskich bitew. Powoli odwrócił się w stronę Świątyni Bezkształtnego i zmierzył ją wzrokiem.
[center]

[/center]
* Styg. Chwała ci Secie, ukryłem się w Tobie, by uczynić świętym me wnętrze.