Bournemouth, pod muzeum 26/11/2014
Doktor nie może pojawić się przed Elizjum. Zajmiemy się jeszcze moimi Ghulami, przepytamy każdego osobno.
Uporczywa, natrętna myśl. Przypadkowe wydawałoby się słowa rzucone prze Xaviera jeszcze w kryjówce nie dawały malkavianowi spokoju. Jaki związek miał jego osobisty terapeuta ze spokrewnionymi?
O zgrozo! Czyżby był pod ich wpływem, lub dobrowolnie dzielił się tajemnicami, o których opowiadał mu Marcus?
Nie! Nie! To nie mogło być prawdą! Wątpliwości..
Szedł wolno. Deptał przewodnika, potykał się. Spowalniał. Potrzebował czasu, by skupić myśli. Doktor od zawsze był dla niego oparciem... od zawsze...
Nie. Nie od zawsze, lecz.. spotkał go krótko po swojej przemianie, gdy głodny błąkał się po ulicach Bournemounth.
Czyżby kaninici celowo postawili go na jego drodze? Czy był ich szpiegiem? Przecież Koroviev nie skrywał żadnych tajemnic. Ot niewidomy fryzjer, niedoszły talent muzyczny, złamany skrzypek..
[center]***[/center]
Kretyni. Wygodnie rozsiadłwszy się w fotelu z wnętrza umysłu Sands przypatrywał się swemu nosicielowi przeklinając idiotów, którzy stworzyli niebezpieczny precedens zagrażający jego egzystencji. Później przemyśli, czy działanie Ventrue było dziełem niechlujności, czy wymierzonym w niego atakiem. Wszakże to ten elegancik zmusił go do ujawnienia swojej egzystencji przed koterią i już teraz, po tak krókim czasie pojawiły się komplikacje. Będzie ich więcej. Pora odzyskać kontrolę.
Pochylił się w przód palcem wskazującym dotykając wewntrznej strony czoła malkavianina.
Czuły, troskliwy głos w umyśle Korovieva. Subtelna nuta, by odwrócić uwagę.
-Lindsey... myśl teraz o Lindsey Marcusie.
-....Rozumiem, że jest ci to ktoś bliski. Czy opiekujesz się nią Marcusie?- spośród potoku słów, na który pogrążony w myślach Koroviev reagował bez specjalnego zainteresowania, ostatnie zdanie Langera wryło się w umysł malkavianina niczym buldożer przedzierający się przez gruzowisko.
Milczał, choć umysł palił go z natłoku obaw. Walczył, by zachować choć pozorny spokój.
Czyżby o nią chodziło? Ten kainita, którego dopiero co poznał tak niezgrabnie próbował wypytać się o jego podopieczną. Udawał znajomy krok. Tembr głosu przypominał Thomasa. Chce przełamać barierę, zbliżyć się do Korovieva, a poprzez niego ..
do Lindsey.
-Ostrożnie Marcusie, uważaj na słowa, które wypowiadasz na głos, pośród cieni. - słowa Sandsa zafalowały gdzieś na peryferiach, jak gdyby był tu z nim, obecny, a zarazem daleki, obserwujący. Dlaczego słyszał doktora, ilekroć się wahał? Dlaczego ten człowiek miał zawsze dla niego czas? Kolejna wątpliwość, która niczym robak zaczęła drążyć jego myśli. Przerażająca, chora myśl.
A co.. jeśli?
Czy doktor Sands był kanitą?! Czy był na usługach Ventrue? Czego chcieli od Lindsey?- potknął się odruchowo zaciskając rękę na ramieniu Langera, który podsycił ogień kontenerem oliwy.
-Niepokoję się Marcusie. Może powinieneś zasięgnąć opinii doktora Sandersa, Czy chcesz do niego teraz zadzwonić?
Niemal natychmiast poczuł ugryzienie bestii. Wzrastała w nim. Dzika, szalona wściekłość i wola rozszarpania na strzępy wszystkiego wokół. Walczył z wewnętrzną bestią, gdy odkrył obecność innych spokrewnionych. Rozpoznał kilku z nich, skrywających się w pobliżu.
Doskonała okazja, by zmienić temat. Langer uprzedził go jednak w słowach:
- Cóż w takim razie i my tam zaraz wejdziemy. A jako, że jestem tu zupełnie nowy może powiecie co do cholery jasnej jest z tym miastem nie tak. Głupio by było dać teraz głowy skoro książę łaskawie pozwolił tu na chwilę przycupnąć takiemu pariasowi jak ja. Od razu wydało mi się to podejrzane że się zgodził. Teraz widzę, że potrzebna jest tutaj każda para rąk. Sabat podobno jest na ulicach ale co się konkretnie tu dzieje u licha? Prawie spalili elizjum, to już finał czy dopiero rozgrzewka? Wiadomo kto im przewodzi?
-Nie. Powinniśmy wracać. Szybko. Mam silne przeczucie, że coś wydarzy się w Rhino.
Myśli zatoczyły krąg. Xavier pozbył się go, by ściągnąć do swej kryjówki nieświadomego niczego Sandsa. W niezgrabnych słowach zdradził się, że chce przepytać terapeutę:
Doktor nie może pojawić się przed Elizjum. Zajmiemy się jeszcze moimi Ghulami, przepytamy KAŻDEGO osobno.
Nie ma wątpliwości, że Xavier będzie wypytywał doktora o Lindsey.
Biedny doktor. Marcus ściągnął na tego człowieka nieszczęście wciągając go na zagmatwane ścieżki nieumarłych. I ani słowa więcej o Lindsey. Nikomu.
[center]***[/center]
Dobrze. Sands uśmiechnął się ponownie opadając w fotel. Był wygodny, miękki, w kolorze morskiej zieleni. Doktor bardzo go lubił. Z satysfakcją ucieszył się na myśl, że odsuwał od Korovieva tę głupią smarkulę, która w dużej mierze podtrzymywała sens egzystencji ślepca. Z pewnością nie pozwoli też, by jakiś wampirzy kmiotek go stąd wysiudał. Wiedział, że czeka go walka. Ventrue też pożądał Marcusa i nie zamierzał łatwo odpuścić.
Wracamy do SR. Zaraz tam będzie jatka. Koroviev czuje to nosem.