Poole; Lilliput; Pearce Avenue; Rezydencja Vallo 26.11.14; około 04:20
Moreau zaparkował i wyłączył silnik. Obserwował okna willi primogena Ventrue przez dłuższą chwilę i był niemal pewny, że jest pusta. Niemniej sprawdził jeszcze raz i odbezpieczył broń. Już raz głupio zaryzykował i szczęśliwie skończyło się jedynie na niegroźnych ranach po spotkaniu z garou.
Wysiadł z auta i podszedł pod drzwi. Choć domyślał się, że dom nie kryje żadnych niespodzianek, to był gotowy na wszystko: na sforę Sabatu, szczep wilkołaków, albo nawet tajemniczego gościa o gorejących oczach.
W przeciwieństwie do ostatniej wizyty w tej rezydencji, tym razem drzwi były zamknięte, a alarm wydawał się być uzbrojony. George, lub ktoś inny odwiedził dom i postarał się o minimum zabezpieczenia.
Szkoda, że nie ma tu Thomasa. Uporałby się z tym w minutę...
Moreau musiał zdać się dzisiejszej nocy na mało wyszukaną metodę dostania się do wnętrza domu. Wiedział, że nie będzie potrafił rozbroić systemu alarmowego. Będzie miał tylko kilka minut, zanim na miejscu pojawią się stróże prawa, albo co gorsza ktoś inny, kto może mieć złe zamiary nie tylko wobec domownika.
Zebrał się w sobie, chwilę skupił i kopnął z całej siły drzwi wejściowe. Zamek nie puścił, ale zawiasy po drugiej stronie nie wytrzymały i Achile lekko rozczarowany tandetą wślizgnął się do środka, omiatając wnętrze pistoletem. Alarm zaczął głośno pikać domagając się wpisania kodu dostępu. Toreador szacował w ciągu minuty willa pogrąży się w ryku alarmowej syreny. Ale przynajmniej dom zdawał się pusty i nietknięty od ich ostatniej wizyty.
I co teraz Oggy? Jesteś w środku, raczej naprwno nie ma tu nikogo, ale nie masz dużo czasu.