PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 13 listopada 2015, 19:29

WV Charleston, Dom na Przedmieściach, 11.08.1993 Długa Noc

Zatrzymał motor. Ręce mu drżały. Czuł ulotny zapach krwi krystalizującej się na skórze. Uspokój się, uspokój się... Zagryzł wargi na tyle mocno, by zdusić krzyk. Smak żelaza w ustach przywrócił go do rzeczywistości. Nie pamiętał, dlaczego stanął? Dlaczego tutaj? Podniósł głowę i rozejrzał się. Z prawej, w odległości kilku zaledwie metrów wznosił się jednopiętrowy dom, z gładkiej, klinkierowej cegły. Jego fasada kryła się w cieniu klonów, rosnących wzdłuż ulicy. Do wejścia prowadziło pięć stopni, ozdobionych kutą faliście balustradą. Drzwi pomalowane były na seledynowo. Chodziła po nich ćma. Trupia Główka. Przejechał drżącą dłonią po twarzy i przełknął ślinę. Wiedział, że musiał zauważyć ją już wcześniej. Że właśnie ona sprawiła, że zatrzymał się. Jednak nie mógł sobie tego przypomnieć. Poczuł nagłą suchość w ustach, gdy uświadomił sobie, jak niewiele zostało mu czasu. Nie, nie pamiętał teraz by kiedykolwiek doprowadził się do tego stanu. To prawda, nie raz bywał na krawędzi, spoglądając w nienasyconą czerń... Zawsze jednak udawało mu się uciszyć ją zanim głód... Zanim pustka zdołała doprowadzić go do dalej, zmusić, by przekroczył próg... Tym razem było inaczej. Tym razem przeszedł na drugą stronę i nic poza tym nie miało znaczenia... Wspomnienia bladły, obrazy w jego umyśle zapadały się i gasły, niczym konające gwiazdy. Lub świece. Tysiące umierających świec... Próżnia w jego sercu wysysała resztki emocji, które uchowały się jeszcze, na granicach obłędu. Zamknął oczy. Reszta była milczeniem. Gdzieś, wewnątrz usłyszał echo własnego krzyku. A później on również ucichł, a noc stała się kolejnym koszmarem, złożonym z krótkich rozbłysków świadomości, zagubionych w labiryncie szaleństwa. Nigdy już nie zdołał zebrać razem tych wspomnień. Jego potrzaskana pamięć zachowała jedynie skrawki obrazów i odczuć, okrywając kirem resztę...

[center]***[/center]
Obserwuje dom z zaułka po drugiej stronie ulicy. Pamięta, gdzie zostawił motor. Ćma odleciała już. Nie wie dokąd. Przez chwilę jednak czuje się tak, jakby jego serce również było ćmą. Ogromnym owadem o kosmatych skrzydłach, trzepoczącym niespokojnie w klatce z żeber i mięśni... Dom jest cichy. Na piętrze w jednym oknie pali się światło. Obraz spowija nagle upiorna, szara poświata, gdy ciało Mordercy zmienia się w żywy mrok. Cień przemyka przez pustkowie ulicy. Szyba w oknie nie stanowi dla niego przeszkody. Czerń w budynku wita go, niczym gościa, z dawna wyczekiwanego. Łączy się z nim i daje mu oparcie, podczas gdy głodny strzęp nocy wspina się na schody...

[center]***[/center]
Gabinet obity zielonym materiałem. Na półkach książki o fotografii, podróżach, jeździectwie. Na biurku stoi komputer. Pod ścianą przeszklona szafka ze sprzętem fotograficznym i oparty o ścianę statyw. Jest cicho. Gdzieś z głębi domu dobiega go nagle stłumiony, kobiecy śmiech. Zastyga przez chwilę w bezruchu, smakując jego fakturę. Wychodzi.

[center]***[/center]
Stoi w salonie. W powietrzu unosi się lekki zapach lawendy i róż. Światło jest zgaszone. Zza drzwi po prawej wydobywa się słaba poświata. Słychać stamtąd cichą muzykę i odległą rozmowę dwóch osób. Nie wiedzą o jego wizycie. Wie o niej tylko ciemność... Gruby, kremowy dywan tłumi kroki, gdy podchodzi do kominka. Stoją na nim zdjęcia. Kilka starych fotografii w ramkach. Niektóre czarno białe, niektóre w kolorze sepii. Ale to nie one przyciągają jego wzrok. Ponad kominkiem, w ramie lustra tkwią bowiem inne, kolorowe i bardziej współczesne. Wszystkie przedstawiają kobietę i mężczyznę. Oboje są młodzi. On, przystojny, choć może nieco zbyt pulchny brunet. I ona, szczupła blondynka z kucykiem. Niesforne włosy co rusz wymykają jej się spod kontroli. Za nimi różnorodne krajobrazy przedstawiają pustynie, lasy, miasta we mgle, sawanny i morskie plaże. To jednak nie ma dla Mordercy żadnego znaczenia. Przygląda się ich oczom, w których dostrzega tą przedziwną rzecz, której nie umie nazwać. Lecz o której wie, że będzie zdolna ugasić jego głód. Przywrócić kontrolę.

[center]Obrazek[/center]
- Tajemnica labiryntu - szepcze wyciągając rękę. Jego palce jednak zatrzymują się kilka milimetrów od powierzchni zdjęcia. Uważa, aby nie zostawiać śladów. Zbyt wiele osób mogłoby na tym skorzystać...

Przez chwilę stoi tak, oblizując spierzchnięte wargi. Elementy w pomieszczeniu nagle zaczynają nabierać znaczenia i układać się w spójną całość. Bukiet świeżych róż na stole. Celofanowa folia wciąż leży obok. Nieco dalej korek od szampana. Na kanapie fragment niedokończonej robótki przedstawia zaczęty sweter. Wydaje się zbyt mały dla dorosłej osoby. I Morderca wie już, że to właściwy dom. Robótka nigdy nie zostanie dokończona. Róże umrą pozbawione opieki. Powoli zakłada lateksowe rękawiczki...


[center]***[/center]
Kuchnia jest przestronna, urządzona w kolorze seledynu i bieli. Na parapecie zauważa doniczki z ziołami: pietruszką, bazylią, rozmarynem. Na stole stoją dwa gliniane kubki. Ktoś wsypał do środka herbatę, jednak zapomniał nastawić wodę. Morderca podchodzi do kuchenki i zapala gaz pod czajnikiem. Wie, że ryzykuje w ten sposób, ale godzi się na to. Lubi ryzyko. Przez chwilę spogląda na zapalniczkę, a później chowa ją do kieszeni. Wybiera nóż o szerokim, prostym ostrzu. Teraz jest gotowy.

[center]***[/center]
Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=eeZcI4u0ZQg

Kobieta i mężczyzna rozmawiają w sypialni o rzeczach, których nie umie zrozumieć. To jednak nie stanowi problemu. W ich śmiechu bowiem słyszy tą samą tajemnicę, którą dostrzegł wcześniej, na zdjęciach. Ktoś ma wkrótce dołączyć do nich. Planują przyszłe podróże. We trójkę. Mężczyzna wymienia miejsca, które będzie chciał mu pokazać. Kobieta przekomarza się, że na pewno będzie to ona... Morderca czuje dreszcz słysząc ich słowa. Nie do końca rozumie dlaczego, ale nie przejmuje się tym. Rękojeść noża jest chłodna. Jego ostrze odbija blask padający zza uchylonych drzwi. Muzyka cichnie, ktoś zmienia kasetę. Teraz słyszy inny utwór: Strawberry Fields Beatlesów. Cień za drzwiami czeka cierpliwie, aż woda w czajniku zagotuje się. Po chwili słyszy gwizd pary. Wyszczerzone zęby błyskają w mroku.

- Chrabąszczyku? Wstawiałaś wodę?

- Nie. A ty nie miałeś czasem wstawić?

Morderca sztywnieje lekko. Czeka.

- Kurczę, no nie pamiętam teraz. Chyba faktycznie musiałem, skoro gwiżdże. Albo mamy nawiedzony dom.

Śmiech kobiety. Morderca rozluźnia się. Cofa się głębiej w cień holu i nieruchomieje, używając Niewidoczności, którą wykradł pożerając duszę Spiro.

- W porządku, pójdę i zaleję... - odzywa się kobieta.

- Nie ma mowy. W twoim stanie musisz o sobie dbać. Ja pójdę.

Skrzyp sprężyn informuje Mordercę o tym, że mężczyzna wstaje z łózka.

- Ej no nie przesadzaj. Niedługo mi zabronisz chodzić samodzielnie! Może wszędzie będziesz mnie nosił, co? Nawet do kibla. - przekomarza się kobieta.

- Nawet do kibla - przyrzeka żartobliwie mężczyzna.

Smuga światła w holu rośnie, gdy drzwi uchylają się.


[center]***[/center]
Spogląda na kobietę, cień zaczajony wśród cieni. Nie pamięta przemiany, ani tego, by wchodził do sypialni. Ale to nie ma znaczenia. Tak wiele rzeczy nie ma znaczenia. Liczy się tylko tajemnica. Ona siedzi na łóżku. Kolana podciągnęła pod brodę. Jest ubrana jedynie w męską koszulę w paski. Nie zapięła guzików. Pod spodem jest naga. Morderca widzi krągłość piersi i delikatne półkole sutka. Nie zwraca jednak na to uwagi. Interesuje go coś innego. Martwy od trzynastu lat John Lenon śpiewa:

[center]Always, no sometimes, I think it's me,
But you know I know and it's a dream.[/center]
I Assamita dokładnie rozumie, co tamten miał na myśli. Przyjmuje formę fizyczną, otaczając siebie i kobietę całunem Śmiertelnej Ciszy. Ona patrzy na niego oczyma wielkimi i czystymi niczym dwa leśne jeziora. Cofa się gwałtownie. Krzyczy bezgłośnie. Przez chwilę Morderca obserwuje ją, przekrzywiając lekko głowę. Niczym drapieżny ptak, lub atakująca murena. Później łapie ją za szyję i bez wysiłku unosi w powietrze. Kobieta porusza ustami, przyciskając jedną rękę do brzucha, jakby chciała coś chronić. Wydaje się prosić go o coś. Morderca uśmiecha się.


[center]***[/center]
Walczyła ze wszystkich sił. Nie o siebie, lecz o dziecko ukryte w jej łonie. Nie o sobie, lecz o męża i dziecko, i o ich wspólne marzenia... Przeszłość, tak pełną śmiechu i słońca. Przyszłość, która zdawała się na wyciągnięcie ręki, zanim ten koszmar nie stał się rzeczywistością. Nie wiedziała dlaczego, los nie dał jej nawet szansy, by mogła zadać to pytanie... Walczyła ze śmiercią, o mięśniach ze stali, która wyszła z mroku i trzymała ją w tym dławiącym uścisku. Próbowała paznokciami dosięgnąć jej twarzy... I wtedy poczuła ból. Ostrze noża kuchennego weszło w jej brzuch, gładko niczym wydra wsuwająca się do wody. Pomyślała o dziecku i coś w niej zawyło w rozpaczy. A później spojrzała w wyszczerzoną w obłędnym uśmiechu twarz śmierci...

[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]
Stoi w sypialni i uśmiecha się. Kobieta pełznie po podłodze do drzwi, zostawiając za sobą szeroki, ciemny ślad. Wciąż zdaje się coś mówić, lecz bezlitosna Cisza pożera jej szloch i błagania. Nóż spoczywa na łóżku. Morderca orientuje się, że trzyma teraz w dłoni dwadzieścia centymetrów stalowej rurki. Nie ma pojęcia skąd ją wziął. Jego ruchy są jednak spokojne. Powoli podchodzi do kobiety, która dociera na środek pomieszczenia. Staje nad nią unosząc ramię, a później opuszcza je z miażdżącą siłą. Błysk stali. Uderzenie. Krew. Kobieta upada. Próbuje się podnieść. Kolejne uderzenie. Rozbryzg czerwieni. Krew spływa po ścianach. Wsiąka w dywan. Morderca katuje ofiarę spokojnie, metodycznie, na zimno. Czuje, jak z każdym uderzeniem wraca mu kontrola. Nie używa Potencji. Nie chce zabić jednym ciosem. Czaszka ustępuje pod kolejnym uderzeniem. Pomiędzy zlepionymi krwią włosami widać biel nagiej kości. Zabójca musi jednak powtórzyć cios jeszcze dwa razy, nim kobieta w końcu znieruchomieje. Przygląda się jej przez chwilę, a później pochyla się i zrywa z jej szyi łańcuszek. Wisi na nim niewielkie, złote serduszko. Chwilę obraca je w lepkich od krwi palcach, a później chowa do kieszeni. Na zewnątrz słyszy kroki mężczyzny, powracającego z kuchni. Jego uśmiech nie blednie nawet na chwilę, gdy po raz kolejny porzuca formę fizyczną i powraca w cień. Stalowa rurka upada na ziemię z metalicznym dźwiękiem.

[center]***[/center]
- Słuchaj, Chrabąszczyku, czy wolisz może...?

Artur Connigham nigdy nie dokończył tego pytania. To, co ujrzał w sypialni sprawiło, że oba kubki z herbatą wypadły z jego zmartwiałych nagle dłoni, roztrzaskując się na podłodze. Ich zawartość rozlała się, wsiąkając w jego kraciaste kapcie. Nie zauważył jednak tego. Widok krwi i ciała Alice sprawił, że stał przez chwilę jak skamieniały. Coś w jego wnętrzu mówiło mu, że to nie może być prawda. To było zbyt nierzeczywiste, zbyt szalone, zbyt koszmarne... Jednak inna część jego umysłu, część stara i mądra, która umiała rozpoznać śmierć wiedziała... Uklęknął obok ciała i dotknął dłoni Alice. Była wciąż ciepła. Jej palce zaciskały się na frędzlach dywanu. Tego samego, który kupili trzy miesiące temu, za jej pierwszą wypłatę w nowej pracy. W ciszy usiadł pod ścianą i przyciągnął ciało żony do siebie. Przytulił ją ten sam sposób, w jaki tulił ją co dzień. Przycisnął policzek do jej czoła. Nie modlił się, ani nie przeklinał. Jego oczy były suche. Z gardła mężczyzny jednak wydobywało się coś, co przypominało zawodzenie śmiertelnie rannego ptaka...

[center]Obrazek[/center]
Morderca obserwował cała scenę z ciemności. Czuł obecność Tajemnicy. Tak blisko. Prawie na wyciągnięcie ręki. Czuł, że teraz mógłby... Byłby w stanie zrozumieć ją... Ta wiedza przepływała przez całą jego istotę. Rezonowała w końcówkach nerwów falą nowej, obcej energii. Nie umiał nadać jej imienia. Tak, jak nie pojmował do końca uczuć, które ze sobą niosła. Po prostu otwierał się, czerpiąc z tego strumienia. A to, co gasło powoli w oczach siedzącego pod ścianą śmiertelnika, wsączało się w jego mrok, wypełniając Mordercę spokojem, karmiąc pustkę i gasząc szalejący w żyłach głód. To była jego osobista forma wybawienia. Jedyna, na którą mógł liczyć tak naprawdę. Jedyna, którą znał.

A kiedy jęk mężczyzny zmienił się w bolesne wycie rozpaczy, cień wzniósł się, przemykając po ścianie i opuścił pomieszczenie. Artur nie miał nawet szansy ujrzeć go. Gdyby jednak udała mu się ta sztuka, nikt by i tak nie uwierzył w jego słowa. Tak jak nie uwierzył mu później, gdy zaklinał się, że to nie on zamordował Alice...
Używam lateksowych rękawiczek. Korzystam z narzędzi, jakie znalazłem na miejscu (noża i rurki). Pilnuję, by nie wdepnąć w krew i nie zostawić wyraźnych śladów, wskazujących na obecność osoby trzeciej. Rękawiczki zabieram ze sobą.

Przed powrotem do domeny poluję, by uzupełnić krew.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 13 listopada 2015, 20:33

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993 Długa Noc
Spoiler!
Twój Test na Spostrzegawczość ST: 7 = 3 sukcesy. Przebiłeś sukcesy Terrego przy jego teście na chowanie oka w worku (Miał tylko 1 sukces). Uznałem, że na 100% będziesz obserwował Terrego. Widziałeś jak wyjął oko z ust i włożył je do swojego worka. Jesteś pewien, że chciał to ukryć przed resztą koterii.
Spoiler!
Test na Ukrycie oka w woku ST: 8 = 1 sukces. Udało ci się schować oko. Nie wiesz jednak, czy ktoś tego nie zauważył.
Informacja:
Oczy z słoików obserwują ciebie.
Spoiler!
Mechanika po zadeklarowanych działaniach:

Użycie Dyscypliny: Path of Praapti 1 ST: 6 + 1 (za okoliczności.) Nie znasz tego domu dostatecznie dobrze.)= 7. Wyrzucasz 6 sukcesów. Bez problemu teleportujesz swoje ciało w wybraną lokację wewnątrz domu na parterze. Koszt 1 Punkt Krwi.
Odpalasz Niewidoczność na 2.
Użycie Iluzji 1: Koszt 1 Punkt Sił Woli. Kamerdyner stoi nieruchomo.
Odpalenie Akceleracji Koszt 1 Punkt Krwi.
Agresorzy są traktowani jako zaskoczeni podczas twojego ataku:
Uderzasz bronią pierwszego, tak by go ogłuszyć. ST:6 = 6 sukcesów + 1 z Siły. Przeciwnik paruje 3 obrażenia. 7 - 3 = 4. To więcej niż jego wytrzymałość tak więc pada nieprzytomny na ziemię. To ten w kapeluszu.
Następnie przykładasz broń do głowy następnemu. Facet jest zaskoczony obrotem spraw i odrzuca broń na podłogę.

Jak opiszesz to co powyżej w swoim poście to będę pisał co się dzieje dalej. Przyjmij, że mafiozi gdy wejdą do domu i zobaczą kamerdynera nie będą podnosić broni, ale ten w białej koszuli powie:

- Dobry wieczór! A, teraz prowadź, to właściciela tego domu.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 13 listopada 2015, 22:15

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, korytarz 11.08.1993 Długa Noc

Widząc nieprzyjazne mordy Hindus zatrzymał się w dobrze ocienionym miejscu przed domem pewny, że nie został jeszcze zauważony. Przez chwilę chciał skonfrontować się z tymi typkami ale zastanawiała go ta limuzyna. Uznał, że prawdopodobieństwo, że ktoś ważniejszy od tych dwóch obij mordów siedzi tam i czeka, jest dość wysokie. Musiał znaleźć się w domu.

Zamknął więc oczy. Jego percepcję ogarnęła ciemność. Obrazy iluzorycznej rzeczywistości przestały go rozpraszać. Świat zewnętrzny nie jest wcale bardziej rzeczywisty niż wewnętrzny. Czas był tylko iluzją. Nawet pewien fizyk powiedział mu kiedyś, że nie istnieje żadne fizyczne prawo, które uzasadniało by, dlaczego możemy postrzegać przeszłość, jednocześnie nie mając dostępu do tego co dopiero się wydarzy. Sama materia była w istocie tylko skondensowaną energią i nic nie było stałe. Nawet - jak nazywali je naukowcy - protony i elektrony cały czas znikały i się pojawiały, nie wiadomo jak, skąd i gdzie. Cóż przestrzeń też nie była ostatecznie prawdą.

Kiedy odgłosy miasta, których przestał słuchać zniknęły a wiatr niosący zapach spalenizny, nie owiewał już jego twarzy, Darshan otworzył oczy w korytarzu Tuckwiller house. Ludzie z karabinami już przekroczyli próg domu i szli zdecydowanie w głąb posesji. Hindus skrył się więc za zasłoną niewidzialności a na drugim końcu korytarza przywołał ze swej pamięci Josepha, starego kamerdynera, którego poznał jeszcze w Indiach za czasów kolonii. Nigdy nie zapomniał przerażenia na twarzy starego Brytyjczyka gdy ten pierwszy raz ujrzał mistyka medytującego na ciele martwego mężczyzny. Te przerażone oczy i sparaliżowane mięśnie patrzyły teraz na dwóch intruzów.

Mężczyźni opuścili nieco broń a jeden z nich powiedział

- Dobry wieczór! A, teraz prowadź, to właściciela tego domu.

Joseph oczywiście stał dalej nie wiedząc co ma ze sobą zrobić a mężczyźni już mieli zrobić pierwsze kroki w jego kierunku, gdy pierwszy z nich osunął się na ziemię po celnym i szybkim ciosie, który pozbawił go tymczasowo kontroli nad ciałem. Drugi natomiast zatrzymał się niemalże w tym samym momencie kiedy poczuł na potylicy lufę rewolweru. Joseph zniknął, a spokojny lecz nie do końca uprzejmy głos, w jakiejś dziedzinie niewątpliwie profesjonalisty powiedział z bezbłędną brytyjską wymową:

- Pozwolą panowie, że to ja przywitam was w tym domu i dołożę wszelkich starań by wasz pobyt tutaj był możliwie jak najwygodniejszy. Pragnę poinformować, że zostaliście już zaanonsowani. Kto został w samochodzie?

Zadając ostatnie pytanie Darshan zbliżył się znacznie do aorty bandziora, już za chwilę chciał zaspokoić głód krwi, który co prawda od niedawna ale powoli dawał o sobie znać. To była dobra noc, czy tam dzień na picie krwi. Ta perspektywa znów budziła w nim gwałtowność mroczniejszych aspektów wszechświata.

Strażniku tego domu, przekaż proszę reszcie koterii o zaistniałej sytuacji a także o tym, że Assamita odjechał w kierunku miasta.

Teraz pozostało tylko czekać, na odpowiedź i kroki zbliżających się "przyjaciół".

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 13 listopada 2015, 23:37

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, korytarz 11.08.1993 Długa Noc

Mężczyzna w białej koszuli powoli podniósł obie ręce w górę. Wiedział, że nie ma szans, a to co usłyszał kiedyś od swojego przełożonego okazało się prawdą. Jest tylko Śmiertelnikiem i w pewnym momencie może trafić na kogoś, kto przekracza go wielokrotnie. Odrzucił broń na dywan, a lewą ręką sięgnął po palącego się papierosa. Wciągnął dym, a następnie wyjął Malboro z ust.

- Postępujesz bardzo nierozważnie. Myślicie że udało się wam dopaść Dona Ottone? Głupcy! To on ma was!

W drzwiach nagle pojawiła się postać karła, odzianego w drogi garnitur. Jego półmroku panującym w korytarzu twarz przybysza nie była dokładnie widoczna. Jedynie jego sylwetka rysowała się zwartą bryłą na tle otworu wejściowego.

[center]Obrazek[/center]

- Odłóż broń i nie wygłupiaj się - powiedział Don Ottone, a w jego głosie było coś, co trafiało w samo serce Darshana. Nie tylko dlatego, że znał Horacego i historię jego syna. W jego słowach było coś więcej, coś co sprawiało że przemoc, którą przejawił w dalszym toku wydarzeń, mogłaby nie okazać się najlepszym rozwiązaniem.

- Nie wyglądasz na kogoś z Sabatu, więc wnoszę że służysz Księciu. Pozmawiajmy jak ludzie Kainito i zapytam wprost. Dlaczego Klan Tremere kazał mnie tutaj dostarczyć?
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 14 listopada 2015, 10:21

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, korytarz 11.08.1993 Długa Noc

Odpowiedzią Darshana był najpierw rosnący uśmiech a po chwili serdeczny śmiech, który trwał prawie minutę.

Strażniku, przekaż proszę Horacemu, że jego syn przyjechał.

- Witaj Otto. Horacy zaraz do ciebie zejdzie, właśnie przekazałem mu, że jesteś tutaj. Powiedział bym czuj się jak u siebie ale to też mój dom poniekąd a nie lubię kiedy dookoła plączą się ludzie z bronią automatyczną. Czuj się więc jak u przyjaciół swojego ojca. Mam na myśli tych prawdziwych przyjaciół.

Zakończywszy Hindus wpił zęby w szyję ochroniarza i upuścił mu nieco krwi. Postanowił, że czas najwyższy aby sam zaczął czuć się jak u siebie.
Uzupełniam krew, nie wiem ile można wypić z mortala więc wypijam z niego tyle, żeby mu się jakoś źle nie zrobiło, nie przeszkadza mi jeżeli będzie musiał potem np kilka godzin odpoczywać. Przeszkadza mi jeżeli będzie musiał leżeć kilkanaście godzin.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 14 listopada 2015, 18:13

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, korytarz 11.08.1993 Długa Noc

Don Ottone po słowach Darshana nieco zaniemówił. Choć w normalnych okolicznościach zapewne zareagowałby inaczej, prosząc o to, by nie traktowano jego ludzi jako magazynów z krwią. Odwrócił się w stronę stojącego przed domem samochodu i pstryknął palcami. Ktoś musiał być w pojeździe, gdyż po tym znaku drzwi zostały zamknięte. Kierowca uruchomił silnik i wolno ruszył w stronę parkingu.

W tym czasie do korytarza wpadł Lucas z przygotowaną bronią. Ghul Victorii szybko się zorientował, że sytuacja jest pod kontrolą, ale wolał się upewnić:

- Wszystko gra? - zapytał Ravnosa, który właśnie zamierzał skosztować krwi.

- Tak. Wróć do swoich zajęć - odpowiedział Darshan, po czym wbił swoje kły w szyję człowieka.

Don Ottone wolnym krokiem ruszył w stronę pokoju, w którym kilka nocy temu, Kainici zebrali się by pożegnać Atra-hasisa. Gdy wszedł do pomieszczenia, od razu jego uwagę przykuł wielki zegar, który wskazywał za dwie minuty północ. Postanowił nie zapalać światła i usiąść wygodnie w fotelu. Otto zawsze miał dobre wyczucie smaku i estetyki, tak więc dziwnym zbiegiem okoliczności z wszystkich mebli jakie miał do wyboru, wybrał ten sam fotel na którym siedział wcześniej sam Democritus. Postanowił przesunąć go w bardziej ciemniejsze miejsce, tak aby Horacy który przyjdzie z nim rozmawiać, nie widział dokładnie jego twarzy, a jedynie ciemną sylwetkę. Pomimo że był karłem, to dzięki Potencji przesunięcie fotela w wybrane miejsce nie było wielkim wyzwaniem. Ułożył się wygodnie w miękkim fotelu, spojrzał na swojego Rolexa jakby chciał się upewnić, że na pewno jest teraz dzień. Zmrużył oczy i czekał...
Dla Darshana: Otrzymujesz 3 Punkty Krwi.
[center]***[/center]
Strażnik Sanktuarium przemówił mentalnie tylko do Horacego:

- Darshan kazał przekazać, że twój syn przyjechał. W tej chwili jest w pokoju z zegarem.
W Sanktuarium czas płynie dużo wolniej, tak więc zanim Strażnik przekaże informacje o Ottcie minie sporo czasu. Jeżeli będziecie chcieli wyjść z Sanktuarium, to proszę o wypełnienie jakimś krótkim opisem, co robiliście w Sanktuarium.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 listopada 2015, 23:19

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Horacy skończył przyszywanie w wewnętrznej części płaszcza pętelki z materiału, w którą zamierzał wsunąć siekierkę by w końcu przestał wypadać i uwierać w różnych sytuacjach.... Z ukosa zerkał też co chwilę na Terrego, kusiło go, och jak bardzo go kusiło. Ale postanowił wytrzymać i zmilczeć do czasu aż wszyscy będą w komplecie.

Chwilę wcześniej był pogrążony w niezobowiązującej rozmowie ze Strażnikiem Sanktuarium a właściwie próbował po raz kolejny wciągnąć w rozmowę ducha, który z grobowym spokojem zbywał Horacego. Stary Nosferatu był pewien, że mimo wszystko musi istnieć jakaś ścieżka otwarcia tego wiekowego skarbca wiedzy jakim był dla niego duch. Przecież Red Wisdom go jakoś spętał. Wiedza jaką posiadał ten niematerialny byt musiał być porażająca i Szczur nie potrafił przestać szukać do niej dostępu. Ciekawość jaką odziedziczył z krwią swego ojca była niezwykle silna, pchała go do kolejnych mniej lub bardziej delikatnych prób porozumienia z bytem ze świata o którego istnieniu niewielu miało świadomość a jeszcze mniej dostęp.

- Czy możesz mi powiedzieć Wielki Duchu o ile to nie tajemnica jak to się stało, że twój los i los Red Wisdoma się tak połączyły?

- To bardzo długa historia i sięga setki lat wstecz. Kiedyś chodziłem po waszym świecie tak jak wy, a wtedy należałem do koterii której głową był Artra-hasis. Czas zmienił mnie, a także moje przeznaczenie. Niewiele pamiętam z tamtych nocy, jednak wiem jaką mam teraz rolę do odegrania. Potem będę wolny... Już wkrótce...

[center]***[/center]
Kiedy Horacy usłyszał słowa Strażnika o swoim synu w widoczny sposób zesztywniał na całym swoim ciele. Chwilę później kiedy odzyskał nad nim kontrolę puścił się pędem w kierunku wyjścia nie odezwawszy do nikogo. Prędko pogrążonym w półmroku, korytarzem mijając cienie, które zdawały mu się przypominać odległe dzieje u początków wszystkiego...

Wirginia prawie dwieście lat temu. Horacy siedział nieopodal miejsca w którym wzniesiono ten dom, czekał na ostatni w życiu brzask... Gdyby wówczas nie pojawił się Red Wisdom, nie byłoby dzisiejszej nocy ani dla Horacego ani jego syna. Rozmowa nie była długa. Horacy się żegnał z życiem będącym pasmem nieustannych niepowodzeń. Śmierć Emily, narodziny ich syna potwora, ba nawet nieśmiertelność okazały się kpiną losu. Gdyby wtedy Stary nie powiedział mu tych paru słów...Że może jeszcze choć trochę zły los, że może naprawić przynajmniej jedną rzecz, relację z synem ofiarując mu dar jaki żaden normalny rodzic nigdy nie potrafiłby dać dziecku - nieśmiertelność.
Dar oddający z nawiązką porzucenie oraz przekleństwo karłowatości jakie zafundowały Ottonowi lędźwie Horacego.

Horacy zwolnił pęd kiedy docierał do sali w której miał nadzieję spotkać Otta. Radość została zgaszona przez podejrzliwą naturę Szczura. Otulony dyscypliną niewidzialności wśliznął się prawie bezszelestnie do pomieszczenia, pamiętny uprzedzenia Namtara o niebezpieczeństwie. Pomieszczenie tonęło w półmroku. Wprawdzie nie wypatrzył go od razu i nie widział też wyraźnie ale był to niewątpliwie on. Cała jego drobna postura i kolor aury wskazywały, iż wszystko jest z nim w porządku. Nosferatu stał tak sporą chwilę milcząc. Podziwiając w duchu piękno swego syna, widząc go tutaj całego i żywego powoli odzyskiwał cały spokój.

- Witaj Ottonie. A może powinienem powiedzieć Don Ottone... - powiedział stary Szczur zdejmując z siebie maskę niewidzialności.Zasiadł naprzeciwko w fotelu i przez chwile nie mówił nic, tylko patrzył.

- Witaj, ojcze - Otto odpowiedział cicho - Czy możesz powiedzieć temu łysemu Kainicie, by nie żywił się na moich ludziach? Od teraz ci ludzie, to nasi ludzie ojcze, a on ich wyciska jak cytryny.

Odnalazł go tak jak uczynił to niemal dwieście lat temu. Wówczas odnalezienie Otta zajęło mu znacznie więcej czasu bo kilka dobrych lat. Nie dziwota bo i od czasu kiedy go porzucił w sierocińcu upłynęło ponad trzydzieści lat. W końcu, po trzech latach nieustannych poszukiwań trop doprowadził go do trzeciorzędnego cyrku gdzie Otto występował jako atrakcja. Kiedy się o tym dowiedział wpadł w taki szał, że zdemolował połowę pracowni. Jego syn eksponatem! Kiedy jednak dotarł na miejsce już w pierwszej chwili zrozumiał, że jego syn jest… chyba szczęśliwy. No i najważniejsze, nie był eksponatem, lecz klaunem a to czyniło wielką różnicę. Ojcowskie oczy dostrzegły wysoko wykwalifikowanego, zdolnego artystę. Jak na standardy Horcego rzecz jasna. Przez kilka dni kiedy dodawał mu do posiłków swoją przeklętą krew obserwował jego występy, cięte riposty, energię, słuchał aplauzu. Po kilku dniach był zafascynowany wewnętrzną siłą swego syna jaką epatował na estradzie. Nie był już tym pokracznym stworkiem, który zapijaczony ojciec podrzucił siostrom z przytułku St, Marry Church. Kiedy uświadomił sobie na jak wspaniałego mężczyznę wyrósł jego syn zacisnął ręce w pieści aż strzeliły kłykcie i solennie poprzysiągł, że już rodzina już nigdy nie zostanie podzielona. Złamał tą przysięgę. Boleśnie podzieliła ich pewna kobieta, która zawładnęła Horacym ale to już zupełnie inna historia...

- Jak tam, się mają ryby czy karpie biorą w tym roku?
Słuchając odpowiedzi na grzecznościowe pytanie Horacy stykał opuszki długich palców jednej dłoni z drugą. Stykał i rozłączał...

- Nie łowię ryb odkąd zająłem się czymś bardziej rozwojowym i dochodowym. To mnie uspokaja w przeciwieństwie do tych tłustych karpi... Przynajmniej robię coś z sensem.

Karzełek i sługa, a za razem mój syn z krwi i kości. Ze względu na swoją niewielką posturę jedyne zajęciem było dla niego pilnowanie interesu z figurami woskowymi. Znów go nie doceniłem. Poza tym do dzisiaj ma mi chyba za złe, że zmarnowałem mu jego artystyczną karierę w trzeciorzędnym objazdowym cyrku. Moje nieżycie kręci się wokół tej złośliwej małej istoty. Kiedyś o nim zapomniałem ale nauczyliśmy się siebie i będziemy dbali o siebie nawzajem już przez wieczność...

- A jak tam się mają twoje sprawy? Widzę, że sekretne życie ci służy. Ludzie, zasoby, szacunek... zdobyłeś wszystko, gratuluję. Jedynie z kliniką nie wyszło. Tak wiem i o tym. Ale spokojnie staruszek nie próżnował... - powiedział sięgając do skórzanych klamer zapinających maskę. Zapięcia puściły...

- Znów jestem piękny...


Na twarzy Otta maluje się szok i zdziwienie, a następnie radość, było to więcej niż niż przyjemne dla Szczura. Lepiej by tego nie zaplanował gdyby wiedział wcześniej a wypłynęło szokująco naturalnie.

- Jak to możliwe? Udało się? Ale jakim cudem?

Rzeczy które razem planowali. Dziesiątki noc, odrzuceni, przeklęci zarówno przez rodzaj ludzki jaki i potwory jakim się stali. Obaj nie pasowali nigdzie indziej. Wielki Plan jaki układali przez tysiące spędzonych nocy zakładał, by jednak raz jeszcze zakręcić kołem fortuny tak by tym razem zatrzymało się z korzyścią dla nich obu.

- Tym samym kochany Ottonie jesteśmy o krok dalej. Wkroczyliśmy w drugi etap. Teraz pora na twoją przemianę ponieważ czas jest sprzyjający. Możemy jednak z tym poczekać aż rozwiążemy twój mały problem ze wzrostem. Co prawda możemy i czekać następne dwieście lat na to a jutra może nie być... Więc decyduj się, czy chcesz poczekać, czy pora na przemianę. Znalazłem ci kogoś odpowiedniego. Nie będziemy się musieli prosić o przemianę Vantrue. To równie dobry klan choć na zawsze stracisz swe odbicie w lustrach to cienie którymi postanowiłeś kroczyć już zawsze będą ci sprzyjać. Jej krew jest być może nawet silniejsza od mojej. Poproszę ją o przemianę, musimy tylko obejść prawa progenitury. A jeśli nie zechce... zmuszę ją lub znajdę inny sposób. - Oczy rozpalił niebezpieczny blask.

- Nie pragnę teraz przemiany. Chcę wpierw dokończyć to co zacząłem. Nie powinno mi to zając więcej niż tydzień, a potem wrócimy do tego tematu, dobrze tato? przerwał na chwilę i zmarszczył brwi w zamyśleniu - Muszę ci coś powiedzieć... Otóż w bagażniku leży ghul klanu Tremere, którego moi chłopcy troszeczkę naruszyli. Ale od początku. Chłopcy obserwowali karetkę, którą zostałem zabrany z Nyctofili. Jeszcze wtedy byłem nieprzytomny, ale kiedy karetka dojechała do prywatnego gabinetu lekarskiego na Indiana Ave, obudziłem się. Tremerski ghul siedział za kierownicą i rozmawiał z kimś, kto siedział obok. Z wymiany zdań wynikało, że dostałem serum i wiedzą, że jestem twoim ghulem. Kierowca dostał polecenie najpierw jechać do Fundacji na ekstrakcję, a następnie dostarczyć pod ten dom. Na tym rozmowa się zakończyła i karetka ruszyła dalej. Tremerski ghul nie ujechał jednak daleko. Moi... To znaczy nasi chłopcy zaopiekowali się mną, zanim spotkała mnie ta cała hmmm... ekstrakcja. No i jestem tutaj... Nie wiedziałem, że ty także tutaj jesteś...

Skurwiele, oszukali nas...

Sylwetka Horacego mocno stężała. Czuł mocną irytację notorycznym zakłamaniem.

- Rozumiem... - powiedział w kopcu z namysłem kiwając głową na potwierdzenie. - Musisz się teraz przyczaić na jakiś czas w jakimś bezpiecznym miejscu. Skryć by nikt ciebie nie odnalazł ponieważ od dzisiejszej nocy zaczął konać świat. Odpuść sobie ten tydzień, rozumiesz? Koniecznie . Inaczej nie będę potrafił cię ochronić. Mamy małą apokalipsę w mieście, jest gorzej niż kiedykolwiek. Nie da się opuścić Wirginii, to przez jakąś piekielną magię. Rusty... zdradził. Jeśli chcesz mi pomóc skryj się tam gdzie ani ja ani żaden z nas cię nie będzie szukał, tydzień rozumiesz? Znasz takie miejsce? To ważne, inaczej zginiesz synku.

- I jeszcze jedno. Jestem z ciebie cholernie dumny, dzisiejszego dnia bez słońca.
Źrenico oka mego, uważaj na siebie...
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 19 listopada 2015, 19:54

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993 Długa Noc

Kiedy Horacy na informację Strażnika w jednej chwili puścił się biegiem i opuścił Sanktuarium, pozostawiając ją i Terrego wraz z trzema nieruchomymi ciałami, zapadła długa cisza.

- Strażniku - zapytała wreszcie mentalnie Victoria, zaskoczona nagłym zniknięciem Nosferatu - Czy możesz mi powiedzieć co się stało? Gdzie pobiegł Horacy?

- Jego syn przyjechał i jest na dole - zaszeleścił starożytny duch.

Lasombra uśmiechała się czując radość na wieści o karle i spoglądała na roziskrzone i nieobecne oblicze Ojczulka.

- Słyszałeś Terry?... - Zbliżyła się do niego, chcąc położyć dłoń na jego ramieniu, jakby szukając oparcia i otuchy w całym chaosie i zgiełku ostatnich godzin. - To dobre wieści. Bardzo dobre... - mówiła w zamyśleniu, jakby już sama do siebie, jednak wspomnienia obłędu i szaleństwa, które ogarnęło krew Malkavian zatrzymała dłoń w ostatniej chwili. - Będą potrzebowali czasu dla siebie jak sądzę, jednak Otto może mieć cenne informacje. I myślę, że powinniśmy poznać go wszyscy, oficjalnie... Ale to za chwilę. - Jej wzrok znów powędrował w stronę Sidonii.

- Muszę porozmawiać z Lucasem i zorganizować kilka rzeczy. Nie rozumiem dlaczego nie uzdrowiła jej krew i magia Assamity. Powinna się obudzić, chyba że ... jest w Torporze i nie zdążyliśmy. Być może samo oko to sprawiło, kiedy ją opuściło. Może jej czas właśnie przeminął? - Powiedziała smutno. - Jeśli pozwolisz, zostawię was samych. Może Twoje modlitwy i wiara pomogą jej teraz.

Victoria opuściła Sanktuarium, udając się wprost do kuchni. Cleo jak zwykle z zadziwiającą skrupulatnością dłubała ołówkiem w zębach, przeglądając bez przerwy zasoby internetu. Zapach parującego płynu w kubku obok sugerował kakao. A może była to tylko czekolada? Nie zwróciła większej uwagi na pojawienie się kogokolwiek w drzwiach kuchennych.

- Gdzie Luke? - Zapytała Victoria, obserwując młodą kobietę przy pracy. Gdy tamta podniosła nieco zaskoczona wzrok, w tej samej chwili do pomieszczenia powoli wszedł Lucas.

- Za stary jestem na takie cyrki. Moje mięsnie juz nie pracują jak dawniej, i nie reagują tak jakbym tego sobie życzył. Tamta dwójka w korytarzu... mogliby nie zdążyć, ale kto wie? - Lasombra przyzwyczaiła się do jego mamrotania i narzekań i słuchała ich z błąkającym się uśmiechem na ustach. Uspokajały ją i on to wiedział. Usiadła wygodnie przy blacie, słuchając gderliwych wstawek starca. Mimo to oboje wiedzieli, że ten mały rytuał był im potrzebny. Przypominał chwile normalności, kiedy siadywali tak setki razy, rozmawiając o wszystkim i niczym. A teraz... pozwalał na chwilę oderwać się od chaosu Charlestone. Gdy Lucas rzucił kilka nowych dowcipów, Victoria przestała się w końcu śmiać i z powagą odezwała się do ghuli.

- Mam dla was zadanie. - Powiedziała po dłuższej chwili, gdy znów mogli się pośmiać. - Musimy wydobyć z dna jeziora ciało. Cleo, tylko gotówka. Żadnych śladów prowadzących tutaj. Lucas, powiedz jej, czego będziemy potrzebować i jaki sprzęt ma załatwić. Zajmijcie się tym, najlepiej zaraz. Miejsce podam wam za chwilę. - Wstała i ruszyła w kierunku wyjścia, zostawiając ich pogrążonych w cichej rozmowie.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 19 listopada 2015, 20:15

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Dalsza rozmowa między ojcem, a synem krążyła wokół tematów związanych z więzią jaką mają z sobą. Otton opowiedział o swoim planach na przyszłość:

- Jeżeli udało ci się przywrócić ciało do pierwotnego stanu... To znaczy, że nie muszę kontynuować mojej pracy. Laboratorium może przydać się do różnych innych rzeczy. Wiem jak zadbać o siebie ojcze i gwarantuję ci, że nikt mnie nie znajdzie. Z Tremerami sobie poradziłem, a moi ludzie to nie banda bezmózgich yeti. Tam w Nyctofilli trafiłem na coś co mnie przekroczyło - Otto zrobił dłuższą pauzę, która wskazywała na wewnętrzne poruszenie.

- Złamałem swoje zasady i tam poszedłem osobiście. Popełniłem błąd i mam nadzieje że mi wybaczysz. Pamiętam, że dostałem coś w moim ulubionym espresso, a potem pojawił się długi wąż i coś mówił o "Armii do której niebawem dołączę". Reszty nie pamiętam, bo straciłem przytomność.

Horacy spostrzegł, że Otto nie czuje się za dobrze. Dotarło do niego, dlaczego jego syn wybrał ciemne miejsce w pokoju. Dłonie Otta delikatnie dygotały zdradzając zły stan fizyczny. Zanim Horacy zdążył coś powiedzieć, Otto odezwał lekko drżącym głosem:

- Tatko... - Don Ottone pochylił się do przodu, a Horacy wiedział że jego syn zaraz upadnie na twarz. Skoczył przed siebie i złapał syna w połowie drogi. Don Ottone konturował:

- Daj mi krwi tatko... Oni mi coś podali... Serum Tremerów przestaje działać... Tracę moc...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 22 listopada 2015, 17:08

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993 Długa Noc

Nagle Terry zaczął czuć coś, co przemawia przez jego krew. Bliskość jednej kropli Krwi Malkava sprawiła, że wrodzony talent do przewidywania przyszłości nabrał na sile. Malkavian rzucił się do swoich tobołów w poszukiwaniu swojego notatnika. Z trudem powstrzymywał nadejście przesłania od samego Pana. Wiedział, że musi to wpierw zapisać. Gdy miał długopis w ręku wizja uderzyła jego zmysły:

Podkład:https://www.youtube.com/watch?v=zyGpL5WSXeQ

[center]Nie ma tego co się stało, powiadam ci. Wszystko skończyło się zaraz na początku,
Ten obraz jest czarny jak Słońce, które schowa swą twarz nie mogąc patrzeć na to co w dole.

Gdy jestem sam, Krew spada na mnie niczym skała, która runęła do morza tworząc przedziwne fale.
Nie mogę was uzdrowić, dzieci moje
To wasz czas i miejsce Przeznaczenia.

Zanim pomyślisz spójrz:
...
Byłem na początku i omijam koniec. Gdzież jestem?
...
Słuchaj:
Nadejdzie dzień bez dnia, którego pomylić nie sposób.
Nawet sam Hypnos nie będzie miał władzy na przeklętej ziemi.
Silni staną się słabi, a chaos zamieszka w domu i sercach przeklętych.

Ziemia odwróci się od wszystkich, gdy zabraknie Bogów ludzkości.
Ukryty w jej wnętrzu sekret zepsucia ożyje ponownie, karmiąc słodką trucizną tych, co słuchać będą.
Powstaną ci którzy czekali w cieniach przez tysiące lat, dając świadectwo końca.
Wszystko co było jest kłamstwem. Nie wierzcie w to co widzicie, bo staniecie się ślepcami.
Patrzcie tam, gdzie nikt nie odważy się spojrzeć.

Po ciemności nadejdzie czerwona noc bez gwiazd i nadziei. Ostatnia noc na ziemi zbudzi poległych.
Krew stanie się rzeką, która przepłynie przez arterie miedzy wielkimi domami.
Nie będzie zbawienia dla synów Kaina.
Oni będą służyć Demonom, nie wiedząc o ich obecności.
Strzeżcie się gniewu tych, którzy zostali wygnani
Strzeżcie się szału tych, którzy zostali opuszczeni
Strzeżcie się tych, którzy zostali potrójnie Przeklęci
Dziewięć razy i jeszcze dziewięć razy czekali
Ukryci w ciemnościach pielęgnując nienawiść.

Przeklęta Krew oszukała każdego z Trzynastu Potomków, gdy spoglądał w serce Malfeas.
Nawet stary Król nie pokonał zła, a wszakże wsparł go miecz Mitry,
Pozostawili zepsuty korzeń w ziemi pod Korozain.
Powiedziano, że Zbawiciel tylko raz spęta słowem swoim Upadłego

Gdzie jest twoje zwycięstwo spijaczu dusz?
Twoje imię będzie przeklęte do końca czasu!

Wasze dusze należą do mnie
A na ziemi gdzie zbierają się Upiory
Nieumarli pożrą Nienawiść, która doda im sił
Która przywdzieje ich ducha w ciało, by mogli kroczyć znów po Ziemi.

On zszedł do sekretnej komnaty szukając wielkiego i potężnego, którego imię powinno zostać zapomniane na wielki wieków!

Król umrze, gdy Del'Roh zostanie zaatakowany w salach Enoch.
A poddani wypełniać wolę jego dalej będą, prowadzeni przez czarne ptaki
Które znają jego sekretne i tajemne imię.
[/center]

Przesłanie skończyło się, a Terry miał wrażenie jakby Przepowiednia nie była opowiedziana do końca. Czuł, że niebawem otrzyma kolejną jej część. Gdy spojrzał pierwszy raz na to co napisał, poczuł strach...
Spoiler!
Test Teologi ST:6 = 4 sukcesy. Korozain to galilejskie miasto biblijne, w którym nauczał Chrystus. Zgodnie z tym, co mówi Biblia, Jezus przeklął to miasto i jego mieszkańców, gdy ci odrzucili jego nauki.
Test Wiedzy Okultyzm ST:8 = 3 sukcesy. Malfeas to świat w Głębokiej Umbrze, gdzie mieszka sam Szatan! Dla Terrego to inna nazwa Piekieł.
Test Wiedzy o Rodzinie ST:7 = 4 sukcesy. Enoch to pierwsze miasto, które założył Kain. Zgodnie z tym, co mówi Księga Nod zostało zniszczone przez Potop. Wiesz także, że historia Wampirów zaczęła się w tym mieście. To tutaj powstała Druga Generacja, która potem stworzyła tych, na których mówi się że są Przedpotopowcami.

Mitra w społeczeństwie Spokrewnionych, znaczy tyle samo co Mithras.
Ostatnio zmieniony 23 listopada 2015, 00:05 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 24 listopada 2015, 12:44

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, Objawienie Frater Terry'ego, 11.08.1993 Długa Noc

Terry klęczał na podłodze sanktuarium, w drżących dłoniach ściskając swój notatnik. Kiedy po chwili podniósł wzrok, otępiałym spojrzeniem omiótł Sanktuarium. Nikogo przy nim nie było, wszyscy członkowie Koterii Atra-Hasisa gdzieś poszli, zajmując się swymi bardziej lub mniej pilnymi sprawami.

On również. Tyle, że na klęczkach i z notatnikiem w rękach. Na stronach którego w ciemnych, atramentowych rzędach, cisnęły się słowa objawienia. A przynajmniej jego części, tej już objawionej. Ponownie skupił się na poustawianych w równych szeregach literach. Wiele z nich trzymało się za ręce, tworząc słowa. Każde z tych słów krzyczało do niego co sił w kaligrafowanych płucach, jednak ich wrzask wciąż umykał jego percepcji.

Jedynie znikoma część z nich mówiła w tym samym co on języku. A i tak wystarczyło to by napełnić jego serce przerażeniem. Prawdziwym, lękiem przed którym nie ma ucieczki. I nie z rodzaju takiego strachu, który niesiony impulsem, po chwili przemija i popada w niepamięć. Groza, która zakradła się wgłąb jego duszy, dopiero kiełkowała, by z chwili na chwilę rosnąć w siłę i powoli acz konsekwentnie odbierać mu moc do podejmowania jakichkolwiek działań.

Zamknął na chwilę oprawiony w skórę kajet, próbując oczyścić umysł. Zamknął i oczy, skupiając się na uspokojeniu nerwów. Przez chwilę zastanowił się, kiedy ostatni raz czuł się podobnie. Właściwie odpowiedź na to nieme pytanie pojawiła się, nim zostało ono do końca sformułowane.

Miała na imię Bärbel. Spotkał ją w niemieckim mieście Erfurt, jesienią 1892 roku, nieopodal Mostu Kramarzy. Zawędrował w te rejony świata uciekając i ukrywając się przed swym stwórcą. A ponieważ robił to już od prawie dwóch stuleci, zdążył się nauczyć, że każda próba zdobycia sojuszników kończyła się tragicznie. Kiedy więc podeszłą do niego i nieśmiało zagadnęła, dając mu jednocześnie do zrozumienia, że podobnie jak on nosi w sobie Klątwę Malkava, wcale nie był miły. Uciekł, jednak co noc, w jakiś sposób udawało jej się go spotkać. Piątego wieczoru postanowił w końcu z nią porozmawiać.
[center]Obrazek[/center]
Powiedziała mu, że podobnie jak on, ma wroga któremu nie sposób umknąć ni skryć się przed nim na dłużej. Powiedziała mu, że wie kto go ściga i że Erfurt już wkrótce przestanie nieść mu schronienie. Powiedziała mu też, że podobnie jak on, ma dosyć samotnej tułaczki i strachu jaki niosła każda rozmowa, z każdym kogo nie znała. Trzy noce spotykali się w ciemnych, dalekich spojrzeniom ludzi i kainitów miejscach. Trzy długie noce, w których po raz pierwszy w jego nieżyciu dane mu było podzielić się jego koszmarem z drugą osobą.

Wczesnym wieczorem czwartej nocy, nawiedziła go jedna z jego wizji. Zapisał ją w swym zeszycie, jednak nie pojął jej znaczenia. Zbyt był podekscytowany rychłym spotkaniem ze swoją nową siostrą, bo tak właśnie ją postrzegał. Mieli dziś opuścić to miasto i udać się na wschód. Kiedy później tej samej nocy Aurin Spiro stanął na ich drodze, w pierwszej kolejności zajął się właśnie Bärbel. Pozwolił, by rozsypała się w pył w ramionach Terry'ego, następnie zaś z perwersyjnym uśmiechem podniósł broń na swego znienawidzonego syna.

Młody Malkavian w tamtej chwili nie miał siły ni chęci uciekać. Po raz kolejny jego Ojciec odebrał mu wszystko, równie dobrze więc mogło się to wszystko zakończyć. Ale kiedy Spiro zobaczył, że Terry stracił wolę przetrwania, wściekł się i nie podarował mu ukojenia w Śmierci Ostatecznej. Zamiast tego, chwycił go za gardziel i patrząc mu głęboko w oczy wypowiedział okrutny rozkaz, okraszając go przerażającą mocą Dominacji.

Wielu niewinnych ludzi zginęło tamtej nocy. A Terry był ich Aniołem Śmierci i katem, który podłożył ogień pod ich domostwa.

Przez długie miesiące opłakiwał swoje ofiary, tak jak i opłakiwał swą krótką przyjaźń z Bärbel Burghardt z Krwi Malkava. A kiedy u schyłku zimy przeczytał spisaną przez siebie tamtej feralnej nocy przepowiednię, zapłakał raz jeszcze. Bowiem wszystko co się stało, było tam zapisane. I mógł by temu zapobiec, gdyby tylko poświęcił swemu objawieniu odrobinę czasu i uwagi.


Otworzył oczy i spojrzał na notatnik trzymany w rękach. Spisane jego własną dłonią słowa machały do niego, chcąc wyśpiewać mu swoją pieśń o tym co ma nadejść. Chociaż serce bolało go na wspomnienie dawnych nocy, był też wdzięczny za możliwość wyboru. Wstał z podłogi, z postanowieniem jak najrychlejszej rozmowy z Koterią.

Właściwie już miał opuścić sanktuarium, kiedy poczuł ukłucie niepewności, na myśl o tym, że zostawia tu powierzoną mu relikwię. Wiedział, że prędzej czy później jej temat powróci, a to znaczyło, że tak czy inaczej, nie uniknie tej rozmowy. Uznał jednak, że Sanktuarium jest na tą chwilę bezpiecznym schronieniem dla jego nowego Artefaktu, więc postanowił go tu zostawić. Pośród innych naczyń kryjących jego strach i przeszłość.

Ponownie zamarł, kiedy dotarło do niego co się stanie, jeśli ktoś z Koterii zajrzy kiedykolwiek do jego bagażu. I nie chodziło już nawet o Łzę Malkava, a o resztę jego "kolekcji". Zwyczajnie przestali by mu ufać i stał by się w ich oczach potworem. Oczach...

Duchu Pulhu-Imel. Przestrzeż każdego kto zechce zajrzeć do mojego worka, że w środku nie czeka go nic oprócz Szaleństwa i Wątpliwości. Poinformuj mnie również, jeśli ktoś pomimo ostrzeżenia się na to zdecyduje. - poprosił w myślach Strażnika, jednocześnie opuszczając sanktuarium. Musiał szybko rozmówić się z resztą, poinformować ich o nowych danych i nade wszystko sprawdzić która godzina jest na Zegarze Zagłady.
Ostatnio zmieniony 25 listopada 2015, 10:34 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 24 listopada 2015, 22:39

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Horacy solidnie się przestraszył. Reakcja syna mogła by przyprawić kogoś o zawał, oczywiście gdyby serce pracowało jak należy. Bez utraty chwili rzucił się na pomoc jednym szarpnięciem swoich wiecznie wystających kłów rozerwał arterię lub raczej to co z niej zostało na nadgarstku. potem podniósł głowe Otta tka by życiodajna Vitae skapywała wprost w jego usta.
- Pij synku... pij ile chcesz...

Trwało to długo. Zbyt długo jak na gust Horacego. Stwierdził więc w myślach, że stan Otta musiał być naprawdę wyjątkowo kaprawy. Z rosnącym niepokojem karmił go jednak dalej i dalej... W końcu ręka Otta spoczęła na jego nadgarstku. Z jednej strony gest ten uspokoił nieco starego szczura lecz z drugiej strony... Znów wezbrał w nim gniew. Nie uspokajał się nawet wówczas kiedy jego syn zaczął się prostować i poprawiać swoje ubranie.

Od euforii cho cholernej frustracji, znowu... Dzisiejsza noc to jeden wielki cholerny emocjonalny rollercoaster. Mam nadzieję, że to ostatnia taka noc. A dla tych cholernych Setytów, którzy to zrobili mojemu synkowi, na pewno.

- Teraz posłuchaj, powiedz mi gdzie będziesz przebywał - przechylił się lekko w stronę Otta a ten wyszeptał mu parę słów na ucho.

Horacy skinął głową na znak aprobaty.

- Dobry wybór... świetne miejsce... czekaj tam na mnie. Przyniosę ci to cholerne antidotum razem z taką ilością skóry z węża, że starczy nam obu na dobre buty i pasek.

Potem objął go i trzymał tak przez chwilę. Słowa nie były im potrzebne.

Potrzebny mi Terry byt posprzątać cały ten burdel z Tremerami no i zorientować się co tak na prawdę kryje się pod nazwą ekstrakcji. Mam nadzieję, że tylko to co obiecali... Myślał patrząc na odchodzącego don Ottone, po czym popędził do sanktuarium w poszukiwaniu Malkaviana.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 25 listopada 2015, 15:32

Nad Czarną Rzeką, poza czasem, Długa Noc

Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=jOICPaHgwAg

Cisza powróciła, zmywając reminiscencje głodu. Wszystkie ćmy poszły wreszcie spać. Myśli wypełzały z kryjówek, do których zagnało je szaleństwo. Z początku nieśmiało wzbierały w szczelinach wspomnień, by w końcu nabrać odwagi, wznosząc się nad wielką, czarną równiną, przeciętą pasem bezgwiezdnej rzeki. Płynęły łagodnie w przestrzeni, która nie była przestrzenią, pod ciernistą kopułą strzaskanego nieba. Stojąc na brzegu obserwował ich przypływy i odpływy, wirowania, falowanie i skręty, które upodabniały je do zwojów ofiarnego dymu. Wyciągał rękę, patrząc, jak przepływają między jego palcami. Czuł ulgę.

[center]Obrazek[/center]

[center]Teraz powracam
- Powracasz ze mną
W Krąg Ognia
W rzekę stalową
W Ciemność...
I krew przede mną
I krew za nami
Skrapia tą drogę
Świetlnymi łzami...
[/center]
Gdzieś tam, był oczywiście świadom, że jego ciało wsiada na motor. Gdzieś tam, w innym, może nieco mniej prawdziwym świecie, zlizywał z dłoni krew. Gdzieś tam, chował do kieszeni rękawiczki, mijał kolejne ulice, liczył czas, planował kolejny ruch. Barwy powoli powracały na płótno, wypłukując szarość. Na krawędzi pola widzenia tańczyły ludzkie cienie. Nie przywiązywał jednak do nich uwagi. Teraz, gdy nie polował, przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Liczyła się jedynie ta chwila ciszy, którą pielęgnował wewnątrz. Odłamek strzaskanego lustra, który nazywał uparcie swoim umysłem. Czarna bezimienna rzeka, którą obsesyjnie tytułował swoim życiem...

Spoglądał na gwiazdy, konające na granicy nieba. Za nimi rozciągała się już tylko czerń. Z doskonałą klarownością zdawał sobie sprawę z tego, iż jednocześnie, w tym mniej prawdziwym świecie, pożywia się. Nie zwrócił jednak uwagi na to, kto miał dziś tego pecha. To była czysta formalność. Smak krwi gasił pragnienie ciała. Poza nim nie czuł głodu, pił więc tylko tyle, ile potrzebował. Nie musiał zabijać. Po wszystkim pozwolił ofierze osunąć się wzdłuż ściany, pozostawiając ją na jakimś zagraconym podwórku. Nie oglądając się, ruszył dalej, myśląc o czerni pożerającej kolejne gwiazdy, kolejne zwierciadła, kolejne krzyki...

Uklęknął i nabrał w dłoń czarnego piasku pokrywającego brzeg Rzeki Zapomnienia. Jego odłamki migotały niczym maleńkie słońca. Powoli przesypywał je między palcami. Ciemność nad nim rozwijała swe skrzydła i wiedział, że przed jej nagim majestatem zawsze będzie tylko cieniem. Bez twarzy i bez imienia. Czasami zastanawiał się... Jak niewiele dzieli go od całkowitego zapomnienia... Lecz wtedy zwykle Akramah umiał przywołać go poprzez krew, umiał zawrócić go z tej drogi, z której nie było powrotu. Brakowało mu go teraz. Nie tylko Mistrza, lecz i przyjaciela. Silsila...*

Dawno już nie zapuścił się tak daleko. Niepamięć ziejąca pomiędzy obrazami, które rozbłyskiwały w jego głowie, przejmowała go dreszczem. Znał ją i dotychczas dopuścił do siebie jedynie dwa razy. Ten pierwszy - w laboratorium. Lecz wtedy nie miał wyboru. Nie znał ceny. I drugi, gdy starał się sprawdzić jak długo może kontrolować głód... Wytrzymał wtedy pół roku. A później obudził się w czyjejś jadalni... To było w Bułgarii... Ktoś zabił całą rodzinę zasiadającą do wieczornej kolacji. Odciął głowę ojca, matki i dwójki dzieci, ustawiając je na talerzach. Zadbał też o to, by oczy całej czwórki pozostały otwarte. I patrząc w ich mętniejącą biel nie musiał pytać kim był morderca. Znał odpowiedź, a jednak nie pamiętał tego... Przeszukał wtedy całe domostwo, od piwnicy po strych, lecz nie znalazł niczego świadczącego o tym, iż zrobił coś przeciwko Ścieżce. Mimo to nie mógł być pewien... Jedno pytanie bowiem powracało echem, wciąż i wciąż, niczym złowieszczy ptak kołujący nad pobojowiskiem myśli...

[center]Co przejmowało kontrolę, gdy on przestawał istnieć?[/center]
Nigdy więcej nie pozwolił sobie na to. Nigdy już nie próbował kontrolować Ciemności. Sycił ją wykorzystując każdą okazję. Dbał o to zwłaszcza w pracy, tak jak zadbał i dziś zabijając dzieciaka przy motorze...Zwykle wystarczyło to na jakiś tydzień... Czy bał się tego głodu? Nie umiał powiedzieć. Nie czuł strachu, nie skupiał się na nim. Starał się przetrwać, niczym alpinista zawieszony nad przepaścią. Nie myślał nad tym, co stanie się, jeżeli runie w dół. I nie oczekiwał litości. Wiedział, w jaki sposób Klan rozwiązuje problem tych, którzy nie potrafili się kontrolować. Ale to była czysta gra. Znał jej zasady. Starał się przetrwać.


[center]***[/center]
WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Zorientował się, że od dłuższej chwili obserwuje dom Klienta. Na podjeździe stała limuzyna, do której wsiadał karzeł w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Znał tego karła. W sumie rozpoznałby go wszędzie. Otto...

Poczekał, aż szofer zapali silnik i samochód ulotni się, znikając w perspektywie ulicy. Dopiero później odpalił motor i wjechał na teren domeny. Był spokojny. Właściwie, czuł się dobrze, choć nie miał ochoty na rozmowę z kimkolwiek. Spodziewał się jednak, że zechcą zadać mu kilka pytań... Zresztą, to nie miało teraz wielkiego znaczenia. Ten świat fantasmagorii i lustrzanych odbić nie był naprawdę realny. Nie musiał martwić się nim. Nie teraz, gdy szczęki ciemności pożarły iluzję słońca i księżyca. Noc Zemsty rozkwitała nad ziemią niczym upiorny, czarny mak, wzrastający z rzek przelanej krwi...

- xshnaothra ahraman, nemase te daeva* - zwrócił się mentalnie do Strażnika, wchodząc przekraczając prób posesji. - Przekaż proszę, pozostałym, że wróciłem.

Zgasił światło w korytarzu i ruszył w głąb domu. Złapał się na tym, że stara się poruszać bezszelestnie, mając nadzieję, że uda mu się przedłużyć tą ostatnią chwilę samotności. Nie miał jednak szczęścia. W holu natknął się na Nosferatu. Odruchowo cofnął się w cień, używając osłony Niewidoczności, jednak spojrzenie starego Szczura bez trudu wyłoniło z mroku sylwetkę Mordercy.
[center]Obrazek[/center]
- Wreszcie jesteś - sapnął Horacy nie tracąc czasu na powitania. - Świetnie. Chodź ze mną do Sanktuarium, musimy pogadać.

Łowca skinął głową i bez słowa podążył za Kainitą.
Namtar będzie się zachowywał z początku cicho i spokojnie - jakby wziął sporą dawkę valium. Jest w tym jednak pewna nienaturalność, chłód, który przejmuje dreszczem. Będzie to widoczne w każdym ruchu i geście, poza tym będzie miał problem z mówieniem (większy niż zwykle) i unikał światła (bardziej niż zwykle).
Fragment wiersza Odrodzenie Słońca autorstwa Sigil of Scream. Wszelkie prawa zastrzeżone.
* termin ten oznacza Mędrca i Kapłana Ścieżki Krwi u Assamitów.
** s.pers. Z pozdrowieniem Ahrymana, witam cię potężny duchu
Ostatnio zmieniony 08 grudnia 2015, 18:03 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 25 listopada 2015, 18:42

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993 Długa Noc

Zanim Terry zdążył opuścić Sanktuarium, w środku pojawił się Horacy z Namtarem. Wkrótce też dołączyli do nich pozostali, którym Strażnik przekazał wiedzę o powrocie Łowcy. W głowach większość członków koterii kotłowały się pytania i plany, które chcieli zadać. Jedynymi wyjątkami zdawali się Darshan i Assamita. Ten pierwszy wyglądał na równie nieporuszonego co zwykle. Drugi zaś wydawał się podejrzanie spokojny i nieco jakby nieobecny. Kontrastowało to znacznie z podnieceniem bijącym od Nosferatu i grozą, która wydawała się wręcz fizycznie wylewać ze szczupłej postaci Malkavianina.
Zebraliście się wszyscy w Sanktuarium. Don Ottone odjechał pozostawiając pod opieką Lucasa i Cleo, pobitego Ghula - członka klanu Tremere. Obecnie Ghul jest nieprzytomny i jako MG, uznaję że oczekujecie na późniejszą rozmowę z nim.
Spoiler!
Don Ottone potrzebował 5 Punktów Krwi, tak więc tyle odpisz sobie z karty. Otrzymujesz 2 punkty Siły Woli za scenę z swoim synem oraz dążenie do odnalezienia go. Doskonale odegrana Natura postaci.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 26 listopada 2015, 14:15

W ostatniej chwili zrezygnował z opuszczenia Sanktuarium, widząc, że jak na zawołanie po kolei zaczęli pojawiać się obok niego pozostali członkowie Koterii Czerwonego Mędrca. Nie minęły nawet dwie chwile, jak wszyscy byli razem. Nie chcąc tracić czasu, ni ryzykować, że ktoś wtrąci mu się w słowo, czym prędzej zaczął mówić.

- Dobrze się stało, że się tu zebraliśmy wszyscy. Chciałbym wam coś... - przerwał gdy spojrzał na Dartha Namtara. Jego narkotyczny niemal spokój nie wróżył nic dobrego.

- Kulu tamam, Łowco? - zapytał nieśmiało, unosząc lekko brwi.

Assamita nie zareagował od razu spoglądając na Świra bez drgnięcia. Malkavianin pomyślał, że być może nie usłyszał pytania i już chciał je powtórzyć, gdy tamten skinął powoli głową. Nie wyglądało to przekonująco, Terry więc pozwolił sobie kontynuować:

- Wcześniej nie wyglądałeś za dobrze. Chociaż może właśnie wyglądałeś. To krew Klanu Księżyca obecna w twoich i moich żyłach zareagowała na artefakt Malkavian. Ukazała nasze prawdziwe oblicza. Moje, Świętego męża, i twoje, ciemności bez twarzy. Nie musisz jednak się już tym przejmować - uśmiechnął się serdecznie do Mrocznego Jedi. - Nie mniej, twoja obecna mina prowadzi mnie do pytania. Dokąd zaprowadził cię zew otchłani, który usłyszałeś w tamtej chwili?

Tym razem pauza w oczekiwaniu na reakcję Mordercy była znacznie dłuższa.

- Ja... Byłem... - wychrypiał w końcu, co brzmiało tak, jakby używanie ludzkiego języka było dla niego chwilowo niezwykle trudną sztuką. - Ja... Musiałem wyjść.

Terry otworzył usta, by zadać kolejne pytanie, jednak sposób w jaki odpowiedział mu Morderca, dał mu jasno do zrozumienia, że to nie jest najlepszy moment na tę rozmowę. Chciał bardzo zapytać go o kilka rzeczy związanych z działaniem Łzy Malkava, jednak dotarło do niego, że nie teraz i nie w tak licznym towarzystwie. Decyzja ta zajęła mu, krótką, lecz jednak wciąż chwilę, podczas której stał z rozdziawioną buzią, jak ryba próbująca złapać oddech po wyjęciu z wody. W końcu odezwał się, tym razem kierując swe słowa do wszystkich zebranych.

- W każdym razie, jest pewna pilna sprawa, którą chciałbym poruszyć. - powiedział, machając jednocześnie swym notatnikiem przed twarzami zebranych. - Oto zapis tego co się stanie. Co ma się stać. Co może się stać, jeśli nic się nie zmieni. Wiem, że naszą misją jest odnalezienie zabójców Atra-Hasis'a. Napominam, bo to co zostało tu spisane, może zepchnąć nasze dochodzenie na zupełnie inne tory. Albo i nie, jednak wolałbym nie testować drugi raz opcji "nie".

- Wiele z rzeczy które za chwilę wam przedstawię aż nadto kojarzy mi się z tym co wydarzyło się w Charleston, od naszego tu przybycia. Wstrzymajcie się więc proszę na chwilę z wszelkimi pytaniami i posłuchajcie. - powiedział, otwierając zeszyt w odpowiednim miejscu. Odchrząknął i zaczął czytać.
Spoiler!
[center]Nie ma tego co się stało, powiadam ci. Wszystko skończyło się zaraz na początku,
Ten obraz jest czarny jak Słońce, które schowa swą twarz nie mogąc patrzeć na to co w dole.

Gdy jestem sam, Krew spada na mnie niczym skała, która runęła do morza tworząc przedziwne fale.
Nie mogę was uzdrowić, dzieci moje
To wasz czas i miejsce Przeznaczenia.

Zanim pomyślisz spójrz:
...
Byłem na początku i omijam koniec. Gdzież jestem?
...
Słuchaj:
Nadejdzie dzień bez dnia, którego pomylić nie sposób.
Nawet sam Hypnos nie będzie miał władzy na przeklętej ziemi.
Silni staną się słabi, a chaos zamieszka w domu i sercach przeklętych.

Ziemia odwróci się od wszystkich, gdy zabraknie Bogów ludzkości.
Ukryty w jej wnętrzu sekret zepsucia ożyje ponownie, karmiąc słodką trucizną tych, co słuchać będą.
Powstaną ci którzy czekali w cieniach przez tysiące lat, dając świadectwo końca.
Wszystko co było jest kłamstwem. Nie wierzcie w to co widzicie, bo staniecie się ślepcami.
Patrzcie tam, gdzie nikt nie odważy się spojrzeć.

Po ciemności nadejdzie czerwona noc bez gwiazd i nadziei. Ostatnia noc na ziemi zbudzi poległych.
Krew stanie się rzeką, która przepłynie przez arterie miedzy wielkimi domami.
Nie będzie zbawienia dla synów Kaina.
Oni będą służyć Demonom, nie wiedząc o ich obecności.
Strzeżcie się gniewu tych, którzy zostali wygnani
Strzeżcie się szału tych, którzy zostali opuszczeni
Strzeżcie się tych, którzy zostali potrójnie Przeklęci
Dziewięć razy i jeszcze dziewięć razy czekali
Ukryci w ciemnościach pielęgnując nienawiść.

Przeklęta Krew oszukała każdego z Trzynastu Potomków, gdy spoglądał w serce Malfeas.
Nawet stary Król nie pokonał zła, a wszakże wsparł go miecz Mitry,
Pozostawili zepsuty korzeń w ziemi pod Korozain.
Powiedziano, że Zbawiciel tylko raz spęta słowem swoim Upadłego

Gdzie jest twoje zwycięstwo spijaczu dusz?
Twoje imię będzie przeklęte do końca czasu!

Wasze dusze należą do mnie
A na ziemi gdzie zbierają się Upiory
Nieumarli pożrą Nienawiść, która doda im sił
Która przywdzieje ich ducha w ciało, by mogli kroczyć znów po Ziemi.

On zszedł do sekretnej komnaty szukając wielkiego i potężnego, którego imię powinno zostać zapomniane na wielki wieków!

Król umrze, gdy Del'Roh zostanie zaatakowany w salach Enoch.
A poddani wypełniać wolę jego dalej będą, prowadzeni przez czarne ptaki
Które znają jego sekretne i tajemne imię.
[/center]
Kiedy skończył czytać, zatrzasnął notatnik z głośnym klaśnięciem, po czym rozejrzał się z poważną miną po zebranych.

- Część z tego już się stała. Część, miejmy nadzieję, dopiero ma się stać. Wiem, że w waszych oczach jestem szalony i niepoważny, ale to nie jest czas na żarty moje, czy mojego klanu. Sprawa jest naprawdę poważna i proszę, tak ją potraktujcie. - po krótkiej pauzie zaś dodał - Co o tym sądzicie? Bo ja mam wrażenie, że znaleźliśmy się w samym środku wydarzeń, które przerastają każdego z nas.
Ostatnio zmieniony 26 listopada 2015, 18:04 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ