PBF: DrecarE - Cienie na Śniegu
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Spoiler!
Mogę opisać to fabularnie, chyba, że chcecie opisać walkę sami? Jeśli nie, to porzucam za ciąg dalszy i opiszę całość. Czemak do jutra na deklaracje na PW.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Ze snu wyrwał go dziwny, niewytlumaczalny niepokój. A po chwili jego mózg zarejestrował informację przekazaną przez Vidgara. -Gdzież i jak do cholery ona się mogła zgubić? Przecież powinna doskonale radzić sobie w naturze, z którą wszakże była blisko, ona, jak i inne jej profesji. Rad, czy nierad wstał i zaczął się zbierać. Ciało domagało sie jeszcze regeneracji, lecz obawa o towarzyszkę pchała do działania.
[center]***[/center]
Zdawało się mu, że krażyli w kółko, podobnie jak czarownica, sądząc po tropach. Ślady biegły chaotycznie i bez najmniejszego sensu. -Czyżby ona znalazła i skonsumowała jakieś działające odurzająco rośliny? Albo coś ją nawiedziło? Nie, to się kupy nie trzyma. Z drugiej strony kto tam wie, zarówno kobiety, jak i wiedźmy... Zaczął się lekko frustrować. Wtem przystanął. Coś usłyszał i nie był to kolejny podmuch wiatru wiejącego wśród skał. Tak, to mogła być ona!
- Zdaje mi się, że coś słyszałem - rzekł szybko do Vidgara i szparkim krokiem ruszył w stronę, z której dobiegał go tajemniczy dźwięk.
Biegli. Starał się wyłowić swoim elfim wzrokiem cokolwiek co go naprowadzi na jej trop, poza tym, że wiedział mniej więcej w którym kierunku ją usłyszał. Szukał czegoś nietypowego, bo zaczynał się domyslać, że prawdopodobnie wpadła w jakąś pułapkę.
Wtem jego wzrok przykuł fragment podłoża, wyróżniający się od wszechobecnej śniegowej pokrywy. Miejsce to odcinało się głęboką czernią wsród śnieznej bieli. Poza tym nie widział nic więcej, jakby ta czerń pożerała wszystko co było wewnątrz. Dodatkowo dookoła niego było znów sporo śladów, należących prawdopodobnie do zagubionej.
-Vidgar! Chyba znalazłem miejsce, gdzie mogła utknąć Norlaug! Tylko ostrożnie, bo ta dziura jest spora i łatwo można w nią wpaść. Przygotuj linę.
[center]***[/center]
Zdawało się mu, że krażyli w kółko, podobnie jak czarownica, sądząc po tropach. Ślady biegły chaotycznie i bez najmniejszego sensu. -Czyżby ona znalazła i skonsumowała jakieś działające odurzająco rośliny? Albo coś ją nawiedziło? Nie, to się kupy nie trzyma. Z drugiej strony kto tam wie, zarówno kobiety, jak i wiedźmy... Zaczął się lekko frustrować. Wtem przystanął. Coś usłyszał i nie był to kolejny podmuch wiatru wiejącego wśród skał. Tak, to mogła być ona!
- Zdaje mi się, że coś słyszałem - rzekł szybko do Vidgara i szparkim krokiem ruszył w stronę, z której dobiegał go tajemniczy dźwięk.
Biegli. Starał się wyłowić swoim elfim wzrokiem cokolwiek co go naprowadzi na jej trop, poza tym, że wiedział mniej więcej w którym kierunku ją usłyszał. Szukał czegoś nietypowego, bo zaczynał się domyslać, że prawdopodobnie wpadła w jakąś pułapkę.
Wtem jego wzrok przykuł fragment podłoża, wyróżniający się od wszechobecnej śniegowej pokrywy. Miejsce to odcinało się głęboką czernią wsród śnieznej bieli. Poza tym nie widział nic więcej, jakby ta czerń pożerała wszystko co było wewnątrz. Dodatkowo dookoła niego było znów sporo śladów, należących prawdopodobnie do zagubionej.
-Vidgar! Chyba znalazłem miejsce, gdzie mogła utknąć Norlaug! Tylko ostrożnie, bo ta dziura jest spora i łatwo można w nią wpaść. Przygotuj linę.
Na wszelki wypadek rzucam na siebie aurę z ognia. Gdyż mam przeczucie, że coś mogło zaatakować Norlaug.
Ostatnio zmieniony 03 grudnia 2015, 16:01 przez Hel, łącznie zmieniany 1 raz.
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Dobiegło do jej uszu... cichy szmer na skraju słyszalności, dobywający się z mroku. Koszmarny chrzęst kamieni gdy cielsko przemieszczało się zacienionym tunelem...
...przyprawił ją niemalże o mdłości.
Czuła, że nie ma szans z tym... jest zbyt duże, zbyt przystosowane do ciemności... Zgroza ogarnęła jej serce, które niczym spłoszona mysz, skryło się w głębi klatki piersiowej. Oddech przyspieszony...wdech...wydech...wdech...wydech...gwałtowny i płytki...obraz strachu wyjącego w trzewiach.
W pośpiechu wyciągnęła gwałtownym ruchem zwój. Na pergaminie były rozrysowane tuszem symbole. Wzory przechodziły jedne w drugie, zlewając się niemalże ze sobą. Nie wiedziała... nie miała doświadczenia... to nie jej dziedzina... ale była to jedyna szansa aby wydostać się z tej przeklętej czeluści...
Spoglądając więc na plątaninę nieznanych sobie znaków, zaczęła cichą inkantację. W rozpaczy chwyciła się znanych sobie metod wpływania na otoczenie... wykreowała obraz schodów wznoszących się aż do otworu, pozwalającego wydostać się z jamy. Schody z kości... niewielkich, olbrzymich, ludzkich i zwierzęcych... spojonych ze sobą siwymi pasmami włosów, cienkich a mocniejszych od elfiej liny. Prowadzących do upragnionej wolności.
To nie to... jeszcze nie to... nie te słowa...
Nie rozumiała tych symboli... matryca zaklęcia była zbyt skomplikowana, a obraz, choć silny, był zaledwie jedynie odbiciem w jej umyśle. Energia nie przeszła... nic, kompletnie nic się nie stało...
A maszkara zwana przerażeniem wpijała w nią wzrok, petryfikując swymi pożółkłymi oczami mięśnie...
[center]Nie...
[/center]
Nie po to przeszła tak daleką drogę aby strachliwie umrzeć w jakimś dole.
https://www.youtube.com/watch?v=3558lJuA8Y8
Pomyślała więc o swojej bogini... najgłębszej, kojącej ciemności... źródle zrozumienia i wewnętrznej siły. Falach cichego oceanu całujących poszarpane klify. Nocnym niebie nad jej rodzimą ziemią, wznoszącym się ponad rozkosznie pachnącymi żywicą lasami. Cisza koiła delikatnie zmysły. Rozpuszczała wszelki strach i niepewność w sercu czarownicy. Młoda wiedźma pozwoliła całkowicie ogarnąć się odczuciu czystej miłości, gdy ze wzniesionym toporem czekała aby zmierzyć się z nadchodzącą bestią z samej głębi ziemi. Czymkolwiek ona by nie była...
Nie podda się... nie bez walki. Wyciągnęła więc pyłek, mając nadzieję choć trochę zdezorientować zmysły zbliżającej się istoty.
A w tym czasie chrobot powoli narastał...
...przyprawił ją niemalże o mdłości.
Czuła, że nie ma szans z tym... jest zbyt duże, zbyt przystosowane do ciemności... Zgroza ogarnęła jej serce, które niczym spłoszona mysz, skryło się w głębi klatki piersiowej. Oddech przyspieszony...wdech...wydech...wdech...wydech...gwałtowny i płytki...obraz strachu wyjącego w trzewiach.
W pośpiechu wyciągnęła gwałtownym ruchem zwój. Na pergaminie były rozrysowane tuszem symbole. Wzory przechodziły jedne w drugie, zlewając się niemalże ze sobą. Nie wiedziała... nie miała doświadczenia... to nie jej dziedzina... ale była to jedyna szansa aby wydostać się z tej przeklętej czeluści...
Spoglądając więc na plątaninę nieznanych sobie znaków, zaczęła cichą inkantację. W rozpaczy chwyciła się znanych sobie metod wpływania na otoczenie... wykreowała obraz schodów wznoszących się aż do otworu, pozwalającego wydostać się z jamy. Schody z kości... niewielkich, olbrzymich, ludzkich i zwierzęcych... spojonych ze sobą siwymi pasmami włosów, cienkich a mocniejszych od elfiej liny. Prowadzących do upragnionej wolności.
To nie to... jeszcze nie to... nie te słowa...
Nie rozumiała tych symboli... matryca zaklęcia była zbyt skomplikowana, a obraz, choć silny, był zaledwie jedynie odbiciem w jej umyśle. Energia nie przeszła... nic, kompletnie nic się nie stało...
A maszkara zwana przerażeniem wpijała w nią wzrok, petryfikując swymi pożółkłymi oczami mięśnie...
[center]Nie...
[/center]
Nie po to przeszła tak daleką drogę aby strachliwie umrzeć w jakimś dole.
https://www.youtube.com/watch?v=3558lJuA8Y8
Pomyślała więc o swojej bogini... najgłębszej, kojącej ciemności... źródle zrozumienia i wewnętrznej siły. Falach cichego oceanu całujących poszarpane klify. Nocnym niebie nad jej rodzimą ziemią, wznoszącym się ponad rozkosznie pachnącymi żywicą lasami. Cisza koiła delikatnie zmysły. Rozpuszczała wszelki strach i niepewność w sercu czarownicy. Młoda wiedźma pozwoliła całkowicie ogarnąć się odczuciu czystej miłości, gdy ze wzniesionym toporem czekała aby zmierzyć się z nadchodzącą bestią z samej głębi ziemi. Czymkolwiek ona by nie była...
Nie podda się... nie bez walki. Wyciągnęła więc pyłek, mając nadzieję choć trochę zdezorientować zmysły zbliżającej się istoty.
A w tym czasie chrobot powoli narastał...
Po trzech nieudanych próbach odpalenia zwoju ze zdolnością Marzenie, chowam kamień z lśniącym runem, ale tak, żeby trochę światła mi jeszcze dawał i wyciągam pyłek z konwalii, którym będę w razie czego ciskać licząc na to, że chociaż trochę podrażnię jakiekolwiek narządy zmysłów zbliżającego się stwora. W drugiej zaś ręce dzierżę toporek, którym rzucę w łeb potwora, gdy tylko się wynurzy z szybu. Liczę jednak na moich drogich towarzyszy podróży, że niebawem się pojawią i będę mogła wydostać się z tej ponurej czeluści.
Ostatnio zmieniony 03 grudnia 2015, 17:44 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
- O rzesz... - powiedział Vidgar widząc dziurę w ziemi. Ziejąca ciemnością, mogła by być idealną pułapką w nocy, po ciemku każdy mógłby w nią w paść, no może poza elfami, bo one widzą w ciemności, albo Wylkołkami bo mają łeb blisko ziemi....
- Norlaug? Jesteś tam? - krzyknął szybko, wciąż biegnąc jednocześnie zdejmował linę. Ręce trochę mu się trzęsły z pośpiechu. Czy jest przytomna? Czy się połamała? Czy będzie w stanie sama się złapać tej liny? We dwóch ją wyciągną ale jeśli jeden będzie musiał zejść? A jeżeli tam jest jakieś podziemne źródło i umrze z wyziębienia?
Nie słuchał zbyt dokładnie odpowiedzi czarownicy, był bardzo przejęty i zdenerwowanymi, mało stabilnymi dłońmi zsunął jej linę, wiążąc wcześniej pętlę na dole. Polecił czarownicy aby w pętlę włożyła stopę i złapała się obiema rękami. W ten sposób nie musiała by nadwyrężać rąk podczas wyciągania.
Wszystko robił w pośpiechu...
- Norlaug? Jesteś tam? - krzyknął szybko, wciąż biegnąc jednocześnie zdejmował linę. Ręce trochę mu się trzęsły z pośpiechu. Czy jest przytomna? Czy się połamała? Czy będzie w stanie sama się złapać tej liny? We dwóch ją wyciągną ale jeśli jeden będzie musiał zejść? A jeżeli tam jest jakieś podziemne źródło i umrze z wyziębienia?
Nie słuchał zbyt dokładnie odpowiedzi czarownicy, był bardzo przejęty i zdenerwowanymi, mało stabilnymi dłońmi zsunął jej linę, wiążąc wcześniej pętlę na dole. Polecił czarownicy aby w pętlę włożyła stopę i złapała się obiema rękami. W ten sposób nie musiała by nadwyrężać rąk podczas wyciągania.
Wszystko robił w pośpiechu...
Zakłądam, że jako Nardlens z plemienia Wilka umiem zawiązać węzeł, w końcu oni pływają a na statkach są liny...
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Była przygotowana na najgorsze. Miała stanąć twarzą w twarz z istotą, która najpewniej przerastała ją swoją siłą. Już niebawem, już prawie...
Gdy wtem usłyszała głos... jego głos. Wciąż pełen właściwego sobie ciepła, choć poszarpany przez nutę wywołanego pośpiechem stresu. Najcudowniejsza rzecz. Płomień na skraju przepaści. Zapowiedź uwolnienia...
- Vidgarze, Kyarielu jestem tutaj, w tym dole. Szybko, opuście linę. Zbliża się tu jakaś bestia z wnętrza ziemi!
Po chwili na dnie jamy pojawił się gruby, szarawy sznur z uformowaną na dole pętlą.
Tak, wolność! Nareszcie! Żegnaj strachu, żegnaj potworze z szybu!
Nie zwlekając dłużej, schowała toporek, a garść białawego pyłku wsunęła do sakiewki tuż przy pasie. Pędem dopadła liny. Wsunęła stopę w pętlę i jak najmocniej pochwyciła sznur. Dała towarzyszom znać, że mogą zacząć ją wciągać.
Gdy wtem usłyszała głos... jego głos. Wciąż pełen właściwego sobie ciepła, choć poszarpany przez nutę wywołanego pośpiechem stresu. Najcudowniejsza rzecz. Płomień na skraju przepaści. Zapowiedź uwolnienia...
- Vidgarze, Kyarielu jestem tutaj, w tym dole. Szybko, opuście linę. Zbliża się tu jakaś bestia z wnętrza ziemi!
Po chwili na dnie jamy pojawił się gruby, szarawy sznur z uformowaną na dole pętlą.
Tak, wolność! Nareszcie! Żegnaj strachu, żegnaj potworze z szybu!
Nie zwlekając dłużej, schowała toporek, a garść białawego pyłku wsunęła do sakiewki tuż przy pasie. Pędem dopadła liny. Wsunęła stopę w pętlę i jak najmocniej pochwyciła sznur. Dała towarzyszom znać, że mogą zacząć ją wciągać.
trzymam się mocno liny, ale jestem wciąż czujna i mam na uwadze wszelkie odgłosy dochodzące z szybu.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Warknął zbierając się z ziemi. Czujnie obserwował napastnika, gotowy by uskoczyć przed ewentualnym atakiem. Oceniając swe szanse w nadchodzącym starciu nie mógł nie zwrócić uwagi na masywne poroże samca. Z którego ciężkimi kroplami krew skapywała , by zniknąć w miękkim, białym puchu.
Zaklął w duchu, zły na siebie za to że dał się podejść. Zatrudnili go dla jego spostrzegawczości, która właśnie okazała się dużo marniejsza, niż sam lubił o niej myśleć. Próbował złapać oddech, ale ból w boku mocno utrudniał to zadanie. Potrzebował chwili by dojść do siebie, jednak potężny samiec szykował się do kolejnej szarży. Nie minęła chwila, kiedy biegiem ruszył w stronę Tańczącego.
Tym razem spróbował odskoczyć, jednak ból, brak oddechu i śliski śnieg pod łapami skutecznie opóźniły jego reakcję. Otrzymał kolejne potężne uderzenie, tym razem jednak, chociaż nie udało mu się całkowicie uniknąć ciosu, zdołał zejść z jego ścieżki na tyle, by zminimalizować otrzymane obrażenia. Tym samym, ten cios nie bolał już tak bardzo.
Ponownie zaklął w duchu, powoli tracąc nadzieję. Jeszcze chwil parę temu był dumny i szczęśliwy. Miał nakarmić całą załogę swoją zdobyczą. Przyszłość zawierała ognisko, pieczyste i śmiechy najedzonych kamratów. Teraz jednak zawierała już tylko rogi wielkiego Moluna. I powolne konanie na śniegu.
Rozejrzał się za drogą ucieczki, gdyż zaczynał rozumieć, że sam nie ma szans w tym starciu. I wtedy nadeszła nadzieja. Nadleciała właściwie, ze świstem strzały przecinającej powietrze i rozcinającej skórę jego przeciwnika. Szybkie spojrzenie w tamtą stronę przywróciło mu wolę walki. Oto po zboczu wzgórza biegł ku nim Olaf, dzierżąc łuk i w biegu sięgając do kołczanu w poszukiwaniu następnej strzały.
Wszystko co musiał teraz zrobić, to wystawić wściekłego byka na czysty strzał. I może nawet trochę dopomóc strzelcowi. Zerwał się więc na równe łapy i obnażył kły.
Zaklął w duchu, zły na siebie za to że dał się podejść. Zatrudnili go dla jego spostrzegawczości, która właśnie okazała się dużo marniejsza, niż sam lubił o niej myśleć. Próbował złapać oddech, ale ból w boku mocno utrudniał to zadanie. Potrzebował chwili by dojść do siebie, jednak potężny samiec szykował się do kolejnej szarży. Nie minęła chwila, kiedy biegiem ruszył w stronę Tańczącego.
Tym razem spróbował odskoczyć, jednak ból, brak oddechu i śliski śnieg pod łapami skutecznie opóźniły jego reakcję. Otrzymał kolejne potężne uderzenie, tym razem jednak, chociaż nie udało mu się całkowicie uniknąć ciosu, zdołał zejść z jego ścieżki na tyle, by zminimalizować otrzymane obrażenia. Tym samym, ten cios nie bolał już tak bardzo.
Ponownie zaklął w duchu, powoli tracąc nadzieję. Jeszcze chwil parę temu był dumny i szczęśliwy. Miał nakarmić całą załogę swoją zdobyczą. Przyszłość zawierała ognisko, pieczyste i śmiechy najedzonych kamratów. Teraz jednak zawierała już tylko rogi wielkiego Moluna. I powolne konanie na śniegu.
Rozejrzał się za drogą ucieczki, gdyż zaczynał rozumieć, że sam nie ma szans w tym starciu. I wtedy nadeszła nadzieja. Nadleciała właściwie, ze świstem strzały przecinającej powietrze i rozcinającej skórę jego przeciwnika. Szybkie spojrzenie w tamtą stronę przywróciło mu wolę walki. Oto po zboczu wzgórza biegł ku nim Olaf, dzierżąc łuk i w biegu sięgając do kołczanu w poszukiwaniu następnej strzały.
Wszystko co musiał teraz zrobić, to wystawić wściekłego byka na czysty strzał. I może nawet trochę dopomóc strzelcowi. Zerwał się więc na równe łapy i obnażył kły.
Ostatnio zmieniony 05 grudnia 2015, 13:52 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
Młody zwiadowca nie tracił czasu. Wystrzelił strzałę w stronę rozjuszonego moluna. Pocisk jednak jedynie zadrasnął zwierzę, rozcinając skórę i mięśnie na jego karku. Byk zdawał się nawet tego nie zauważać. Z pełną siłą swego trzystu kamowego cielska uderzył w Wylkoła wzniecając tuman śniegu i posyłając przeciwnika półtora metra dalej. Tańczący porwał się z powrotem na łapy, warcząc zajadle. Z jego barku spływała ciemna krew, parując na mrozie.
Olaf ruszył sprintem zbiegając po łagodnym zboczu. Magiczne buty spisywały się znakomicie chroniąc go przed zapadnięciem się w wysoki do kolan śnieg. W biegu, pomiędzy chwytanymi pospiesznie haustami, powietrza starał się szeptać szybką inkantację do duchów przodków, aby wspomogły go w walce. Wiedział bowiem, że strzał z takiej odległości będzie nad wyraz ryzykowną i niepewną sprawą. Nie chciał, by jego błąd kosztować miał Tańczącego życie.
Cętkowany szkarłatem byk wydał z siebie kolejny ryk, stając dęba i atakując Wylkołka ostrymi kopytami. Tańczący odskoczył w porę, unikając jednocześnie zdradliwego ciosu zakrzywionych rogów, którymi poczęstował go molun, opadając na cztery nogi. Obnażył zęby i skoczył, wykorzystując lukę w obronie przeciwnika. Jego zęby zacisnęły się na szyi zwierzęcia. Zbyt płytko jednak, by zabić. Byk strząsnął wylkołka i z furią zaatakował ponownie. Jego pierś pokrywała krew mieszając się z szkarłatnym umaszczeniem. Wilczarz w ostatniej chwili umknął spod spadających na jego grzbiet kopyt. Nie udało mu się jednak uniknąć rogów, które zdołały dosięgnąć go z boku. Poczuł dojmujący ból i na ułamek sekundy ogarnęła go słabość. Nie poddał się jej jednak. Zataczając się lekko cofnął się, wciąż warcząc i starając się wystawić moluna na jak najlepszy strzał.
[center]
[/center]
- Duchy przodków, nie zawiedźcie mnie teraz! - szepnął Olaf naciągając cięciwę. Ręce drżały mu nieco z pośpiechu a oddech był płytki i urywany. Widział wcześniejszą walkę i miał świadomość tego, że wylkołek nie wytrzyma już długo.
Szaropióra strzała przeszyła powietrze i z impetem wbiła się głęboko w szyję byka, który szarpnął się gwałtownie i uskoczył w bok. Następnie zaś upadł ciężko na śnieg i znieruchomiał.
Głos Vidgara i widok jego twarzy, oświetlonej przez ciepły poblask ognia dodały Norlaug otuchy. Czym prędzej wsunęła stopę w przygotowaną pętlę i złapała się oburącz opuszczonej dla niej liny. Nardlens i Alfr napięli mięśnie ciągnąć równo i spokojnie. Serce czarownicy zabiło z radości, gdy poczuła, jak jej ciało wznosi się w górę. Otwór nad jej głową wydawał się już na wyciągniecie ręki. Tak blisko! A z nim upragniona wolność i towarzystwo przyjaciół! Gdy nagle strach ponownie odnalazł drogę do jej wnętrza. W dole, pod nią, coś o czym pragnęła najszybciej zapomnieć, zasyczało z wściekłości, po czym jej łydkę oplotło coś obrzydliwie miękkiego i oślizgłego. Zapiszczała krótko i spojrzała w dół. To, co zobaczyła sprawiło, że zrobiło jej się słabo. W blasku, padającym z Świetlistego Runu ujrzała bowiem kłębiące się pod nią macki, wijące się w odrażającym, bezmyślnym tańcu. Wydawały się mieć barwę surowego mięsa, zwarzonego przez mróz. Przez chwilę potwór ciągnął ją chciwie w swoją stronę, jednakże kolejne szarpnięcie liny wyzwoliło jej stopę z ohydnego uścisku i wyrwało ją ciemności. Czarownica z ulgą upadła na śnieg, dziękując swej Bogini za szybki ratunek. Poczuła jak czyjeś ręce podnoszą ją i pomagają jej wstać. Ktoś zadał jej jakieś pytanie, nie była jednak pewna jakie. Chciała poprosić, by powtórzył, lecz wtedy...
Wszyscy poczuli potężne uderzenie, od którego ziemia pod ich stopami zadrżała spazmatycznie. Odskoczyli niemal instynktownie, po czym, nie tracąc czasu na dalsze wyjaśnienia cofnęli się w pośpiechu. Śnieg wkoło szczeliny pokrył się nagle siecią nierównych pęknięć, a następnie eksplodował, spadając na nich wraz z odłamkami skał i zmarzniętej ziemi. Większość z nich odbiła się niegroźnie od pancerza Vidgara i Norlaug. Kyariel jednak miał mniej szczęścia, gdyż jeden z ostrych kamieni ranił go boleśnie w ramię, rozcinając rękaw szaty, który szybko pociemniał od krwi. Powietrze przeszył upiorny lament, który zmroził dusze wędrowców i przez moment napełnił ich nieopisaną trwogą. Otrząsnęli się jednak z transu, patrząc, jak z powstałej jamy w ziemi wypełzać zaczęły szaro fioletowe, oślizgłe macki. Ich bicze wiły się bezmyślnie po ziemi, ślepo i chciwie szukając czegoś co mogłoby ugasić ich prastary głód...
[center]
[/center]
Młody zwiadowca nie tracił czasu. Wystrzelił strzałę w stronę rozjuszonego moluna. Pocisk jednak jedynie zadrasnął zwierzę, rozcinając skórę i mięśnie na jego karku. Byk zdawał się nawet tego nie zauważać. Z pełną siłą swego trzystu kamowego cielska uderzył w Wylkoła wzniecając tuman śniegu i posyłając przeciwnika półtora metra dalej. Tańczący porwał się z powrotem na łapy, warcząc zajadle. Z jego barku spływała ciemna krew, parując na mrozie.
Olaf ruszył sprintem zbiegając po łagodnym zboczu. Magiczne buty spisywały się znakomicie chroniąc go przed zapadnięciem się w wysoki do kolan śnieg. W biegu, pomiędzy chwytanymi pospiesznie haustami, powietrza starał się szeptać szybką inkantację do duchów przodków, aby wspomogły go w walce. Wiedział bowiem, że strzał z takiej odległości będzie nad wyraz ryzykowną i niepewną sprawą. Nie chciał, by jego błąd kosztować miał Tańczącego życie.
Cętkowany szkarłatem byk wydał z siebie kolejny ryk, stając dęba i atakując Wylkołka ostrymi kopytami. Tańczący odskoczył w porę, unikając jednocześnie zdradliwego ciosu zakrzywionych rogów, którymi poczęstował go molun, opadając na cztery nogi. Obnażył zęby i skoczył, wykorzystując lukę w obronie przeciwnika. Jego zęby zacisnęły się na szyi zwierzęcia. Zbyt płytko jednak, by zabić. Byk strząsnął wylkołka i z furią zaatakował ponownie. Jego pierś pokrywała krew mieszając się z szkarłatnym umaszczeniem. Wilczarz w ostatniej chwili umknął spod spadających na jego grzbiet kopyt. Nie udało mu się jednak uniknąć rogów, które zdołały dosięgnąć go z boku. Poczuł dojmujący ból i na ułamek sekundy ogarnęła go słabość. Nie poddał się jej jednak. Zataczając się lekko cofnął się, wciąż warcząc i starając się wystawić moluna na jak najlepszy strzał.
[center]
[/center]- Duchy przodków, nie zawiedźcie mnie teraz! - szepnął Olaf naciągając cięciwę. Ręce drżały mu nieco z pośpiechu a oddech był płytki i urywany. Widział wcześniejszą walkę i miał świadomość tego, że wylkołek nie wytrzyma już długo.
Szaropióra strzała przeszyła powietrze i z impetem wbiła się głęboko w szyję byka, który szarpnął się gwałtownie i uskoczył w bok. Następnie zaś upadł ciężko na śnieg i znieruchomiał.
Spoiler!
Tańczący ma rany poważne i pozostało mu zaledwie 2 punkty życia. Nie ma jednak ran krytycznych więc może leczyć się magicznie.
[center]***[/center]Głos Vidgara i widok jego twarzy, oświetlonej przez ciepły poblask ognia dodały Norlaug otuchy. Czym prędzej wsunęła stopę w przygotowaną pętlę i złapała się oburącz opuszczonej dla niej liny. Nardlens i Alfr napięli mięśnie ciągnąć równo i spokojnie. Serce czarownicy zabiło z radości, gdy poczuła, jak jej ciało wznosi się w górę. Otwór nad jej głową wydawał się już na wyciągniecie ręki. Tak blisko! A z nim upragniona wolność i towarzystwo przyjaciół! Gdy nagle strach ponownie odnalazł drogę do jej wnętrza. W dole, pod nią, coś o czym pragnęła najszybciej zapomnieć, zasyczało z wściekłości, po czym jej łydkę oplotło coś obrzydliwie miękkiego i oślizgłego. Zapiszczała krótko i spojrzała w dół. To, co zobaczyła sprawiło, że zrobiło jej się słabo. W blasku, padającym z Świetlistego Runu ujrzała bowiem kłębiące się pod nią macki, wijące się w odrażającym, bezmyślnym tańcu. Wydawały się mieć barwę surowego mięsa, zwarzonego przez mróz. Przez chwilę potwór ciągnął ją chciwie w swoją stronę, jednakże kolejne szarpnięcie liny wyzwoliło jej stopę z ohydnego uścisku i wyrwało ją ciemności. Czarownica z ulgą upadła na śnieg, dziękując swej Bogini za szybki ratunek. Poczuła jak czyjeś ręce podnoszą ją i pomagają jej wstać. Ktoś zadał jej jakieś pytanie, nie była jednak pewna jakie. Chciała poprosić, by powtórzył, lecz wtedy...
Wszyscy poczuli potężne uderzenie, od którego ziemia pod ich stopami zadrżała spazmatycznie. Odskoczyli niemal instynktownie, po czym, nie tracąc czasu na dalsze wyjaśnienia cofnęli się w pośpiechu. Śnieg wkoło szczeliny pokrył się nagle siecią nierównych pęknięć, a następnie eksplodował, spadając na nich wraz z odłamkami skał i zmarzniętej ziemi. Większość z nich odbiła się niegroźnie od pancerza Vidgara i Norlaug. Kyariel jednak miał mniej szczęścia, gdyż jeden z ostrych kamieni ranił go boleśnie w ramię, rozcinając rękaw szaty, który szybko pociemniał od krwi. Powietrze przeszył upiorny lament, który zmroził dusze wędrowców i przez moment napełnił ich nieopisaną trwogą. Otrząsnęli się jednak z transu, patrząc, jak z powstałej jamy w ziemi wypełzać zaczęły szaro fioletowe, oślizgłe macki. Ich bicze wiły się bezmyślnie po ziemi, ślepo i chciwie szukając czegoś co mogłoby ugasić ich prastary głód...
[center]
[/center]
Spoiler!
Vidgar testuje siłę, by wyciągnąć czarownicę z dołu (Kyariel mu pomaga)
40 (S.F. Vidgara) + 19 (SF Kyariela) = 59. Rzut: 40. Test zdany z 1 przebiciem.
To wystarczy, by zdać test sporny z potworem (który uzyskał mniej niż 1 przebicie) i wyciągnąć Norlaug z dołu.
Norlaug, Kyariel i Vidgar otrzymują k4 obrażenia od spadających na nich odłamków skał:
Kyariel: 4 - 1 (pancerz) = 3 obrażenia. Mag ląduje na puli średnich ran.
Norlaug: 3 - 3 (pancerz) = 0 obrażeń.
Vidgar: 3 - 4 (pancerz) = 0 obrażeń.
Testy SW:
Kyariel: 41; Rzut: 39. Test zdany bez przebić. Nie otrzymujesz negatywnych efektów, jednak zawodzenie, które słyszysz jeży ci włosy na głowie i napełnia cię dreszczem.
Norlaug: 47; Rzut: 17. Test zdany z trzema przebiciami. Nie otrzymujesz żadnych negatywnych efektów. Czujesz, że zawodzenie, które słyszysz zawiera w sobie jakąś złowrogą magię, jednak oparłaś się jej.
Vidgar: 41; Rzut: 38 Test zdany bez przebić. Nie otrzymujesz negatywnych efektów, jednak zawodzenie, które słyszysz jeży ci włosy na głowie i napełnia cię dreszczem.
Kyariel: Ognista Aura zgasła już (trwała tylko 3R, więc przeminęła w czasie, gdy wyciągaliście Norlaug z dołu). Tracisz 1 punkt Energii za rzucenie czaru.
Macie jedną rundę na reakcję, nim stwór wypełźnie z dołu na tyle, by zaatakować. Co robicie?
40 (S.F. Vidgara) + 19 (SF Kyariela) = 59. Rzut: 40. Test zdany z 1 przebiciem.
To wystarczy, by zdać test sporny z potworem (który uzyskał mniej niż 1 przebicie) i wyciągnąć Norlaug z dołu.
Norlaug, Kyariel i Vidgar otrzymują k4 obrażenia od spadających na nich odłamków skał:
Kyariel: 4 - 1 (pancerz) = 3 obrażenia. Mag ląduje na puli średnich ran.
Norlaug: 3 - 3 (pancerz) = 0 obrażeń.
Vidgar: 3 - 4 (pancerz) = 0 obrażeń.
Testy SW:
Kyariel: 41; Rzut: 39. Test zdany bez przebić. Nie otrzymujesz negatywnych efektów, jednak zawodzenie, które słyszysz jeży ci włosy na głowie i napełnia cię dreszczem.
Norlaug: 47; Rzut: 17. Test zdany z trzema przebiciami. Nie otrzymujesz żadnych negatywnych efektów. Czujesz, że zawodzenie, które słyszysz zawiera w sobie jakąś złowrogą magię, jednak oparłaś się jej.
Vidgar: 41; Rzut: 38 Test zdany bez przebić. Nie otrzymujesz negatywnych efektów, jednak zawodzenie, które słyszysz jeży ci włosy na głowie i napełnia cię dreszczem.
Kyariel: Ognista Aura zgasła już (trwała tylko 3R, więc przeminęła w czasie, gdy wyciągaliście Norlaug z dołu). Tracisz 1 punkt Energii za rzucenie czaru.
Macie jedną rundę na reakcję, nim stwór wypełźnie z dołu na tyle, by zaatakować. Co robicie?
Ostatnio zmieniony 04 grudnia 2015, 17:07 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Potwór zawył. Przerażający lament rozniósł się echem wśród wzgórz. Nigdy, nawet w najgorszych majaczeniach pochmurnych nocy, nie widziała nic podobnego. Te sploty, toczące odorem zgniłego mięsa... w wyobraźni czuła ohydny oddech bestii, dobywający się zza kłębowiska macek. I to się mieściło w tym zdawałoby się ciasnym szybie!
Czuła niemalże tuż pod skórą ukłucia jakiegoś pierwotnego lęku. Zupełnie jak młodziutka sarna wystawiona na rzeź...
My, nasza trójka, nasze odważne serca... przeciw temu czemuś... kolosowi, potworowi zrodzonemu z samych czeluści ziemi... najgłębszej, lepkiej niemalże ciemności...
Ciemność...
Ciemność... wilgoć macek... Tak! To jest to! Ta kreatura żyła cały ten czas głęboko pod ziemią! W absolutnej ciemności i wilgoci. Przy czym jest zapewne niemalże ślepa. Ha... zobaczymy czy spodoba jej się to...
Skupiła się, chwilę... poczuła, jak w ciele zbiera się olbrzymie gorąco i rozlewa na zewnątrz. Buchnęły płomienie otaczając ją swym ochronnym płaszczem. Nim bestia ukazała im swe makabryczne oblicze, wykrzyknęła:
- Vidgarze, Kyarielu! Nie wiem zupełnie czym to jest, ale możemy to spalić! Macie może wódkę od Jussego? Polejemy nią te oślizgłe macki, lub rzucimy w potwora i podpalimy!
Czuła niemalże tuż pod skórą ukłucia jakiegoś pierwotnego lęku. Zupełnie jak młodziutka sarna wystawiona na rzeź...
My, nasza trójka, nasze odważne serca... przeciw temu czemuś... kolosowi, potworowi zrodzonemu z samych czeluści ziemi... najgłębszej, lepkiej niemalże ciemności...
Ciemność...
Ciemność... wilgoć macek... Tak! To jest to! Ta kreatura żyła cały ten czas głęboko pod ziemią! W absolutnej ciemności i wilgoci. Przy czym jest zapewne niemalże ślepa. Ha... zobaczymy czy spodoba jej się to...
Skupiła się, chwilę... poczuła, jak w ciele zbiera się olbrzymie gorąco i rozlewa na zewnątrz. Buchnęły płomienie otaczając ją swym ochronnym płaszczem. Nim bestia ukazała im swe makabryczne oblicze, wykrzyknęła:
- Vidgarze, Kyarielu! Nie wiem zupełnie czym to jest, ale możemy to spalić! Macie może wódkę od Jussego? Polejemy nią te oślizgłe macki, lub rzucimy w potwora i podpalimy!
Rzucam na siebie Aurę z ognia. Dzierżę toporek, będę w razie czego nim rzucać, lub odcinać macki, które byłyby zbyt blisko. Obserwuję bacznie stwora, aby określić jakimi zmysłami się kieruje (głównie drżeniem podłoża, czy czymś innym też) i czy ogień rzeczywiście mu szkodzi - zależnie od tych obserwacji będę w określony sposób działać. Jak ogień nie pomoże to zmienię Aurę na lodową i tym bardziej skupię się na unikaniu ciosów oraz złapania.
Ostatnio zmieniony 04 grudnia 2015, 19:53 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Nie czuł się za dobrze. Właściwie można było powiedzieć, że czuł się fatalnie. Był jednak szczęśliwy, że udało im się dopiąć swego. Usiadł ciężko na śniegu, zaraz obok ubitej zwierzyny. Spojrzał po sobie, czy nie wystaje mu żadne żebro czy inne wnętrzności. Był cały, chociaż mocno pokiereszowany. Stracił też trochę krwi, dopiero teraz spostrzegł, że cały plac walki jest zroszony gwiazdozbiorami czerwonych kropel. Oddychał ciężko, z lekka poświstując ze zmęczenia i bólu. Poczekał, aż Olaf dobiegnie do niego.
- Będzie zacny posiłek, myślę, że na więcej niż tylko dzisiaj - pokazał szereg zbroczonych krwią zębów, w wymuszonym uśmiechu. - Mi nic nie jest, ale jakbyś mógł sięgnąć do mojej sakwy i podać mi jeden z tych leczących patyczków...
Olaf pospiesznie spełnił jego prośbę, przy okazji samemu sprawdzając jego rany. Kiedy tylko Tańczący po Czarnej Spirali chwycił w zęby runiczny pręcik, przegryzł go, uwalniając zaklęcie. Fala ciepła rozlała się po jego ciele, łącząc przerwane tkanki i gojąc obicia. Nie czuł się całkiem zdrowy, ale było mu na tyle lepiej, że mógł wstać o własnych siłach i poruszać się w normalnym tempie.
Trącił nosem rękę Olafa, w geście naśladującym uścisk dłoni.
- Dziękuję za pomoc, sam mógłbym nie wyjść z tego cało...
Następnie podszedł do leżącej nieopodal samicy i tym razem bacznie się rozglądając obwąchał ją pospiesznie. Ponownie zwrócił się do towarzysza podziwiającego swoją ofiarę.
- Masz pomysł jak zatargamy to do reszty? Czy po prostu na nich zawyć, żeby przyszli nam pomóc?
- Będzie zacny posiłek, myślę, że na więcej niż tylko dzisiaj - pokazał szereg zbroczonych krwią zębów, w wymuszonym uśmiechu. - Mi nic nie jest, ale jakbyś mógł sięgnąć do mojej sakwy i podać mi jeden z tych leczących patyczków...
Olaf pospiesznie spełnił jego prośbę, przy okazji samemu sprawdzając jego rany. Kiedy tylko Tańczący po Czarnej Spirali chwycił w zęby runiczny pręcik, przegryzł go, uwalniając zaklęcie. Fala ciepła rozlała się po jego ciele, łącząc przerwane tkanki i gojąc obicia. Nie czuł się całkiem zdrowy, ale było mu na tyle lepiej, że mógł wstać o własnych siłach i poruszać się w normalnym tempie.
Trącił nosem rękę Olafa, w geście naśladującym uścisk dłoni.
- Dziękuję za pomoc, sam mógłbym nie wyjść z tego cało...
Następnie podszedł do leżącej nieopodal samicy i tym razem bacznie się rozglądając obwąchał ją pospiesznie. Ponownie zwrócił się do towarzysza podziwiającego swoją ofiarę.
- Masz pomysł jak zatargamy to do reszty? Czy po prostu na nich zawyć, żeby przyszli nam pomóc?
Łamię jeden leczący pręcik, żeby być mobilnym.
Ostatnio zmieniony 09 grudnia 2015, 08:40 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
- No, Tańczący... - mruknął Olaf, sprawdzając, jak leczą się rany wylkolka po użyciu magicznego przedmiotu. - Niezłego stracha mi napędziłeś. Nie będziemy nikogo wołać. Zaniosę cię do obozowiska. Molun nie zniknie, a i nie zgnije w tym zimnie. Po wszystkim wrócę tu z kimś i przyniesiemy pyszne mięsko prosto do ogniska! - Olaf uśmiechnął się i poklepał po kieszeniach. Miał nadzieje, że znajdzie tam swoje przedmioty leczace, którymi chętnie się podzieli z... tym wilczkiem.
Choć Olaf dalej uważał, że cała rasa Wylkołków to potępieńcy i w ogóle obraza dla prawdziwych wilków, to Tańczący stanowił część Drużyny. A o Drużynę trzeba było dbać.
- Zobaczę, czy nie mam czegoś, co cię uzdrowi. Zaczekaj chwilę...
Choć Olaf dalej uważał, że cała rasa Wylkołków to potępieńcy i w ogóle obraza dla prawdziwych wilków, to Tańczący stanowił część Drużyny. A o Drużynę trzeba było dbać.
- Zobaczę, czy nie mam czegoś, co cię uzdrowi. Zaczekaj chwilę...
Mistrzu, mam jakieś przedmioty leczące? W sumie nie deklarowałem, jaki ekwipunek ze sobą brałem poza bronią.
Druga kwestia: będę w stanie unieść lub znacząco przetransportować Tańczącego? chociażby ciągnąć go na swoim płaszczu po śniegu.
Trzecia kwestia: czy Olaf jest w stanie stwierdzić, ile czasu zajmie powrót do bezpiecznej groty?
Druga kwestia: będę w stanie unieść lub znacząco przetransportować Tańczącego? chociażby ciągnąć go na swoim płaszczu po śniegu.
Trzecia kwestia: czy Olaf jest w stanie stwierdzić, ile czasu zajmie powrót do bezpiecznej groty?
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Już odetchnął z ulgi, że wyciągnęli z dołu Norlaug całą i zdrową, gdy zatrzęsła się ziemia. A nie zwiastowało to nic dobrego, zwłaszcza, że trzęsienia ziemi nie występowały na tego typu terenach. Odskoczył jak najszybciej, lecz niewystarczająco szybko jak się okazało, bo dosięgnął go jeden z odłamków skał, które posypały się z jeszcze przed chwilą stablinego podłoża. Syknął z bólu i złości, klnąc cicho pod nosem.
-Zaraz, zaraz, a właściwie co się stało? I co spowodowało, że ziemia nagle eksplodowała? Nagły niepokój- silniejszy niż wcześniej zmroził go na chwilę i sprawił, że na moment zamarł zaskoczony. -I co to za straszliwy dźwięk? Rozlegające się upiorne wycie brzmiało jakby dobiegało z najgłębszych czeluści Nawii. Mroziło ono krew w żyłach i sprawiało, że wcale nie śpieszył się poznać stworzenie, które wydawało owe dźwięki. Wyobraźnia za to pracowała na najwyższych obrotach, podsuwając co rusz to nowe wyobrażenia, z których żadne nie było pokrzepiające. Zaraz jednak coś poczeło wypełzać z ziejącej dziury w ziemi- teraz znacznie większej. Macki tej kreatury napawały go obrzydzeniem, były tak obce od czegokolwiek innego co widział. Kojarzyły mu się z najciemniejszymi głębinami morskimi, gdzie żyją potwory, które unikają światła jak ognia. Zresztą tamtych ciemności nie rozprasza żaden blask. Zaraz! Nagle go olśniło. W jednej chwili zrozumiał i przejrzał czym ta istota była. Nie wiedział skąd te informacje do niego przyszły, lecz był pewien, że są prawdziwe. Widział, że wszystko pasuje do siebie jak elementy ukladanki. Krzyknął do towarzyszy, by równiez wiedzieli z czym przyszło im się zmierzyć:
-Uważajcie! To stwór wody i ciemności, zwany Rozpaczarmą. Jego wycie potrafi doprowadzić do poddania się i depresji. Ma pancerz na korpusie i głowie. Lecz jego krew, gdy zamarza zadaje obrażenia od lodu, w który się zmienia. Posiada on także truciznę, którą wstrzykuje jesli kogoś pochwyci mackami. Jest odporny na zimno, ale podatny na ogień.
-Zaraz, zaraz, a właściwie co się stało? I co spowodowało, że ziemia nagle eksplodowała? Nagły niepokój- silniejszy niż wcześniej zmroził go na chwilę i sprawił, że na moment zamarł zaskoczony. -I co to za straszliwy dźwięk? Rozlegające się upiorne wycie brzmiało jakby dobiegało z najgłębszych czeluści Nawii. Mroziło ono krew w żyłach i sprawiało, że wcale nie śpieszył się poznać stworzenie, które wydawało owe dźwięki. Wyobraźnia za to pracowała na najwyższych obrotach, podsuwając co rusz to nowe wyobrażenia, z których żadne nie było pokrzepiające. Zaraz jednak coś poczeło wypełzać z ziejącej dziury w ziemi- teraz znacznie większej. Macki tej kreatury napawały go obrzydzeniem, były tak obce od czegokolwiek innego co widział. Kojarzyły mu się z najciemniejszymi głębinami morskimi, gdzie żyją potwory, które unikają światła jak ognia. Zresztą tamtych ciemności nie rozprasza żaden blask. Zaraz! Nagle go olśniło. W jednej chwili zrozumiał i przejrzał czym ta istota była. Nie wiedział skąd te informacje do niego przyszły, lecz był pewien, że są prawdziwe. Widział, że wszystko pasuje do siebie jak elementy ukladanki. Krzyknął do towarzyszy, by równiez wiedzieli z czym przyszło im się zmierzyć:
-Uważajcie! To stwór wody i ciemności, zwany Rozpaczarmą. Jego wycie potrafi doprowadzić do poddania się i depresji. Ma pancerz na korpusie i głowie. Lecz jego krew, gdy zamarza zadaje obrażenia od lodu, w który się zmienia. Posiada on także truciznę, którą wstrzykuje jesli kogoś pochwyci mackami. Jest odporny na zimno, ale podatny na ogień.
Ustawiam się trochę za Vidgarem i rzucam na siebie lodową aurę. W razie czego ciskam pociskami z ognia.
[center]Szare Grzbiety, 26 mroliść (vajni), 360 rok Ery Silniri[/center]
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=ccqYyWL3DEU[/center]
Vidgar w pośpiechu sięgnął do pasa i wepchnął w dłonie Norlaug butelkę z wódką. Zdało mu się bowiem, iż z ich trójki czarownica miała najbardziej celne oko. Dobył miecza i zdjął w pleców tarczę, szykując się do odparcia ataku plugawego stworu.
- Osłonię was, a wy podpalcie tą maszkarę! - zawołał do pozostałej dwójki, która ustawiła się w pewnej odległości, za nim.
Wiedźma zważyła w dłoniach otrzymaną flaszkę i złapała ją za szyjkę, by przygotować się do ciśnięcia nią w Rozpaczmę. Kyariel zaintonował w pośpiechu kilka śpiewnych słów po czym jego postać otoczyła aura mroźnej, błękitnej energii.
Upiorne zawodzenie nie cichło nawet na moment, uniemożliwiając zebranie myśli. Kyariel poczuł jak ukryta w nim nuta bezbrzeżnej rozpaczy wnika do jego serca, wypełniając je czarnym oparem smutku. Poczuł, że nadzieja w nim zamiera. Opór nie miał sensu. Ich klęska była przesądzona... Jego głos, składający nową inkantację załamał się w połowie zdania i jedynie najwyższym wysiłkiem woli udało mu się ustać na nogach i nie rzucić się w rozpaczy na śnieg.
Oślizgłe macki zdawały się wyczuwać bliskość ciepłokrwistych ofiar. I gdy tylko większość potwora wyłoniła się z wydartej w ziemi szczeliny, pomknęły ku Vidgarowi, starając się dosięgnąć go jednocześnie z obu stron. Młody wojownik odepchnął tarczą, wijącą się jak bicz mackę z lewej strony i ciął tą, która atakowała go z prawej. Ostrze jednak ześlizgnęło się po jej obłym kształcie, nie czyniąc potworowi krzywdy. Mimo to, cios zdołał zamortyzować główną siłę ataku, tak, iż jedynie końcówka macki dosięgła szyi Einheriera, zostawiając na niej krwawą pręgę.
Norlaug cisnęła w stronę kłębiącego się kształtu butelką z wódką i z satysfakcją ujrzała, jak szkło rozpryskuje się, a bezbarwna ciecz ochlapuje fioletowo-siną skórę Rozpaczmy. Ta wszakże nie zdawała się zwracać na to najmniejszej uwagi. Coraz to nowe macki wyłaniały się w dziury, gotowe do kolejnego ataku i zdawało się, że ilość ich jest nieskończona. Wtedy to Kyariel przemógł wreszcie słabość, która go ogarnęła i wzniósł drżącą dłoń, ciskając płonącym pociskiem prosto w nadciągającą maszkarę. Ogień dosięgnął ciała stworu i rozlał się błękitnawo po spływającej po nim wódce. Upiorne wycie urwało się, przechodząc w głęboki jęk, gdy potwór w panice zaczął cofać się z powrotem do dziury. Większość macek, które wydobył z niej uprzednio, cofała się teraz, starając się ukryć pod ziemią. Jednakże te dwie, które atakowały wcześniej pozostały. Jedna z nich poruszyła się błyskawicznie, sunąc po ziemi i dosięgając Vidgara. Tym razem wojownik nie zdołał obronić się tarczą, która wypadła mu z ręki gdy Rozpaczma owinęła go wpół i z ogromną siłą cisnęła na wystające spod śniegu skały. Druga z macek świsnęła tuż nad głową Norlaug, która skuliła się odruchowo. Jej ręka drgnęła i kolejna butelka, ciśnięta przez wiedźmę, upadła niegroźnie na śnieg.
[center]
[/center]
Widząc, iż towarzysze znajdują się w potrzebie, a Vidgar stanowiący ostatni bastion, chroniący jego i wiedźmę, przed atakiem stwora padł na śnieg, Kyariel znalazł w sobie dość sił, aby zrzucić z siebie pęta krępujące jego wolę. Ogień, który gorzał w nim wypełnił jego myśli i uczucia. Tym razem jego głoś nie drżał, lecz wypełniała go siła i pewność zwycięstwa. Kolejny ognisty pocisk przeszył ciemność nocy, dosięgając znikającego w jamie stwora. Upiorny jęk, który dobył się spod powierzchni ziemi przejął wszystkich dreszczem. Macki zadygotały spazmatycznie i opadły, kładąc się na śniegu nieruchomymi, oślizgłymi zwojami.
Słońce zniknęło ostatecznie za pasmem wzgórz, na wschodzie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Krew moluna przestała już parować, zamarzając powoli. Teraz, gdy podniecenie spowodowane walką opadło, obaj poczuli zmęczenie. Tańczący siadł więc na śniegu oglądając się i licząc rany i zadrapania na swej skórze. Odkrył, że było ich o wiele więcej, niż początkowo przypuszczał. Olaf także odetchnął kilka razy głęboko, starając się uspokoić oddech i rozluźnić mięśnie. Wiedział, że ten wysiłek nie był ostatnim. Od obozowiska bowiem dzielił ich jeszcze spory kawałek drogi.
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=ccqYyWL3DEU[/center]
Vidgar w pośpiechu sięgnął do pasa i wepchnął w dłonie Norlaug butelkę z wódką. Zdało mu się bowiem, iż z ich trójki czarownica miała najbardziej celne oko. Dobył miecza i zdjął w pleców tarczę, szykując się do odparcia ataku plugawego stworu.
- Osłonię was, a wy podpalcie tą maszkarę! - zawołał do pozostałej dwójki, która ustawiła się w pewnej odległości, za nim.
Wiedźma zważyła w dłoniach otrzymaną flaszkę i złapała ją za szyjkę, by przygotować się do ciśnięcia nią w Rozpaczmę. Kyariel zaintonował w pośpiechu kilka śpiewnych słów po czym jego postać otoczyła aura mroźnej, błękitnej energii.
Upiorne zawodzenie nie cichło nawet na moment, uniemożliwiając zebranie myśli. Kyariel poczuł jak ukryta w nim nuta bezbrzeżnej rozpaczy wnika do jego serca, wypełniając je czarnym oparem smutku. Poczuł, że nadzieja w nim zamiera. Opór nie miał sensu. Ich klęska była przesądzona... Jego głos, składający nową inkantację załamał się w połowie zdania i jedynie najwyższym wysiłkiem woli udało mu się ustać na nogach i nie rzucić się w rozpaczy na śnieg.
Oślizgłe macki zdawały się wyczuwać bliskość ciepłokrwistych ofiar. I gdy tylko większość potwora wyłoniła się z wydartej w ziemi szczeliny, pomknęły ku Vidgarowi, starając się dosięgnąć go jednocześnie z obu stron. Młody wojownik odepchnął tarczą, wijącą się jak bicz mackę z lewej strony i ciął tą, która atakowała go z prawej. Ostrze jednak ześlizgnęło się po jej obłym kształcie, nie czyniąc potworowi krzywdy. Mimo to, cios zdołał zamortyzować główną siłę ataku, tak, iż jedynie końcówka macki dosięgła szyi Einheriera, zostawiając na niej krwawą pręgę.
Norlaug cisnęła w stronę kłębiącego się kształtu butelką z wódką i z satysfakcją ujrzała, jak szkło rozpryskuje się, a bezbarwna ciecz ochlapuje fioletowo-siną skórę Rozpaczmy. Ta wszakże nie zdawała się zwracać na to najmniejszej uwagi. Coraz to nowe macki wyłaniały się w dziury, gotowe do kolejnego ataku i zdawało się, że ilość ich jest nieskończona. Wtedy to Kyariel przemógł wreszcie słabość, która go ogarnęła i wzniósł drżącą dłoń, ciskając płonącym pociskiem prosto w nadciągającą maszkarę. Ogień dosięgnął ciała stworu i rozlał się błękitnawo po spływającej po nim wódce. Upiorne wycie urwało się, przechodząc w głęboki jęk, gdy potwór w panice zaczął cofać się z powrotem do dziury. Większość macek, które wydobył z niej uprzednio, cofała się teraz, starając się ukryć pod ziemią. Jednakże te dwie, które atakowały wcześniej pozostały. Jedna z nich poruszyła się błyskawicznie, sunąc po ziemi i dosięgając Vidgara. Tym razem wojownik nie zdołał obronić się tarczą, która wypadła mu z ręki gdy Rozpaczma owinęła go wpół i z ogromną siłą cisnęła na wystające spod śniegu skały. Druga z macek świsnęła tuż nad głową Norlaug, która skuliła się odruchowo. Jej ręka drgnęła i kolejna butelka, ciśnięta przez wiedźmę, upadła niegroźnie na śnieg.
[center]
[/center]Widząc, iż towarzysze znajdują się w potrzebie, a Vidgar stanowiący ostatni bastion, chroniący jego i wiedźmę, przed atakiem stwora padł na śnieg, Kyariel znalazł w sobie dość sił, aby zrzucić z siebie pęta krępujące jego wolę. Ogień, który gorzał w nim wypełnił jego myśli i uczucia. Tym razem jego głoś nie drżał, lecz wypełniała go siła i pewność zwycięstwa. Kolejny ognisty pocisk przeszył ciemność nocy, dosięgając znikającego w jamie stwora. Upiorny jęk, który dobył się spod powierzchni ziemi przejął wszystkich dreszczem. Macki zadygotały spazmatycznie i opadły, kładąc się na śniegu nieruchomymi, oślizgłymi zwojami.
Spoiler!
Podsumowanie walki:
Kyariel: 3 obrażenia (rany średnie), 3 wydajne pounkty Energii (zostały 4)
Norlaug: 3 obrażenia (odniesione wcześniej, w wyniku upadku do dołu), 2 wydane punkty Energii (zostały 4)
Vidgar: 8 obrażeń (znajdujesz się na ranach średnich - pula średnich zeszła jednak do 0), Energia na pełnym poziomie.
[center]***[/center]Kyariel: 3 obrażenia (rany średnie), 3 wydajne pounkty Energii (zostały 4)
Norlaug: 3 obrażenia (odniesione wcześniej, w wyniku upadku do dołu), 2 wydane punkty Energii (zostały 4)
Vidgar: 8 obrażeń (znajdujesz się na ranach średnich - pula średnich zeszła jednak do 0), Energia na pełnym poziomie.
Słońce zniknęło ostatecznie za pasmem wzgórz, na wschodzie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Krew moluna przestała już parować, zamarzając powoli. Teraz, gdy podniecenie spowodowane walką opadło, obaj poczuli zmęczenie. Tańczący siadł więc na śniegu oglądając się i licząc rany i zadrapania na swej skórze. Odkrył, że było ich o wiele więcej, niż początkowo przypuszczał. Olaf także odetchnął kilka razy głęboko, starając się uspokoić oddech i rozluźnić mięśnie. Wiedział, że ten wysiłek nie był ostatnim. Od obozowiska bowiem dzielił ich jeszcze spory kawałek drogi.
Tańczący: Pręt Runiczny przywróci ci 2 punkty Żywotności, sprawiając, że znajdziesz się na ranach średnich. Możesz więc już chodzić o własnych siłach, choć o bieganiu (czy wykonywaniu innych męczących działań typu: noszenie czegoś ciężkiego, pływanie etc.) zapomnij na razie.
Olaf: Masz ze sobą zarówno Eliksir Uzdrawiający jak i Pręt Runiczny. Zakładam, że zawsze nosicie przy sobie takie rzeczy na wyprawie. Nie byłoby przecież sensu zostawiać je gdzieś, gdy mogą się przydać.
Tańczący jest aktualnie na obrażeniach średnich. Sam już może chodzić. Jeśli chcesz mu pomóc możesz próbować dodatkowo opatrzyć go (masz Pierwszą Pomoc i zakładam, że nosisz ze sobą jakieś bardzo podstawowe środki opatrunkowe).
Powrót do groty normalnie zająłby około 15 minut szybkiego marszu (z wykorzystaniem zaklęcia Śnieżny Chód). W tej sytuacji gdy Wylkołek jest ranny będzie musiał poruszać się wolniej, więc zajmie to wam jakieś pół godziny.
Olaf: Masz ze sobą zarówno Eliksir Uzdrawiający jak i Pręt Runiczny. Zakładam, że zawsze nosicie przy sobie takie rzeczy na wyprawie. Nie byłoby przecież sensu zostawiać je gdzieś, gdy mogą się przydać.
Tańczący jest aktualnie na obrażeniach średnich. Sam już może chodzić. Jeśli chcesz mu pomóc możesz próbować dodatkowo opatrzyć go (masz Pierwszą Pomoc i zakładam, że nosisz ze sobą jakieś bardzo podstawowe środki opatrunkowe).
Powrót do groty normalnie zająłby około 15 minut szybkiego marszu (z wykorzystaniem zaklęcia Śnieżny Chód). W tej sytuacji gdy Wylkołek jest ranny będzie musiał poruszać się wolniej, więc zajmie to wam jakieś pół godziny.
Pomocne informacje:
Jeśli Tańczący zawyje to każdy kto ma totem wilka zrozumie sygnał - totem zapewnia bowiem zdolność "Empatii Zwierzęcej" z gatunkiem, któremu odpowiada duch totemiczny. Zdolność ta pozwala rozumieć mowę zwierząt danego rodzaju.
Samiec moluna waży jakieś 300 kg. samica nieco mniej - około 180 kg. Będziecie potrzebować pomocy do przeniesienia mięsa.
Jeśli Tańczący zawyje to każdy kto ma totem wilka zrozumie sygnał - totem zapewnia bowiem zdolność "Empatii Zwierzęcej" z gatunkiem, któremu odpowiada duch totemiczny. Zdolność ta pozwala rozumieć mowę zwierząt danego rodzaju.
Samiec moluna waży jakieś 300 kg. samica nieco mniej - około 180 kg. Będziecie potrzebować pomocy do przeniesienia mięsa.
Ostatnio zmieniony 08 grudnia 2015, 10:40 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Słuchając słów Olafa, spojrzał jeszcze raz na zwierzynę. Człek miał rację, nie zabiorą tego teraz ze sobą. Po przegryzieniu magicznego patyczka poczuł się co prawda lepiej, jednak nie na tyle by targać za sobą... cokolwiek.
- Iść mogę na własnych łapach. Chcę iść na własnych łapach. - odpowiedział, kładąc nacisk na słowo "chcę". - Ale nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł zostawić to tutaj. Nie wiemy jakie stwory zamieszkują te tereny. Ale wiem też, że nie damy rady teraz tego zabrać, więc chyba tak właśnie powinniśmy zrobić.
Spróbował zrobić parę kroków. Szybko zrozumiał, że w grę wchodzi jedynie marsz, jako że nawet trucht sprawia mu problemy w tym stanie. No cóż, pozostaje mu ponownie liczyć na czarownicę o dziwnym imieniu.
Widząc, że Olaf podchodzi do niego z kolejnymi leczącymi patyczkami, potrząsnął łbem.
- Schowaj, one bardziej się przydadzą kiedy trzeba będzie kogoś szybko postawić na nogi. A ja już stoję. Poproszę o pomoc czarownicę, i jeśli ona nic nie zaradzi, wtedy dopiero skorzystam z tych... - kończąc wypowiedź, machnął głową, pyskiem wskazując trzymane przez Olafa lecznicze patyczki.
- Iść mogę na własnych łapach. Chcę iść na własnych łapach. - odpowiedział, kładąc nacisk na słowo "chcę". - Ale nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł zostawić to tutaj. Nie wiemy jakie stwory zamieszkują te tereny. Ale wiem też, że nie damy rady teraz tego zabrać, więc chyba tak właśnie powinniśmy zrobić.
Spróbował zrobić parę kroków. Szybko zrozumiał, że w grę wchodzi jedynie marsz, jako że nawet trucht sprawia mu problemy w tym stanie. No cóż, pozostaje mu ponownie liczyć na czarownicę o dziwnym imieniu.
Widząc, że Olaf podchodzi do niego z kolejnymi leczącymi patyczkami, potrząsnął łbem.
- Schowaj, one bardziej się przydadzą kiedy trzeba będzie kogoś szybko postawić na nogi. A ja już stoję. Poproszę o pomoc czarownicę, i jeśli ona nic nie zaradzi, wtedy dopiero skorzystam z tych... - kończąc wypowiedź, machnął głową, pyskiem wskazując trzymane przez Olafa lecznicze patyczki.
Wylkołek za dumny jest, by dać się nieść. Da się to odczuć kiedy odmawia tego rodzaju pomocy, bo robi to raczej dobitnym tonem.
Nie chętnie również zostawi zwierzynę bez opieki, ale poza tą niechęcią, nie będzie robił problemów.
Nie chętnie również zostawi zwierzynę bez opieki, ale poza tą niechęcią, nie będzie robił problemów.
Zakładam, że możemy się stamtąd ruszyć. Nie będę wzywał pomocy, po prostu po nią pójdziemy.
Ostatnio zmieniony 08 grudnia 2015, 13:37 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
- Dobrze więc. Chodźmy - skwitował krótko Olaf, poniekąd rozumiejąc dumę Tańczącego. - Być może nie zastaniemy mięsa po powrocie. Lecz lepiej być głodnym, niż martwym. Z pewnością wytropimy coś jeszcze. A teraz w drogę!
Młody wilk ruszył przodem, rozglądając się bacznie. Na ich korzyść przemawiał jeszcze chłód, który zapobiegał szybkiemu rozprzestrzenianiu się zapachów.
Młody wilk ruszył przodem, rozglądając się bacznie. Na ich korzyść przemawiał jeszcze chłód, który zapobiegał szybkiemu rozprzestrzenianiu się zapachów.
A więc wracamy do groty. Idę w pobliżu Tańczacego, ale nie oferuję mu już pomocy. Tylko pilnuję, by nic ani nikt nie podszedł do nas niezauważony.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
TatTvamAsi
- Reactions:
- Posty: 423
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 14:54
- Been thanked: 3 times
Ogień wybuchł długimi jęzorami trawiąc wijącą się, galaretowatą tkankę. Był piękny... rozkwitał niczym złote kwiaty na sinych pnączach. Jego radosny blask rozświetlał teraz serce obietnicą zwycięstwa i trawił... pożerał ohydne, zsiniałe ciało potwora, a w raz z nim wszelką rozpacz. W tymże cudownym, ciepłym i miodowym blasku, Rozpaczma w agonalnym odruchu rzuciła się do swej wilgotnej jamy. W dole odbiło się echem jej ostatnie przeciągłe wycie...
Po chwili głuchy jęk maszkary ucichł. Oślizgłe i jeszcze niedawno żwawo wijące się macki, leżały teraz bezradnie na białym puchu. Zdawałoby się jakby zaczynały z wolna tracić na swej gęstości, przypominając bezkształtną masę galaretowatego śluzu.
Wiedźma uniosła się z kolan i sprężystym krokiem ruszyła w stronę tego, co pozostało z ciała kreatury. Dźgnęła znalezionym nieopodal patykiem jedno z monstrualnych ramion...
Pokręciła nosem z wyrazem śmiertelnego obrzydzenia.
Nie żyło, to było pewne...nawet nie trzeba było dźgać, ale co z jadem...
Patyk wgłębił się do połowy w coś, co jeszcze niedawno byłoby w stanie zmiażdżyć dorodnego samca khas. Rozległo się ciche cmoknięcie, gdy wiedźma wyrwała gałązkę z rozpływającego się cielska. Z niesmakiem przyjrzała się niebieskawej mazi...
Eh... i nici z trucizny... nawet odrobiny nie dałoby się z tego czegoś uzyskać... może któryś z tych specjalnych pojemniczków, które zwykli używać alchemicy...
Byli jednak jej przyjaciele. Ci, którzy ją znaleźli, wyciągnęli z tego wilgotnego dołu. Ci, z którymi ramię w ramię pokonała kreaturę. Nie, nie będzie traciła czasu. Płomień napełnił jej serce czystą wdzięcznością... gdy szła pomóc tym, którym naprawdę mogła zaufać...
Skierowała swe kroki pierwiej do Vidgara. Zaczęła spokojnie i delikatnie badać swojego towarzysza. Odetchnęła z ulgą... Pomimo rozległych obrażeń, ciało zdawało się nie doznać głębszego uszczerbku.
Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=YP_hlpbBjE8
Cicho dziękując Bogini zaczęła leczyć młodego wojownika. Zamknęła oczy. Pod powiekami pojawiły się kształty. Najpierw efemeryczne, kruche witraże... przeistoczyły się w pełne wzory, a one... płynęły jak rzeka...
...były rzeką... śpiewem górskiego strumienia, szumem soczyście zielonych drzew...
Wydobyła się z nich najpełniejsza pieśń...
[center]***[/center]
[center]
[/center]
Harmonijna melodia, będąc na początku zalewie szeptem, przerodziła się w rytmiczny zaśpiew. Nieznane słowa, niezrozumiałe dla umysłu dźwięki, pomknęły na skrzydłach wiatru. Wzniosły się wysoko ponad wzgórza, aby w końcu rozbrzmieć echem pomiędzy powykręcanymi obłędnie konarami brzóz. A ona zmrużyła oczy. Siedziała już od dłuższego czasu w dziupli wewnątrz spróchniałego drzewa. Odległe dźwięki nie były w stanie odwrócić jej uwagi od upragnionej zdobyczy. Puchata sowa wtuliła głowę pomiędzy skrzydła. Czekała...
Niewielki, ciemny kształt przeciął wąską ścieżynkę między skarłowaciałymi drzewami. Zatrzymał się. Rozległo się ledwo słyszalne chrobotanie.
Zimno... tak zimno... zmarznięta ziemia nie oferowała niemalże nic. Niewielkie nozdrza wyłapywały nikłe wonie. Słodkie i suche ale wciąż tak słabe. Nie zamierzało jednak wyjść. Jeszcze nie... Korzenie zapewniały chwilową kryjówkę. Nasłuchiwało. Gałęzie drzew tańczyły na wietrze w takt tajemniczego dźwięku. Do uszu nie docierał jednak najlżejszy szmer świadczący o niebezpieczeństwie...
Trzęsące się przy każdym płytkim oddechu zwierzątko ruszyło do najbliższego, zbutwiałego pnia. A ona czekała...
Oczy przenikliwie analizowały dystans. Mięśnie napięły się...
Pióra z cichym sykiem musnęły śnieg. A szpony rozwarły się i zakleszczyły w morderczym uścisku. Jedynie smukłe brzozy słyszały szybko gasnący pisk...
Po chwili głuchy jęk maszkary ucichł. Oślizgłe i jeszcze niedawno żwawo wijące się macki, leżały teraz bezradnie na białym puchu. Zdawałoby się jakby zaczynały z wolna tracić na swej gęstości, przypominając bezkształtną masę galaretowatego śluzu.
Wiedźma uniosła się z kolan i sprężystym krokiem ruszyła w stronę tego, co pozostało z ciała kreatury. Dźgnęła znalezionym nieopodal patykiem jedno z monstrualnych ramion...
Pokręciła nosem z wyrazem śmiertelnego obrzydzenia.
Nie żyło, to było pewne...nawet nie trzeba było dźgać, ale co z jadem...
Patyk wgłębił się do połowy w coś, co jeszcze niedawno byłoby w stanie zmiażdżyć dorodnego samca khas. Rozległo się ciche cmoknięcie, gdy wiedźma wyrwała gałązkę z rozpływającego się cielska. Z niesmakiem przyjrzała się niebieskawej mazi...
Eh... i nici z trucizny... nawet odrobiny nie dałoby się z tego czegoś uzyskać... może któryś z tych specjalnych pojemniczków, które zwykli używać alchemicy...
Byli jednak jej przyjaciele. Ci, którzy ją znaleźli, wyciągnęli z tego wilgotnego dołu. Ci, z którymi ramię w ramię pokonała kreaturę. Nie, nie będzie traciła czasu. Płomień napełnił jej serce czystą wdzięcznością... gdy szła pomóc tym, którym naprawdę mogła zaufać...
Skierowała swe kroki pierwiej do Vidgara. Zaczęła spokojnie i delikatnie badać swojego towarzysza. Odetchnęła z ulgą... Pomimo rozległych obrażeń, ciało zdawało się nie doznać głębszego uszczerbku.
Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=YP_hlpbBjE8
Cicho dziękując Bogini zaczęła leczyć młodego wojownika. Zamknęła oczy. Pod powiekami pojawiły się kształty. Najpierw efemeryczne, kruche witraże... przeistoczyły się w pełne wzory, a one... płynęły jak rzeka...
...były rzeką... śpiewem górskiego strumienia, szumem soczyście zielonych drzew...
Wydobyła się z nich najpełniejsza pieśń...
[center]***[/center]
[center]
[/center]Harmonijna melodia, będąc na początku zalewie szeptem, przerodziła się w rytmiczny zaśpiew. Nieznane słowa, niezrozumiałe dla umysłu dźwięki, pomknęły na skrzydłach wiatru. Wzniosły się wysoko ponad wzgórza, aby w końcu rozbrzmieć echem pomiędzy powykręcanymi obłędnie konarami brzóz. A ona zmrużyła oczy. Siedziała już od dłuższego czasu w dziupli wewnątrz spróchniałego drzewa. Odległe dźwięki nie były w stanie odwrócić jej uwagi od upragnionej zdobyczy. Puchata sowa wtuliła głowę pomiędzy skrzydła. Czekała...
Niewielki, ciemny kształt przeciął wąską ścieżynkę między skarłowaciałymi drzewami. Zatrzymał się. Rozległo się ledwo słyszalne chrobotanie.
Zimno... tak zimno... zmarznięta ziemia nie oferowała niemalże nic. Niewielkie nozdrza wyłapywały nikłe wonie. Słodkie i suche ale wciąż tak słabe. Nie zamierzało jednak wyjść. Jeszcze nie... Korzenie zapewniały chwilową kryjówkę. Nasłuchiwało. Gałęzie drzew tańczyły na wietrze w takt tajemniczego dźwięku. Do uszu nie docierał jednak najlżejszy szmer świadczący o niebezpieczeństwie...
Trzęsące się przy każdym płytkim oddechu zwierzątko ruszyło do najbliższego, zbutwiałego pnia. A ona czekała...
Oczy przenikliwie analizowały dystans. Mięśnie napięły się...
Pióra z cichym sykiem musnęły śnieg. A szpony rozwarły się i zakleszczyły w morderczym uścisku. Jedynie smukłe brzozy słyszały szybko gasnący pisk...
Sprawdzam obrażenia Vidgara i Kyariela. Staram się im pomóc na tyle, żebyśmy mogli wrócić do jaskini, ale dłuższym leczeniem chcę się zająć już na miejscu. Siedzenie godzinę nad rannym na śniegu nie jest według mnie zbyt dobrym pomysłem.
Ostatnio zmieniony 10 grudnia 2015, 20:13 przez TatTvamAsi, łącznie zmieniany 1 raz.