WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Światło słońca sprowadziło na niego senność, jak zawsze, tym razem jednak nie znajdował się w schronieniu i nie miał w zasięgu wzroku odpowiedniego na spędzenie dnia leża. Tym razem nie miał chwili by oddać się rozmyślaniom na temat doświadczeń minionej nocy. Szczególnie, że minął dzień, nie noc. Pierwszy od trzystu lat. Musiał walczyć z uparcie opadającymi powiekami, a wysiłek jaki musiał w to włożyć wyczerpał prawie całe pokłady energii jakie w sobie nosił. Osunął się na podłogę limuzyny, udało mu się jednak utrzymać świadomość.
Mechaniczne okiennice zamieniły wnętrze samochodu w miarę bezpieczną kryjówkę, kiedy ostatkiem sił Mroczna Pani wskazała ratunek. Poczuł ulgę, i pierwszy raz od niedawnej strzelaniny miał okazję odetchnąć ze spokojem. Względnym spokojem, bo treść wiekowych stronic wciąż nie pozwalała mu się do końca uspokoić. Przypomniał sobie wszystkie rozmowy swojego nieżycia na temat Przedpotopowych Kainitów, Matuzalemów, pociągających za sznurki świata z bezpiecznych głębin swych starannie ukrytych schronień. Wielu z młodych członków jego Klanu nie potrafiła sobie poradzić ze świadomością ich istnienia, on sam jednak postrzegał to zawsze jako odległe i nie mające na niego wpływu zagrożenie. Aż do dzisiejszej nocy, kiedy krótki bądź co bądź tekst uświadomił mu jak bardzo nieodległym i mającym wpływ na jego rzeczywistość zagrożeniem mogą się jawić w istocie.
Potarł twarz dłonią, chcąc upewnić się że to jeszcze nie sen. Dopiero teraz przypomniał sobie, że nosi na niej wciąż krew Mrocznego Jedi. Znalazł w kieszeni chusteczkę i zaczął ścierać ją nerwowo, przypominając sobie jej zakazany smak. Darth Namtar uratował go dzisiaj, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Chciałby myśleć, że Łowca powoli zaczyna ich akceptować i staje się jednym z nich, miał jednak świadomość, że kierował nim profesjonalizm, a nie sympatia. A jednak i tak podziwiał jego gest, bez względu na jego źródło. Nie każdy gotów był przyjąć kulę za najlepszego choćby ze swoich przyjaciół, a co dopiero za osobę obcą i nie przedstawiającą dlań żadnej wartości. Może poza krwią którą za niego zapłacono. Ewentualnie którą można by z niego wysączyć.
Spojrzał w stronę Assamity, jednak wysiłek by pozostać świadomym odbierał całą jego koncentrację. Zanim jego spojrzenie dosięgnęło Dartha Namtara, zatrzymało się na rannym kruku. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy przypomniał sobie, że stworzenie to posiada duszę poety. Duszę... Wedle jego nauk nie mógł jej posiadać, ponieważ była właściwa jedynie istotom ludzkim. A jednak jego nieżycie pokazało mu, że istnieje wiele istot które ludźmi nie są a jednak posiadają w sobie światło. I tak jak wiele razy wcześniej, kiedy jego umysł dotykał tematów które trącały herezją, wycofał się szybko, obiecując sobie powrócić do tych rozmyślań. Następnym razem, byle nie teraz.
Samochód zatrzymał się w końcu a śmiercionośne światło obecne gdzieś z przodu pojazdu zniknęło w końcu całkowicie. Terry nie był w stanie już dłużej opierać się senności. Zużył resztę swych sił by zachować świadomość aż do tej chwili. I tak był poniekąd z siebie dumny. Niepokój nie opuścił go do końca, ale powieki bezlitośnie porywały go w ciemność snu. Ostatnim wysiłkiem odezwał się do Mordercy.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
PBF - Charleston by Night
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Al'ama*, fashkh**, ognista kula, której wyglądu tak naprawdę nie umiał sobie nawet do końca wyobrazić, powróciła, rozdzierając cudowną kompletność nocy. Nie wierzył w jej istnienie. Nie zgadzał się na jej powrót. Mimo to wisiała tam, wysoko, nad jego głową, dając światu jeszcze jedną szansę... Odśpiewał ostatni Zir rytuału, który miał przebudzić go w razie zagrożenia i zamilkł... Czuł palący ból, gdy promienie dnia przesączały się przez szybę limuzyny. Myśli tłukły się pod czaszką jak skołowane ćmy. Mimo wszystko żałował, że ból nie jest większy... Może wtedy zdołałby powrócić go do rzeczywistości, wyrwać się z tego zaklętego kręgu kłamstwa...
El Khara Dah?*** Coś źle zrobiłem...? Neik,**** brakowało mi wiary? Nie... Wiem, że nie... Więc dlaczego? Może chodzi o nich...? Może sam kontakt z Niewiernymi osłabia na tyle, że nie można przedrzeć się przez tą zasłonę...? A co jeśli tak? Astaghfiruhaqim!***** Powinienem ich zabić... Przelać krew dla Tiamat. Obmyć się w niej i nakarmić... Kefaya!****** Zamknij mordę! To nie ma sensu... Pamiętasz o kontrakcie? Akramath zabije cię jak coś spieprzysz... Zresztą, zhańbisz go... I zawiedziesz zaufanie własnego Mistrza... Laa, nie mogę... To byłoby gorsze niż śmierć. Więc przestań skupiać się na tego typu rzeczach, to nigdzie nie prowadzi... Pamiętasz? Najpierw robota, a marzenia o zabijaniu zostawiasz na później... Ich musisz chronić. Własnym życiem - wbij to sobie wreszcie do łba... Poza tym, nie mają z tym nic wspólnego. Sami doświadczyli objawienia Ciemności... Potrafili zobaczyć przebłysk Prawdy... Więc... Co poszło nie tak?
To jedno pytanie w dziesiątkach odmian i odbić powracało do niego stale. Haszysz nie poprawiał wcale sytuacji. Prawdę mówiąc, sprawiał, że było jeszcze gorzej, podkręcając cały ten cholery, emocjonalny bajzel. Czuł, jak gdzieś wewnątrz coś pękło... Cała nadzieja, którą pokładał w nadejściu Długiej Nocy i która mu siłę, wiarę w zwycięstwo i szybki koniec... Rozwiewała się na jego oczach niczym mgła w promieniach przeklętego słońca. Gdzieś w środku słyszał wycie rozpaczy, stokroć bardziej dojmującej, niż pieczenie poparzonej skóry... Samochód podskoczył na jakimś wyboju i nie zaleczona do końca rana na piersi na powrót dała o sobie znać. Wbił w nią palce prawej ręki. Nagły paroksyzm bólu przeszył jego ciało, przywracając go na moment do rzeczywistości.
- Vel'an ekht yali khalafak bi ayree akit manyookee!******* - warknął przez zęby, kierując wiązankę ku tej cholernej, palącej iluzji. To nieco pomogło. Na chwilę.
Nie wkręcaj się tak... Ten towar jest mocny, Czerń Alamut... Stracisz kontrolę i po tobie. Zafundujesz sobie piekło, więc daj se na wstrzymanie... - pomyślał. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że siedzący obok niego Ravnos mógł widzieć ostatni gest i słyszeć słowa... Nie zamierzał jednak ryzykować otwarcia oczu, by to sprawdzić. Zresztą... Jakie to miało znaczenie? Żadnego, do cholery... Teraz już nic nie ma znaczenia... Nic prócz Zemsty... I Kontraktu...
Pytanie Świra wybiło go na chwilę z rytmu tych ponurych przemyśleń.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
- To moja praca. Nie musisz mi dziękować. - odpowiedział po prostu. - Ból się nie liczy...
Nie w tym sensie - kontynuował swe fatalistyczne rozważania. Ból to nie problem. Problemem jest ten cały fashkh kołowrót kłamstwa, balet cieni podtrzymywany przez przyczynę kłamstwa... Słońce... Dlaczego ten magnuun******** świat tak uparł się, żeby istnieć? Nie da się uciec przed szczękami Tiamat... Ona rozerwie wasze istnienie, tak, jak rozerwała moją duszę... Tylko wtedy zdołacie ujrzeć Prawdę... Prawda jest Ciemnością...
Zorientował się, że zachowuje przytomność właściwie w dużej mierze dzięki wściekłości. Ale to było dobre. Lepsze niż rozpacz czy zwątpienie. Czyste i prawdziwe. Wieczorem... No tak, wieczorem pewnie poczuje się gorzej. Wszystko to wróci jeszcze raz. Może powinienem pogadać z tym Nowym Ravnosem? Zna się na iluzjach i jest jakimś mistykiem... Może on by wiedział jak odwrócić to wszystko...? Hmar kelb tfou!********* - zaklął tym razem pod własnym adresem. Myślisz, że pomógłby ci? Albo chociaż potrafił zrozumieć? Uznałby że ci odbiło. Jest taki jak reszta... Chyba rzeczywiście musiałem postradać zmysły, by szukać odpowiedzi wśród Niewiernych... Haqim! Hal tusamehnii?**********
Była to jego ostatnia świadoma myśl. Tuż przed zaśnięciem wydobył jeszcze Desert Eagle i położył broń na kolanach. Zasnął, mając świadomość, że ma ją pod ręką. Ale nawet ciężki pistolet nie mógł ochronić go przed wzbierającą falą osobistych koszmarów...
* arab. dosłownie: ślepota, w przenośni przekleństwo w znaczeniu: cholerna;
** arab. Pieprzona;
*** arab. Co do kurwy nędzy?
*** arab. Kurwa;
***** arab. Niech mi Haqim wybaczy!
****** arab. Wystarczy!
******* arab. Pieprzyć tego, kto cię tu sprowadził!
******** arab. szalony - skrajnie obraźliwe po arabsku;
********* arab. żałosny idioto!
********** arab. Haqimie! Czy mi wybaczysz?
Al'ama*, fashkh**, ognista kula, której wyglądu tak naprawdę nie umiał sobie nawet do końca wyobrazić, powróciła, rozdzierając cudowną kompletność nocy. Nie wierzył w jej istnienie. Nie zgadzał się na jej powrót. Mimo to wisiała tam, wysoko, nad jego głową, dając światu jeszcze jedną szansę... Odśpiewał ostatni Zir rytuału, który miał przebudzić go w razie zagrożenia i zamilkł... Czuł palący ból, gdy promienie dnia przesączały się przez szybę limuzyny. Myśli tłukły się pod czaszką jak skołowane ćmy. Mimo wszystko żałował, że ból nie jest większy... Może wtedy zdołałby powrócić go do rzeczywistości, wyrwać się z tego zaklętego kręgu kłamstwa...
El Khara Dah?*** Coś źle zrobiłem...? Neik,**** brakowało mi wiary? Nie... Wiem, że nie... Więc dlaczego? Może chodzi o nich...? Może sam kontakt z Niewiernymi osłabia na tyle, że nie można przedrzeć się przez tą zasłonę...? A co jeśli tak? Astaghfiruhaqim!***** Powinienem ich zabić... Przelać krew dla Tiamat. Obmyć się w niej i nakarmić... Kefaya!****** Zamknij mordę! To nie ma sensu... Pamiętasz o kontrakcie? Akramath zabije cię jak coś spieprzysz... Zresztą, zhańbisz go... I zawiedziesz zaufanie własnego Mistrza... Laa, nie mogę... To byłoby gorsze niż śmierć. Więc przestań skupiać się na tego typu rzeczach, to nigdzie nie prowadzi... Pamiętasz? Najpierw robota, a marzenia o zabijaniu zostawiasz na później... Ich musisz chronić. Własnym życiem - wbij to sobie wreszcie do łba... Poza tym, nie mają z tym nic wspólnego. Sami doświadczyli objawienia Ciemności... Potrafili zobaczyć przebłysk Prawdy... Więc... Co poszło nie tak?
To jedno pytanie w dziesiątkach odmian i odbić powracało do niego stale. Haszysz nie poprawiał wcale sytuacji. Prawdę mówiąc, sprawiał, że było jeszcze gorzej, podkręcając cały ten cholery, emocjonalny bajzel. Czuł, jak gdzieś wewnątrz coś pękło... Cała nadzieja, którą pokładał w nadejściu Długiej Nocy i która mu siłę, wiarę w zwycięstwo i szybki koniec... Rozwiewała się na jego oczach niczym mgła w promieniach przeklętego słońca. Gdzieś w środku słyszał wycie rozpaczy, stokroć bardziej dojmującej, niż pieczenie poparzonej skóry... Samochód podskoczył na jakimś wyboju i nie zaleczona do końca rana na piersi na powrót dała o sobie znać. Wbił w nią palce prawej ręki. Nagły paroksyzm bólu przeszył jego ciało, przywracając go na moment do rzeczywistości.
- Vel'an ekht yali khalafak bi ayree akit manyookee!******* - warknął przez zęby, kierując wiązankę ku tej cholernej, palącej iluzji. To nieco pomogło. Na chwilę.
Nie wkręcaj się tak... Ten towar jest mocny, Czerń Alamut... Stracisz kontrolę i po tobie. Zafundujesz sobie piekło, więc daj se na wstrzymanie... - pomyślał. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że siedzący obok niego Ravnos mógł widzieć ostatni gest i słyszeć słowa... Nie zamierzał jednak ryzykować otwarcia oczu, by to sprawdzić. Zresztą... Jakie to miało znaczenie? Żadnego, do cholery... Teraz już nic nie ma znaczenia... Nic prócz Zemsty... I Kontraktu...
Pytanie Świra wybiło go na chwilę z rytmu tych ponurych przemyśleń.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
- To moja praca. Nie musisz mi dziękować. - odpowiedział po prostu. - Ból się nie liczy...
Nie w tym sensie - kontynuował swe fatalistyczne rozważania. Ból to nie problem. Problemem jest ten cały fashkh kołowrót kłamstwa, balet cieni podtrzymywany przez przyczynę kłamstwa... Słońce... Dlaczego ten magnuun******** świat tak uparł się, żeby istnieć? Nie da się uciec przed szczękami Tiamat... Ona rozerwie wasze istnienie, tak, jak rozerwała moją duszę... Tylko wtedy zdołacie ujrzeć Prawdę... Prawda jest Ciemnością...
Zorientował się, że zachowuje przytomność właściwie w dużej mierze dzięki wściekłości. Ale to było dobre. Lepsze niż rozpacz czy zwątpienie. Czyste i prawdziwe. Wieczorem... No tak, wieczorem pewnie poczuje się gorzej. Wszystko to wróci jeszcze raz. Może powinienem pogadać z tym Nowym Ravnosem? Zna się na iluzjach i jest jakimś mistykiem... Może on by wiedział jak odwrócić to wszystko...? Hmar kelb tfou!********* - zaklął tym razem pod własnym adresem. Myślisz, że pomógłby ci? Albo chociaż potrafił zrozumieć? Uznałby że ci odbiło. Jest taki jak reszta... Chyba rzeczywiście musiałem postradać zmysły, by szukać odpowiedzi wśród Niewiernych... Haqim! Hal tusamehnii?**********
Była to jego ostatnia świadoma myśl. Tuż przed zaśnięciem wydobył jeszcze Desert Eagle i położył broń na kolanach. Zasnął, mając świadomość, że ma ją pod ręką. Ale nawet ciężki pistolet nie mógł ochronić go przed wzbierającą falą osobistych koszmarów...
* arab. dosłownie: ślepota, w przenośni przekleństwo w znaczeniu: cholerna;
** arab. Pieprzona;
*** arab. Co do kurwy nędzy?
*** arab. Kurwa;
***** arab. Niech mi Haqim wybaczy!
****** arab. Wystarczy!
******* arab. Pieprzyć tego, kto cię tu sprowadził!
******** arab. szalony - skrajnie obraźliwe po arabsku;
********* arab. żałosny idioto!
********** arab. Haqimie! Czy mi wybaczysz?
Ostatnio zmieniony 22 stycznia 2016, 19:49 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Nagły blask słońca niemal przyprawił o panikę Horacego. Podświadomy lęk przed odwiecznym i nieubłaganym zabójcą.
Szybko, szybko trzeba się spieszyć bo zginiemy! A niech to szlag... Fatalnie, merde...
- Jedźmy do starego Jima Viflow - odezwał się starają ukryć w głosie lęk - Wiem, gdzie dziad ma nieużywany garaż. Tam będziemy bezpieczni.
Samochód ruszył ostro ale Nosferatu czuł jak z każdą sekundą zaczyna odpływać coraz bardziej i bardziej. Ołowiane powieki zaczęły mu mimowolnie opadać, raz i drugi... trzeci...
Ktoś go szturchnął.
- Pytałem w którą teraz stronę.
Szczur przez chwilę spanikował bowiem przez krótką chwilę zdrzemnął się i nie wiedział gdzie jest, nie wiedział również dlaczego i po co... Synapsy zatrybiły w końcu niczym stare zardzewiałe zębatki w jakimś wiekowym mechanizmie. Poznawał tę ulicę.
- Prosto, a potem w lewo - nawigował Szczur wciąż walcząc z potworną sennością.
Kiedy dojechali do garażu Nosferatu niemal natychmiast zasnął i zsunął się w dół fotela.
Horacy siedział roznegliżowany na głębokim drewnianym krześle oczekując na codzienne zabiegi upiększające serwowane zaraz po przebudzeniu przez Otta.
- Idę na miasto na pogrzeb Starca i zapewne w tym zatrutym wężowisku już dzisiaj pozostanę, więc włącz coś subtelnego i stosownego. - rzucił od niechcenia Horacy do karła.
Ten szybko zeskoczył ze stołeczka zostawiając na chwile tacę z przyborami do porannej toalety Horacego. Składały się na nie perfumy, małe eleganckie szczypce oraz... pudełko na robaki.
Po chwili, kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki karzełek powrócił do przerwanego zabiegu (https://www.youtube.com/watch?v=45JdWBfLsA8).
Przez chwilę panowało milczenie, przerwał je zaoferowany swoją robotą Otto.
- Dzisiaj mało, chociaż ten jest wyjątkowo duży - powiedział kiedy szczypce wyłowiły z ciała Nosferatu wijącego się osobnika niezwykle okazałych rozmiarów. Wrzucił go do pozostałych towarzyszy intensywnie wijących się w posrebrzanym pudełku z przykrywką, służącej niegdyś za cukiernicę. Tam przeważnie swobodnie sobie hasały w swoim towarzystwie aż do świtu kiedy to Otto zabierał je na ryby.
Karzełek lubił na nie wędkować i z jakichś niezrozumiałych dla Horacego przyczyn bardzo go to uspokajało.
Kiedy Horacy uznał, że wszystkie poranne zabiegi zostały wreszcie zakończone wstał i założył białą maskę. Karzełek przyniósł mu jak co nocy nowe wyprane ubranie. To była kolosalna różnica między przyzwyczajeniami jego współklanowców a nim. Jednak długie nieżycie nauczyło go nie popełniać głupiego błędu polegającego na zostawianiu zapachu w wytwornych miejscach w których bywał. To mogło się bardzo źle skończyć no i przecież artystyczna dusza zobowiązywała...
- Daj dziś jakieś odświętne, światłoodporne odzienie, bo czuję że będę zabijał w towarzystwie. No wiesz... tych wszystkich, którzy byli cię dzisiaj łaskawi porwać i otruć.
Zapadła niezręczna chwila ciszy między Horacym a jego ghulem.
[center]"...Another wrong goodbye and a hundred sailors
That deep blue sky is my home..."[/center]
- Nie mówi się już odzienie to archaizm. Może kupisz sobie w takim razie biały garnitur, będzie doskonały... na spacery w kanałach. - rzucił karzełek przerywając milczenie w trakcie poprawiania fałd ubrania.
Zarechotali obaj. Po czym znów zapadła krótka cisza.
- W czyim towarzystwie, jeśli wolno spytać chyba nie Face-offa? - kontynuował Otto.
- Nie, nie... Face-offa już z nami nie ma. Towarzyszyć mi będzie trzech bardzo ekscentrycznych dżentelmenów z poza miasta... - zrobił pauzę obserwując dyskretnie zaskoczenie karła i celowo zostawiając najlepsze na koniec - ...oraz jedna dama.
Karzeł o mało nie wypuścił tacy z robakami i spojrzał z niewypowiedzianym niepokojem na Horacego.
[center]"...She left in the fall, that's her picture on the wall
She always had that little drop of poison..."[/center]
- Spokojnie Otto, tym razem nikt między nas dwóch nie wejdzie. Obiecuję. - uśmiechnął się przyjaźnie pod maską chcąc zataić kłamstwo.
- I nie będziesz stosował na mnie chwytów z pięciu filarów władzy, ojcze... - zapytał niezwykle złośliwie karzełek, przeciągając z dziwnym zgrzytem w głosie ostatnie słowo.
- Skąd wiesz o... - Horacy zamarł z przerażeniem zdając sobie sprawę, że ten zgrzyt w głosie brzmiał zupełnie jak głos Rustyego.
[center]"A rat always knows when he's in with weasels
Here you lose a little every day"[/center]
Przerażony odwrócił się na pięcie w kierunku karła i wtedy... wtedy właśnie się obudził.
Nagły blask słońca niemal przyprawił o panikę Horacego. Podświadomy lęk przed odwiecznym i nieubłaganym zabójcą.
Szybko, szybko trzeba się spieszyć bo zginiemy! A niech to szlag... Fatalnie, merde...
- Jedźmy do starego Jima Viflow - odezwał się starają ukryć w głosie lęk - Wiem, gdzie dziad ma nieużywany garaż. Tam będziemy bezpieczni.
Samochód ruszył ostro ale Nosferatu czuł jak z każdą sekundą zaczyna odpływać coraz bardziej i bardziej. Ołowiane powieki zaczęły mu mimowolnie opadać, raz i drugi... trzeci...
Ktoś go szturchnął.
- Pytałem w którą teraz stronę.
Szczur przez chwilę spanikował bowiem przez krótką chwilę zdrzemnął się i nie wiedział gdzie jest, nie wiedział również dlaczego i po co... Synapsy zatrybiły w końcu niczym stare zardzewiałe zębatki w jakimś wiekowym mechanizmie. Poznawał tę ulicę.
- Prosto, a potem w lewo - nawigował Szczur wciąż walcząc z potworną sennością.
Kiedy dojechali do garażu Nosferatu niemal natychmiast zasnął i zsunął się w dół fotela.
Spoiler!
[center]***[/center]Horacy siedział roznegliżowany na głębokim drewnianym krześle oczekując na codzienne zabiegi upiększające serwowane zaraz po przebudzeniu przez Otta.
- Idę na miasto na pogrzeb Starca i zapewne w tym zatrutym wężowisku już dzisiaj pozostanę, więc włącz coś subtelnego i stosownego. - rzucił od niechcenia Horacy do karła.
Ten szybko zeskoczył ze stołeczka zostawiając na chwile tacę z przyborami do porannej toalety Horacego. Składały się na nie perfumy, małe eleganckie szczypce oraz... pudełko na robaki.
Po chwili, kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki karzełek powrócił do przerwanego zabiegu (https://www.youtube.com/watch?v=45JdWBfLsA8).
Przez chwilę panowało milczenie, przerwał je zaoferowany swoją robotą Otto.
- Dzisiaj mało, chociaż ten jest wyjątkowo duży - powiedział kiedy szczypce wyłowiły z ciała Nosferatu wijącego się osobnika niezwykle okazałych rozmiarów. Wrzucił go do pozostałych towarzyszy intensywnie wijących się w posrebrzanym pudełku z przykrywką, służącej niegdyś za cukiernicę. Tam przeważnie swobodnie sobie hasały w swoim towarzystwie aż do świtu kiedy to Otto zabierał je na ryby.
Karzełek lubił na nie wędkować i z jakichś niezrozumiałych dla Horacego przyczyn bardzo go to uspokajało.
Kiedy Horacy uznał, że wszystkie poranne zabiegi zostały wreszcie zakończone wstał i założył białą maskę. Karzełek przyniósł mu jak co nocy nowe wyprane ubranie. To była kolosalna różnica między przyzwyczajeniami jego współklanowców a nim. Jednak długie nieżycie nauczyło go nie popełniać głupiego błędu polegającego na zostawianiu zapachu w wytwornych miejscach w których bywał. To mogło się bardzo źle skończyć no i przecież artystyczna dusza zobowiązywała...
- Daj dziś jakieś odświętne, światłoodporne odzienie, bo czuję że będę zabijał w towarzystwie. No wiesz... tych wszystkich, którzy byli cię dzisiaj łaskawi porwać i otruć.
Zapadła niezręczna chwila ciszy między Horacym a jego ghulem.
[center]"...Another wrong goodbye and a hundred sailors
That deep blue sky is my home..."[/center]
- Nie mówi się już odzienie to archaizm. Może kupisz sobie w takim razie biały garnitur, będzie doskonały... na spacery w kanałach. - rzucił karzełek przerywając milczenie w trakcie poprawiania fałd ubrania.
Zarechotali obaj. Po czym znów zapadła krótka cisza.
- W czyim towarzystwie, jeśli wolno spytać chyba nie Face-offa? - kontynuował Otto.
- Nie, nie... Face-offa już z nami nie ma. Towarzyszyć mi będzie trzech bardzo ekscentrycznych dżentelmenów z poza miasta... - zrobił pauzę obserwując dyskretnie zaskoczenie karła i celowo zostawiając najlepsze na koniec - ...oraz jedna dama.
Karzeł o mało nie wypuścił tacy z robakami i spojrzał z niewypowiedzianym niepokojem na Horacego.
[center]"...She left in the fall, that's her picture on the wall
She always had that little drop of poison..."[/center]
- Spokojnie Otto, tym razem nikt między nas dwóch nie wejdzie. Obiecuję. - uśmiechnął się przyjaźnie pod maską chcąc zataić kłamstwo.
- I nie będziesz stosował na mnie chwytów z pięciu filarów władzy, ojcze... - zapytał niezwykle złośliwie karzełek, przeciągając z dziwnym zgrzytem w głosie ostatnie słowo.
- Skąd wiesz o... - Horacy zamarł z przerażeniem zdając sobie sprawę, że ten zgrzyt w głosie brzmiał zupełnie jak głos Rustyego.
[center]"A rat always knows when he's in with weasels
Here you lose a little every day"[/center]
Przerażony odwrócił się na pięcie w kierunku karła i wtedy... wtedy właśnie się obudził.