PBF - Charleston by Night
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Światło słońca sprowadziło na niego senność, jak zawsze, tym razem jednak nie znajdował się w schronieniu i nie miał w zasięgu wzroku odpowiedniego na spędzenie dnia leża. Tym razem nie miał chwili by oddać się rozmyślaniom na temat doświadczeń minionej nocy. Szczególnie, że minął dzień, nie noc. Pierwszy od trzystu lat. Musiał walczyć z uparcie opadającymi powiekami, a wysiłek jaki musiał w to włożyć wyczerpał prawie całe pokłady energii jakie w sobie nosił. Osunął się na podłogę limuzyny, udało mu się jednak utrzymać świadomość.
Mechaniczne okiennice zamieniły wnętrze samochodu w miarę bezpieczną kryjówkę, kiedy ostatkiem sił Mroczna Pani wskazała ratunek. Poczuł ulgę, i pierwszy raz od niedawnej strzelaniny miał okazję odetchnąć ze spokojem. Względnym spokojem, bo treść wiekowych stronic wciąż nie pozwalała mu się do końca uspokoić. Przypomniał sobie wszystkie rozmowy swojego nieżycia na temat Przedpotopowych Kainitów, Matuzalemów, pociągających za sznurki świata z bezpiecznych głębin swych starannie ukrytych schronień. Wielu z młodych członków jego Klanu nie potrafiła sobie poradzić ze świadomością ich istnienia, on sam jednak postrzegał to zawsze jako odległe i nie mające na niego wpływu zagrożenie. Aż do dzisiejszej nocy, kiedy krótki bądź co bądź tekst uświadomił mu jak bardzo nieodległym i mającym wpływ na jego rzeczywistość zagrożeniem mogą się jawić w istocie.
Potarł twarz dłonią, chcąc upewnić się że to jeszcze nie sen. Dopiero teraz przypomniał sobie, że nosi na niej wciąż krew Mrocznego Jedi. Znalazł w kieszeni chusteczkę i zaczął ścierać ją nerwowo, przypominając sobie jej zakazany smak. Darth Namtar uratował go dzisiaj, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Chciałby myśleć, że Łowca powoli zaczyna ich akceptować i staje się jednym z nich, miał jednak świadomość, że kierował nim profesjonalizm, a nie sympatia. A jednak i tak podziwiał jego gest, bez względu na jego źródło. Nie każdy gotów był przyjąć kulę za najlepszego choćby ze swoich przyjaciół, a co dopiero za osobę obcą i nie przedstawiającą dlań żadnej wartości. Może poza krwią którą za niego zapłacono. Ewentualnie którą można by z niego wysączyć.
Spojrzał w stronę Assamity, jednak wysiłek by pozostać świadomym odbierał całą jego koncentrację. Zanim jego spojrzenie dosięgnęło Dartha Namtara, zatrzymało się na rannym kruku. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy przypomniał sobie, że stworzenie to posiada duszę poety. Duszę... Wedle jego nauk nie mógł jej posiadać, ponieważ była właściwa jedynie istotom ludzkim. A jednak jego nieżycie pokazało mu, że istnieje wiele istot które ludźmi nie są a jednak posiadają w sobie światło. I tak jak wiele razy wcześniej, kiedy jego umysł dotykał tematów które trącały herezją, wycofał się szybko, obiecując sobie powrócić do tych rozmyślań. Następnym razem, byle nie teraz.
Samochód zatrzymał się w końcu a śmiercionośne światło obecne gdzieś z przodu pojazdu zniknęło w końcu całkowicie. Terry nie był w stanie już dłużej opierać się senności. Zużył resztę swych sił by zachować świadomość aż do tej chwili. I tak był poniekąd z siebie dumny. Niepokój nie opuścił go do końca, ale powieki bezlitośnie porywały go w ciemność snu. Ostatnim wysiłkiem odezwał się do Mordercy.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
Światło słońca sprowadziło na niego senność, jak zawsze, tym razem jednak nie znajdował się w schronieniu i nie miał w zasięgu wzroku odpowiedniego na spędzenie dnia leża. Tym razem nie miał chwili by oddać się rozmyślaniom na temat doświadczeń minionej nocy. Szczególnie, że minął dzień, nie noc. Pierwszy od trzystu lat. Musiał walczyć z uparcie opadającymi powiekami, a wysiłek jaki musiał w to włożyć wyczerpał prawie całe pokłady energii jakie w sobie nosił. Osunął się na podłogę limuzyny, udało mu się jednak utrzymać świadomość.
Mechaniczne okiennice zamieniły wnętrze samochodu w miarę bezpieczną kryjówkę, kiedy ostatkiem sił Mroczna Pani wskazała ratunek. Poczuł ulgę, i pierwszy raz od niedawnej strzelaniny miał okazję odetchnąć ze spokojem. Względnym spokojem, bo treść wiekowych stronic wciąż nie pozwalała mu się do końca uspokoić. Przypomniał sobie wszystkie rozmowy swojego nieżycia na temat Przedpotopowych Kainitów, Matuzalemów, pociągających za sznurki świata z bezpiecznych głębin swych starannie ukrytych schronień. Wielu z młodych członków jego Klanu nie potrafiła sobie poradzić ze świadomością ich istnienia, on sam jednak postrzegał to zawsze jako odległe i nie mające na niego wpływu zagrożenie. Aż do dzisiejszej nocy, kiedy krótki bądź co bądź tekst uświadomił mu jak bardzo nieodległym i mającym wpływ na jego rzeczywistość zagrożeniem mogą się jawić w istocie.
Potarł twarz dłonią, chcąc upewnić się że to jeszcze nie sen. Dopiero teraz przypomniał sobie, że nosi na niej wciąż krew Mrocznego Jedi. Znalazł w kieszeni chusteczkę i zaczął ścierać ją nerwowo, przypominając sobie jej zakazany smak. Darth Namtar uratował go dzisiaj, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Chciałby myśleć, że Łowca powoli zaczyna ich akceptować i staje się jednym z nich, miał jednak świadomość, że kierował nim profesjonalizm, a nie sympatia. A jednak i tak podziwiał jego gest, bez względu na jego źródło. Nie każdy gotów był przyjąć kulę za najlepszego choćby ze swoich przyjaciół, a co dopiero za osobę obcą i nie przedstawiającą dlań żadnej wartości. Może poza krwią którą za niego zapłacono. Ewentualnie którą można by z niego wysączyć.
Spojrzał w stronę Assamity, jednak wysiłek by pozostać świadomym odbierał całą jego koncentrację. Zanim jego spojrzenie dosięgnęło Dartha Namtara, zatrzymało się na rannym kruku. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy przypomniał sobie, że stworzenie to posiada duszę poety. Duszę... Wedle jego nauk nie mógł jej posiadać, ponieważ była właściwa jedynie istotom ludzkim. A jednak jego nieżycie pokazało mu, że istnieje wiele istot które ludźmi nie są a jednak posiadają w sobie światło. I tak jak wiele razy wcześniej, kiedy jego umysł dotykał tematów które trącały herezją, wycofał się szybko, obiecując sobie powrócić do tych rozmyślań. Następnym razem, byle nie teraz.
Samochód zatrzymał się w końcu a śmiercionośne światło obecne gdzieś z przodu pojazdu zniknęło w końcu całkowicie. Terry nie był w stanie już dłużej opierać się senności. Zużył resztę swych sił by zachować świadomość aż do tej chwili. I tak był poniekąd z siebie dumny. Niepokój nie opuścił go do końca, ale powieki bezlitośnie porywały go w ciemność snu. Ostatnim wysiłkiem odezwał się do Mordercy.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
Ostatnio zmieniony 22 stycznia 2016, 17:08 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Al'ama*, fashkh**, ognista kula, której wyglądu tak naprawdę nie umiał sobie nawet do końca wyobrazić, powróciła, rozdzierając cudowną kompletność nocy. Nie wierzył w jej istnienie. Nie zgadzał się na jej powrót. Mimo to wisiała tam, wysoko, nad jego głową, dając światu jeszcze jedną szansę... Odśpiewał ostatni Zir rytuału, który miał przebudzić go w razie zagrożenia i zamilkł... Czuł palący ból, gdy promienie dnia przesączały się przez szybę limuzyny. Myśli tłukły się pod czaszką jak skołowane ćmy. Mimo wszystko żałował, że ból nie jest większy... Może wtedy zdołałby powrócić go do rzeczywistości, wyrwać się z tego zaklętego kręgu kłamstwa...
El Khara Dah?*** Coś źle zrobiłem...? Neik,**** brakowało mi wiary? Nie... Wiem, że nie... Więc dlaczego? Może chodzi o nich...? Może sam kontakt z Niewiernymi osłabia na tyle, że nie można przedrzeć się przez tą zasłonę...? A co jeśli tak? Astaghfiruhaqim!***** Powinienem ich zabić... Przelać krew dla Tiamat. Obmyć się w niej i nakarmić... Kefaya!****** Zamknij mordę! To nie ma sensu... Pamiętasz o kontrakcie? Akramath zabije cię jak coś spieprzysz... Zresztą, zhańbisz go... I zawiedziesz zaufanie własnego Mistrza... Laa, nie mogę... To byłoby gorsze niż śmierć. Więc przestań skupiać się na tego typu rzeczach, to nigdzie nie prowadzi... Pamiętasz? Najpierw robota, a marzenia o zabijaniu zostawiasz na później... Ich musisz chronić. Własnym życiem - wbij to sobie wreszcie do łba... Poza tym, nie mają z tym nic wspólnego. Sami doświadczyli objawienia Ciemności... Potrafili zobaczyć przebłysk Prawdy... Więc... Co poszło nie tak?
To jedno pytanie w dziesiątkach odmian i odbić powracało do niego stale. Haszysz nie poprawiał wcale sytuacji. Prawdę mówiąc, sprawiał, że było jeszcze gorzej, podkręcając cały ten cholery, emocjonalny bajzel. Czuł, jak gdzieś wewnątrz coś pękło... Cała nadzieja, którą pokładał w nadejściu Długiej Nocy i która mu siłę, wiarę w zwycięstwo i szybki koniec... Rozwiewała się na jego oczach niczym mgła w promieniach przeklętego słońca. Gdzieś w środku słyszał wycie rozpaczy, stokroć bardziej dojmującej, niż pieczenie poparzonej skóry... Samochód podskoczył na jakimś wyboju i nie zaleczona do końca rana na piersi na powrót dała o sobie znać. Wbił w nią palce prawej ręki. Nagły paroksyzm bólu przeszył jego ciało, przywracając go na moment do rzeczywistości.
- Vel'an ekht yali khalafak bi ayree akit manyookee!******* - warknął przez zęby, kierując wiązankę ku tej cholernej, palącej iluzji. To nieco pomogło. Na chwilę.
Nie wkręcaj się tak... Ten towar jest mocny, Czerń Alamut... Stracisz kontrolę i po tobie. Zafundujesz sobie piekło, więc daj se na wstrzymanie... - pomyślał. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że siedzący obok niego Ravnos mógł widzieć ostatni gest i słyszeć słowa... Nie zamierzał jednak ryzykować otwarcia oczu, by to sprawdzić. Zresztą... Jakie to miało znaczenie? Żadnego, do cholery... Teraz już nic nie ma znaczenia... Nic prócz Zemsty... I Kontraktu...
Pytanie Świra wybiło go na chwilę z rytmu tych ponurych przemyśleń.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
- To moja praca. Nie musisz mi dziękować. - odpowiedział po prostu. - Ból się nie liczy...
Nie w tym sensie - kontynuował swe fatalistyczne rozważania. Ból to nie problem. Problemem jest ten cały fashkh kołowrót kłamstwa, balet cieni podtrzymywany przez przyczynę kłamstwa... Słońce... Dlaczego ten magnuun******** świat tak uparł się, żeby istnieć? Nie da się uciec przed szczękami Tiamat... Ona rozerwie wasze istnienie, tak, jak rozerwała moją duszę... Tylko wtedy zdołacie ujrzeć Prawdę... Prawda jest Ciemnością...
Zorientował się, że zachowuje przytomność właściwie w dużej mierze dzięki wściekłości. Ale to było dobre. Lepsze niż rozpacz czy zwątpienie. Czyste i prawdziwe. Wieczorem... No tak, wieczorem pewnie poczuje się gorzej. Wszystko to wróci jeszcze raz. Może powinienem pogadać z tym Nowym Ravnosem? Zna się na iluzjach i jest jakimś mistykiem... Może on by wiedział jak odwrócić to wszystko...? Hmar kelb tfou!********* - zaklął tym razem pod własnym adresem. Myślisz, że pomógłby ci? Albo chociaż potrafił zrozumieć? Uznałby że ci odbiło. Jest taki jak reszta... Chyba rzeczywiście musiałem postradać zmysły, by szukać odpowiedzi wśród Niewiernych... Haqim! Hal tusamehnii?**********
Była to jego ostatnia świadoma myśl. Tuż przed zaśnięciem wydobył jeszcze Desert Eagle i położył broń na kolanach. Zasnął, mając świadomość, że ma ją pod ręką. Ale nawet ciężki pistolet nie mógł ochronić go przed wzbierającą falą osobistych koszmarów...
* arab. dosłownie: ślepota, w przenośni przekleństwo w znaczeniu: cholerna;
** arab. Pieprzona;
*** arab. Co do kurwy nędzy?
*** arab. Kurwa;
***** arab. Niech mi Haqim wybaczy!
****** arab. Wystarczy!
******* arab. Pieprzyć tego, kto cię tu sprowadził!
******** arab. szalony - skrajnie obraźliwe po arabsku;
********* arab. żałosny idioto!
********** arab. Haqimie! Czy mi wybaczysz?
Al'ama*, fashkh**, ognista kula, której wyglądu tak naprawdę nie umiał sobie nawet do końca wyobrazić, powróciła, rozdzierając cudowną kompletność nocy. Nie wierzył w jej istnienie. Nie zgadzał się na jej powrót. Mimo to wisiała tam, wysoko, nad jego głową, dając światu jeszcze jedną szansę... Odśpiewał ostatni Zir rytuału, który miał przebudzić go w razie zagrożenia i zamilkł... Czuł palący ból, gdy promienie dnia przesączały się przez szybę limuzyny. Myśli tłukły się pod czaszką jak skołowane ćmy. Mimo wszystko żałował, że ból nie jest większy... Może wtedy zdołałby powrócić go do rzeczywistości, wyrwać się z tego zaklętego kręgu kłamstwa...
El Khara Dah?*** Coś źle zrobiłem...? Neik,**** brakowało mi wiary? Nie... Wiem, że nie... Więc dlaczego? Może chodzi o nich...? Może sam kontakt z Niewiernymi osłabia na tyle, że nie można przedrzeć się przez tą zasłonę...? A co jeśli tak? Astaghfiruhaqim!***** Powinienem ich zabić... Przelać krew dla Tiamat. Obmyć się w niej i nakarmić... Kefaya!****** Zamknij mordę! To nie ma sensu... Pamiętasz o kontrakcie? Akramath zabije cię jak coś spieprzysz... Zresztą, zhańbisz go... I zawiedziesz zaufanie własnego Mistrza... Laa, nie mogę... To byłoby gorsze niż śmierć. Więc przestań skupiać się na tego typu rzeczach, to nigdzie nie prowadzi... Pamiętasz? Najpierw robota, a marzenia o zabijaniu zostawiasz na później... Ich musisz chronić. Własnym życiem - wbij to sobie wreszcie do łba... Poza tym, nie mają z tym nic wspólnego. Sami doświadczyli objawienia Ciemności... Potrafili zobaczyć przebłysk Prawdy... Więc... Co poszło nie tak?
To jedno pytanie w dziesiątkach odmian i odbić powracało do niego stale. Haszysz nie poprawiał wcale sytuacji. Prawdę mówiąc, sprawiał, że było jeszcze gorzej, podkręcając cały ten cholery, emocjonalny bajzel. Czuł, jak gdzieś wewnątrz coś pękło... Cała nadzieja, którą pokładał w nadejściu Długiej Nocy i która mu siłę, wiarę w zwycięstwo i szybki koniec... Rozwiewała się na jego oczach niczym mgła w promieniach przeklętego słońca. Gdzieś w środku słyszał wycie rozpaczy, stokroć bardziej dojmującej, niż pieczenie poparzonej skóry... Samochód podskoczył na jakimś wyboju i nie zaleczona do końca rana na piersi na powrót dała o sobie znać. Wbił w nią palce prawej ręki. Nagły paroksyzm bólu przeszył jego ciało, przywracając go na moment do rzeczywistości.
- Vel'an ekht yali khalafak bi ayree akit manyookee!******* - warknął przez zęby, kierując wiązankę ku tej cholernej, palącej iluzji. To nieco pomogło. Na chwilę.
Nie wkręcaj się tak... Ten towar jest mocny, Czerń Alamut... Stracisz kontrolę i po tobie. Zafundujesz sobie piekło, więc daj se na wstrzymanie... - pomyślał. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że siedzący obok niego Ravnos mógł widzieć ostatni gest i słyszeć słowa... Nie zamierzał jednak ryzykować otwarcia oczu, by to sprawdzić. Zresztą... Jakie to miało znaczenie? Żadnego, do cholery... Teraz już nic nie ma znaczenia... Nic prócz Zemsty... I Kontraktu...
Pytanie Świra wybiło go na chwilę z rytmu tych ponurych przemyśleń.
- Duchu z Otchłani, dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wiem, że dla ciebie to sprawa kontraktu, jednak nie da się nie zauważyć, że nie co dzień zdarza się by Istota z Cienia ocaliła Sługę Światła. Dlatego pragnę ci podziękować, mając jednocześnie nadzieję, że nie będzie potrzeby byś ponownie cierpiał z mojego powodu.
- To moja praca. Nie musisz mi dziękować. - odpowiedział po prostu. - Ból się nie liczy...
Nie w tym sensie - kontynuował swe fatalistyczne rozważania. Ból to nie problem. Problemem jest ten cały fashkh kołowrót kłamstwa, balet cieni podtrzymywany przez przyczynę kłamstwa... Słońce... Dlaczego ten magnuun******** świat tak uparł się, żeby istnieć? Nie da się uciec przed szczękami Tiamat... Ona rozerwie wasze istnienie, tak, jak rozerwała moją duszę... Tylko wtedy zdołacie ujrzeć Prawdę... Prawda jest Ciemnością...
Zorientował się, że zachowuje przytomność właściwie w dużej mierze dzięki wściekłości. Ale to było dobre. Lepsze niż rozpacz czy zwątpienie. Czyste i prawdziwe. Wieczorem... No tak, wieczorem pewnie poczuje się gorzej. Wszystko to wróci jeszcze raz. Może powinienem pogadać z tym Nowym Ravnosem? Zna się na iluzjach i jest jakimś mistykiem... Może on by wiedział jak odwrócić to wszystko...? Hmar kelb tfou!********* - zaklął tym razem pod własnym adresem. Myślisz, że pomógłby ci? Albo chociaż potrafił zrozumieć? Uznałby że ci odbiło. Jest taki jak reszta... Chyba rzeczywiście musiałem postradać zmysły, by szukać odpowiedzi wśród Niewiernych... Haqim! Hal tusamehnii?**********
Była to jego ostatnia świadoma myśl. Tuż przed zaśnięciem wydobył jeszcze Desert Eagle i położył broń na kolanach. Zasnął, mając świadomość, że ma ją pod ręką. Ale nawet ciężki pistolet nie mógł ochronić go przed wzbierającą falą osobistych koszmarów...
* arab. dosłownie: ślepota, w przenośni przekleństwo w znaczeniu: cholerna;
** arab. Pieprzona;
*** arab. Co do kurwy nędzy?
*** arab. Kurwa;
***** arab. Niech mi Haqim wybaczy!
****** arab. Wystarczy!
******* arab. Pieprzyć tego, kto cię tu sprowadził!
******** arab. szalony - skrajnie obraźliwe po arabsku;
********* arab. żałosny idioto!
********** arab. Haqimie! Czy mi wybaczysz?
Ostatnio zmieniony 22 stycznia 2016, 19:49 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Nagły blask słońca niemal przyprawił o panikę Horacego. Podświadomy lęk przed odwiecznym i nieubłaganym zabójcą.
Szybko, szybko trzeba się spieszyć bo zginiemy! A niech to szlag... Fatalnie, merde...
- Jedźmy do starego Jima Viflow - odezwał się starają ukryć w głosie lęk - Wiem, gdzie dziad ma nieużywany garaż. Tam będziemy bezpieczni.
Samochód ruszył ostro ale Nosferatu czuł jak z każdą sekundą zaczyna odpływać coraz bardziej i bardziej. Ołowiane powieki zaczęły mu mimowolnie opadać, raz i drugi... trzeci...
Ktoś go szturchnął.
- Pytałem w którą teraz stronę.
Szczur przez chwilę spanikował bowiem przez krótką chwilę zdrzemnął się i nie wiedział gdzie jest, nie wiedział również dlaczego i po co... Synapsy zatrybiły w końcu niczym stare zardzewiałe zębatki w jakimś wiekowym mechanizmie. Poznawał tę ulicę.
- Prosto, a potem w lewo - nawigował Szczur wciąż walcząc z potworną sennością.
Kiedy dojechali do garażu Nosferatu niemal natychmiast zasnął i zsunął się w dół fotela.
Horacy siedział roznegliżowany na głębokim drewnianym krześle oczekując na codzienne zabiegi upiększające serwowane zaraz po przebudzeniu przez Otta.
- Idę na miasto na pogrzeb Starca i zapewne w tym zatrutym wężowisku już dzisiaj pozostanę, więc włącz coś subtelnego i stosownego. - rzucił od niechcenia Horacy do karła.
Ten szybko zeskoczył ze stołeczka zostawiając na chwile tacę z przyborami do porannej toalety Horacego. Składały się na nie perfumy, małe eleganckie szczypce oraz... pudełko na robaki.
Po chwili, kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki karzełek powrócił do przerwanego zabiegu (https://www.youtube.com/watch?v=45JdWBfLsA8).
Przez chwilę panowało milczenie, przerwał je zaoferowany swoją robotą Otto.
- Dzisiaj mało, chociaż ten jest wyjątkowo duży - powiedział kiedy szczypce wyłowiły z ciała Nosferatu wijącego się osobnika niezwykle okazałych rozmiarów. Wrzucił go do pozostałych towarzyszy intensywnie wijących się w posrebrzanym pudełku z przykrywką, służącej niegdyś za cukiernicę. Tam przeważnie swobodnie sobie hasały w swoim towarzystwie aż do świtu kiedy to Otto zabierał je na ryby.
Karzełek lubił na nie wędkować i z jakichś niezrozumiałych dla Horacego przyczyn bardzo go to uspokajało.
Kiedy Horacy uznał, że wszystkie poranne zabiegi zostały wreszcie zakończone wstał i założył białą maskę. Karzełek przyniósł mu jak co nocy nowe wyprane ubranie. To była kolosalna różnica między przyzwyczajeniami jego współklanowców a nim. Jednak długie nieżycie nauczyło go nie popełniać głupiego błędu polegającego na zostawianiu zapachu w wytwornych miejscach w których bywał. To mogło się bardzo źle skończyć no i przecież artystyczna dusza zobowiązywała...
- Daj dziś jakieś odświętne, światłoodporne odzienie, bo czuję że będę zabijał w towarzystwie. No wiesz... tych wszystkich, którzy byli cię dzisiaj łaskawi porwać i otruć.
Zapadła niezręczna chwila ciszy między Horacym a jego ghulem.
[center]"...Another wrong goodbye and a hundred sailors
That deep blue sky is my home..."[/center]
- Nie mówi się już odzienie to archaizm. Może kupisz sobie w takim razie biały garnitur, będzie doskonały... na spacery w kanałach. - rzucił karzełek przerywając milczenie w trakcie poprawiania fałd ubrania.
Zarechotali obaj. Po czym znów zapadła krótka cisza.
- W czyim towarzystwie, jeśli wolno spytać chyba nie Face-offa? - kontynuował Otto.
- Nie, nie... Face-offa już z nami nie ma. Towarzyszyć mi będzie trzech bardzo ekscentrycznych dżentelmenów z poza miasta... - zrobił pauzę obserwując dyskretnie zaskoczenie karła i celowo zostawiając najlepsze na koniec - ...oraz jedna dama.
Karzeł o mało nie wypuścił tacy z robakami i spojrzał z niewypowiedzianym niepokojem na Horacego.
[center]"...She left in the fall, that's her picture on the wall
She always had that little drop of poison..."[/center]
- Spokojnie Otto, tym razem nikt między nas dwóch nie wejdzie. Obiecuję. - uśmiechnął się przyjaźnie pod maską chcąc zataić kłamstwo.
- I nie będziesz stosował na mnie chwytów z pięciu filarów władzy, ojcze... - zapytał niezwykle złośliwie karzełek, przeciągając z dziwnym zgrzytem w głosie ostatnie słowo.
- Skąd wiesz o... - Horacy zamarł z przerażeniem zdając sobie sprawę, że ten zgrzyt w głosie brzmiał zupełnie jak głos Rustyego.
[center]"A rat always knows when he's in with weasels
Here you lose a little every day"[/center]
Przerażony odwrócił się na pięcie w kierunku karła i wtedy... wtedy właśnie się obudził.
Nagły blask słońca niemal przyprawił o panikę Horacego. Podświadomy lęk przed odwiecznym i nieubłaganym zabójcą.
Szybko, szybko trzeba się spieszyć bo zginiemy! A niech to szlag... Fatalnie, merde...
- Jedźmy do starego Jima Viflow - odezwał się starają ukryć w głosie lęk - Wiem, gdzie dziad ma nieużywany garaż. Tam będziemy bezpieczni.
Samochód ruszył ostro ale Nosferatu czuł jak z każdą sekundą zaczyna odpływać coraz bardziej i bardziej. Ołowiane powieki zaczęły mu mimowolnie opadać, raz i drugi... trzeci...
Ktoś go szturchnął.
- Pytałem w którą teraz stronę.
Szczur przez chwilę spanikował bowiem przez krótką chwilę zdrzemnął się i nie wiedział gdzie jest, nie wiedział również dlaczego i po co... Synapsy zatrybiły w końcu niczym stare zardzewiałe zębatki w jakimś wiekowym mechanizmie. Poznawał tę ulicę.
- Prosto, a potem w lewo - nawigował Szczur wciąż walcząc z potworną sennością.
Kiedy dojechali do garażu Nosferatu niemal natychmiast zasnął i zsunął się w dół fotela.
Spoiler!
[center]***[/center]Horacy siedział roznegliżowany na głębokim drewnianym krześle oczekując na codzienne zabiegi upiększające serwowane zaraz po przebudzeniu przez Otta.
- Idę na miasto na pogrzeb Starca i zapewne w tym zatrutym wężowisku już dzisiaj pozostanę, więc włącz coś subtelnego i stosownego. - rzucił od niechcenia Horacy do karła.
Ten szybko zeskoczył ze stołeczka zostawiając na chwile tacę z przyborami do porannej toalety Horacego. Składały się na nie perfumy, małe eleganckie szczypce oraz... pudełko na robaki.
Po chwili, kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki karzełek powrócił do przerwanego zabiegu (https://www.youtube.com/watch?v=45JdWBfLsA8).
Przez chwilę panowało milczenie, przerwał je zaoferowany swoją robotą Otto.
- Dzisiaj mało, chociaż ten jest wyjątkowo duży - powiedział kiedy szczypce wyłowiły z ciała Nosferatu wijącego się osobnika niezwykle okazałych rozmiarów. Wrzucił go do pozostałych towarzyszy intensywnie wijących się w posrebrzanym pudełku z przykrywką, służącej niegdyś za cukiernicę. Tam przeważnie swobodnie sobie hasały w swoim towarzystwie aż do świtu kiedy to Otto zabierał je na ryby.
Karzełek lubił na nie wędkować i z jakichś niezrozumiałych dla Horacego przyczyn bardzo go to uspokajało.
Kiedy Horacy uznał, że wszystkie poranne zabiegi zostały wreszcie zakończone wstał i założył białą maskę. Karzełek przyniósł mu jak co nocy nowe wyprane ubranie. To była kolosalna różnica między przyzwyczajeniami jego współklanowców a nim. Jednak długie nieżycie nauczyło go nie popełniać głupiego błędu polegającego na zostawianiu zapachu w wytwornych miejscach w których bywał. To mogło się bardzo źle skończyć no i przecież artystyczna dusza zobowiązywała...
- Daj dziś jakieś odświętne, światłoodporne odzienie, bo czuję że będę zabijał w towarzystwie. No wiesz... tych wszystkich, którzy byli cię dzisiaj łaskawi porwać i otruć.
Zapadła niezręczna chwila ciszy między Horacym a jego ghulem.
[center]"...Another wrong goodbye and a hundred sailors
That deep blue sky is my home..."[/center]
- Nie mówi się już odzienie to archaizm. Może kupisz sobie w takim razie biały garnitur, będzie doskonały... na spacery w kanałach. - rzucił karzełek przerywając milczenie w trakcie poprawiania fałd ubrania.
Zarechotali obaj. Po czym znów zapadła krótka cisza.
- W czyim towarzystwie, jeśli wolno spytać chyba nie Face-offa? - kontynuował Otto.
- Nie, nie... Face-offa już z nami nie ma. Towarzyszyć mi będzie trzech bardzo ekscentrycznych dżentelmenów z poza miasta... - zrobił pauzę obserwując dyskretnie zaskoczenie karła i celowo zostawiając najlepsze na koniec - ...oraz jedna dama.
Karzeł o mało nie wypuścił tacy z robakami i spojrzał z niewypowiedzianym niepokojem na Horacego.
[center]"...She left in the fall, that's her picture on the wall
She always had that little drop of poison..."[/center]
- Spokojnie Otto, tym razem nikt między nas dwóch nie wejdzie. Obiecuję. - uśmiechnął się przyjaźnie pod maską chcąc zataić kłamstwo.
- I nie będziesz stosował na mnie chwytów z pięciu filarów władzy, ojcze... - zapytał niezwykle złośliwie karzełek, przeciągając z dziwnym zgrzytem w głosie ostatnie słowo.
- Skąd wiesz o... - Horacy zamarł z przerażeniem zdając sobie sprawę, że ten zgrzyt w głosie brzmiał zupełnie jak głos Rustyego.
[center]"A rat always knows when he's in with weasels
Here you lose a little every day"[/center]
Przerażony odwrócił się na pięcie w kierunku karła i wtedy... wtedy właśnie się obudził.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Wszyscy oprócz Ravnosa zasnęli na siedzeniach. Mistyk spojrzał na kruka, który również wyglądał na ptaka, który bardzo potrzebuje odpoczynku. Postanowił ułożyć wszystkich wygodnie na siedzeniach, no, prawie wszystkich - zdecydował, że lepiej nie ruszać Mordercy. Gdy skończył rozejrzał się po nowym otoczeniu. Horacy zaprowadził ich w jeden z większych i opuszczonych blaszaków znajdujących się z daleka od aglomeracji miejskiej. W pomieszczeniu panował półmrok. Powietrze przesycone było wonią oleju i kurzu. Na jednej ze ścian wisiało kilka narzędzi, pod drugą stał mop w cynowym wiadrze, tuż obok zaś znajdowała się poobijana umywalka. Pomimo kilku niewielkich dziur i szczelin przez które wpadały do wewnątrz promienie słońca, miejsce wydawało się być względnie bezpieczne. Główny wjazd został zamknięty przez opuszczone jednoczęściowe drzwi, które zablokowane zostały przez łom, łańcuch z kłódką. Tylko ktoś o nieludzkiej sile lub wyposażony w elektronarzędzia byłby w stanie sforsować te zabezpieczania.
Dalsza inspekcja ujawniła istnienie kilkunastu pustych kanistrów, zwalonych na stertę w kącie, oraz stary i nieaktualny kalendarz, ze skąpo ubraną kobietą, Darshan odkrył także, że kiedyś musiał znajdować się tutaj jakiś mały warsztacik. Na podłodze udało mu się znaleźć wiele drobnych elementów, takich jak śrubki, podkładki oraz mniejsze części silników spalinowych.
Minęła ponad godzina, a Ravnos dalej nie czuł się senny. Cały czas coś podtrzymywało go dając siłę jakiej nigdy wcześniej nie czuł. Co jakiś czas spoglądał na zegarek czekając, aż słońce schowa się za horyzontem i będą mogli ruszać dalej. Około 20:21 ktoś pojawił się przed drzwiami do garażu i zapukał trzy razy w blaszane drzwi. Nieumarły postanowił nie zdradzać swojej obecności. Siedział więc cicho czekając na rozwój sytuacji.
Osoba, która była na zewnątrz na pewno nie mogła być Wampirem, ponieważ słońce dalej oświetlało całą okolicę. Po chwili pod drzwiami wsunęła się biała koperta, a postać oddaliła się. Ravnos nie ruszał się jeszcze przez kilka minut uprawniając się, że nikogo nie ma, po czym podszedł do zagadkowej koperty. Okazało się, że była zapieczętowana. Na laku odciśnięty był symbol:
[center]
[/center]
Wszyscy oprócz Ravnosa zasnęli na siedzeniach. Mistyk spojrzał na kruka, który również wyglądał na ptaka, który bardzo potrzebuje odpoczynku. Postanowił ułożyć wszystkich wygodnie na siedzeniach, no, prawie wszystkich - zdecydował, że lepiej nie ruszać Mordercy. Gdy skończył rozejrzał się po nowym otoczeniu. Horacy zaprowadził ich w jeden z większych i opuszczonych blaszaków znajdujących się z daleka od aglomeracji miejskiej. W pomieszczeniu panował półmrok. Powietrze przesycone było wonią oleju i kurzu. Na jednej ze ścian wisiało kilka narzędzi, pod drugą stał mop w cynowym wiadrze, tuż obok zaś znajdowała się poobijana umywalka. Pomimo kilku niewielkich dziur i szczelin przez które wpadały do wewnątrz promienie słońca, miejsce wydawało się być względnie bezpieczne. Główny wjazd został zamknięty przez opuszczone jednoczęściowe drzwi, które zablokowane zostały przez łom, łańcuch z kłódką. Tylko ktoś o nieludzkiej sile lub wyposażony w elektronarzędzia byłby w stanie sforsować te zabezpieczania.
Dalsza inspekcja ujawniła istnienie kilkunastu pustych kanistrów, zwalonych na stertę w kącie, oraz stary i nieaktualny kalendarz, ze skąpo ubraną kobietą, Darshan odkrył także, że kiedyś musiał znajdować się tutaj jakiś mały warsztacik. Na podłodze udało mu się znaleźć wiele drobnych elementów, takich jak śrubki, podkładki oraz mniejsze części silników spalinowych.
Minęła ponad godzina, a Ravnos dalej nie czuł się senny. Cały czas coś podtrzymywało go dając siłę jakiej nigdy wcześniej nie czuł. Co jakiś czas spoglądał na zegarek czekając, aż słońce schowa się za horyzontem i będą mogli ruszać dalej. Około 20:21 ktoś pojawił się przed drzwiami do garażu i zapukał trzy razy w blaszane drzwi. Nieumarły postanowił nie zdradzać swojej obecności. Siedział więc cicho czekając na rozwój sytuacji.
Osoba, która była na zewnątrz na pewno nie mogła być Wampirem, ponieważ słońce dalej oświetlało całą okolicę. Po chwili pod drzwiami wsunęła się biała koperta, a postać oddaliła się. Ravnos nie ruszał się jeszcze przez kilka minut uprawniając się, że nikogo nie ma, po czym podszedł do zagadkowej koperty. Okazało się, że była zapieczętowana. Na laku odciśnięty był symbol:
[center]
[/center][center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
WV Martinsburg, Solarproof Limuzyna, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Mimo ciemności, w których się skrywali, obecność słońca była silnie wyczuwalna. Darshan uświadomił sobie, że już wiele lat temu zapomniał czym właściwie różni się dzień od nocy. Kiedyś, kiedy jeszcze jego serce biło, korzystał z walorów jednego i drugiego. Nie preferował ani jednej ani drugiej strony. Niedawne wspomnienie widzianego przez szybę samochodu, rozjaśnionego promieniami słonecznymi świata wzbudziło w mistyku coś na kształt tęsknoty.
Nie była to jednak prawdziwa tęsknota, tak naprawdę nic mu nie brakowało. Po prostu przypomniał sobie coś bardzo prawdziwego, co kiedyś zajmowało centralny punkt w jego doświadczeniu rzeczywistości a czemu nie poświęcał ostatnio wiele czasu. To nietypowe zdarzenie odebrał symbolicznie. Przebłysk prawdy. Iskra światła w tym zaduchu kłamstw i hipokryzji.
Z zaniedbywalnie małym poczuciem dyskomfortu, ułożył ciała członków koterii, by dzienny wypoczynek spędzali w nieco bardziej godnych pozach. Ślad dyskomfortu budziła w nim myśl, o tym jak zareagują ich umysły kiedy uświadomią sobie, że w czasie ich drzemki, dotykał ich złodziej. Było to jednak na tyle mało istotne, że nie wpłynęło na jego działania. Horacy sparawiał pewne trudności. Darshan nie wiedział na ile wrażliwe jest ciało Nosferatu na bodźce mechaniczne. Układając go był więc wyjątkowo ostrożny i przeznaczył na to znacznie więcej czasu niż na pozostałych. Assamitę zostawił w spokoju. Był pewien, że on czuł by się zdecydowanie mniej godnie, będąc "poprawionym" przez niewiernego niż ćwierć leżąc, ćwierć wisząc i półsiedząc z przekrzywioną głową i zlepionymi krwią włosami. Przez szacunek dla jego klanu i jego samego, pozostawił go w spokoju.
Sprawdziwszy wnętrze pomieszczenia, usiadł aby pomedytować. Zanim jednak zdołał pogrążyć się w świecie subtelnych, nieodczuwalnych konwencjonalnymi zmysłami wrażeń, rozległo się pukanie. Kiedy nie odpowiedział, przez szparę w drzwiach, maleńką, jasną szczelinę, wsunęła się do wewnątrz koperta.
Po kilku minutach ciszy, Hindus wstał, podniósł tajemniczą korespondencję i położył ją na desce rozdzielczej samochodu. Nie zamierzał jej otwierać póki inni się nie przebudzą.
Mimo ciemności, w których się skrywali, obecność słońca była silnie wyczuwalna. Darshan uświadomił sobie, że już wiele lat temu zapomniał czym właściwie różni się dzień od nocy. Kiedyś, kiedy jeszcze jego serce biło, korzystał z walorów jednego i drugiego. Nie preferował ani jednej ani drugiej strony. Niedawne wspomnienie widzianego przez szybę samochodu, rozjaśnionego promieniami słonecznymi świata wzbudziło w mistyku coś na kształt tęsknoty.
Nie była to jednak prawdziwa tęsknota, tak naprawdę nic mu nie brakowało. Po prostu przypomniał sobie coś bardzo prawdziwego, co kiedyś zajmowało centralny punkt w jego doświadczeniu rzeczywistości a czemu nie poświęcał ostatnio wiele czasu. To nietypowe zdarzenie odebrał symbolicznie. Przebłysk prawdy. Iskra światła w tym zaduchu kłamstw i hipokryzji.
Z zaniedbywalnie małym poczuciem dyskomfortu, ułożył ciała członków koterii, by dzienny wypoczynek spędzali w nieco bardziej godnych pozach. Ślad dyskomfortu budziła w nim myśl, o tym jak zareagują ich umysły kiedy uświadomią sobie, że w czasie ich drzemki, dotykał ich złodziej. Było to jednak na tyle mało istotne, że nie wpłynęło na jego działania. Horacy sparawiał pewne trudności. Darshan nie wiedział na ile wrażliwe jest ciało Nosferatu na bodźce mechaniczne. Układając go był więc wyjątkowo ostrożny i przeznaczył na to znacznie więcej czasu niż na pozostałych. Assamitę zostawił w spokoju. Był pewien, że on czuł by się zdecydowanie mniej godnie, będąc "poprawionym" przez niewiernego niż ćwierć leżąc, ćwierć wisząc i półsiedząc z przekrzywioną głową i zlepionymi krwią włosami. Przez szacunek dla jego klanu i jego samego, pozostawił go w spokoju.
Sprawdziwszy wnętrze pomieszczenia, usiadł aby pomedytować. Zanim jednak zdołał pogrążyć się w świecie subtelnych, nieodczuwalnych konwencjonalnymi zmysłami wrażeń, rozległo się pukanie. Kiedy nie odpowiedział, przez szparę w drzwiach, maleńką, jasną szczelinę, wsunęła się do wewnątrz koperta.
Po kilku minutach ciszy, Hindus wstał, podniósł tajemniczą korespondencję i położył ją na desce rozdzielczej samochodu. Nie zamierzał jej otwierać póki inni się nie przebudzą.
Medytuję sobie aż się inni przebudzą.
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Ostatnie myśli cichną, zapadając się w ruchome piaski nieświadomości. Pozostają tylko obrazy. Wirujące, porwane, kalekie... Odpryski pamięci, dryfujące pomiędzy świadomością i czernią. Koszmary, które nie pomogą zapamiętać, lecz które także nie pozwolą zapomnieć...
Ciemność zmieszana z deszczem. Zapach wilgotnej ziemi i liści. Ciemna sylwetka na granicy pola widzenia. Błysk i wystrzał. Ponownie czuje ból, gdy kula przebija skórę pod łopatką, wędrując poprzez klatkę piersiową, druzgoce kości i rozrywa mięśnie. Wypluwa krew, próbuje połknąć resztę i krztusi się... Bowiem, co przełyka nie jest już krwią, lecz poszarpanymi odpryskami luster. Czuje ból, gdy szkło wbija mu się w podniebienie i pada na kolana, starając się wykrztusić resztę... Ostre krawędzie przebijają gardło i przecinają język, wbijają się głęboko w dziąsła... Wciąż nie ma krwi. Wczepiając palce w ziemię, próbuje pozbyć się ciernistych odłamków. Gdzieś, wewnątrz tego szkarłatnego piekła słyszy delikatny brzęk z jakim zwierciadła spadają na ziemię...
[center]
[/center]
Przed jego oczyma, niczym monstrualny fraktal obłędu, rozrasta się upiorna układanka strzaskanych luster. Schwytane w nie odbicia są wykrzywione, ułomne - niekończąca się parada masek w teatrze śmierci. Pomiędzy kolejnymi torsjami widzi twarze Niewiernych... Czasami czerwone od krwi, czasami wykrzywione w podnieceniu lub nienaturalnie spokojne, napięte... Emocje, których nie potrafi pojąć, usta szepczące słowa, których nie może usłyszeć... Amir, Christian Pain, Koteria Klienta, cała czwórka... Hogax... Spiro... I ci, których imion nie pamięta teraz... Niektórych z nich zabił. Niektórych zabije jeszcze... Lecz teraz, z wirze koszmaru wszyscy oni powracają, na podobieństwo gorączki trawiącej umysł... Spojrzenia, od których pragnąłby się uwolnić, a które prześladują go... Chciwe, kalkulujące, namiętne, spragnione władzy, bogactwa, krwi swych bliskich... Podnosi głowę i rozgląda się. Torsje ustają, choć nadal... Nie czuje smaku krwi - tylko piach. Teraz widzi, że klęczy nad brzegiem Czarnej Rzeki. Ciemny nurt przetacza się blisko, na wyciągnięcie ręki. Czołgając się na rękach i kolanach, próbuje dosięgnąć go, lecz wtedy woda cofa się gwałtownie, a przestrzeń zaczyna wypełniać się blaskiem. I wie, nawet nie podnosząc głowy, wie, że słońce - które jest matką i ojcem kłamstwa - znalazło drogę do tego miejsca. I teraz wznosi się nad horyzontem, niczym zwiastun zagłady.
Zwija się na ziemi, starając się osłonić oczy, lecz światło i tak znajduje drogę... Tak jakby jego ciało stało się transparentne... Niczym kryształ, lub szkło, lub lustro pozbawione warstwy srebra... Ciemność pod powiekami przechodzi w purpurę, gdy ta rzecz - której nie umie wyobrazić sobie nawet w snach - pełznie powoli przez nieboskłon. Bezlitosny blask przenika mięśnie i kości, dociera do żył i wysysa mrok... A czarna rzeka... Czarna rzeka wysycha, pozostawiając na piasku skryte w głębinach kości... Ostatkiem sił dźwiga się na kolana, szukająca ślepo dłoń natrafia na odłamek lustra - długi i wygięty, niczym ostrze khanjar.
- Nie wierzę w ciebie... - szepce chrapliwie i trzymając szkło oburącz, wbija je w swój splot słoneczny. Podciąga prawą rękę w górę, rozcinając klatkę piersiową i serce.
Krew, nareszcie czuje smak krwi. I uśmiecha się, widząc, jak ciemność jego martwego serca wypływa z rany i spada na lustra - a one gasną, już na zawsze, na zawsze... Fala płynnej czerni spływa ku wysuszonemu korytu rzeki i wypełnia je na powrót.
- Nigdy nie uwierzę... - powtarza, patrząc na martwe lustra... Na krew na swych rękach... Na ciemność, rzekę ciemności, która powraca, a później...
[center]Umiera?
Budzi się?
Otwiera oczy... [/center]
Ostatnie myśli cichną, zapadając się w ruchome piaski nieświadomości. Pozostają tylko obrazy. Wirujące, porwane, kalekie... Odpryski pamięci, dryfujące pomiędzy świadomością i czernią. Koszmary, które nie pomogą zapamiętać, lecz które także nie pozwolą zapomnieć...
Ciemność zmieszana z deszczem. Zapach wilgotnej ziemi i liści. Ciemna sylwetka na granicy pola widzenia. Błysk i wystrzał. Ponownie czuje ból, gdy kula przebija skórę pod łopatką, wędrując poprzez klatkę piersiową, druzgoce kości i rozrywa mięśnie. Wypluwa krew, próbuje połknąć resztę i krztusi się... Bowiem, co przełyka nie jest już krwią, lecz poszarpanymi odpryskami luster. Czuje ból, gdy szkło wbija mu się w podniebienie i pada na kolana, starając się wykrztusić resztę... Ostre krawędzie przebijają gardło i przecinają język, wbijają się głęboko w dziąsła... Wciąż nie ma krwi. Wczepiając palce w ziemię, próbuje pozbyć się ciernistych odłamków. Gdzieś, wewnątrz tego szkarłatnego piekła słyszy delikatny brzęk z jakim zwierciadła spadają na ziemię...
[center]
[/center]Przed jego oczyma, niczym monstrualny fraktal obłędu, rozrasta się upiorna układanka strzaskanych luster. Schwytane w nie odbicia są wykrzywione, ułomne - niekończąca się parada masek w teatrze śmierci. Pomiędzy kolejnymi torsjami widzi twarze Niewiernych... Czasami czerwone od krwi, czasami wykrzywione w podnieceniu lub nienaturalnie spokojne, napięte... Emocje, których nie potrafi pojąć, usta szepczące słowa, których nie może usłyszeć... Amir, Christian Pain, Koteria Klienta, cała czwórka... Hogax... Spiro... I ci, których imion nie pamięta teraz... Niektórych z nich zabił. Niektórych zabije jeszcze... Lecz teraz, z wirze koszmaru wszyscy oni powracają, na podobieństwo gorączki trawiącej umysł... Spojrzenia, od których pragnąłby się uwolnić, a które prześladują go... Chciwe, kalkulujące, namiętne, spragnione władzy, bogactwa, krwi swych bliskich... Podnosi głowę i rozgląda się. Torsje ustają, choć nadal... Nie czuje smaku krwi - tylko piach. Teraz widzi, że klęczy nad brzegiem Czarnej Rzeki. Ciemny nurt przetacza się blisko, na wyciągnięcie ręki. Czołgając się na rękach i kolanach, próbuje dosięgnąć go, lecz wtedy woda cofa się gwałtownie, a przestrzeń zaczyna wypełniać się blaskiem. I wie, nawet nie podnosząc głowy, wie, że słońce - które jest matką i ojcem kłamstwa - znalazło drogę do tego miejsca. I teraz wznosi się nad horyzontem, niczym zwiastun zagłady.
Zwija się na ziemi, starając się osłonić oczy, lecz światło i tak znajduje drogę... Tak jakby jego ciało stało się transparentne... Niczym kryształ, lub szkło, lub lustro pozbawione warstwy srebra... Ciemność pod powiekami przechodzi w purpurę, gdy ta rzecz - której nie umie wyobrazić sobie nawet w snach - pełznie powoli przez nieboskłon. Bezlitosny blask przenika mięśnie i kości, dociera do żył i wysysa mrok... A czarna rzeka... Czarna rzeka wysycha, pozostawiając na piasku skryte w głębinach kości... Ostatkiem sił dźwiga się na kolana, szukająca ślepo dłoń natrafia na odłamek lustra - długi i wygięty, niczym ostrze khanjar.
- Nie wierzę w ciebie... - szepce chrapliwie i trzymając szkło oburącz, wbija je w swój splot słoneczny. Podciąga prawą rękę w górę, rozcinając klatkę piersiową i serce.
Krew, nareszcie czuje smak krwi. I uśmiecha się, widząc, jak ciemność jego martwego serca wypływa z rany i spada na lustra - a one gasną, już na zawsze, na zawsze... Fala płynnej czerni spływa ku wysuszonemu korytu rzeki i wypełnia je na powrót.
- Nigdy nie uwierzę... - powtarza, patrząc na martwe lustra... Na krew na swych rękach... Na ciemność, rzekę ciemności, która powraca, a później...
[center]Umiera?
Budzi się?
Otwiera oczy... [/center]
Ostatnio zmieniony 25 stycznia 2016, 12:23 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Hypnosa 11.08.1993
Przechadzali się spokojnie po parku, rozglądając się dookoła, szukając jednego z kruków AtraHasisa. Było gorąco, niebo spowite ciężkimi, czarnymi chmurami, przez które raz po raz widać było ogniste światło, kotłujące się na ich powierzchni. Drzewa wokół zdawały się być zmęczone, gdyż ich gałęzie ospale zwisały, gdzieniegdzie dotykając trawnika. Ich gęste liście tak nisko opuszczone sprawiały wrażenie solidnych ścian i bardzo szybko koteria Reda zrozumiała, że wędruje po dziwnym, zielonym labiryncie.
Wyszli na niewielki skwer, po którym krzątało się kilka grup Kainitów. Wszyscy zdawali się czegoś szukać, jednocześnie udając, że nic takiego nie ma miejsca. Terry nie znał większości z nich, jednak niektóre spośród twarzy udało mu się rozpoznać jako wampiry Zachodniej Virginii. Gdy dotarli na środek placu, zobaczyli na ziemi mozaikę, przedstawiającą kruka. W tej samej chwili dookoła nich zabrzmiał zbiorowy jęk rezygnacji i Kainici ze spuszczonymi głowami zaczęli się rozchodzić. Kilkoro z nich jednak chytrze ukryło się w krzakach, jedynie udając.
Zebrali się dookoła dziwnego obrazka, a Malkavian dopiero teraz zauważył, że ten podłogowy witraż ułożony został z setek szklanych oczu. Horacy zachichotał na ten widok, a Łowca oznajmił, że pójdzie sprawdzić teren. Czarna Victoria zaczęła analizować znalezisko, jednocześnie rozstawiając wszystkich na właściwych im pozycjach. Nowy Ravnos spojrzał tylko, zrozumiał i... stracił zainteresowanie.
Przez chwilę próbowali uzgodnić co powinni zrobić z nowym znaleziskiem, ale wtedy kruk z obrazka zwyczajnie z niego wyszedł i stanął między nimi, dołączając do ich burzy mózgów. W międzyczasie wrócił do nich Darth Namtar, pokazując kilka fiolek, wewnątrz których smutno siedzieli jeszcze przed chwilą pochowani w krzakach spokrewnieni. "Nie będą już nam przeszkadzać".
Kruk odezwał się, lecz zamiast słów, z jego dzioba spłynęły barwy. Mroczna Pani wnet pojęła wskazówkę i dotknęła najbliższego oka o opisywanym przez kruka kolorze. Wzór zmienił się. Teraz przedstawiał Don Ottona, który podobnie jak wcześniej kruk, wstał ze swojego miejsca i podszedł do swojego taty. Ten chwycił go mocno i przytulił. Następnie chwycił jego dłoń i razem, wesoło podskakując pobiegli gdzieś między drzewa. Nikt jednak nie wyglądał jakby go to dziwiło, odprowadzili go tylko wzrokiem i znów spojrzeli na układankę.
Kruk dalej dyktował barwy, a robił to z taką intensywnością, że na dziobie porobiły mu się już zacieki i teraz wyglądał już raczej jak paleta malarska. Oczy przeskakiwały pomiędzy sobą, za każdym razem gdy ktoś któregoś z nich dotknął. Wzór zmieniał się, z każdym kolejnym kolorem. Nie minęło dużo czasu, jak z kolorowych kuleczek ułożyło się jakieś opasłe tomisko w skórę oprawione i zabezpieczone elektronicznym zamkiem. Terry podniósł księgę z ziemi, chociaż bardziej czuł się jakby ją musiał odkleić, kiedy ułożony ze szklanych oczu obrazek zyskiwał dodatkowy wymiar. Darshan zajął się sprawnie i szybko fikuśnym zabezpieczeniem, po czym wspólnie zaczęli przeglądać zawartość księgi.
Jej literki zaczęły się rozpływać prze oczami Terryego i nie umiał wyłowić z niej nawet pojedynczego słowa. Nie długo zresztą mu było dane próbować, bo chwilę później Darth Namtar eksplodował, zamieniając się w chmurę tysięcy krwistych kropel i topiąc w nich twarz Malkaviana. Po chwili jednak czerwona mżawka na powrót stała się Łowcą, który zmaterializował w swych dłoniach broń i oddał z niej strzał. A kiedy to się stało, chmury nad ich głowami zaczęły się rozstępować i płynny ogień przed którym ich chroniły powoli zaczął skapywać na ziemię.
Kruk o kolorowym dziobie tym razem nie krzyczał, a sam wskoczył na mozaikę, wybierając dokładnie których z kulek mają dotknąć jego łapki. Po chwili wzór znów się zmienił, tym razem jednak ujrzeli domek, z okna którego machał do nich Horacy, zapraszając ich gestem ręki. Nie czekając, poczęli kolejno wskakiwać do obrazka, uciekając przed śmiercionośnym deszczem ognia.
Wewnątrz chatki Horacy przywitał ich serdecznie, i polecił się rozluźnić. Rozsiedli się więc wygodnie i ze śmiechem zaczęli wspominać swoją przygodę. Szczególny podziw Terryego wywołała postawa Mordercy, który zrobił to co było słuszne, pomimo tego, że rozproszył tym ciemność, tak sobie drogą. Podziękował mu więc za to, ale Mroczny Jedi posmutniał tylko, więc Terry opowiedział mu dowcip. Zaśmiali się serdecznie, po czym się obudził.
Przechadzali się spokojnie po parku, rozglądając się dookoła, szukając jednego z kruków AtraHasisa. Było gorąco, niebo spowite ciężkimi, czarnymi chmurami, przez które raz po raz widać było ogniste światło, kotłujące się na ich powierzchni. Drzewa wokół zdawały się być zmęczone, gdyż ich gałęzie ospale zwisały, gdzieniegdzie dotykając trawnika. Ich gęste liście tak nisko opuszczone sprawiały wrażenie solidnych ścian i bardzo szybko koteria Reda zrozumiała, że wędruje po dziwnym, zielonym labiryncie.
Wyszli na niewielki skwer, po którym krzątało się kilka grup Kainitów. Wszyscy zdawali się czegoś szukać, jednocześnie udając, że nic takiego nie ma miejsca. Terry nie znał większości z nich, jednak niektóre spośród twarzy udało mu się rozpoznać jako wampiry Zachodniej Virginii. Gdy dotarli na środek placu, zobaczyli na ziemi mozaikę, przedstawiającą kruka. W tej samej chwili dookoła nich zabrzmiał zbiorowy jęk rezygnacji i Kainici ze spuszczonymi głowami zaczęli się rozchodzić. Kilkoro z nich jednak chytrze ukryło się w krzakach, jedynie udając.
Zebrali się dookoła dziwnego obrazka, a Malkavian dopiero teraz zauważył, że ten podłogowy witraż ułożony został z setek szklanych oczu. Horacy zachichotał na ten widok, a Łowca oznajmił, że pójdzie sprawdzić teren. Czarna Victoria zaczęła analizować znalezisko, jednocześnie rozstawiając wszystkich na właściwych im pozycjach. Nowy Ravnos spojrzał tylko, zrozumiał i... stracił zainteresowanie.
Przez chwilę próbowali uzgodnić co powinni zrobić z nowym znaleziskiem, ale wtedy kruk z obrazka zwyczajnie z niego wyszedł i stanął między nimi, dołączając do ich burzy mózgów. W międzyczasie wrócił do nich Darth Namtar, pokazując kilka fiolek, wewnątrz których smutno siedzieli jeszcze przed chwilą pochowani w krzakach spokrewnieni. "Nie będą już nam przeszkadzać".
Kruk odezwał się, lecz zamiast słów, z jego dzioba spłynęły barwy. Mroczna Pani wnet pojęła wskazówkę i dotknęła najbliższego oka o opisywanym przez kruka kolorze. Wzór zmienił się. Teraz przedstawiał Don Ottona, który podobnie jak wcześniej kruk, wstał ze swojego miejsca i podszedł do swojego taty. Ten chwycił go mocno i przytulił. Następnie chwycił jego dłoń i razem, wesoło podskakując pobiegli gdzieś między drzewa. Nikt jednak nie wyglądał jakby go to dziwiło, odprowadzili go tylko wzrokiem i znów spojrzeli na układankę.
Kruk dalej dyktował barwy, a robił to z taką intensywnością, że na dziobie porobiły mu się już zacieki i teraz wyglądał już raczej jak paleta malarska. Oczy przeskakiwały pomiędzy sobą, za każdym razem gdy ktoś któregoś z nich dotknął. Wzór zmieniał się, z każdym kolejnym kolorem. Nie minęło dużo czasu, jak z kolorowych kuleczek ułożyło się jakieś opasłe tomisko w skórę oprawione i zabezpieczone elektronicznym zamkiem. Terry podniósł księgę z ziemi, chociaż bardziej czuł się jakby ją musiał odkleić, kiedy ułożony ze szklanych oczu obrazek zyskiwał dodatkowy wymiar. Darshan zajął się sprawnie i szybko fikuśnym zabezpieczeniem, po czym wspólnie zaczęli przeglądać zawartość księgi.
Jej literki zaczęły się rozpływać prze oczami Terryego i nie umiał wyłowić z niej nawet pojedynczego słowa. Nie długo zresztą mu było dane próbować, bo chwilę później Darth Namtar eksplodował, zamieniając się w chmurę tysięcy krwistych kropel i topiąc w nich twarz Malkaviana. Po chwili jednak czerwona mżawka na powrót stała się Łowcą, który zmaterializował w swych dłoniach broń i oddał z niej strzał. A kiedy to się stało, chmury nad ich głowami zaczęły się rozstępować i płynny ogień przed którym ich chroniły powoli zaczął skapywać na ziemię.
Kruk o kolorowym dziobie tym razem nie krzyczał, a sam wskoczył na mozaikę, wybierając dokładnie których z kulek mają dotknąć jego łapki. Po chwili wzór znów się zmienił, tym razem jednak ujrzeli domek, z okna którego machał do nich Horacy, zapraszając ich gestem ręki. Nie czekając, poczęli kolejno wskakiwać do obrazka, uciekając przed śmiercionośnym deszczem ognia.
Wewnątrz chatki Horacy przywitał ich serdecznie, i polecił się rozluźnić. Rozsiedli się więc wygodnie i ze śmiechem zaczęli wspominać swoją przygodę. Szczególny podziw Terryego wywołała postawa Mordercy, który zrobił to co było słuszne, pomimo tego, że rozproszył tym ciemność, tak sobie drogą. Podziękował mu więc za to, ale Mroczny Jedi posmutniał tylko, więc Terry opowiedział mu dowcip. Zaśmiali się serdecznie, po czym się obudził.
Ostatnio zmieniony 25 stycznia 2016, 11:31 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Nagły Atak Słońca 11.08.1993
Otworzył oczy i skrzywił się, czując w ustach smak popiołu. Wrażenie to zbyt mocno przypominało ostatni koszmar. Zlustrował wzrokiem pogrążone w mroku wnętrze garażu. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. Darshan medytował pod ścianą siedząc na nagiej, betonowej podłodze. Assamita wstał więc, chowając pistolet do kabury i przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy. Strzępy snu kotłowały się jeszcze przez chwilę w jego głowie i skrzywił się ponownie, wspominając powrót słońca. Zarówno sen jak i jawa wpędziły go w dość ponury nastrój. Zwykle zabijanie pomagało w takich wypadkach - teraz jednak nie było na to co liczyć. Korzystając z chwili względnej samotności - gdy większość Koterii Klienta pogrążona była we śnie - uklęknął na ziemi i zmówił cichą modlitwę po arabsku. Pomogło o wiele mniej, niżby sobie tego życzył. Nawet szepcząc słowa Zir, nie mógł zapomnieć tego przeklętego, nienaturalnego blasku...
Podniósł się i skierował w stronę poobijanego zlewu, zawieszonego w kącie. Zdjął kurtkę i odkręcił kurek. Czekając, aż skrzypiące i powarkujące rury wyplują żółtawą ciecz, ściągnął również podkoszulek. Tak jak przewidywał, poszarpany materiał nie nadawał się już do niczego, poza być może, wytarciem podłogi. Zaklął pod nosem i zaczął zmywać zaschniętą krew z ramion, klatki piersiowej i brzucha. Nie przypominało to co prawda wzięcia prysznica, za czym tęsknił, ale przynajmniej była to woda...
[center]
[/center]
Przemył twarz i potrząsnął głową, rozchlapując dookoła deszcz kropel. W myślach starał się ustalić dalszy plan działania:
Zacerować kurtkę: nie mogę chodzić po mieście z dziurą na klacie, nawet ślepy zauważy, że coś jest nie tak... Przeładować broń, dobrze by było ją wyczyścić... Ciekawe, czy zdążę, nim się obudzą... Później zdobyć krew, ta, potrzebuję krwi... I odzyskać motor, niekoniecznie w tej kolejności... Przeklęte słońce, al'ama...* Nie ważne, skup się na tym co masz zrobić... Neik, wszystko wzięło w łeb... Chyba, że...
Wzrok Mordercy pobiegł ku postaci siedzącego w pozycji lotosu mistyka. Chwilę jeszcze wahał się, następnie podszedł do niego i usiadł po turecku naprzeciwko. Z kieszeni wyciągnął dratwę z igłą i zaczął zszywać rozdarcia w pancerzu. Nie lubił marnować czasu rozmawiając z Niewiernymi. Choć tym razem dodatkowe miało pomóc mu zamaskować zdenerwowanie, które ogarniało go na myśl, że mógłby do kogoś z nich odezwać się prywatnie...
- 'afwan, kufr...** - zaczął z wyraźnym wahaniem, tak jakby nie był pewien, czy odzywanie się do Niewiernego jest w ogóle dobrym pomysłem. - Znasz się na iluzjach, nie?
Było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie i Assamita kontynuował nie czekając na odpowiedź.
- Więc pomyślałem... Że może wiesz co zrobić, żeby słońce... No wiesz, żeby przestało istnieć?
Usłyszawszy pytanie Assaminty, mistyk musiał na chwilę zatrzymać na nim wzrok i się zastanowić. Jego postawa i ton głosu wskazywały na to, że on pytał poważnie. Może bez przekonania i wiary w realne powodzenie takiego przedsięwzięcia, ale jednak na poważnie. Namtar pytał o sprawę, która była dla niego ważna i to w dodatku nie łączyła się z Kontraktem. Było to chyba więc najbliższe temu co można by nazwać sprawami osobistymi a sam fakt, że zadał to pytanie jemu, musiał być najbliższym odpowiednikiem akceptacji jakie Hindus mógł się spodziewać. Postanowił więc potraktować pytanie jak najbardziej poważenie.
- Jak sam powiedziałeś, "żeby przestało istnieć", mimo tego, że wiesz, że ono nie istnieje. Sprawa nie jest taka prosta. Słońce jest integralną częścią materii, jest jedną z jej sił sprawczych. Percepcja wierząc w prawdziwość materii utrzymuje jej istnienie, mimo że iluzoryczne. Istotą istnienia iluzji jest właśnie wiara, nie tylko Twoja ale i wszystkich innych istot. Dlatego dopóki Twój duch zamieszkuje ciało, dopóty będziesz doświadczać tego iluzorycznego świata. Twój duch zagłębił się w niego. Twoje wrażenia wewnętrzne, myśli i emocje też na pewnym poziomie są tylko iluzją, przejawiają się właśnie w tym świecie. Poza nim nie istniały by.
- Słońce jest integralną częścią tej rzeczywistości. Zniszczenie jego wymagało by pokonania wiary wielu percepcji, które podtrzymują jego siłę. Wymagało by to potężnej mocy, wielokrotnie przewyższającej moc jakiegokolwiek wampira łącznie z Kainem.
- Nie da się więc istnieć bez słońca. Koniec słońca będzie oznaczał koniec istnienia. Dla Ciebie sprawa jest jednak prosta. Jesteś duchem, który zrodził się poza tym światem. Wewnętrznie czujesz więc, że jest on nieprawdziwy. Podążasz ścieżką, która uwolni Cię od iluzji. Stanie się to kiedy Twój duch opuści tą doczesną skorupę, kiedy znajdziesz honorową śmierć.
Skończył wypowiedź Darshan patrząc jeszcze przez chwilę w oczy Assamicie, obserwując jego reakcję.
- Rozumiem - odparł Morderca spokojnie, wydawało się, że wyjaśnienie Ravnosa w jakiś sposó trafiło do niego. Przynajmniej w ostatniej części. - Będę musiał to przemyśleć. Shukran***
Skinął głową i wrócił do reperowania rozdarcia. Przez chwilę zaszywał je miarowymi, spokojnymi ruchami, najwyraźniej rozważając to, co usłyszał. W końcu jednak zapytał, jakby tchnięty nową myślą.
- Jeśli chodzi o śledztwo... Jest coś o czym powinienem wiedzieć?
Darshan skinął głową i zaczął wyjaśniać Assamicie te same sprawy, które przekazał wcześniej pozostałym członkom Koterii Red'a.
**arab. Przepraszam, Niewierny...
*** arab. Dziękuję
Otworzył oczy i skrzywił się, czując w ustach smak popiołu. Wrażenie to zbyt mocno przypominało ostatni koszmar. Zlustrował wzrokiem pogrążone w mroku wnętrze garażu. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku. Darshan medytował pod ścianą siedząc na nagiej, betonowej podłodze. Assamita wstał więc, chowając pistolet do kabury i przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy. Strzępy snu kotłowały się jeszcze przez chwilę w jego głowie i skrzywił się ponownie, wspominając powrót słońca. Zarówno sen jak i jawa wpędziły go w dość ponury nastrój. Zwykle zabijanie pomagało w takich wypadkach - teraz jednak nie było na to co liczyć. Korzystając z chwili względnej samotności - gdy większość Koterii Klienta pogrążona była we śnie - uklęknął na ziemi i zmówił cichą modlitwę po arabsku. Pomogło o wiele mniej, niżby sobie tego życzył. Nawet szepcząc słowa Zir, nie mógł zapomnieć tego przeklętego, nienaturalnego blasku...
Podniósł się i skierował w stronę poobijanego zlewu, zawieszonego w kącie. Zdjął kurtkę i odkręcił kurek. Czekając, aż skrzypiące i powarkujące rury wyplują żółtawą ciecz, ściągnął również podkoszulek. Tak jak przewidywał, poszarpany materiał nie nadawał się już do niczego, poza być może, wytarciem podłogi. Zaklął pod nosem i zaczął zmywać zaschniętą krew z ramion, klatki piersiowej i brzucha. Nie przypominało to co prawda wzięcia prysznica, za czym tęsknił, ale przynajmniej była to woda...
[center]
[/center]Przemył twarz i potrząsnął głową, rozchlapując dookoła deszcz kropel. W myślach starał się ustalić dalszy plan działania:
Zacerować kurtkę: nie mogę chodzić po mieście z dziurą na klacie, nawet ślepy zauważy, że coś jest nie tak... Przeładować broń, dobrze by było ją wyczyścić... Ciekawe, czy zdążę, nim się obudzą... Później zdobyć krew, ta, potrzebuję krwi... I odzyskać motor, niekoniecznie w tej kolejności... Przeklęte słońce, al'ama...* Nie ważne, skup się na tym co masz zrobić... Neik, wszystko wzięło w łeb... Chyba, że...
Wzrok Mordercy pobiegł ku postaci siedzącego w pozycji lotosu mistyka. Chwilę jeszcze wahał się, następnie podszedł do niego i usiadł po turecku naprzeciwko. Z kieszeni wyciągnął dratwę z igłą i zaczął zszywać rozdarcia w pancerzu. Nie lubił marnować czasu rozmawiając z Niewiernymi. Choć tym razem dodatkowe miało pomóc mu zamaskować zdenerwowanie, które ogarniało go na myśl, że mógłby do kogoś z nich odezwać się prywatnie...
- 'afwan, kufr...** - zaczął z wyraźnym wahaniem, tak jakby nie był pewien, czy odzywanie się do Niewiernego jest w ogóle dobrym pomysłem. - Znasz się na iluzjach, nie?
Było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie i Assamita kontynuował nie czekając na odpowiedź.
- Więc pomyślałem... Że może wiesz co zrobić, żeby słońce... No wiesz, żeby przestało istnieć?
Usłyszawszy pytanie Assaminty, mistyk musiał na chwilę zatrzymać na nim wzrok i się zastanowić. Jego postawa i ton głosu wskazywały na to, że on pytał poważnie. Może bez przekonania i wiary w realne powodzenie takiego przedsięwzięcia, ale jednak na poważnie. Namtar pytał o sprawę, która była dla niego ważna i to w dodatku nie łączyła się z Kontraktem. Było to chyba więc najbliższe temu co można by nazwać sprawami osobistymi a sam fakt, że zadał to pytanie jemu, musiał być najbliższym odpowiednikiem akceptacji jakie Hindus mógł się spodziewać. Postanowił więc potraktować pytanie jak najbardziej poważenie.
- Jak sam powiedziałeś, "żeby przestało istnieć", mimo tego, że wiesz, że ono nie istnieje. Sprawa nie jest taka prosta. Słońce jest integralną częścią materii, jest jedną z jej sił sprawczych. Percepcja wierząc w prawdziwość materii utrzymuje jej istnienie, mimo że iluzoryczne. Istotą istnienia iluzji jest właśnie wiara, nie tylko Twoja ale i wszystkich innych istot. Dlatego dopóki Twój duch zamieszkuje ciało, dopóty będziesz doświadczać tego iluzorycznego świata. Twój duch zagłębił się w niego. Twoje wrażenia wewnętrzne, myśli i emocje też na pewnym poziomie są tylko iluzją, przejawiają się właśnie w tym świecie. Poza nim nie istniały by.
- Słońce jest integralną częścią tej rzeczywistości. Zniszczenie jego wymagało by pokonania wiary wielu percepcji, które podtrzymują jego siłę. Wymagało by to potężnej mocy, wielokrotnie przewyższającej moc jakiegokolwiek wampira łącznie z Kainem.
- Nie da się więc istnieć bez słońca. Koniec słońca będzie oznaczał koniec istnienia. Dla Ciebie sprawa jest jednak prosta. Jesteś duchem, który zrodził się poza tym światem. Wewnętrznie czujesz więc, że jest on nieprawdziwy. Podążasz ścieżką, która uwolni Cię od iluzji. Stanie się to kiedy Twój duch opuści tą doczesną skorupę, kiedy znajdziesz honorową śmierć.
Skończył wypowiedź Darshan patrząc jeszcze przez chwilę w oczy Assamicie, obserwując jego reakcję.
- Rozumiem - odparł Morderca spokojnie, wydawało się, że wyjaśnienie Ravnosa w jakiś sposó trafiło do niego. Przynajmniej w ostatniej części. - Będę musiał to przemyśleć. Shukran***
Skinął głową i wrócił do reperowania rozdarcia. Przez chwilę zaszywał je miarowymi, spokojnymi ruchami, najwyraźniej rozważając to, co usłyszał. W końcu jednak zapytał, jakby tchnięty nową myślą.
- Jeśli chodzi o śledztwo... Jest coś o czym powinienem wiedzieć?
Darshan skinął głową i zaczął wyjaśniać Assamicie te same sprawy, które przekazał wcześniej pozostałym członkom Koterii Red'a.
Darshan przekaże Namtarowi informacje, które były mówione w samochodzie.
Post pisany razem z Zapałkami Chaosu.
* arab. dosłownie: ślepota, przekleństwo w znaczeniu: cholera;**arab. Przepraszam, Niewierny...
*** arab. Dziękuję
Ostatnio zmieniony 26 stycznia 2016, 22:01 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993
Członkowie koterii jeden po drugim zaczęli budzić się z krótkiego snu. Tylko Ravnos nie spał, a cały czas przesiedział w pozycji lotosu medytując nad naturą ostatnich wydarzeń. Pierwszy obudził się Assamita, a kwadrans później Terry. Najdłużej spał Horacy i Victoria. Pozostałym wydawało się, że dwójka dalej odczuwa ciężar jaki niesie ze sobą moc Słońca.
W końcu także Nosfearatu i Lasombra także otworzyli oczy. Pozostali mieli trochę czasu na zamienienie kilku zdań. W końcu Darshan odezwał się, wyciągając białą kopertę.
- Ktoś był tutaj w dzień. Zapukał trzy razy, a gdy czekałem dalej, spod drzwi do środka wsuniętą tą oto kopertę. Postanowiłem, że najlepiej będzie jak otworzę ją w obecności wszystkich.
Gdy skończył zdanie, zręcznym ruchem delikatnie rozdarł kopertę wyjmując z niej list:
Drodzy Spokrewnieni!
Jestem w posiadaniu konkretnych informacji jakie mogą okazać się kluczowe, w związku z prowadzonym przez was śledztwem. W zamian pragnę jedynie odzyskać, to co należy do mnie: Oryginał Pięciu Filarów Mocy.
Nie mam powodów, by was oszukać. Gdybym pragnął to uczynić i tak nigdy byście się o tym nie dowiedzieli. Jestem jednak człowiekiem honoru i brzydzę się podobnymi postępkami. Moja oferta jest uczciwa, jednak rozumiem że bez dowodu potwierdzającego moją wiedzę, trudno będzie uwierzyć w moje słowa. Tak więc poniżej przedstawiam Wam mały skrawek wielkiej układanki, z którą się borykacie:
Martin Schackler sfingował swoją śmierć i dalej przebywa w Zachodniej Wirginii. Prawie wszystkie informacje jakie związane są z jego osobą, to efekt Dominacji. Młody Ventrue uczy się szybciej niż jego dziad.
Zastanówcie się, proszę, nad moją ofertą. Gdybyście się zdecydowali proszę pozostawić oryginał w Civic Center Dr, Charleston, WV 25301. Mam nadzieję, że Młoda Krew wybierze mądrze.
- Redondo de Vasquez
Potomek Ishaq ibn Ibrahima
Wnuk Iontiusa
Prawnuk Arikela
Pra - Prawnuk Enosh
Pra - Pra - Prawnuk Kaina
Członkowie koterii jeden po drugim zaczęli budzić się z krótkiego snu. Tylko Ravnos nie spał, a cały czas przesiedział w pozycji lotosu medytując nad naturą ostatnich wydarzeń. Pierwszy obudził się Assamita, a kwadrans później Terry. Najdłużej spał Horacy i Victoria. Pozostałym wydawało się, że dwójka dalej odczuwa ciężar jaki niesie ze sobą moc Słońca.
W końcu także Nosfearatu i Lasombra także otworzyli oczy. Pozostali mieli trochę czasu na zamienienie kilku zdań. W końcu Darshan odezwał się, wyciągając białą kopertę.
- Ktoś był tutaj w dzień. Zapukał trzy razy, a gdy czekałem dalej, spod drzwi do środka wsuniętą tą oto kopertę. Postanowiłem, że najlepiej będzie jak otworzę ją w obecności wszystkich.
Gdy skończył zdanie, zręcznym ruchem delikatnie rozdarł kopertę wyjmując z niej list:
Drodzy Spokrewnieni!
Jestem w posiadaniu konkretnych informacji jakie mogą okazać się kluczowe, w związku z prowadzonym przez was śledztwem. W zamian pragnę jedynie odzyskać, to co należy do mnie: Oryginał Pięciu Filarów Mocy.
Nie mam powodów, by was oszukać. Gdybym pragnął to uczynić i tak nigdy byście się o tym nie dowiedzieli. Jestem jednak człowiekiem honoru i brzydzę się podobnymi postępkami. Moja oferta jest uczciwa, jednak rozumiem że bez dowodu potwierdzającego moją wiedzę, trudno będzie uwierzyć w moje słowa. Tak więc poniżej przedstawiam Wam mały skrawek wielkiej układanki, z którą się borykacie:
Martin Schackler sfingował swoją śmierć i dalej przebywa w Zachodniej Wirginii. Prawie wszystkie informacje jakie związane są z jego osobą, to efekt Dominacji. Młody Ventrue uczy się szybciej niż jego dziad.
Zastanówcie się, proszę, nad moją ofertą. Gdybyście się zdecydowali proszę pozostawić oryginał w Civic Center Dr, Charleston, WV 25301. Mam nadzieję, że Młoda Krew wybierze mądrze.
- Redondo de Vasquez
Potomek Ishaq ibn Ibrahima
Wnuk Iontiusa
Prawnuk Arikela
Pra - Prawnuk Enosh
Pra - Pra - Prawnuk Kaina
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993
Przebudził się z uśmiechem na twarzy. Szybko dość zebrał się do kupy, starając przy tym nie budzić pozostałych. Assamita i Nowy Ravnos już nie spali. Zostawił ich na razie samym sobie i znalazł sobie miejsce kryjąc się za samochodem. Pogrążył się w swojej wieczornej modlitwie, a kiedy skończył, cała załoga była już w komplecie.
Darshan pokazał im kopertę i opowiedział jej historię. Dopiero po chwili Malkavian załapał uwagę o wizycie w dzień. Miał się już dopytywać, ale tajemniczy list pochłonął go bez reszty.
Terry z uwagą przeczytał treść wiadomości. Kimkolwiek był Redondo de Vasquez, nie ulegało wątpliwości, że zależało mu na starym dokumencie. Skoro umiał go nazwać, to znaczy, że znał jego treść. Dlaczego więc koniecznie oryginał? Trzaski starego Toreadora, czy coś więcej? Skupił się przez chwilę na trzymanych w rękach kartkach, następnie zaś zwrócił się do Horacego.
- Ty masz zdaje się stronice o których mowa, mogę rzucić na nie okiem raz jeszcze?
A kiedy Nosferatu podał mu pożółkłe kartki, począł je oglądać z wielką uwagą i w najgłębszym skupieniu.
Przebudził się z uśmiechem na twarzy. Szybko dość zebrał się do kupy, starając przy tym nie budzić pozostałych. Assamita i Nowy Ravnos już nie spali. Zostawił ich na razie samym sobie i znalazł sobie miejsce kryjąc się za samochodem. Pogrążył się w swojej wieczornej modlitwie, a kiedy skończył, cała załoga była już w komplecie.
Darshan pokazał im kopertę i opowiedział jej historię. Dopiero po chwili Malkavian załapał uwagę o wizycie w dzień. Miał się już dopytywać, ale tajemniczy list pochłonął go bez reszty.
Terry z uwagą przeczytał treść wiadomości. Kimkolwiek był Redondo de Vasquez, nie ulegało wątpliwości, że zależało mu na starym dokumencie. Skoro umiał go nazwać, to znaczy, że znał jego treść. Dlaczego więc koniecznie oryginał? Trzaski starego Toreadora, czy coś więcej? Skupił się przez chwilę na trzymanych w rękach kartkach, następnie zaś zwrócił się do Horacego.
- Ty masz zdaje się stronice o których mowa, mogę rzucić na nie okiem raz jeszcze?
A kiedy Nosferatu podał mu pożółkłe kartki, począł je oglądać z wielką uwagą i w najgłębszym skupieniu.
Patrze sobie nadwrażliwością i wszelkimi innymi percepcjami na te kartki. Innymi w sensie, że oglądam je zarówno nadwrażliwością jak i w tradycyjny sposób. Próbuję dociec, dlaczego tak mu na nich zależy, więc szukam dosłownie wszystkiego. Podejrzewam te karciuchy o wszystko.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 27 stycznia 2016, 22:42 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993
Viktoria przeciągnęła się ospale próbując wyrwać swoje nieumarłe ciało z objęć Hýpnosa. Jej powieki ciężko opadały pod dotykiem władcy snu. Ciemność i pustka wypełniały jej umysł. Miała wrażenie, jakby wyłaniała się czarnej, zimnej wody. Ciężkiej i oleistej, przepełnionej wonią cichej śmierci. Jej myśli próbowały z wolna przebudzić się do życia, ale ciężar oceanu snu wciąż wpychał je pod powierzchnie świadomości. Przez chwilę otworzyła oczy, nie będąc pewną, gdzie jest i co właściwie się dzieje. Widziała w półmroku poruszające się sylwetki, a przygasłe głosy zdawały się dochodzić do niej jak z odległej otchłani. Jakiś list przemknął jej przed oczami, ale podała go dalej czytając tylko pobieżnie, znów zatapiając się w półśnie, wspierając głowę na ręce opartej o kolano. Ramiona syna Nyks trzymały ją w silnym uścisku, prosząc, by została choć chwile dłużej w jego krainie.
Nie pamiętała żadnego snu, lecz teraz, na krawędzi świadomości, zdawało jej się, że stoi w wielkiej sali o kształcie koła wspartej na pięciu filarach. Nie było w niej ścian, tylko ciemność i marmurowe filary. Każdy z nich miał misterny symbol, z którego żłobów wypływała krew. Wyglądały jak krwawe, lecz piękne rany na marmurowo-białych ciałach nieśmiertelnych. Czuła jak krew w jej czaszce pulsuje mocniej, wywołując otumanienie. Krew w całej sali zaczęła unosić się w postaci drobnych kropelek, zbierać się w jednym miejscu i formułować czyjąś postać. W wyniku silnego przypływu strachu Viktoria starała się nie patrzeć na przybysza. Odwróciła się i spojrzała w ciemność poza filarami. Cienie przed jej oczami zaczęły formować kształty, które znała z czasów, gdy uczyła się sfery mroku, próbując czasem przekraczać granice. To przeraziło ją jeszcze bardziej. Spojrzała więc z powrotem w stronę postaci, lecz teraz był tam tylko ktoś siedzący w ciemności, spoglądający na nią z góry. Choć nie widziała jego oczu czuła, że patrzy się wprost na nią. Przełknęła z przyzwyczajenia ślinę i zaczęła obgryzać paznokcie jak wtedy, gdy była jeszcze człowiekiem, małą dziewczynką...
[center]
[/center]
- Mam nadzieję, że Młoda Krew wybierze mądrze. - Głos rozległ się po sali a Lasombra, cała przerażona wyrwała się w jednej chwili ze snu.
Rozejrzała się w panice do okola, przypominając sobie powoli dlaczego, z kim i gdzie jest. Jej rozbiegane oczy próbowały ocenić sytuację. Zorientowała się, że wszyscy dookoła niej wciąż czytają list, który wcześniej podała dalej w półśnie. Przeczytała go ponownie.
Martin Schackler? Młody Ventrue, wnuk księcia. Ten, który miał przeklęty pierścień. Ciekawe...Ten list...
- Ten list - powiedziała już na głos - napisany jest, tak by z góry miał manipulować nami, sugerując co "mądrze" jest wybrać. - Żachnęła się Lasombra.- Nic tylko myślą, jak na nas wpłynąć, by uzyskać co chcą... Przewidując każdy nasz krok. I co!?... jeśli pójdziemy tam, gdzie nie przewidzieli!?... - Viktoria była wyraźnie wzburzona, a jej wypowiedzi niedokończone, jakby dalsza ich cześć kotłowała się w jej głowie.
Po przeczytaniu Pięciu Filarów Mocy czuła gniew i rozgoryczenie na tego, kto spłodził ten tekst pełen bzdur i teraz jeszcze to.
- I skąd on wie, że mamy ten tekst? Przecież dopiero go zdobyliśmy. I poza tym, jeśli Red go zdobył w jakiś sposób i ukrył dla nas, może był w tym jakiś cel. Żeby ten ... ten... zaraz? Czy on tam napisał, że ten tekst należy do niego? Że pragnie odzyskać to, co należy do niego? A może to on go napisał? Jest w końcu dość stary. Niech go Helios pochłonie... No tak! Nagrodzę was za wierną służbę i dam wam informacje. Jak nie będziecie mnie słuchać, to już ja wam pokaże, tak? Nienawidzę, gdy ktoś próbuje przejąć nade mną kontrolę - co innego, gdy ja sama to robię pomyślała szybko - Dziwne, że nie wysłał każdemu z nas osobnego listu, żeby podsycać rywalizację i zbadać naszą wydajności i wytrzymałość! Kto pierwszy mu przyniesie zdobycz w pysku. Ktoś w ogóle kojarzy tę pieczęć na liście?!
Zaskoczona swoim nagłym wybuchem Lasombra zamknęła oczy i wciąż zaciskając ze złości usta, zaczęła skupiać się na sztucznie wywołanym, powolnym oddechu, przenosząc całą koncentrację na wdychane i wydychane powietrze. Poznała kiedyś tę technikę. Szybko pozwalała jej się opanować. Inni w tym czasie patrzyli się na nią ze zdziwieniem i gdy mieli już coś powiedzieć...
- Ja... przepraszam... po prostu miałam taki dziwny sen i potem... jeszcze ten list. - dodała zmieszana - No cóż, jeśli ma informacje, które mogą nam pomóc to... może warto z nim współpracować... wydaje się, że ta układanka jest całkiem pokręcona... mam wrażenie, że ktoś tylko obserwuje to wszystko z góry i przesuwa pionki, śmiejąc się z nas ochryple i patrząc, jak biegamy w kółko, goniąc swój własny ogon. Myślę, że będąc szóstego pokolenia, Redondo mógłby sam bez pytania odzyskać swój tekst od nas, a jednak pisze list. Przedstawia się. Ujawnia swoją linię... chyba rzeczywiście można to uznać za gest dobrej woli... ale za jaką cenę? Jakoś niewierze, że ktoś taki "pragnie jedynie", żebyśmy mu oddali kilka starych kartek. Chyba że jest tak leniwy i stary, że musi prosić młodszych, żeby coś dla niego przynieśli. Może jeszcze mleko i ciepłe bułeczki? - dodała złośliwie. - Założyła ręce na piersi i oparła się o limuzynę, lustrując innych wzrokiem i czekając... ciekawiło ją co myślą.
Viktoria przeciągnęła się ospale próbując wyrwać swoje nieumarłe ciało z objęć Hýpnosa. Jej powieki ciężko opadały pod dotykiem władcy snu. Ciemność i pustka wypełniały jej umysł. Miała wrażenie, jakby wyłaniała się czarnej, zimnej wody. Ciężkiej i oleistej, przepełnionej wonią cichej śmierci. Jej myśli próbowały z wolna przebudzić się do życia, ale ciężar oceanu snu wciąż wpychał je pod powierzchnie świadomości. Przez chwilę otworzyła oczy, nie będąc pewną, gdzie jest i co właściwie się dzieje. Widziała w półmroku poruszające się sylwetki, a przygasłe głosy zdawały się dochodzić do niej jak z odległej otchłani. Jakiś list przemknął jej przed oczami, ale podała go dalej czytając tylko pobieżnie, znów zatapiając się w półśnie, wspierając głowę na ręce opartej o kolano. Ramiona syna Nyks trzymały ją w silnym uścisku, prosząc, by została choć chwile dłużej w jego krainie.
Nie pamiętała żadnego snu, lecz teraz, na krawędzi świadomości, zdawało jej się, że stoi w wielkiej sali o kształcie koła wspartej na pięciu filarach. Nie było w niej ścian, tylko ciemność i marmurowe filary. Każdy z nich miał misterny symbol, z którego żłobów wypływała krew. Wyglądały jak krwawe, lecz piękne rany na marmurowo-białych ciałach nieśmiertelnych. Czuła jak krew w jej czaszce pulsuje mocniej, wywołując otumanienie. Krew w całej sali zaczęła unosić się w postaci drobnych kropelek, zbierać się w jednym miejscu i formułować czyjąś postać. W wyniku silnego przypływu strachu Viktoria starała się nie patrzeć na przybysza. Odwróciła się i spojrzała w ciemność poza filarami. Cienie przed jej oczami zaczęły formować kształty, które znała z czasów, gdy uczyła się sfery mroku, próbując czasem przekraczać granice. To przeraziło ją jeszcze bardziej. Spojrzała więc z powrotem w stronę postaci, lecz teraz był tam tylko ktoś siedzący w ciemności, spoglądający na nią z góry. Choć nie widziała jego oczu czuła, że patrzy się wprost na nią. Przełknęła z przyzwyczajenia ślinę i zaczęła obgryzać paznokcie jak wtedy, gdy była jeszcze człowiekiem, małą dziewczynką...
[center]
[/center]- Mam nadzieję, że Młoda Krew wybierze mądrze. - Głos rozległ się po sali a Lasombra, cała przerażona wyrwała się w jednej chwili ze snu.
Rozejrzała się w panice do okola, przypominając sobie powoli dlaczego, z kim i gdzie jest. Jej rozbiegane oczy próbowały ocenić sytuację. Zorientowała się, że wszyscy dookoła niej wciąż czytają list, który wcześniej podała dalej w półśnie. Przeczytała go ponownie.
Martin Schackler? Młody Ventrue, wnuk księcia. Ten, który miał przeklęty pierścień. Ciekawe...Ten list...
- Ten list - powiedziała już na głos - napisany jest, tak by z góry miał manipulować nami, sugerując co "mądrze" jest wybrać. - Żachnęła się Lasombra.- Nic tylko myślą, jak na nas wpłynąć, by uzyskać co chcą... Przewidując każdy nasz krok. I co!?... jeśli pójdziemy tam, gdzie nie przewidzieli!?... - Viktoria była wyraźnie wzburzona, a jej wypowiedzi niedokończone, jakby dalsza ich cześć kotłowała się w jej głowie.
Po przeczytaniu Pięciu Filarów Mocy czuła gniew i rozgoryczenie na tego, kto spłodził ten tekst pełen bzdur i teraz jeszcze to.
- I skąd on wie, że mamy ten tekst? Przecież dopiero go zdobyliśmy. I poza tym, jeśli Red go zdobył w jakiś sposób i ukrył dla nas, może był w tym jakiś cel. Żeby ten ... ten... zaraz? Czy on tam napisał, że ten tekst należy do niego? Że pragnie odzyskać to, co należy do niego? A może to on go napisał? Jest w końcu dość stary. Niech go Helios pochłonie... No tak! Nagrodzę was za wierną służbę i dam wam informacje. Jak nie będziecie mnie słuchać, to już ja wam pokaże, tak? Nienawidzę, gdy ktoś próbuje przejąć nade mną kontrolę - co innego, gdy ja sama to robię pomyślała szybko - Dziwne, że nie wysłał każdemu z nas osobnego listu, żeby podsycać rywalizację i zbadać naszą wydajności i wytrzymałość! Kto pierwszy mu przyniesie zdobycz w pysku. Ktoś w ogóle kojarzy tę pieczęć na liście?!
Zaskoczona swoim nagłym wybuchem Lasombra zamknęła oczy i wciąż zaciskając ze złości usta, zaczęła skupiać się na sztucznie wywołanym, powolnym oddechu, przenosząc całą koncentrację na wdychane i wydychane powietrze. Poznała kiedyś tę technikę. Szybko pozwalała jej się opanować. Inni w tym czasie patrzyli się na nią ze zdziwieniem i gdy mieli już coś powiedzieć...
- Ja... przepraszam... po prostu miałam taki dziwny sen i potem... jeszcze ten list. - dodała zmieszana - No cóż, jeśli ma informacje, które mogą nam pomóc to... może warto z nim współpracować... wydaje się, że ta układanka jest całkiem pokręcona... mam wrażenie, że ktoś tylko obserwuje to wszystko z góry i przesuwa pionki, śmiejąc się z nas ochryple i patrząc, jak biegamy w kółko, goniąc swój własny ogon. Myślę, że będąc szóstego pokolenia, Redondo mógłby sam bez pytania odzyskać swój tekst od nas, a jednak pisze list. Przedstawia się. Ujawnia swoją linię... chyba rzeczywiście można to uznać za gest dobrej woli... ale za jaką cenę? Jakoś niewierze, że ktoś taki "pragnie jedynie", żebyśmy mu oddali kilka starych kartek. Chyba że jest tak leniwy i stary, że musi prosić młodszych, żeby coś dla niego przynieśli. Może jeszcze mleko i ciepłe bułeczki? - dodała złośliwie. - Założyła ręce na piersi i oparła się o limuzynę, lustrując innych wzrokiem i czekając... ciekawiło ją co myślą.
Ostatnio zmieniony 02 lutego 2016, 19:36 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, po przeczytaniu listu 11.08.1993
- ...Może jeszcze mleko i ciepłe bułeczki? - Mroczna Pani zakończyła pytaniem/nie pytaniem, opierając się o samochód w Wysoce Niepocieszonej Pozie. Terry spojrzał na nią zdziwiony i uśmiechnął się. Zrobił krok naprzód i zwrócił się bezpośrednio do Victorii.
- A ja myślę, że list jest szczery. Właściwie to jestem całkowicie pewien, że nie ma w nim słowa kłamstwa. Pisany był z wielkim wysiłkiem, ale i w wielkim podekscytowaniu. Jakby w tamtej właśnie chwili, kiedy zza chmur wychodziło słońce - tu posłał pełne wdzięczności spojrzenie Assamicie, - nagle usłyszał dobrą nowinę. Mężczyzna w białym garniturze, długie włosy, czarne. I wiem, że propozycja ta jest prawdziwa.
- Co do zaś Pięciu Filarów Mocy. Strony te zostały wyrwane z bardzo starej księgi. Zaledwie kilka osób trzymało je w dłoniach. Przed nami był to Czerwony Mędrzec, wcześniej ktoś jeszcze, ale nie widzę jego twarzy. Sam tekst jest magiczny, dopóki ktoś umie czytać, treść sama dopasuje się do języka czytającego. Niewiele więcej mogę powiedzieć. - rozłożył ręce na znak niemocy. Po chwili jednak wyciągnął jedną z nich wskazując prosto na Nosferatu.
- Ale ty możesz. Wiesz coś więcej i wiem, że jeśli to usłyszę, to nagle wiele rzeczy się wyjaśni. Co jeszcze wiesz, o czym nie wspomniałem? - zapytał z wciąż wysuniętym palcem, celującym prosto w nos Horacego.
- ...Może jeszcze mleko i ciepłe bułeczki? - Mroczna Pani zakończyła pytaniem/nie pytaniem, opierając się o samochód w Wysoce Niepocieszonej Pozie. Terry spojrzał na nią zdziwiony i uśmiechnął się. Zrobił krok naprzód i zwrócił się bezpośrednio do Victorii.
- A ja myślę, że list jest szczery. Właściwie to jestem całkowicie pewien, że nie ma w nim słowa kłamstwa. Pisany był z wielkim wysiłkiem, ale i w wielkim podekscytowaniu. Jakby w tamtej właśnie chwili, kiedy zza chmur wychodziło słońce - tu posłał pełne wdzięczności spojrzenie Assamicie, - nagle usłyszał dobrą nowinę. Mężczyzna w białym garniturze, długie włosy, czarne. I wiem, że propozycja ta jest prawdziwa.
- Co do zaś Pięciu Filarów Mocy. Strony te zostały wyrwane z bardzo starej księgi. Zaledwie kilka osób trzymało je w dłoniach. Przed nami był to Czerwony Mędrzec, wcześniej ktoś jeszcze, ale nie widzę jego twarzy. Sam tekst jest magiczny, dopóki ktoś umie czytać, treść sama dopasuje się do języka czytającego. Niewiele więcej mogę powiedzieć. - rozłożył ręce na znak niemocy. Po chwili jednak wyciągnął jedną z nich wskazując prosto na Nosferatu.
- Ale ty możesz. Wiesz coś więcej i wiem, że jeśli to usłyszę, to nagle wiele rzeczy się wyjaśni. Co jeszcze wiesz, o czym nie wspomniałem? - zapytał z wciąż wysuniętym palcem, celującym prosto w nos Horacego.
Ostatnio zmieniony 27 stycznia 2016, 23:03 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993
Horacy zbudził się jako ostatni. Powoli dochodził do siebie stwierdzając, że mimo iż drzemka była nadzwyczaj krótka czuje się w miarę wypoczęty.
A niech to. W cóż za dziwnej pozie się budzę, może to przez ten cholerny koszmar, a może na starość zacząłem lunatykować albo ktoś się rozpychał. Nic dziwnego, że nie lubię spać z kimś w jednej trumnie to takie żenua.
Przyciągną się słuchając wywodu Ravnosa a potem odczytywanego listu i ogarniał go coraz większy niepokój. Chciał się nim podzielić ale pytanie Terrego wzbudziło jego zainteresowanie. Przez chwilę rozważał coś z w myślach lecz po chwili z dziwnym błyskiem w oku powiedział.
- Jaaasne... proszę zamieńmy się ale tylko na chwilę zgoda? - podał karty po skinieniu Terrego na znak, że zrozumiał.
Szczur był cały podekscytowany wewnątrz, chciał od razu powiedzieć, że przecież te karty są magiczne. Że są ostatnio dotykał ich sam Red, ale przed nim był ktoś jeszcze. Całą księga z jakiej wyrwano te karty spisana była w przedziwny sposób. Teksu dopasowywał się do umysłu czytającego sprawiając, że każdy kto znał język pisany był w stanie przeczytać treść. Szczur walczył z sobą by nie wykrzyczeć, że przecież ten tekst kiedyś wisiał w platynowej ramie zawieszony na ścianie w jednym zapomnianym przez wszystkich, niemożliwym do namierzenia przez Słabych Krwią, doskonale ukrytym: Prawdziwym Elizjum dla Najstarszych o nazwie "ELDER WAY". Znajdowało się ono w Zachodniej Wirginii. Chciał to wszystko powiedzieć ale... alb był też bardzo ciekaw czy Terry nie odczyta czegoś więcej, walczył wiec z sobą by utrzymać język za zębami.
By zająć się czymkolwiek innym czytał jeszcze raz list zastanawiając się nad dziwnym autorem i czy już przypadkiem nie słyszał gdzieś tego nazwiska...
- ... I co zamierzacie te strony zatrzymać? - zapytał na koniec spoglądając na pozostałych.
Horacy zbudził się jako ostatni. Powoli dochodził do siebie stwierdzając, że mimo iż drzemka była nadzwyczaj krótka czuje się w miarę wypoczęty.
A niech to. W cóż za dziwnej pozie się budzę, może to przez ten cholerny koszmar, a może na starość zacząłem lunatykować albo ktoś się rozpychał. Nic dziwnego, że nie lubię spać z kimś w jednej trumnie to takie żenua.
Przyciągną się słuchając wywodu Ravnosa a potem odczytywanego listu i ogarniał go coraz większy niepokój. Chciał się nim podzielić ale pytanie Terrego wzbudziło jego zainteresowanie. Przez chwilę rozważał coś z w myślach lecz po chwili z dziwnym błyskiem w oku powiedział.
- Jaaasne... proszę zamieńmy się ale tylko na chwilę zgoda? - podał karty po skinieniu Terrego na znak, że zrozumiał.
Szczur był cały podekscytowany wewnątrz, chciał od razu powiedzieć, że przecież te karty są magiczne. Że są ostatnio dotykał ich sam Red, ale przed nim był ktoś jeszcze. Całą księga z jakiej wyrwano te karty spisana była w przedziwny sposób. Teksu dopasowywał się do umysłu czytającego sprawiając, że każdy kto znał język pisany był w stanie przeczytać treść. Szczur walczył z sobą by nie wykrzyczeć, że przecież ten tekst kiedyś wisiał w platynowej ramie zawieszony na ścianie w jednym zapomnianym przez wszystkich, niemożliwym do namierzenia przez Słabych Krwią, doskonale ukrytym: Prawdziwym Elizjum dla Najstarszych o nazwie "ELDER WAY". Znajdowało się ono w Zachodniej Wirginii. Chciał to wszystko powiedzieć ale... alb był też bardzo ciekaw czy Terry nie odczyta czegoś więcej, walczył wiec z sobą by utrzymać język za zębami.
By zająć się czymkolwiek innym czytał jeszcze raz list zastanawiając się nad dziwnym autorem i czy już przypadkiem nie słyszał gdzieś tego nazwiska...
Spoiler!
Spoiler!
Szczur z zadowoleniem uśmiechnął się pod maską. Po czym powoli nie śpiesząc się, uzupełnił to co umknęło braciszkowi Terremu.- ... I co zamierzacie te strony zatrzymać? - zapytał na koniec spoglądając na pozostałych.
Horacy mówi wszystko co skrywał na temat tych stronic.
Ostatnio zmieniony 28 stycznia 2016, 23:11 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, Tuż po zachodzie słońca 11.08.1993
Przez chwilę przysłuchiwał się dyskusji Kuffrów, kończąc zaszywać rozdarcia w kurtce. Jak zwykle kobieta zbytnio się emocjonowała. Ale trudno byłoby spodziewać się po niej czegokolwiek innego... Zawiązał ostatni supeł, przegryzł dratwę i schował resztę szpuli do kieszeni.
- Zawsze jest się czyimś pionkiem - stwierdził z filozoficznym spokojem, zakładając kurtkę. - Nie ma sensu się tym ekscytować...
Zebrani spojrzeli na niego, najwyraźniej nieco zaskoczeni faktem, że w ogóle zabrał głos. Lecz nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, Morderca odezwał się znów, spokojnym, beznamiętnym tonem.
- Fakt jest taki, że na tych kartkach nie ma nic ciekawego. Haqqan.* A Torreador, któremu na nich zależy, oferuje nam w zamian konkretną wiedzę. Więc jak dla mnie, dobrze byłoby zrobić użytek z tej makulatury i przynajmniej sprzedać ją za jakieś informacje. Bo informacji nam akurat brakuje, a banałów mamy pod dostatkiem.
Trudno było nie słyszeć lekkiej drwiny, pobrzmiewającej w ostatnich słowach Assamity. Przez chwilę Terry wyglądał jakby chciał coś odrzec, jednak szybko zacisnął usta, najwyraźniej zmieniając zdanie. Malkavianin trwał przez jakiś czas w ciszy, analizując coś w skupieniu. Wreszcie odezwał się z uśmiechem:
- Masz rację, Duchu z Otchłani. Informacje przydadzą nam się mocno, a im szybciej tym lepiej dla nas. Jednak Pan na Niebiosach ustami Syna swego powiedział mi, że kartki te również posiadają wiadomości niezwykle dla nas istotne. I owszem, to niczego sobie pomysł, ale pierwej należy dobrze się im przyjrzeć i upewnić się, że niczego nie pominęliśmy. Bo jak to oddamy, to więcej już tego nie zobaczymy.
- Afham,** mądrze mówisz Kufr - Morderca skinął głową - też uważam, że należy je obejrzeć. Mogą mieć w sobie zawarte jakieś tajne informacje, szyfr, albo ukryte znaki. Poszukałbym tego. Poza tym - wzruszył ramionami. - jeśli wam zależy na treści, to zawsze sobie możecie je sobie skserować, nie?
* arab. Serio.
** arab. Rozumiem.
Przez chwilę przysłuchiwał się dyskusji Kuffrów, kończąc zaszywać rozdarcia w kurtce. Jak zwykle kobieta zbytnio się emocjonowała. Ale trudno byłoby spodziewać się po niej czegokolwiek innego... Zawiązał ostatni supeł, przegryzł dratwę i schował resztę szpuli do kieszeni.
- Zawsze jest się czyimś pionkiem - stwierdził z filozoficznym spokojem, zakładając kurtkę. - Nie ma sensu się tym ekscytować...
Zebrani spojrzeli na niego, najwyraźniej nieco zaskoczeni faktem, że w ogóle zabrał głos. Lecz nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, Morderca odezwał się znów, spokojnym, beznamiętnym tonem.
- Fakt jest taki, że na tych kartkach nie ma nic ciekawego. Haqqan.* A Torreador, któremu na nich zależy, oferuje nam w zamian konkretną wiedzę. Więc jak dla mnie, dobrze byłoby zrobić użytek z tej makulatury i przynajmniej sprzedać ją za jakieś informacje. Bo informacji nam akurat brakuje, a banałów mamy pod dostatkiem.
Trudno było nie słyszeć lekkiej drwiny, pobrzmiewającej w ostatnich słowach Assamity. Przez chwilę Terry wyglądał jakby chciał coś odrzec, jednak szybko zacisnął usta, najwyraźniej zmieniając zdanie. Malkavianin trwał przez jakiś czas w ciszy, analizując coś w skupieniu. Wreszcie odezwał się z uśmiechem:
- Masz rację, Duchu z Otchłani. Informacje przydadzą nam się mocno, a im szybciej tym lepiej dla nas. Jednak Pan na Niebiosach ustami Syna swego powiedział mi, że kartki te również posiadają wiadomości niezwykle dla nas istotne. I owszem, to niczego sobie pomysł, ale pierwej należy dobrze się im przyjrzeć i upewnić się, że niczego nie pominęliśmy. Bo jak to oddamy, to więcej już tego nie zobaczymy.
- Afham,** mądrze mówisz Kufr - Morderca skinął głową - też uważam, że należy je obejrzeć. Mogą mieć w sobie zawarte jakieś tajne informacje, szyfr, albo ukryte znaki. Poszukałbym tego. Poza tym - wzruszył ramionami. - jeśli wam zależy na treści, to zawsze sobie możecie je sobie skserować, nie?
Jak zszyję kurtkę, to biorę się za czyszczenie broni.
Post pisany z Fraterem Terrym.
* arab. Serio.
** arab. Rozumiem.
Ostatnio zmieniony 28 stycznia 2016, 14:33 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Garaż na obrzeżach, debata nad kartkami. Tak jakby. 11.08.1993
Na uwagę o dokładniejszym zbadaniu dokumentu, Terry ponownie przyjrzał mu się bardzo uważnie. Wpierw upewnił się, czy nie ma tam żadnych nadprogramowych zagięć, znaczków, szlaczków czy innego rodzaju kryptonotatek. Następnie w skupieniu spojrzał na wzór z którego utkany był ten konkretny fragment rzeczywistości. Podziwiał świetliste ściegi materii układającej się w pożółkłe stronice, jednak i tą metodą nie zdołał odkryć nic czego nie widział już wcześniej. Podał więc kartki z powrotem Horacemu, wzruszeniem ramion dając do zrozumienia, że nic nowego nie ma do powiedzenia.
Po słowach Horacego, krótkiej wymianie słów z Łowcą i ponownych oględzinach Pięciu Filarów Mocy, Mentor Terrego nagle znów pojawił się w jego umyśle. Milczał przez chwilę jakby zastanawiając się co powiedzieć swojemu podopiecznemu, jednak Malkavian wyraźnie odczuwał znajomą sobie obecność pomimo braku słów. W końcu głos w głowie przemówił, a on słuchał uważnie:
- Terry muszę Ci zdradzić pewien sekret... Modliłem się do Jezusa o tą chwilę bardzo długo! Otóż dawno temu egzystowałem z pozostałymi braćmi i siostrami w świecie ludzi. Piękne to były czasy, gdzie nikt nie mówił co masz robić i kiedy, jedynie wola boża kierowała twymi krokami. Traktowano cię z szacunkiem, zdając sobie sprawę z potęgi Szaleństwa. Aż do momentu, gdy trafiłem do Elder Way. Teraz wszystko się zmieniło, a stare zastępuje nowe. Wiem, co to za miejsce, odwiedziłem je kilka razy i rozmawiałem z nimi. Redondo de Vasquez mnie poprze. On trzyma pieczę nad wszystkimi umowami zawartymi w Elder Way, to Prawdziwa Harpia i zarazem Opiekun tego miejsca. Jeden z stałych bywalców jest mi coś winien, gdyż przegrał zakład. Paul Cordwood, z linii Tremerów. Został przeistoczony jako pierwszy poza Wewnętrznym Kręgiem Klanu Tremere. W końcu moje modlitwy zostały wysłuchane.
- Jak i moje. Oto będziemy mieli okazję porozmawiać z Harpią z Elizjum dla Starszych. Takich starszych Starszych. Zaoferował informacje nam pomocne i wiem, że nie kłamał. A to Wspaniała Nowina! Ktoś taki z pewnością będzie miał wiele do powiedzenia.
- Bardzo ciężko jest mi to mówić Terry, ale będę potrzebował twojej pomocy. Wiedziałem dano temu, że trafisz do tego Elizjum dlatego wybrałem ciebie jako swojego podopiecznego. Gdy tam będziemy przejmę nad tobą kontrolę, ale tylko na czas rozmowy z Paulem. W końcu dokończę swoje dzieło...
- Ale... jak to tak? Mistrzu, wybrałeś mnie bym był i twoim pionkiem?... Ale ja myślałem... Dobrze, zrobię to...
- Wybacz mi, tak jak Chrystus wybacza. Opowiem ci o nich. To miejsce służy starszym od wielu pokoleń. Ci co istnieją ponad tysiąc lat wiedzą gdzie znajdują się Elizja dla Starszych. Oni je stworzyli, nazwali i sklasyfikowali. Tak, Elizja różnią się miedzy sobą. To w Wirginii nazywane jest Salonem dla Padlinożerców. Główną atrakcją tego miejsca są pewnego rodzaju zawody, gdzie jeden z Starszych ofiarowuje coś o ogromnej wartości. Wszyscy angażują swoje sługi, by szukać wskazówek na wyznaczonym terenie. Wskazówek, które powiedzą gdzie jest ukryty przedmiot.
- To znaczy, że my też bierzemy udział w takiej grze? Szukamy kruków, które dają nam wskazówki i...
- Pamiętaj, że większości znudziła ta egzystencja, spotykają się, by grać w nieskończoną grę jaką nazywamy Jyhad. Patrzyłem na nich i wiedziałem jak każdy z nich świadomie ma dość i podświadomie pragnie swojego końca. Jednak żaden nie potrafi odejść od stołu i przestać. Każdy tutaj gra. Nawet ty Terry, bo ta gra jest częścią czegoś większego. Wszystko ma swój początek i koniec Terry. Jednak Miłość jest Nieskończona.
- A Pan jest moją Miłością! Ale gra, co z grą, my pracujemy dla czerwonego Mędrca, on by nigdy...
- Red Wisdom był także bywalcem tego miejsca. Widziałem go tam, gdy rozmawiał z nimi. Nie wiem, co może być tą nagrodą i poszukiwanym przedmiotem, ale na pewno to wymknęło się to spod kontroli Księcia. Czy jesteś gotów, by dalej podążać ścieżką Pana?
- Zawsze i Wszędzie. Bez wahania. I niechaj Światło Jego oświetla mi drogę, abym nie zszedł z niej ni pokusom mrocznym nie uległ.
- Namtar też nie jest tutaj przypadkiem, gdyż i on musi podążać swemu przeznaczeniu. On jest efektem podjętych decyzji! Wasza koteria, bierze udział w poszukiwaniach, a Red wydaje się być poważnym graczem. Pamiętam jak leżał otoczony nagimi kobietami, a jego krew wypełniała Czerń Alamut, jednego z rodzajów haszyszu. Pił z najsmakowitszej kobiety jaką można znaleźć w Ameryce Północnej ciesząc się chwilami swojego krótkiego szczęścia. Ona była pod wpływem samego ekstraktu z tej rośliny. Stary król będąc w amoku sięgając po karafkę z krwią Lupina i przez przypadek strącił ją z stolika, pozwalając jej rozbić się na posadzce tworząc wzór. Atra-hasis był zaskoczony, ale nie ja. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem... Ujrzałem... W odłamkach szkła i krwi Zmiennokształtnego wysączył się wzór, który pozwolił mi dostać się do Sieci Szaleństwa.
- Czerń Alamut? Krew Lupina? Szaleństwo...
[center]***[/center]
Przekaz się skończył, obecność Mentora przestała być wyczuwalna. Terry stał nieruchomo z rozchylonymi ustami, wyglądał trochę jak dziecko wpatrujące się w ekran telewizora. Po chwili potrząsnął głową i skupił wzrok na zebranych. Z kształtu litery "o", jego usta szybko przeobraziły się w szeroki uśmiech. Nie czekając aż ktoś będzie miał okazję się odezwać przed nim, zaczął recytować.
- Redondo de Vasquez jest Harpią w tutejszym ELDER WAY, chociaż w Charleston to Elizjum nosi nazwę Salonu dla Padlinożerców. Jest też opiekunem tego miejsca, więc w rzeczy samej, informacji posiadać może w bród. Tak czy inaczej, musimy dostać się do tego lokalu, będzie tam niejaki Paul Cordwood z krwi Tremerów i muszę się z nim spotkać. Bardzo ważne.. - zawiesił się na chwilę, po części szukając słów, po części zastanawiając co jeszcze może im przekazać, tak by nie wywołać w grupie tego młodzieńczego buntu, który pojawiał się za każdym razem, kiedy ktoś dowiadywał się, że jest manipulowany. Doszedł jednak do wniosku, że powinni wiedzieć. Jakiekolwiek nie miały być konsekwencje.
Zmierzył wzrokiem jeszcze raz każdego z członków koterii po kolei. Nie był świadomy tego, że odpowiadał swemu Mentorowi na głos, więc był w trakcie podejmowania poważnej decyzji, czy zdradzić im to co już wystękał w swoim dziwnym transie.
Łowca i Oszust są najemnikami, zostaną więc. Łowca z pewnością, na wieść o Elizjum pełnym Starszych. Victoria parę chwil temu wściekła się na samą myśl o byciu czyjąś marionetką. Nie wiem, w przeszłości również miała różne niespodziewane reakcje. Horacy? Horacy jest u siebie i z pewnością chciałby u siebie pozostać. Ma swoje lata i rozumie, że pewne rzeczy po prostu się dzieją. Nie odpuści, bo musiał by odpuścić całe miasto. Tylko Czarna Victoria może się wyłamać. Z drugiej strony, AtraHasis był jej przyjacielem. Tylko jak silna była ich przyjaźń?
- Jest jeszcze coś... - dodał po chwili wahania. - To jest gra. Gra w którą grają Starsi, a której jesteśmy pionkami. Mam na myśli nasze dochodzenie i nasze poszukiwania. Nic tu nie dzieje się z przypadku, wszystko zostało zaplanowane wcześniej i postanowione za nas. Jesteśmy tylko marionetkami w tej grze i jeśli nie damy rady, zostaniemy zastąpieni. Jak biedny Gavin. Ale nie zrozumcie mych słów opacznie, to nie oznacza, że nie posiadamy własnej Woli. Po prostu zostaliśmy wplątani w rozgrywki o wiele wieków za długo się nudzących Starszych. Takich, jak miedzy innymi nasz drogi Mędrzec w Czerwieni.
- Jednak żadne z nas nie jest tu z przypadku i każdego z nas przywiodło tu jego przeznaczenie. I Wola nieskończenie wyższa niż widzimisię kilku Matuzalemów. Radujmy się więc a nie smućmy, bo teraz już widzimy więcej i jeszcze więcej już wkrótce mamy zobaczyć.
Na uwagę o dokładniejszym zbadaniu dokumentu, Terry ponownie przyjrzał mu się bardzo uważnie. Wpierw upewnił się, czy nie ma tam żadnych nadprogramowych zagięć, znaczków, szlaczków czy innego rodzaju kryptonotatek. Następnie w skupieniu spojrzał na wzór z którego utkany był ten konkretny fragment rzeczywistości. Podziwiał świetliste ściegi materii układającej się w pożółkłe stronice, jednak i tą metodą nie zdołał odkryć nic czego nie widział już wcześniej. Podał więc kartki z powrotem Horacemu, wzruszeniem ramion dając do zrozumienia, że nic nowego nie ma do powiedzenia.
Po słowach Horacego, krótkiej wymianie słów z Łowcą i ponownych oględzinach Pięciu Filarów Mocy, Mentor Terrego nagle znów pojawił się w jego umyśle. Milczał przez chwilę jakby zastanawiając się co powiedzieć swojemu podopiecznemu, jednak Malkavian wyraźnie odczuwał znajomą sobie obecność pomimo braku słów. W końcu głos w głowie przemówił, a on słuchał uważnie:
- Terry muszę Ci zdradzić pewien sekret... Modliłem się do Jezusa o tą chwilę bardzo długo! Otóż dawno temu egzystowałem z pozostałymi braćmi i siostrami w świecie ludzi. Piękne to były czasy, gdzie nikt nie mówił co masz robić i kiedy, jedynie wola boża kierowała twymi krokami. Traktowano cię z szacunkiem, zdając sobie sprawę z potęgi Szaleństwa. Aż do momentu, gdy trafiłem do Elder Way. Teraz wszystko się zmieniło, a stare zastępuje nowe. Wiem, co to za miejsce, odwiedziłem je kilka razy i rozmawiałem z nimi. Redondo de Vasquez mnie poprze. On trzyma pieczę nad wszystkimi umowami zawartymi w Elder Way, to Prawdziwa Harpia i zarazem Opiekun tego miejsca. Jeden z stałych bywalców jest mi coś winien, gdyż przegrał zakład. Paul Cordwood, z linii Tremerów. Został przeistoczony jako pierwszy poza Wewnętrznym Kręgiem Klanu Tremere. W końcu moje modlitwy zostały wysłuchane.
- Jak i moje. Oto będziemy mieli okazję porozmawiać z Harpią z Elizjum dla Starszych. Takich starszych Starszych. Zaoferował informacje nam pomocne i wiem, że nie kłamał. A to Wspaniała Nowina! Ktoś taki z pewnością będzie miał wiele do powiedzenia.
- Bardzo ciężko jest mi to mówić Terry, ale będę potrzebował twojej pomocy. Wiedziałem dano temu, że trafisz do tego Elizjum dlatego wybrałem ciebie jako swojego podopiecznego. Gdy tam będziemy przejmę nad tobą kontrolę, ale tylko na czas rozmowy z Paulem. W końcu dokończę swoje dzieło...
- Ale... jak to tak? Mistrzu, wybrałeś mnie bym był i twoim pionkiem?... Ale ja myślałem... Dobrze, zrobię to...
- Wybacz mi, tak jak Chrystus wybacza. Opowiem ci o nich. To miejsce służy starszym od wielu pokoleń. Ci co istnieją ponad tysiąc lat wiedzą gdzie znajdują się Elizja dla Starszych. Oni je stworzyli, nazwali i sklasyfikowali. Tak, Elizja różnią się miedzy sobą. To w Wirginii nazywane jest Salonem dla Padlinożerców. Główną atrakcją tego miejsca są pewnego rodzaju zawody, gdzie jeden z Starszych ofiarowuje coś o ogromnej wartości. Wszyscy angażują swoje sługi, by szukać wskazówek na wyznaczonym terenie. Wskazówek, które powiedzą gdzie jest ukryty przedmiot.
- To znaczy, że my też bierzemy udział w takiej grze? Szukamy kruków, które dają nam wskazówki i...
- Pamiętaj, że większości znudziła ta egzystencja, spotykają się, by grać w nieskończoną grę jaką nazywamy Jyhad. Patrzyłem na nich i wiedziałem jak każdy z nich świadomie ma dość i podświadomie pragnie swojego końca. Jednak żaden nie potrafi odejść od stołu i przestać. Każdy tutaj gra. Nawet ty Terry, bo ta gra jest częścią czegoś większego. Wszystko ma swój początek i koniec Terry. Jednak Miłość jest Nieskończona.
- A Pan jest moją Miłością! Ale gra, co z grą, my pracujemy dla czerwonego Mędrca, on by nigdy...
- Red Wisdom był także bywalcem tego miejsca. Widziałem go tam, gdy rozmawiał z nimi. Nie wiem, co może być tą nagrodą i poszukiwanym przedmiotem, ale na pewno to wymknęło się to spod kontroli Księcia. Czy jesteś gotów, by dalej podążać ścieżką Pana?
- Zawsze i Wszędzie. Bez wahania. I niechaj Światło Jego oświetla mi drogę, abym nie zszedł z niej ni pokusom mrocznym nie uległ.
- Namtar też nie jest tutaj przypadkiem, gdyż i on musi podążać swemu przeznaczeniu. On jest efektem podjętych decyzji! Wasza koteria, bierze udział w poszukiwaniach, a Red wydaje się być poważnym graczem. Pamiętam jak leżał otoczony nagimi kobietami, a jego krew wypełniała Czerń Alamut, jednego z rodzajów haszyszu. Pił z najsmakowitszej kobiety jaką można znaleźć w Ameryce Północnej ciesząc się chwilami swojego krótkiego szczęścia. Ona była pod wpływem samego ekstraktu z tej rośliny. Stary król będąc w amoku sięgając po karafkę z krwią Lupina i przez przypadek strącił ją z stolika, pozwalając jej rozbić się na posadzce tworząc wzór. Atra-hasis był zaskoczony, ale nie ja. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem... Ujrzałem... W odłamkach szkła i krwi Zmiennokształtnego wysączył się wzór, który pozwolił mi dostać się do Sieci Szaleństwa.
- Czerń Alamut? Krew Lupina? Szaleństwo...
[center]***[/center]
Przekaz się skończył, obecność Mentora przestała być wyczuwalna. Terry stał nieruchomo z rozchylonymi ustami, wyglądał trochę jak dziecko wpatrujące się w ekran telewizora. Po chwili potrząsnął głową i skupił wzrok na zebranych. Z kształtu litery "o", jego usta szybko przeobraziły się w szeroki uśmiech. Nie czekając aż ktoś będzie miał okazję się odezwać przed nim, zaczął recytować.
- Redondo de Vasquez jest Harpią w tutejszym ELDER WAY, chociaż w Charleston to Elizjum nosi nazwę Salonu dla Padlinożerców. Jest też opiekunem tego miejsca, więc w rzeczy samej, informacji posiadać może w bród. Tak czy inaczej, musimy dostać się do tego lokalu, będzie tam niejaki Paul Cordwood z krwi Tremerów i muszę się z nim spotkać. Bardzo ważne.. - zawiesił się na chwilę, po części szukając słów, po części zastanawiając co jeszcze może im przekazać, tak by nie wywołać w grupie tego młodzieńczego buntu, który pojawiał się za każdym razem, kiedy ktoś dowiadywał się, że jest manipulowany. Doszedł jednak do wniosku, że powinni wiedzieć. Jakiekolwiek nie miały być konsekwencje.
Zmierzył wzrokiem jeszcze raz każdego z członków koterii po kolei. Nie był świadomy tego, że odpowiadał swemu Mentorowi na głos, więc był w trakcie podejmowania poważnej decyzji, czy zdradzić im to co już wystękał w swoim dziwnym transie.
Łowca i Oszust są najemnikami, zostaną więc. Łowca z pewnością, na wieść o Elizjum pełnym Starszych. Victoria parę chwil temu wściekła się na samą myśl o byciu czyjąś marionetką. Nie wiem, w przeszłości również miała różne niespodziewane reakcje. Horacy? Horacy jest u siebie i z pewnością chciałby u siebie pozostać. Ma swoje lata i rozumie, że pewne rzeczy po prostu się dzieją. Nie odpuści, bo musiał by odpuścić całe miasto. Tylko Czarna Victoria może się wyłamać. Z drugiej strony, AtraHasis był jej przyjacielem. Tylko jak silna była ich przyjaźń?
- Jest jeszcze coś... - dodał po chwili wahania. - To jest gra. Gra w którą grają Starsi, a której jesteśmy pionkami. Mam na myśli nasze dochodzenie i nasze poszukiwania. Nic tu nie dzieje się z przypadku, wszystko zostało zaplanowane wcześniej i postanowione za nas. Jesteśmy tylko marionetkami w tej grze i jeśli nie damy rady, zostaniemy zastąpieni. Jak biedny Gavin. Ale nie zrozumcie mych słów opacznie, to nie oznacza, że nie posiadamy własnej Woli. Po prostu zostaliśmy wplątani w rozgrywki o wiele wieków za długo się nudzących Starszych. Takich, jak miedzy innymi nasz drogi Mędrzec w Czerwieni.
- Jednak żadne z nas nie jest tu z przypadku i każdego z nas przywiodło tu jego przeznaczenie. I Wola nieskończenie wyższa niż widzimisię kilku Matuzalemów. Radujmy się więc a nie smućmy, bo teraz już widzimy więcej i jeszcze więcej już wkrótce mamy zobaczyć.
Ostatnio zmieniony 29 stycznia 2016, 12:08 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.