PBF - Charleston by Night
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Horacy odsunął się zdziwiony słowami Vctori i lekko zdezorientowany całą sytuacją. Nadal nie wstając mocno się zastanawiał.
Jak to to i do karmienia jakaś kolejczeczka. Nic z tego nie rozumiem... Kątem oka zauważył jak wyprzedza go Darshan.
A to jedna przybłęda indyjska... On mnie tak? Ale jak to czuy to znaczy, że znowu kolejka nie obowiązuje skoro Hindus się witał po mnie? Kto jak kto ale on pochodzi z miejsca gdzie klasowość jest jak chleb powszedni. I jak ma skubany i tupet. Jest jakimś tam wyznawca czegoś tam, i się ni kłania kiedy tymczasem ksiądz, którego podobno kolano zgina się jedynie przed Bogiem czołga się po picie. Ale numer. Ciekawe co by zrobił z takim Hinduskiem ich miejscowy muchardźa czy jak im tam, gdyby było ze trzysta lat wcześniej...
Horacy podczołgał się bliżej Ventrue łypiąc kątem oka na Ravnosa.
Nie przepychał się jednak choć miał ochotę pociągnąć z łokcia złodzieja, oczywiście korzystając przy tym z mocy Potencji.
- Napijcie się i ze mnie, jakem rzekł wcześniej. - Powiedział spoglądając z dołu na Mallusa.
Horacy odsunął się zdziwiony słowami Vctori i lekko zdezorientowany całą sytuacją. Nadal nie wstając mocno się zastanawiał.
Jak to to i do karmienia jakaś kolejczeczka. Nic z tego nie rozumiem... Kątem oka zauważył jak wyprzedza go Darshan.
A to jedna przybłęda indyjska... On mnie tak? Ale jak to czuy to znaczy, że znowu kolejka nie obowiązuje skoro Hindus się witał po mnie? Kto jak kto ale on pochodzi z miejsca gdzie klasowość jest jak chleb powszedni. I jak ma skubany i tupet. Jest jakimś tam wyznawca czegoś tam, i się ni kłania kiedy tymczasem ksiądz, którego podobno kolano zgina się jedynie przed Bogiem czołga się po picie. Ale numer. Ciekawe co by zrobił z takim Hinduskiem ich miejscowy muchardźa czy jak im tam, gdyby było ze trzysta lat wcześniej...
Horacy podczołgał się bliżej Ventrue łypiąc kątem oka na Ravnosa.
Nie przepychał się jednak choć miał ochotę pociągnąć z łokcia złodzieja, oczywiście korzystając przy tym z mocy Potencji.
- Napijcie się i ze mnie, jakem rzekł wcześniej. - Powiedział spoglądając z dołu na Mallusa.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Ventrue wgryzł się wpierw w łabędzią szyję Lasombry delektując się jej vitae. Nie wyglądał na kogoś kto ma problemy z samokontrolą i po chwili z łatwością oderwał usta od skóry Victorii. Następny podszedł do niego Terry, a po jego słowach Mallus lekko uśmiechnął się i dodał:
- Nie lękaj się, albowiem nie uczynię nic co miałoby być dla ciebie szkodą - po czym wgryzł się w odsłoniętą szyję Malkaviana.
- Macie silną krew Ancillae - rzekł, gdy skończył kolejny posiłek - A to raduje moje serce.
Ventrue spojrzał na Horacego, lecz wtedy niespodziewanie kolejny przemówił Ravnos. Rycerz popatrzył jedynie przez chwilę na mistyka, lecz nie rzekł ni słowa. Swoją uwagę skupił na Horacym.
- Synu Rustego, podziel się ze mną swoim życiem - rzekł i wbił kły w nadgarstek Szczura. Było oczywistym, że Mallus nie ma ochoty pić z szyi od jednego z Nosferatów. Gdy skończył pozwolił Horacemu oddalić się, a następnie zwrócił się w stronę Ravnosa:
- Zaprawdę, nie żądam od ciebie hołdu religijnego, a jedynie uszanowania mojej pozycji. Musisz istotnie pochodzić z odległej krainy, skoro znajdujesz to trudnym. Mam więc rozumieć li, że twój lud nie okazuje szacunku tym, którzy go prowadzą? Zaprawdę, dzikie to muszą być obyczaje. Zważ jednak, iż będąc tutaj, pośród tych, którzy rozumieją te sprawy, sam wystawiasz sobie niechlubne świadectwo.
Ravnos nie raczył odpowiedzieć, a Ventrue wbił w niego swoje zęby i zaczął powoli pić.
W tym czasie Assamita stał z boku obserwując każdy ruch Mallusa. Był skupiony i opanowany, czekając na rozwój sytuacji. Jego postawa wydawała się rozluźniona, jednak prawa dłoń ukryta pod kurtką mówiła sama za siebie i członkowie koterii wiedzieli, że w przypadku, w którym Ventrue zapomniałby się, Morderca uderzy z szybkością atakującej kobry.
- Istotnie długo spałem - rzekł, gdy skończył. - I wiele się musiało zmienić w klanie Ravnos, skoro wstydząc się swej natury, zaczął nazywać ją maską.
Uśmiechnął się lekko, jednak bez złośliwości. Tak jakby rozbawiło go jakieś odległe wspomnienie. Przez chwilę najwyraźniej rozmyślał nad nim, po czym odezwał się do Victorii:
- Rozprawiając o twym szlachetnym ojcu, Richardzie von Tier miałem na myśli wampirze pokrewieństwo z Democritusem, Pani. Twój stwórca zajmował się śledzeniem swojej linii krwi, aż w końcu dowiedział się za dużo i zapłacił za to najwyższą cenę. Ty natomiast w swojej bibliotece masz dowód, który potwierdza me słowa. Richard zostawił po sobie wiele tajemnic. Nie wiem, gdzie dokładnie powinniście szukać, Pani, ale myślę, że sama będziesz wiedzieć najlepiej.
Po słowach Starszego nogi Horacego prawie się ugięły w kolanach. Jak to możliwe? Przez te wszystkie setki lat Democritus udawał Ventrue? Mózg Starego Szczura niczym nowoczesny komputer zaczął analizować dane, które posiadał i porównywać je z informacją jaką przed chwilą otrzymał. Nie znalazł nic, co mogłoby to potwierdzić, jedna sprawa jednak nie dawała mu spokoju. Horacy pamiętał innych Ventrue, którzy przybyli w do Charleston, gdy było ono jeszcze kolonią. Wszyscy w jakiś sposób opuścili Zachodnią Wirginię, a pozostałe klany uznały to za wewnętrzne przepychanki Klanu Królewskiego. Teraz, prócz Dellona Welsa oraz Belle Boyd w całym stanie nie można było znaleźć nikogo z innej linii krwi. Jak oni przez cały ten czas potrafili ukrywać swój brak odbicia? Widziałem ich odbicie wielokrotnie - pomyślał. Lecz to prawda, że wszyscy ci Ventrue unikają lustrzanych powierzchni...
Ventrue wgryzł się wpierw w łabędzią szyję Lasombry delektując się jej vitae. Nie wyglądał na kogoś kto ma problemy z samokontrolą i po chwili z łatwością oderwał usta od skóry Victorii. Następny podszedł do niego Terry, a po jego słowach Mallus lekko uśmiechnął się i dodał:
- Nie lękaj się, albowiem nie uczynię nic co miałoby być dla ciebie szkodą - po czym wgryzł się w odsłoniętą szyję Malkaviana.
- Macie silną krew Ancillae - rzekł, gdy skończył kolejny posiłek - A to raduje moje serce.
Ventrue spojrzał na Horacego, lecz wtedy niespodziewanie kolejny przemówił Ravnos. Rycerz popatrzył jedynie przez chwilę na mistyka, lecz nie rzekł ni słowa. Swoją uwagę skupił na Horacym.
- Synu Rustego, podziel się ze mną swoim życiem - rzekł i wbił kły w nadgarstek Szczura. Było oczywistym, że Mallus nie ma ochoty pić z szyi od jednego z Nosferatów. Gdy skończył pozwolił Horacemu oddalić się, a następnie zwrócił się w stronę Ravnosa:
- Zaprawdę, nie żądam od ciebie hołdu religijnego, a jedynie uszanowania mojej pozycji. Musisz istotnie pochodzić z odległej krainy, skoro znajdujesz to trudnym. Mam więc rozumieć li, że twój lud nie okazuje szacunku tym, którzy go prowadzą? Zaprawdę, dzikie to muszą być obyczaje. Zważ jednak, iż będąc tutaj, pośród tych, którzy rozumieją te sprawy, sam wystawiasz sobie niechlubne świadectwo.
Ravnos nie raczył odpowiedzieć, a Ventrue wbił w niego swoje zęby i zaczął powoli pić.
W tym czasie Assamita stał z boku obserwując każdy ruch Mallusa. Był skupiony i opanowany, czekając na rozwój sytuacji. Jego postawa wydawała się rozluźniona, jednak prawa dłoń ukryta pod kurtką mówiła sama za siebie i członkowie koterii wiedzieli, że w przypadku, w którym Ventrue zapomniałby się, Morderca uderzy z szybkością atakującej kobry.
- Istotnie długo spałem - rzekł, gdy skończył. - I wiele się musiało zmienić w klanie Ravnos, skoro wstydząc się swej natury, zaczął nazywać ją maską.
Uśmiechnął się lekko, jednak bez złośliwości. Tak jakby rozbawiło go jakieś odległe wspomnienie. Przez chwilę najwyraźniej rozmyślał nad nim, po czym odezwał się do Victorii:
- Rozprawiając o twym szlachetnym ojcu, Richardzie von Tier miałem na myśli wampirze pokrewieństwo z Democritusem, Pani. Twój stwórca zajmował się śledzeniem swojej linii krwi, aż w końcu dowiedział się za dużo i zapłacił za to najwyższą cenę. Ty natomiast w swojej bibliotece masz dowód, który potwierdza me słowa. Richard zostawił po sobie wiele tajemnic. Nie wiem, gdzie dokładnie powinniście szukać, Pani, ale myślę, że sama będziesz wiedzieć najlepiej.
Po słowach Starszego nogi Horacego prawie się ugięły w kolanach. Jak to możliwe? Przez te wszystkie setki lat Democritus udawał Ventrue? Mózg Starego Szczura niczym nowoczesny komputer zaczął analizować dane, które posiadał i porównywać je z informacją jaką przed chwilą otrzymał. Nie znalazł nic, co mogłoby to potwierdzić, jedna sprawa jednak nie dawała mu spokoju. Horacy pamiętał innych Ventrue, którzy przybyli w do Charleston, gdy było ono jeszcze kolonią. Wszyscy w jakiś sposób opuścili Zachodnią Wirginię, a pozostałe klany uznały to za wewnętrzne przepychanki Klanu Królewskiego. Teraz, prócz Dellona Welsa oraz Belle Boyd w całym stanie nie można było znaleźć nikogo z innej linii krwi. Jak oni przez cały ten czas potrafili ukrywać swój brak odbicia? Widziałem ich odbicie wielokrotnie - pomyślał. Lecz to prawda, że wszyscy ci Ventrue unikają lustrzanych powierzchni...
Wszyscy oprócz Namtara tracicie po 1 Punkcie Krwi.
Póki będziecie mieć przy sobie przedmioty otrzymane od Caleba otrzymujecie Elder Status na 1.
Darshan i Terry odzyskują po 1 Punkcie Siły Woli za odegranie natury.
Póki będziecie mieć przy sobie przedmioty otrzymane od Caleba otrzymujecie Elder Status na 1.
Darshan i Terry odzyskują po 1 Punkcie Siły Woli za odegranie natury.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Viktoria niemalże podskoczyła na słowa starego Ventrue o pochodzeniu Democritusa. Gdy za pierwszym razem Mallus podał tą informację była przekonana, że chodzi o ludzkiego potomka. Jej wampiryczny ojciec był w końcu jej rodzonym wujem, książę mógłby wiec być kimś powiązanym z nimi rodzinnie. Teraz jednak doszło do niej, o co chodziło Rycerzowi Krwi. Jak to w ogóle możliwe? - pomyślała. Nikt niczego nie zauważył? Chyba, że książę trzyma wszystkich pod tak ogromną kontrolą. I ktoś musi działać mocą iluzji na lustrzane powierzchnie, gdy ten gdzieś się przemieszcza, by nie budzić podejrzeń. Poza tym dlaczego się ukrywa? Czyżby bał się potępienia za to co Lasombra wyczyniają w Sabacie? Za to co zrobili ze swoim założycielem? Ja jestem członkiem Camarilli i jednak nie wstydzę się swego pochodzenia. Czy może była by to dyskredytacja dla niego, jako władcy? Czy może chodzi o coś innego?
Viktoria przedzierała się we wspomnieniach przez wszystkie chwile gdy spotkała Democritusa. Nigdy nie zauważyła nawet drobnej podejrzanej nieścisłości.
- To prawda, że mój wuj miał wiele pasji i tajemnic. Jedną z nich była chęć odszukania naszych przodków. Pamiętam jak siedział po nocach przy świetle świec, odkrywając długie linie zależności krwi w naszej ludzkiej jak i wampirzej rodzinie. Odziedziczyłam po nim wszystkie zapiski i pięknie wyrysowane drzewa genealogiczne. Powinny leżeć gdzieś spokojnie w moim domu w Baltimore. To słabość szlacheckiej krwi by drążyć z jakich źródeł wypływa.
- Nigdy nie myślałam, że praca wuja może mi się kiedyś przydać w ten sposób.... Jak wielką machinę uruchomił Democritus by zatrzeć ślady jego pochodzenia? Horacy, ty jesteś tu najdłużej... Czy zauważyłeś coś dziwnego na dworze księcia? Może wcześniej znane ci fakty teraz składają się w nową całość?
- Teraz sprawa z zaginięciem Richarda wygląda trochę inaczej... W końcu był wnukiem księcia, czyli również Lasombra... a sfingowany napad był podobno dokonany przez... Sabbat? ... Sabbat, który przyniósł memu stwórcy Śmierć Ostateczną!
Myśli Lasombry biegały dookoła jak oszalałe... czyżby śmierć jej ojca przyszła bezpośrednio z ręki Democritusa za to, że odkrył jego prawdziwe pochodzenie? Czyżby to on napuścił nań te psy? W końcu Mallus powiedział, że jej ojciec zajrzał zbyt daleko i został ukarany... Jeśli to prawda to... Ogień nienawiść zalał umysł Viktorii, ogień i krzyki umierających w jej posiadłości w Prowansji. Ostatni śmiertelny krzyk bólu Richarda von Tier. Jej koszmary znów zostały przywołane do życia, nigdy zresztą nie umarły. Żądza krwi i zemsty wprawiła jej ciało w delikatne konwulsje. Emocje zachwiały prawami świata. Fale czerwieni przyćmiły jej wzrok. Tętniła krew, a wśród niej tańczyła ciemność. Dłonie zacisnęły się w pięści. Jeśli to się potwierdzi ... Jeśli to prawda.
- Jeśli to prawda... - wyszeptała Lasombra bardziej do siebie niż kogokolwiek - będę miała nową prace dla Namtara.... Za każdą cenę.
[center]
[/center]
Viktoria niemalże podskoczyła na słowa starego Ventrue o pochodzeniu Democritusa. Gdy za pierwszym razem Mallus podał tą informację była przekonana, że chodzi o ludzkiego potomka. Jej wampiryczny ojciec był w końcu jej rodzonym wujem, książę mógłby wiec być kimś powiązanym z nimi rodzinnie. Teraz jednak doszło do niej, o co chodziło Rycerzowi Krwi. Jak to w ogóle możliwe? - pomyślała. Nikt niczego nie zauważył? Chyba, że książę trzyma wszystkich pod tak ogromną kontrolą. I ktoś musi działać mocą iluzji na lustrzane powierzchnie, gdy ten gdzieś się przemieszcza, by nie budzić podejrzeń. Poza tym dlaczego się ukrywa? Czyżby bał się potępienia za to co Lasombra wyczyniają w Sabacie? Za to co zrobili ze swoim założycielem? Ja jestem członkiem Camarilli i jednak nie wstydzę się swego pochodzenia. Czy może była by to dyskredytacja dla niego, jako władcy? Czy może chodzi o coś innego?
Viktoria przedzierała się we wspomnieniach przez wszystkie chwile gdy spotkała Democritusa. Nigdy nie zauważyła nawet drobnej podejrzanej nieścisłości.
- To prawda, że mój wuj miał wiele pasji i tajemnic. Jedną z nich była chęć odszukania naszych przodków. Pamiętam jak siedział po nocach przy świetle świec, odkrywając długie linie zależności krwi w naszej ludzkiej jak i wampirzej rodzinie. Odziedziczyłam po nim wszystkie zapiski i pięknie wyrysowane drzewa genealogiczne. Powinny leżeć gdzieś spokojnie w moim domu w Baltimore. To słabość szlacheckiej krwi by drążyć z jakich źródeł wypływa.
- Nigdy nie myślałam, że praca wuja może mi się kiedyś przydać w ten sposób.... Jak wielką machinę uruchomił Democritus by zatrzeć ślady jego pochodzenia? Horacy, ty jesteś tu najdłużej... Czy zauważyłeś coś dziwnego na dworze księcia? Może wcześniej znane ci fakty teraz składają się w nową całość?
- Teraz sprawa z zaginięciem Richarda wygląda trochę inaczej... W końcu był wnukiem księcia, czyli również Lasombra... a sfingowany napad był podobno dokonany przez... Sabbat? ... Sabbat, który przyniósł memu stwórcy Śmierć Ostateczną!
Myśli Lasombry biegały dookoła jak oszalałe... czyżby śmierć jej ojca przyszła bezpośrednio z ręki Democritusa za to, że odkrył jego prawdziwe pochodzenie? Czyżby to on napuścił nań te psy? W końcu Mallus powiedział, że jej ojciec zajrzał zbyt daleko i został ukarany... Jeśli to prawda to... Ogień nienawiść zalał umysł Viktorii, ogień i krzyki umierających w jej posiadłości w Prowansji. Ostatni śmiertelny krzyk bólu Richarda von Tier. Jej koszmary znów zostały przywołane do życia, nigdy zresztą nie umarły. Żądza krwi i zemsty wprawiła jej ciało w delikatne konwulsje. Emocje zachwiały prawami świata. Fale czerwieni przyćmiły jej wzrok. Tętniła krew, a wśród niej tańczyła ciemność. Dłonie zacisnęły się w pięści. Jeśli to się potwierdzi ... Jeśli to prawda.
- Jeśli to prawda... - wyszeptała Lasombra bardziej do siebie niż kogokolwiek - będę miała nową prace dla Namtara.... Za każdą cenę.
[center]
[/center]
Ostatnio zmieniony 21 lutego 2016, 21:20 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
" I wiele się musiało zmienić w klanie Ravnos, skoro wstydząc się swej natury, zaczął nazywać ją maską."
Chyba, że Oszusta tak na prawdę kłamie o mistyku. Czyli, że jest dokładnie odwrotnie niż myśli Mallus. - Horacy westchnął w myślach Oby się nie okazało, że dziadek znowu wolno trybi i daję się łatwo wywieźć w pole. Mam nadzieję, że zacny rycerz szybko się ogarnie w świcie blichtru, kiepskich filmów, elektroniki i twardej pornografi online...
Pomyślał Horacy jednak dalszy ciąg jego przemyśleń rozpadł się na raz jak układanka puzzli, którą ktoś ucisnął na podłogę. Stary szczur nie mógł do siebie dojść po tym co usłyszał o Democritusie. Dopiero pytanie Victori wyrwało go ze zdziwienia.
- Horacy, ty jesteś tu najdłużej... Czy zauważyłeś coś dziwnego na dworze księcia? Może wcześniej znane ci fakty teraz składają się w nową całość?
- No, cóż ja... szczerze mówiąc nie przypominam sobie bym go widział w lustrze. Nigdy tez nie widziałem by używał dyscyplin.
- Teraz sprawa z zaginięciem Richarda wygląda trochę inaczej... W końcu był wnukiem księcia, czyli również Lasombra... a sfingowany napad był podobno dokonany przez... Sabat? ... Sabat, który przyniósł memu stwórcy Śmierć Ostateczną!
- Czy zastawialiście się dlaczego Starzec każe nam łazić po całym stanie zbierając kruki? Przecież mógłby to zrobić jednym a nie czterema? To tak jakby samo zbieranie było istotne. A my zbierając informacje cały czas kręcimy się wokół rodziny Democritusa. Może więcej odpowiedzi jest w nas samych tylko nie chcemy się temu przyjrzeć. Ja nadal nie wiem skąd się wzięli pozostali w naszej koterii. Ponieważ obecność moja, Victori i Namtara jest jakby już jasna, a zatem wasza?
- Cały czas odnoszę też wrażenie, że sprawa śmierci red Wisdoma jest zakotwiczona w czasach minionych. Już drugi raz spotykamy kogoś z jego dawnej koterii. Ciekawe jakie zadanie miały poprzednie koterie Red Wisdoma, może to jeden i ten sam przeciwnik się przewija przez stulecia...
Zwrócił wzrok na Mallusa.
- Wybaczcie panie to poprzednie pytanie. Jeśli nie macie nic przeciwko to zaoferuję swoją pomoc jako przewodnika po Wirgini dzisiejszej. Jak tylko załatwię kwestię testamentu jestem na każde wezwanie. Może to licha propozycja bo od Nosferatu ale na pewno ułatwi wam wejście w nasze czasy.
" I wiele się musiało zmienić w klanie Ravnos, skoro wstydząc się swej natury, zaczął nazywać ją maską."
Chyba, że Oszusta tak na prawdę kłamie o mistyku. Czyli, że jest dokładnie odwrotnie niż myśli Mallus. - Horacy westchnął w myślach Oby się nie okazało, że dziadek znowu wolno trybi i daję się łatwo wywieźć w pole. Mam nadzieję, że zacny rycerz szybko się ogarnie w świcie blichtru, kiepskich filmów, elektroniki i twardej pornografi online...
Pomyślał Horacy jednak dalszy ciąg jego przemyśleń rozpadł się na raz jak układanka puzzli, którą ktoś ucisnął na podłogę. Stary szczur nie mógł do siebie dojść po tym co usłyszał o Democritusie. Dopiero pytanie Victori wyrwało go ze zdziwienia.
- Horacy, ty jesteś tu najdłużej... Czy zauważyłeś coś dziwnego na dworze księcia? Może wcześniej znane ci fakty teraz składają się w nową całość?
- No, cóż ja... szczerze mówiąc nie przypominam sobie bym go widział w lustrze. Nigdy tez nie widziałem by używał dyscyplin.
- Teraz sprawa z zaginięciem Richarda wygląda trochę inaczej... W końcu był wnukiem księcia, czyli również Lasombra... a sfingowany napad był podobno dokonany przez... Sabat? ... Sabat, który przyniósł memu stwórcy Śmierć Ostateczną!
Spoiler!
- Spokojnie. Po pierwsze nie zaginął Richard tylko jego syn Martin. I nie został podobno zabity tylko sfingował swoją śmierć jak uprzejmie doniósł nam pan Redondo de Vasquez. - Horacy spojrzał na Maullusa - Wybaczcie panie ale jeśli wam to nie przeszkadza chcieli byśmy głośno wspólnie pomyśleć przez chwilkę. - Nie widząc sprzeciwu kontynuował cichym szeptem - Martin mógł chcieć wypuścić informację o prawdzie co do swojej krwi. Red Wisdom groził ujawnieniem prawdy na odczycie testamentu. Impakt takiej wieści mógłby być dla księcia polityczną katastrofą. Tyle lat kłamstw, nikt by mu ręki nie podał na powitanie. Być możne Red Wisdom zapłacił za tą wiedzę życiem. Mógł przecież przez Sidonię nacisnąć kontakty wśród magów. Być może ojciec Victori wiedział za dużo również... Tak czy inaczej obawiam się, że zemsta Victorio jest poza twoim zasięgiem zemsta i musisz się z tym w końcu pogodzić. Jeśli zaś chodzi o Sabat to nie wydaje mi się by Democritus był zainteresowany przejściem, zbyt długo stał im kołkiem w gardle. Zbyt długo budował coś innego i poświęcał na to siły. Jest jaki jest jakkolwiek wątpię by sprawy miały się lepiej dla naszego stanu gdyby go nie było. Zło konieczne.- Czy zastawialiście się dlaczego Starzec każe nam łazić po całym stanie zbierając kruki? Przecież mógłby to zrobić jednym a nie czterema? To tak jakby samo zbieranie było istotne. A my zbierając informacje cały czas kręcimy się wokół rodziny Democritusa. Może więcej odpowiedzi jest w nas samych tylko nie chcemy się temu przyjrzeć. Ja nadal nie wiem skąd się wzięli pozostali w naszej koterii. Ponieważ obecność moja, Victori i Namtara jest jakby już jasna, a zatem wasza?
- Cały czas odnoszę też wrażenie, że sprawa śmierci red Wisdoma jest zakotwiczona w czasach minionych. Już drugi raz spotykamy kogoś z jego dawnej koterii. Ciekawe jakie zadanie miały poprzednie koterie Red Wisdoma, może to jeden i ten sam przeciwnik się przewija przez stulecia...
Zwrócił wzrok na Mallusa.
- Wybaczcie panie to poprzednie pytanie. Jeśli nie macie nic przeciwko to zaoferuję swoją pomoc jako przewodnika po Wirgini dzisiejszej. Jak tylko załatwię kwestię testamentu jestem na każde wezwanie. Może to licha propozycja bo od Nosferatu ale na pewno ułatwi wam wejście w nasze czasy.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
- Istanna*, wiemy, dlaczego Terry tu jest - odezwał się cicho Morderca. Nie był do końca pewien, czy naprawdę chce brać udział w tej rozmowie. Jednak kierunek jaki obrała, poniekąd zmusił go do tego. Nie lubił się odzywać, zwłaszcza przy obcych. Ale jeszcze bardziej nie cierpiał słuchać, jak Kuffrowie po raz kolejny przerzucają się podejrzeniami i osobistymi dociekaniami, które zwykle pozostawały bez odpowiedzi. Ktoś pytał, ktoś nabierał wody w usta, fashkh** przedstawienie.
- Ktoś ściągnął tutaj jego ojca, oczekując, że doprowadzi to do konfrontacji. Myślę, że ten ktoś wiedział, że Terry będzie chroniony przez profesjonalistę. Więc wystawił Spiro. A Spiro dużo wiedział - uśmiechnął się zimno, na wspomnienie ostatnich chwil życia Infernalisty i oblizał zęby myśląc o smaku jego krwi.
- Nie, żebym wierzył, że wszystko co mówił było prawdą. W moim przypadku się mylił. Ale mnie chroni Ścieżka, a was nie. Ten kalb ibnal Iblis*** znał część waszych tajemnic. Myślę, że znał też sekrety Amira. Democritus zgodził się na diabolizację. Nie na zasadzie biernej akceptacji. Przekazał mi że się zgadza. Telepatycznie. W waszym Elizjum.
Nie dodał nic więcej, nie musiał. Wystarczyła mu przyjemność jakiej dostarczało niewypowiedziane, a jednak obecne pytanie: "Skoro wasi przywódcy nie przestrzegają waszych praw, to ile one są warte?" Patrząc na niewielką konsternację, którą udało mu się wywołać, wyszczerzył zęby.
- Co do Ravnosów, nie znam ich roli. Ale sądzę, że do czegoś są potrzebni, skoro mój Klient zażądał spłaty długu od Wędrownego Klanu. Waa faqri,**** nikt tego nie robi, jeśli nie musi. Dobrze więc byłoby wiedzieć, czego dotyczył i jak dawno został zaciągnięty. To może być ważna informacja. To wszystko co chciałem powiedzieć.
* arab. Poczekaj
** arab. pierdolone
*** arab. pies, syn Iblisa (Szatana)
**** arab. Cholera
- Istanna*, wiemy, dlaczego Terry tu jest - odezwał się cicho Morderca. Nie był do końca pewien, czy naprawdę chce brać udział w tej rozmowie. Jednak kierunek jaki obrała, poniekąd zmusił go do tego. Nie lubił się odzywać, zwłaszcza przy obcych. Ale jeszcze bardziej nie cierpiał słuchać, jak Kuffrowie po raz kolejny przerzucają się podejrzeniami i osobistymi dociekaniami, które zwykle pozostawały bez odpowiedzi. Ktoś pytał, ktoś nabierał wody w usta, fashkh** przedstawienie.
- Ktoś ściągnął tutaj jego ojca, oczekując, że doprowadzi to do konfrontacji. Myślę, że ten ktoś wiedział, że Terry będzie chroniony przez profesjonalistę. Więc wystawił Spiro. A Spiro dużo wiedział - uśmiechnął się zimno, na wspomnienie ostatnich chwil życia Infernalisty i oblizał zęby myśląc o smaku jego krwi.
- Nie, żebym wierzył, że wszystko co mówił było prawdą. W moim przypadku się mylił. Ale mnie chroni Ścieżka, a was nie. Ten kalb ibnal Iblis*** znał część waszych tajemnic. Myślę, że znał też sekrety Amira. Democritus zgodził się na diabolizację. Nie na zasadzie biernej akceptacji. Przekazał mi że się zgadza. Telepatycznie. W waszym Elizjum.
Nie dodał nic więcej, nie musiał. Wystarczyła mu przyjemność jakiej dostarczało niewypowiedziane, a jednak obecne pytanie: "Skoro wasi przywódcy nie przestrzegają waszych praw, to ile one są warte?" Patrząc na niewielką konsternację, którą udało mu się wywołać, wyszczerzył zęby.
- Co do Ravnosów, nie znam ich roli. Ale sądzę, że do czegoś są potrzebni, skoro mój Klient zażądał spłaty długu od Wędrownego Klanu. Waa faqri,**** nikt tego nie robi, jeśli nie musi. Dobrze więc byłoby wiedzieć, czego dotyczył i jak dawno został zaciągnięty. To może być ważna informacja. To wszystko co chciałem powiedzieć.
* arab. Poczekaj
** arab. pierdolone
*** arab. pies, syn Iblisa (Szatana)
**** arab. Cholera
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
A więc tak Ventrue odpłaca za szczerość. Szybką i pochopną oceną jego ludu, obrazą klanu i niechęcią. Europejczyk nie zaskoczył Darshana. Tak jak i dzisiaj, tak i w dawnych rycerskich czasach, puste gesty i konwenanse miały większą wartość niż szczerość. A może to nie o gesty chodziło tylko o uległość?
Darshanowi w istocie nie zależało na klękaniu bądź nie. Chciał sprawdzić zachowanie Mallusa, gdyż z jego bezbłędnej etykiety niewiele dało się wyczytać. Pokazywał tylko to co chciał pokazać, silnego, inteligentnego, honorowego rycerza. Darshan zastanawiał się czy to ten typ rycerza, który wśród swoich jest wzorem wszystkich cnót i obrońcą uciśnionych, kiedy natomiast ma do czynienia z obcymi, zmienia się w bezwzględnego, okrutnego mordercę, który bez mrugnięcia ścina zarówno dzieci jak i kobiety.
Po tak krótkiej reakcji oczywiście nie było sensu wyciągania zbyt daleko idących wniosków, a jakiekolwiek wnioski takie właśnie by były w tej sytuacji. Niemniej zachowanie Ventrue na pewno nie wykluczyło tej możliwości. Wypowiedź Assamity zakończyła te bezproduktywne rozmyślania:
- Atra-hasis uratował w przeszłości istnienia wielu Ravnosów. Nie znam szczegółów i nie pytałem o nie. Wiem także, że Mędrzec szanował Rodzinę i jako jeden z nielicznych potrafił bezbłędnie dostrzec naszą naturę. Ta wiedza i prośba mojego przyjaciela, wystarczyły mi abym zdecydował się reprezentować Klan.
- Przyjacielem, którego mam na myśli jest Tabah Muffazal. Osobiście więc nie jestem związany z historią Atra-hasisa. Jednak przez krew, w imieniu Klanu podjąłem się misji spłaty naszego długu i tak jak mówiłem wcześniej, powtórzę i teraz. Dług ten traktuję jak swój własny.
Darshan przekazał wcześniej już te informacje koterii, niemniej nie powiedział wtedy jasno, że to wszystko co ma do powiedzenia w tej materii. Warto było też powtórzyć to jasno i zwięźle, skoro w takim kierunku potoczyła się rozmowa.
- Naturalnie uważam też, że nasza obecność nie jest przypadkowa, jak i nic nie jest przypadkowe we wszechświecie. Każdy z nas posiada pewne talenty i wiedzę i jest nie mniej ni więcej a dokładnie tyle ile nam potrzeba byśmy sprostali temu zadaniu. Zwątpienie i rozproszenie są naszymi jedynymi wrogami.
A więc tak Ventrue odpłaca za szczerość. Szybką i pochopną oceną jego ludu, obrazą klanu i niechęcią. Europejczyk nie zaskoczył Darshana. Tak jak i dzisiaj, tak i w dawnych rycerskich czasach, puste gesty i konwenanse miały większą wartość niż szczerość. A może to nie o gesty chodziło tylko o uległość?
Darshanowi w istocie nie zależało na klękaniu bądź nie. Chciał sprawdzić zachowanie Mallusa, gdyż z jego bezbłędnej etykiety niewiele dało się wyczytać. Pokazywał tylko to co chciał pokazać, silnego, inteligentnego, honorowego rycerza. Darshan zastanawiał się czy to ten typ rycerza, który wśród swoich jest wzorem wszystkich cnót i obrońcą uciśnionych, kiedy natomiast ma do czynienia z obcymi, zmienia się w bezwzględnego, okrutnego mordercę, który bez mrugnięcia ścina zarówno dzieci jak i kobiety.
Po tak krótkiej reakcji oczywiście nie było sensu wyciągania zbyt daleko idących wniosków, a jakiekolwiek wnioski takie właśnie by były w tej sytuacji. Niemniej zachowanie Ventrue na pewno nie wykluczyło tej możliwości. Wypowiedź Assamity zakończyła te bezproduktywne rozmyślania:
- Atra-hasis uratował w przeszłości istnienia wielu Ravnosów. Nie znam szczegółów i nie pytałem o nie. Wiem także, że Mędrzec szanował Rodzinę i jako jeden z nielicznych potrafił bezbłędnie dostrzec naszą naturę. Ta wiedza i prośba mojego przyjaciela, wystarczyły mi abym zdecydował się reprezentować Klan.
- Przyjacielem, którego mam na myśli jest Tabah Muffazal. Osobiście więc nie jestem związany z historią Atra-hasisa. Jednak przez krew, w imieniu Klanu podjąłem się misji spłaty naszego długu i tak jak mówiłem wcześniej, powtórzę i teraz. Dług ten traktuję jak swój własny.
Darshan przekazał wcześniej już te informacje koterii, niemniej nie powiedział wtedy jasno, że to wszystko co ma do powiedzenia w tej materii. Warto było też powtórzyć to jasno i zwięźle, skoro w takim kierunku potoczyła się rozmowa.
- Naturalnie uważam też, że nasza obecność nie jest przypadkowa, jak i nic nie jest przypadkowe we wszechświecie. Każdy z nas posiada pewne talenty i wiedzę i jest nie mniej ni więcej a dokładnie tyle ile nam potrzeba byśmy sprostali temu zadaniu. Zwątpienie i rozproszenie są naszymi jedynymi wrogami.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po nakarmieniu Mallusa Nomitara, Mistrza Rycerzy Krwi, drugiego, honorowego członka koterii Arta-Hasisa, rozmowy o istocie bytu, 11.08.1993
Na wspomnienie Stwórcy, Terry zesztywniał. Bardziej niż na co dzień. Przez jego umysł przegalopowało stado bolesnych i koszmarnych wspomnień, obecnych tam nieustannie do kilku nocy wstecz. Sam zdziwił się, jak szybko opuścił go lęk, który towarzyszył mu przez ostatnie trzy stulecia. Trzysta lat przerażenia, ucieczki i samotności, i wszystko to zniknęło wraz z nadejściem świadomości kresu istnienia tego, który odebrał mu życie pod koniec XVII wieku. I jeśli wcześniej czuł ulgę z tego powodu, dopiero teraz tak naprawdę ją docenił.
Uśmiechnął się na słowa Łowcy. W sumie nie miało to żadnego znaczenia, ale nie mógł pozostawić bez komentarza tak dziwnej wizji wydarzeń.
- Nie miał racji co do swoich oskarżeń, ale znał fakty na temat każdego z nas. Takie, którymi nikt z nas się nie chwali. Znał twoje pochodzenie, wiedział o moich koszmarach pokazujących mi wypaczony obraz nocy mojej przemiany... Wszystko co musiał zrobić by wzbudzić w nas wątpliwość, lub wściekłość to okrasić te fakty czymś, co wedle niego uznalibyśmy za herezje. - powiedział zwracając się do łowcy, samemu dziwiąc się słowom które wychodzą z jego ust. Do całej reszty zaś dodał parę słów usprawiedliwienia, bo mimo iż nikt tego nie okazywał, Terry miał wrażenie, że należy im się parę słów wytłumaczenia.
- Aurin Spiro zdradził klan. To co się stało, stało by się i tak. Jeśli nie rękoma mojego ochroniarza, to po tym co usłyszeliśmy, rękoma Księcia lub jego ludzi. Ale mój Stwórca zdradził klan i musiał za to zapłacić. Więc jeśli ktoś nas... mnie wykorzystał w tym celu, to należą mu się gratulacje za umiejętną grę...
Zastanowił się też nad słowami Mistyka. Zwłaszcza ostatnie zdanie przypadło mu do gustu. Zdawał sobie sprawę, że z powodów zupełnie innych niż te którymi kierował się Darshan wypowiadając owe myśli, niezmiennie jednak pozostawały one prawdziwe, nawet jeśli oboje dochodzili do nich zupełnie innymi drogami.
Sprawa Democritusa nie obeszła go tak mocno jak zacnego Horacego. Owszem, sama informacja wywołała zdziwienie, to jednak szybko wyparowało. Pozostała wiedza i przeświadczenie, że należy coś z nią zrobić. Nie był tylko jeszcze pewien co dokładnie.
Przez cały ten czas, Malkavian co chwilę zerkał w stronę Mallusa. Nie umiał do końca się rozluźnić w jego obecności i zwyczajnie badał jego reakcje. Potrzebował więcej niż kilka chwil, by oswoić się z myślą o Matuzalemie jako jednym z nich.
Na wspomnienie Stwórcy, Terry zesztywniał. Bardziej niż na co dzień. Przez jego umysł przegalopowało stado bolesnych i koszmarnych wspomnień, obecnych tam nieustannie do kilku nocy wstecz. Sam zdziwił się, jak szybko opuścił go lęk, który towarzyszył mu przez ostatnie trzy stulecia. Trzysta lat przerażenia, ucieczki i samotności, i wszystko to zniknęło wraz z nadejściem świadomości kresu istnienia tego, który odebrał mu życie pod koniec XVII wieku. I jeśli wcześniej czuł ulgę z tego powodu, dopiero teraz tak naprawdę ją docenił.
Uśmiechnął się na słowa Łowcy. W sumie nie miało to żadnego znaczenia, ale nie mógł pozostawić bez komentarza tak dziwnej wizji wydarzeń.
- Nie miał racji co do swoich oskarżeń, ale znał fakty na temat każdego z nas. Takie, którymi nikt z nas się nie chwali. Znał twoje pochodzenie, wiedział o moich koszmarach pokazujących mi wypaczony obraz nocy mojej przemiany... Wszystko co musiał zrobić by wzbudzić w nas wątpliwość, lub wściekłość to okrasić te fakty czymś, co wedle niego uznalibyśmy za herezje. - powiedział zwracając się do łowcy, samemu dziwiąc się słowom które wychodzą z jego ust. Do całej reszty zaś dodał parę słów usprawiedliwienia, bo mimo iż nikt tego nie okazywał, Terry miał wrażenie, że należy im się parę słów wytłumaczenia.
- Aurin Spiro zdradził klan. To co się stało, stało by się i tak. Jeśli nie rękoma mojego ochroniarza, to po tym co usłyszeliśmy, rękoma Księcia lub jego ludzi. Ale mój Stwórca zdradził klan i musiał za to zapłacić. Więc jeśli ktoś nas... mnie wykorzystał w tym celu, to należą mu się gratulacje za umiejętną grę...
Zastanowił się też nad słowami Mistyka. Zwłaszcza ostatnie zdanie przypadło mu do gustu. Zdawał sobie sprawę, że z powodów zupełnie innych niż te którymi kierował się Darshan wypowiadając owe myśli, niezmiennie jednak pozostawały one prawdziwe, nawet jeśli oboje dochodzili do nich zupełnie innymi drogami.
Sprawa Democritusa nie obeszła go tak mocno jak zacnego Horacego. Owszem, sama informacja wywołała zdziwienie, to jednak szybko wyparowało. Pozostała wiedza i przeświadczenie, że należy coś z nią zrobić. Nie był tylko jeszcze pewien co dokładnie.
Przez cały ten czas, Malkavian co chwilę zerkał w stronę Mallusa. Nie umiał do końca się rozluźnić w jego obecności i zwyczajnie badał jego reakcje. Potrzebował więcej niż kilka chwil, by oswoić się z myślą o Matuzalemie jako jednym z nich.
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Viktoria przysłuchiwała się rozmową i czuła jak powoli jej wzburzenie rozprasza się i opuszcza jej ciało. Jej zaciśnięte pięści rozluźniały się powoli, a myśli wracały do zwykłego, analityczno-krytycznego trybu. Fala czerwonych emocji odpłynęła, a pobudzona nienawiścią ciemność napo wrót ułożyła się do swego cienistego snu w żyłach Lasombry.
- Masz rację Horacy, aż nadto się uniosłam. Wspomnienia i chęć zemsty wzięły górę nad umysłem i pozwoliłam mnie zabrać na wysokich falach daleko od brzegu. Ale nie zgadzam się. Nie zapomnę o zemście. Nie zapomnę o tym co zrobili mojemu stwórcy i mentorowi. W przeciwieństwie do Terrego mój ojciec był szlachetnym wampirem i nie zasłużył na swoją śmierć. Nie knuł spisków i nie zasadzał się na niczyje nieżycie. Nad intrygi i przepychanki w społeczności nieumartych cenił sobie spokój i szelest kart ksiąg. Był mędrcem nie szalbierzem. Szukał tajemnic i rozwiązań. Szukał prawdy i to go zgubiło. Dlatego ci którzy są temu winni zapłacą za to. W swoim czasie... Jeśli bogowie pozwolą.
Mówiąc to Viktoria przeczesała dłonią swoje włosy, poprawiła mankiety wystające spod garsonki i pozycje broszy na piersi. Rozejrzała się po koterii i zagryzając delikatnie wargi, analizowała wszystkie informacje, którymi wymienili się jej towarzysze. Mallus stał bez ruchu podparty na mieczu. Nie warzyła się nawet myśleć o nim jako jednym z nich. Przez chwile jej wzrok zatopił się we mgle nad nocnym jeziorem. Czarna toń uspokajała ją z takim wdziękiem.
- Nie wiem jak uważacie, ale chyba czas się stąd ruszyć. Jak mniemam teraz idziemy zanieść zgubę Redondo de Vasqueza do Civic Center Dr? Dalsze rozważania możemy prowadzić w limuzynie, nim dojedziemy na miejsce. -Mój Panie - zwróciła się do Ventrue Victoria, - czy życzysz sobie nam towarzyszyć czy też wolałbyś odpocząć w domu, który przekazał nam w spadku Atrahasis? Później, jeśli pozwolisz, możemy przenieść się do Elizjum dla Starszych. Jeżeli oczywiście wciąż Twoją wolą będzie nas tam poprowadzić. Muszę od razu zaznaczyć, że współczesne środki transportu mogą sprawić iż poczujesz się dość nieswojo. Jeżeli będziesz miał jakiekolwiek pytania co do współczesnego świata, również oferuję ci swą pomoc. Nie znam w prawdzie okolicy tak jak Horacy, ale mogę asystować jeżeli jakiekolwiek wątki życia w XX wiecznej Wirginii zwrócą twoją uwagę - mówiąc to w geście szacunku ukłoniła lekko głowę.
Viktoria przysłuchiwała się rozmową i czuła jak powoli jej wzburzenie rozprasza się i opuszcza jej ciało. Jej zaciśnięte pięści rozluźniały się powoli, a myśli wracały do zwykłego, analityczno-krytycznego trybu. Fala czerwonych emocji odpłynęła, a pobudzona nienawiścią ciemność napo wrót ułożyła się do swego cienistego snu w żyłach Lasombry.
- Masz rację Horacy, aż nadto się uniosłam. Wspomnienia i chęć zemsty wzięły górę nad umysłem i pozwoliłam mnie zabrać na wysokich falach daleko od brzegu. Ale nie zgadzam się. Nie zapomnę o zemście. Nie zapomnę o tym co zrobili mojemu stwórcy i mentorowi. W przeciwieństwie do Terrego mój ojciec był szlachetnym wampirem i nie zasłużył na swoją śmierć. Nie knuł spisków i nie zasadzał się na niczyje nieżycie. Nad intrygi i przepychanki w społeczności nieumartych cenił sobie spokój i szelest kart ksiąg. Był mędrcem nie szalbierzem. Szukał tajemnic i rozwiązań. Szukał prawdy i to go zgubiło. Dlatego ci którzy są temu winni zapłacą za to. W swoim czasie... Jeśli bogowie pozwolą.
Mówiąc to Viktoria przeczesała dłonią swoje włosy, poprawiła mankiety wystające spod garsonki i pozycje broszy na piersi. Rozejrzała się po koterii i zagryzając delikatnie wargi, analizowała wszystkie informacje, którymi wymienili się jej towarzysze. Mallus stał bez ruchu podparty na mieczu. Nie warzyła się nawet myśleć o nim jako jednym z nich. Przez chwile jej wzrok zatopił się we mgle nad nocnym jeziorem. Czarna toń uspokajała ją z takim wdziękiem.
- Nie wiem jak uważacie, ale chyba czas się stąd ruszyć. Jak mniemam teraz idziemy zanieść zgubę Redondo de Vasqueza do Civic Center Dr? Dalsze rozważania możemy prowadzić w limuzynie, nim dojedziemy na miejsce. -Mój Panie - zwróciła się do Ventrue Victoria, - czy życzysz sobie nam towarzyszyć czy też wolałbyś odpocząć w domu, który przekazał nam w spadku Atrahasis? Później, jeśli pozwolisz, możemy przenieść się do Elizjum dla Starszych. Jeżeli oczywiście wciąż Twoją wolą będzie nas tam poprowadzić. Muszę od razu zaznaczyć, że współczesne środki transportu mogą sprawić iż poczujesz się dość nieswojo. Jeżeli będziesz miał jakiekolwiek pytania co do współczesnego świata, również oferuję ci swą pomoc. Nie znam w prawdzie okolicy tak jak Horacy, ale mogę asystować jeżeli jakiekolwiek wątki życia w XX wiecznej Wirginii zwrócą twoją uwagę - mówiąc to w geście szacunku ukłoniła lekko głowę.
Jeżeli nikt nie ma nic przeciwko i nie chce nic teraz dodać, daje znak Lucasowi że wracamy na brzeg.
Ostatnio zmieniony 23 lutego 2016, 19:02 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Victoria dała znak Lucasowi, by ten uruchomił łódź i zaczęli wracać na brzeg. Po chwili stłumiony warkot silnika rozległ się po okolicy. Wszyscy, którzy byli zaznajomieni z tym dźwiękiem nie zwrócili na niego tyle uwagi co Mallus. Satry Ventrue bowiem wyglądał na trochę zaskoczonego, jednak nie odezwał się. Podszedł spokojnie do burty obserwując otaczającą łódź mgłę.
- Wszystko dookoła mnie się zmienia, a ja stoję dalej sam w tym samym miejscu. Ciekawi mnie jak sobie poradziliście moi bracia i siostry z tym faktem... Ilu z was śpi, a którzy są aktywni? Hmm... Czas się przekonać - zakończył swój monolog.
Wtem odwrócił się do Victorii i kontynuował:
- Pani, z radością zaprowadzę was na miejsce, jednak tam rozstaniemy się. Do tego czasu powinienem się oswoić... z nowym światem.
Po słowach Rycerza, wszyscy zebrani usłyszeli niski dźwięk dobiegający z wschodu. Po chwili zorientowali się, że to silnik odrzutowca. Warkot jednak wydawał się zbyt głośny, jakby samolot leciał nisko. Zbyt nisko, jak na zwykły lot.
Nagle w gęstej mgle pojawiły się jasne punkty, które z niezwykłą szybkością leciały w kierunku łodzi.
Victoria dała znak Lucasowi, by ten uruchomił łódź i zaczęli wracać na brzeg. Po chwili stłumiony warkot silnika rozległ się po okolicy. Wszyscy, którzy byli zaznajomieni z tym dźwiękiem nie zwrócili na niego tyle uwagi co Mallus. Satry Ventrue bowiem wyglądał na trochę zaskoczonego, jednak nie odezwał się. Podszedł spokojnie do burty obserwując otaczającą łódź mgłę.
- Wszystko dookoła mnie się zmienia, a ja stoję dalej sam w tym samym miejscu. Ciekawi mnie jak sobie poradziliście moi bracia i siostry z tym faktem... Ilu z was śpi, a którzy są aktywni? Hmm... Czas się przekonać - zakończył swój monolog.
Wtem odwrócił się do Victorii i kontynuował:
- Pani, z radością zaprowadzę was na miejsce, jednak tam rozstaniemy się. Do tego czasu powinienem się oswoić... z nowym światem.
Po słowach Rycerza, wszyscy zebrani usłyszeli niski dźwięk dobiegający z wschodu. Po chwili zorientowali się, że to silnik odrzutowca. Warkot jednak wydawał się zbyt głośny, jakby samolot leciał nisko. Zbyt nisko, jak na zwykły lot.
Nagle w gęstej mgle pojawiły się jasne punkty, które z niezwykłą szybkością leciały w kierunku łodzi.
Pilot z F-16 strzela z działa, celując w łódź.
Inicjatywa:
Namtar 7 sukcesów
Mallus 7 sukcesów
Darshan 4 suckesy
Horacy 3 sukcesy
Victoria 2 sukcesy
Terry 2 sukcesy
Kolejność pisania postów zgodnie z inicjatywą. Przypominam, że nie wiecie jakiego rodzaju jest to samolot, bo mgła całkowicie zakrywa obraz nieba.
Inicjatywa:
Namtar 7 sukcesów
Mallus 7 sukcesów
Darshan 4 suckesy
Horacy 3 sukcesy
Victoria 2 sukcesy
Terry 2 sukcesy
Kolejność pisania postów zgodnie z inicjatywą. Przypominam, że nie wiecie jakiego rodzaju jest to samolot, bo mgła całkowicie zakrywa obraz nieba.
Spoiler!
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Znał ten dźwięk. Niski grzmot wydawany przez silnik Pratt & Whitney, w który wyposażony były myśliwce typu F16. Rzut oka na dwa majaczące we mgle światła rozwiał resztę potencjalnych wątpliwości i Morderca pojął, iż moment, w którym usłyszy grzechot karabinu maszynowego jest oddalony jedynie o ułamki sekund. Jego umysł błyskawicznie przeanalizował sytuację podejmując najtrafniejszą decyzję. Nie zastanawiając się Assamita skoczył w kierunku członków koterii, poruszając się szybciej niż myśl.
Złapał Terrego za ramiona, podnosząc oszołomionego księdza w górę. Mina Malkavianina wskazywała na to, iż Świr nie do końca zdaje sobie sprawę z zagrożenia.
- Nurkujcie. Głęboko! - krzyknął mu w twarz.
Po czym z nadludzką siłą odepchnął jego ciało, przerzucając je przez burtę. Oszołomiony duchowny zamachał rękami, w beznadziejnej próbie złapania równowagi i poleciał w tył. Morderca nie czekał na to co będzie dalej. Zanim ciało Terrego dosięgnęło powierzchni wody, był już przy Victorii, która podzieliła los Malkawianin. Następni w kolejce byli Darshan i Horacy. Spojrzał na Mallusa, lecz rycerz, wykazując zadziwiającą szybkość reakcji i sprawność umysłu, skakał właśnie w toń jeziora. Lucas stał nieruchomo, trzymając w obu rękach koło sterowe. Jego twarz była białą i napięta, i Łowca wiedział, że stary żołnierz także prawidłowo rozpoznał dźwięk silnika.
- Skacz! - wrzasnął, próbując wybić go z transu.
Ghul spojrzał na niego i poruszył ustami. Assamita jednak nie poświęcił mu więcej uwagi. Nie miał zamiaru narażać wykonania Kontraktu z uwagi na jakiegoś pechowego śmiertelnika. Szybkim spojrzeniem obrzucił pusty pokład. Miał nadzieję, że Kuffrowie zrozumieli go tym razem i zanurkują, zanim strzelec naciśnie spust. Donośność pocisków w wodzie spadała drastycznie, co sprawiało, że Niewierni byliby bezpieczni już na głębokości półtora metra. Nie sądził jednak, by sam miał tyle czasu. Słowa Silsila powróciły do niego i Assamita podniósł głowę spoglądając bez lęku na zbliżające się światła. Po czym uśmiechnął się zimno, słysząc narastający terkot działa maszynowego.
Znał ten dźwięk. Niski grzmot wydawany przez silnik Pratt & Whitney, w który wyposażony były myśliwce typu F16. Rzut oka na dwa majaczące we mgle światła rozwiał resztę potencjalnych wątpliwości i Morderca pojął, iż moment, w którym usłyszy grzechot karabinu maszynowego jest oddalony jedynie o ułamki sekund. Jego umysł błyskawicznie przeanalizował sytuację podejmując najtrafniejszą decyzję. Nie zastanawiając się Assamita skoczył w kierunku członków koterii, poruszając się szybciej niż myśl.
Złapał Terrego za ramiona, podnosząc oszołomionego księdza w górę. Mina Malkavianina wskazywała na to, iż Świr nie do końca zdaje sobie sprawę z zagrożenia.
- Nurkujcie. Głęboko! - krzyknął mu w twarz.
Po czym z nadludzką siłą odepchnął jego ciało, przerzucając je przez burtę. Oszołomiony duchowny zamachał rękami, w beznadziejnej próbie złapania równowagi i poleciał w tył. Morderca nie czekał na to co będzie dalej. Zanim ciało Terrego dosięgnęło powierzchni wody, był już przy Victorii, która podzieliła los Malkawianin. Następni w kolejce byli Darshan i Horacy. Spojrzał na Mallusa, lecz rycerz, wykazując zadziwiającą szybkość reakcji i sprawność umysłu, skakał właśnie w toń jeziora. Lucas stał nieruchomo, trzymając w obu rękach koło sterowe. Jego twarz była białą i napięta, i Łowca wiedział, że stary żołnierz także prawidłowo rozpoznał dźwięk silnika.
- Skacz! - wrzasnął, próbując wybić go z transu.
Ghul spojrzał na niego i poruszył ustami. Assamita jednak nie poświęcił mu więcej uwagi. Nie miał zamiaru narażać wykonania Kontraktu z uwagi na jakiegoś pechowego śmiertelnika. Szybkim spojrzeniem obrzucił pusty pokład. Miał nadzieję, że Kuffrowie zrozumieli go tym razem i zanurkują, zanim strzelec naciśnie spust. Donośność pocisków w wodzie spadała drastycznie, co sprawiało, że Niewierni byliby bezpieczni już na głębokości półtora metra. Nie sądził jednak, by sam miał tyle czasu. Słowa Silsila powróciły do niego i Assamita podniósł głowę spoglądając bez lęku na zbliżające się światła. Po czym uśmiechnął się zimno, słysząc narastający terkot działa maszynowego.
Wydaję 1 PK na Akcelerację. Poświęcam wszystkie akcje na wyrzucenie za burtę pozostałych członków koterii ( w kolejności: Terrego, Victorię, Darshana i Horacego). Staram się ich odrzucić jak najdalej od łodzi, która będzie w tych warunkach stanowiła jedyny możliwy do namierzenia punkt dla strzelca. Informację o nurkowaniu krzyczę na tyle głośno, by wszyscy ją usłyszeli.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Powietrze rozdarł dźwięk działa pokładowego, lecącego nad łodzią F-16. Morderca zdążył się zorientować w którym miejscu mniej więcej znajduje się samolot i z jaką szybkością przemieszcza się w powietrzu. Pierwsze kule, które dosięgnęły statku ominęły Nieumarłego, przebijając pokład pod jego stopami. Szczęśliwie ominęły także Lucasa, który nadal stał przy sterze.
Namtar z szybkością atakującego skorpiona sięgnął po swój karabin, wiedząc że wszyscy Niewierni, objęci Kontraktem, znajdowali się w wodzie. Jego ruchy były nagłe, niczym wyładowanie błyskawicy, a zaklęta w pierścieniu moc, pozwoliła mu dostrzec wyłaniający się z gęstej mgły kształt myśliwca. Nie było czasu na myślenie, a powodzenie tej akcji zależne było jedynie od refleksu i wyuczonych odruchów. Jak mówili starsi Brujah - umysł może zawieść, ale ciało zawsze pamięta.
Assamita nie zważał na przelatujące obok niego pociski, które przechodziły przez deski poszycia nie napotykając oporu. Tak, jakby stara łajba na której stał, była tylko łódeczką z papieru. Wirujące w powietrzu odłamki drewna i metalowych części, zasypały stojącego w pozycji strzeleckiej Namtara. Jakaś śrubka uderzyła w skroń skupionego obrońcy koterii, jednak ten nawet nie drgnął pewny swego. Stanął na jednej nodze, aby nie stracić równowagi, ponieważ pokład pękł, rozwierając się w szeroką szczelinę. Przypomniał sobie morderczy trening w Alamut, kiedy to musiał z zawiązanymi oczyma skakać po palach i unikać ciosów swoich klanowych braci.
- Yaqta' 'omrak!* - wyszeptał, balansując na jednej nodze z wycelowanym w powietrze karabinem HK G36.
Miał sporo szczęścia, gdyż żadna kula nie dosięgnęła jego ciała. Jednak w kilka sekund seria zdążyła zmienić łódź w rozpadający się, tonący wrak, któremu już nic nie mogło pomóc. Morderca nacisnął spust, wypuszczając serię pocisków w stronę nadlatującego odrzutowca. Jakimś cudem dosięgnął celu. Łowca nie widział dokładnie w co trafił, jednak charakterystyczny dźwięk kul uderzających w metal, oraz odblask iskier mówiły same za siebie. Dwie sekundy później silnik samolotu dziwne zawył dając do zrozumienia, że pilot może mieć poważny problem.
Morderca przeładował broń patrząc jak odrzutowiec znika w gęstej mgle, będąc już poza zasięgiem karabinu. Łódź trzeszczała wydając swoje ostatnie tchnienie, gdy woda zaczęła zalewać pokład. Przerażony, leżący na strzaskanych deskach, skulony w embrion Lucas z niedowierzaniem patrzył na to, co właśnie się wydarzyło.
- Kim... Kim ty u diabła jesteś? - powiedział jąkając się jak małe dziecko.
Powietrze rozdarł dźwięk działa pokładowego, lecącego nad łodzią F-16. Morderca zdążył się zorientować w którym miejscu mniej więcej znajduje się samolot i z jaką szybkością przemieszcza się w powietrzu. Pierwsze kule, które dosięgnęły statku ominęły Nieumarłego, przebijając pokład pod jego stopami. Szczęśliwie ominęły także Lucasa, który nadal stał przy sterze.
Namtar z szybkością atakującego skorpiona sięgnął po swój karabin, wiedząc że wszyscy Niewierni, objęci Kontraktem, znajdowali się w wodzie. Jego ruchy były nagłe, niczym wyładowanie błyskawicy, a zaklęta w pierścieniu moc, pozwoliła mu dostrzec wyłaniający się z gęstej mgły kształt myśliwca. Nie było czasu na myślenie, a powodzenie tej akcji zależne było jedynie od refleksu i wyuczonych odruchów. Jak mówili starsi Brujah - umysł może zawieść, ale ciało zawsze pamięta.
Assamita nie zważał na przelatujące obok niego pociski, które przechodziły przez deski poszycia nie napotykając oporu. Tak, jakby stara łajba na której stał, była tylko łódeczką z papieru. Wirujące w powietrzu odłamki drewna i metalowych części, zasypały stojącego w pozycji strzeleckiej Namtara. Jakaś śrubka uderzyła w skroń skupionego obrońcy koterii, jednak ten nawet nie drgnął pewny swego. Stanął na jednej nodze, aby nie stracić równowagi, ponieważ pokład pękł, rozwierając się w szeroką szczelinę. Przypomniał sobie morderczy trening w Alamut, kiedy to musiał z zawiązanymi oczyma skakać po palach i unikać ciosów swoich klanowych braci.
- Yaqta' 'omrak!* - wyszeptał, balansując na jednej nodze z wycelowanym w powietrze karabinem HK G36.
Miał sporo szczęścia, gdyż żadna kula nie dosięgnęła jego ciała. Jednak w kilka sekund seria zdążyła zmienić łódź w rozpadający się, tonący wrak, któremu już nic nie mogło pomóc. Morderca nacisnął spust, wypuszczając serię pocisków w stronę nadlatującego odrzutowca. Jakimś cudem dosięgnął celu. Łowca nie widział dokładnie w co trafił, jednak charakterystyczny dźwięk kul uderzających w metal, oraz odblask iskier mówiły same za siebie. Dwie sekundy później silnik samolotu dziwne zawył dając do zrozumienia, że pilot może mieć poważny problem.
Morderca przeładował broń patrząc jak odrzutowiec znika w gęstej mgle, będąc już poza zasięgiem karabinu. Łódź trzeszczała wydając swoje ostatnie tchnienie, gdy woda zaczęła zalewać pokład. Przerażony, leżący na strzaskanych deskach, skulony w embrion Lucas z niedowierzaniem patrzył na to, co właśnie się wydarzyło.
- Kim... Kim ty u diabła jesteś? - powiedział jąkając się jak małe dziecko.
Atak pilota F-16:
Łódź ST:6 = 4 sukcesy.
Osoby na łodzi: ST:8 = 0 sukcesów.
Łódź ST:6 = 4 sukcesy.
Osoby na łodzi: ST:8 = 0 sukcesów.
Spoiler!
* arab. Niech cię śmierć spotka![center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
WV Martinsburg, Pod powierzchnią Jeziora Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Wszystko działo się niezwykle szybko. W jednej chwili Horacy stał na łodzi by już za chwilę znaleźć się w powietrzu. Fikając mało udanego koziołka runął w toń jeziora. Kiedy uderzył w taflę wody poczuł nieprzyjemny dreszcz. Nienawidził nadmiernej wilgoci więc nieco podświadomie zwinął się w kłębek.
Wyobraźnia odpaliła mu samoistnie błędne skojarzenie z dotychczasowymi przypadkami z wodą. A właściwie z tym co płynęło w kanałach. Co prawda zdarzało się mu to niezmiernie rzadko, ale jednak od czasu do czasu jakaś cegła okazała się zbyt obluzowana, powierzchnia podziemnego chodnika nazbyt śliska, albo odległość skoku okazywała się zbyt odległa i Horacy kończył zanurzony w kanale. Nie było to przyjemne uczcie.
Tym bardziej szybko nauczył się wydobywać z obrzydliwej mazi. Tym razem jednak, walcząc z przemożnym uczuciem obrzydzenia pozwolił sobie opadać niżej i niżej...
Czuł jak wiruje w wodzie gubiąc poczucie kierunku i pionu. Było też zupełnie cicho. Czarna toń wciągała go coraz niżej, a on opadając w pozycji embrionalnej nie mógł pozbyć się jeszcze jednego uczucia. Poczuł się jak martwy płód, w równie martwej matce. Brakowało pępowiny, choć nieco przypominały je wodorosty ledwo widoczne w odblasku światła z góry. Przez chwile Horacy czuł się tu niemal bezpiecznie.

Wszystko działo się niezwykle szybko. W jednej chwili Horacy stał na łodzi by już za chwilę znaleźć się w powietrzu. Fikając mało udanego koziołka runął w toń jeziora. Kiedy uderzył w taflę wody poczuł nieprzyjemny dreszcz. Nienawidził nadmiernej wilgoci więc nieco podświadomie zwinął się w kłębek.
Wyobraźnia odpaliła mu samoistnie błędne skojarzenie z dotychczasowymi przypadkami z wodą. A właściwie z tym co płynęło w kanałach. Co prawda zdarzało się mu to niezmiernie rzadko, ale jednak od czasu do czasu jakaś cegła okazała się zbyt obluzowana, powierzchnia podziemnego chodnika nazbyt śliska, albo odległość skoku okazywała się zbyt odległa i Horacy kończył zanurzony w kanale. Nie było to przyjemne uczcie.
Tym bardziej szybko nauczył się wydobywać z obrzydliwej mazi. Tym razem jednak, walcząc z przemożnym uczuciem obrzydzenia pozwolił sobie opadać niżej i niżej...
Czuł jak wiruje w wodzie gubiąc poczucie kierunku i pionu. Było też zupełnie cicho. Czarna toń wciągała go coraz niżej, a on opadając w pozycji embrionalnej nie mógł pozbyć się jeszcze jednego uczucia. Poczuł się jak martwy płód, w równie martwej matce. Brakowało pępowiny, choć nieco przypominały je wodorosty ledwo widoczne w odblasku światła z góry. Przez chwile Horacy czuł się tu niemal bezpiecznie.

Ostatnio zmieniony 08 marca 2016, 21:49 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
WV Martinsburg, Łajba, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Morderca zignorował pytanie Lucasa. Nie było czasu. Pokład trzeszczał i niebezpiecznie przechylał się pod stopami. Podziurawiona jak sito łajba dogorywała, szybko nabierając wody. Kilkoma szybkimi krokami zbliżył się do burty łodzi. Zerwał wiszące tam, pordzewiałe koło ratunkowe, czując jak na jego dłoniach pozostają płaty białej i czerwonej farby.
- Łap! - powiedział, ciskając je w stronę ghula.
Już miał zanurzyć się w mroku, gdy nagle poczuł mroźny wiatr, który zatańczył wokół niego, niosąc ostrzeżenie... Szepcząc o niebezpieczeństwie... I wiedział już, że niewielka przystań na brzegu przestała być bezpiecznym miejscem.
- Poprzednia lokacja jest spalona - powiedział szybko do Lucasa. - Płyń do przeciwnego brzegu.
Śmiertelnik patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma i trudno było stwierdzić, czy cokolwiek zrozumiał. Złapał jednak koło. Morderca dodał do polecenia adres garażu, w którym schronili się poprzedniego dnia i przestał zawracać sobie głowę sługłusem Lasombra. Odrzucił formę fizyczną, przywdziewając kształt nocnego cienia. Jako nienasycony strzęp ciemności przemknął po wodzie, wolny od ograniczeń materii. Kierował się w stronę małego, obrośniętego szuwarami mola. Musiał ostrzec Niewiernych, zanim będzie za późno...
Morderca zignorował pytanie Lucasa. Nie było czasu. Pokład trzeszczał i niebezpiecznie przechylał się pod stopami. Podziurawiona jak sito łajba dogorywała, szybko nabierając wody. Kilkoma szybkimi krokami zbliżył się do burty łodzi. Zerwał wiszące tam, pordzewiałe koło ratunkowe, czując jak na jego dłoniach pozostają płaty białej i czerwonej farby.
- Łap! - powiedział, ciskając je w stronę ghula.
Już miał zanurzyć się w mroku, gdy nagle poczuł mroźny wiatr, który zatańczył wokół niego, niosąc ostrzeżenie... Szepcząc o niebezpieczeństwie... I wiedział już, że niewielka przystań na brzegu przestała być bezpiecznym miejscem.
- Poprzednia lokacja jest spalona - powiedział szybko do Lucasa. - Płyń do przeciwnego brzegu.
Śmiertelnik patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma i trudno było stwierdzić, czy cokolwiek zrozumiał. Złapał jednak koło. Morderca dodał do polecenia adres garażu, w którym schronili się poprzedniego dnia i przestał zawracać sobie głowę sługłusem Lasombra. Odrzucił formę fizyczną, przywdziewając kształt nocnego cienia. Jako nienasycony strzęp ciemności przemknął po wodzie, wolny od ograniczeń materii. Kierował się w stronę małego, obrośniętego szuwarami mola. Musiał ostrzec Niewiernych, zanim będzie za późno...
2 PK za zmianę w Cień (Asbu Ilat:3).
Chcę dostać się na miejsce, z którego wyruszyliśmy (mam na myśli tą dziką plażę) i zorientować się w sytuacji. Dotrę tam pewnie szybciej niż reszta.
Następnie będę pewnie jakoś ostrzec koterię, ale najpierw chcę się dowiedzieć co się tam dzieje.
Chcę dostać się na miejsce, z którego wyruszyliśmy (mam na myśli tą dziką plażę) i zorientować się w sytuacji. Dotrę tam pewnie szybciej niż reszta.
Następnie będę pewnie jakoś ostrzec koterię, ale najpierw chcę się dowiedzieć co się tam dzieje.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Namtar będąc w cienistej formie skierował się stronę linii brzegowej, kierując się ku miejscu, z którego wypłynęli. Po kilkunastu sekundach wyłonił się z gęstej mgły, sunąc bezszelestnie po delikatnych falach wody na tafli jeziora. To co zobaczył nie nastrajało optymistycznie. Na brzegu stało kilku uzbrojonych ludzi, zbyt wielu by można było to uznać za przypadek. Nie wyglądali przy tym na emerytowanych myśliwych czy fanów militari. To byli prawdziwi Żołnierze Powietrznych Sił Zbrojnych, Stanów Zjednoczonych USA. Nie miał pojęcia co oni tutaj robili, ale teraz wiedział skąd wziął się tutaj samolot. Rozejrzał się w prawo i lewo, co utwierdzało go w przekonaniu, że jest jeszcze gorzej. Wszystko wyglądało jak jakaś obława z ludźmi, którzy posiadają najnowszy sprzęt do wali w nocy. Crimson Rain! - pomyślał szukając wzrokiem wartościowego Ghula. Wypatrzył jego motor, ale nie było śladu po słudze Vizaresha. Nagle Namtar zdał sobie sprawę, że jego motoru też nie ma, a płachta która przykrywała Hondę teraz wisi na pobliskim drzewie. Assamita zrozumiał, że Crimson Rain właśnie w ten sposób zakomunikował, że pożycza motor.
Postanowił zająć się koterią, gdyż wiedział, że jest ona nieświadoma zagrożenia i jeśli któryś z Niewiernych wyjdzie na brzeg to będzie jego szybki koniec. Zaczął szukać.
Nagle zdał sobie sprawę, że coś wisi w powietrzu i to bynajmniej nie metaforycznie. Obiekt ten nie wydawał, żadnego dźwięku a jednak poruszało się. Łowca był w formie cienia więc nie mógł użyć broni. Postanowił jednak przyjrzeć się sprawie bliżej. Zbliżył się i ujrzał jak z mgły wyłania się helikopter wojskowy. Maszyna wisiała kilka metrów nad wodą, jednak ku zaskoczeniu Mordercy, nie należała do Air Force. Z boku widniał duży żółty napis Wizzy. W kabinie siedział jakiś Nosferatu wraz z jakąś kobietą, natomiast z tylnej części helikoptera wychylał się ten sam mężczyzna, który uciekał przed Giovanni na drodze przed Martinsburgiem. Przed nim na stałe przymocowane było działo typu MiniGun wycelowane w mgłę i niebo.
Scarface donośnie krzyknął, a jednak Assamita odczuł, że fala dźwiękowa jego głosu nie dotarła do brzegu. Było coś magnetycznego w tym mężczyźnie. Nie wiedzieć dlaczego, był w jakiś sposób prawdziwy i naturalny.
- Jeśli ktoś przeżył, to jestem tu po to, by go z tego wyciągnąć! - głos dotarł do uszu Mordercy.
Namtar będąc w cienistej formie skierował się stronę linii brzegowej, kierując się ku miejscu, z którego wypłynęli. Po kilkunastu sekundach wyłonił się z gęstej mgły, sunąc bezszelestnie po delikatnych falach wody na tafli jeziora. To co zobaczył nie nastrajało optymistycznie. Na brzegu stało kilku uzbrojonych ludzi, zbyt wielu by można było to uznać za przypadek. Nie wyglądali przy tym na emerytowanych myśliwych czy fanów militari. To byli prawdziwi Żołnierze Powietrznych Sił Zbrojnych, Stanów Zjednoczonych USA. Nie miał pojęcia co oni tutaj robili, ale teraz wiedział skąd wziął się tutaj samolot. Rozejrzał się w prawo i lewo, co utwierdzało go w przekonaniu, że jest jeszcze gorzej. Wszystko wyglądało jak jakaś obława z ludźmi, którzy posiadają najnowszy sprzęt do wali w nocy. Crimson Rain! - pomyślał szukając wzrokiem wartościowego Ghula. Wypatrzył jego motor, ale nie było śladu po słudze Vizaresha. Nagle Namtar zdał sobie sprawę, że jego motoru też nie ma, a płachta która przykrywała Hondę teraz wisi na pobliskim drzewie. Assamita zrozumiał, że Crimson Rain właśnie w ten sposób zakomunikował, że pożycza motor.
Postanowił zająć się koterią, gdyż wiedział, że jest ona nieświadoma zagrożenia i jeśli któryś z Niewiernych wyjdzie na brzeg to będzie jego szybki koniec. Zaczął szukać.
Nagle zdał sobie sprawę, że coś wisi w powietrzu i to bynajmniej nie metaforycznie. Obiekt ten nie wydawał, żadnego dźwięku a jednak poruszało się. Łowca był w formie cienia więc nie mógł użyć broni. Postanowił jednak przyjrzeć się sprawie bliżej. Zbliżył się i ujrzał jak z mgły wyłania się helikopter wojskowy. Maszyna wisiała kilka metrów nad wodą, jednak ku zaskoczeniu Mordercy, nie należała do Air Force. Z boku widniał duży żółty napis Wizzy. W kabinie siedział jakiś Nosferatu wraz z jakąś kobietą, natomiast z tylnej części helikoptera wychylał się ten sam mężczyzna, który uciekał przed Giovanni na drodze przed Martinsburgiem. Przed nim na stałe przymocowane było działo typu MiniGun wycelowane w mgłę i niebo.
Scarface donośnie krzyknął, a jednak Assamita odczuł, że fala dźwiękowa jego głosu nie dotarła do brzegu. Było coś magnetycznego w tym mężczyźnie. Nie wiedzieć dlaczego, był w jakiś sposób prawdziwy i naturalny.
- Jeśli ktoś przeżył, to jestem tu po to, by go z tego wyciągnąć! - głos dotarł do uszu Mordercy.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
WV Martinsburg, wody Jeziora Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993
Kiedy Mroczny Jedi pchnął go w stronę tafli wody, Terry nie bardzo rozumiał co się dzieje. Krzyk mordercy wciąż jednak echem odbijał się wewnątrz jego czaszki, kiedy tafla wody zamknęła się nad nim, łapiąc go w swoje objęcia.
Opadał powoli, tracąc orientację i szybko gubiąc kierunki świata. Po niedługiej chwili widział już tylko nieliczne błyski światła z powierzchni i ciemność wgłąb której zanurzał się coraz bardziej. Kilka rozprysków wody ponad nim sugerowało, że nie jest jedynym chowającym się w wilgotną ciemność.
Kilka ryb przepłynęło obok, a w jednej z nich, Malkavian rozpoznał śpiewaka sprzed kilku chwil. Tym razem jednak szybko gdzieś odpłynął z resztą rybich kolegów, pozostawiając duchownego w samotności i z notatnikiem w objęciach.
Kiedy w końcu opadł na dno, nie rejestrował już żadnych dźwięków. Jedyne z czym obcował to cisza i ciemność, chociaż ta druga, sporadycznie przerywana była rozbłyskami światła znad powierzchni. Ale kiedy zamknął oczy, i ono znikało, pozostawiając go w objęciach nieskażonej niczym ciszy i mroku.
Chciał się pomodlić, nawet znalazł już w pamięci stosowną modlitwę, ale muliste dno zbiornika wciągnęło jedną z jego nóg i teraz musiał się z nim zmierzyć, w heroicznym pojedynku o swoją kończynę. A notatnik tak mocno ściskany przezeń w ręku tylko utrudniał sprawę.
Najgorsze było to, że nie miał pojęcia co jest w którą stronę. Już przy kontakcie z taflą jeziora zaczął tracić orientację. A na tę chwilę nie pozostało z niej już nic. Pozostawało więc czekać. Cierpliwie. Otworzył oczy, by nie przegapić ewentualnego ratunku. I znów, nie wiedzieć czemu, pomyślał o Mordercy...
Kiedy Mroczny Jedi pchnął go w stronę tafli wody, Terry nie bardzo rozumiał co się dzieje. Krzyk mordercy wciąż jednak echem odbijał się wewnątrz jego czaszki, kiedy tafla wody zamknęła się nad nim, łapiąc go w swoje objęcia.
Opadał powoli, tracąc orientację i szybko gubiąc kierunki świata. Po niedługiej chwili widział już tylko nieliczne błyski światła z powierzchni i ciemność wgłąb której zanurzał się coraz bardziej. Kilka rozprysków wody ponad nim sugerowało, że nie jest jedynym chowającym się w wilgotną ciemność.
Kilka ryb przepłynęło obok, a w jednej z nich, Malkavian rozpoznał śpiewaka sprzed kilku chwil. Tym razem jednak szybko gdzieś odpłynął z resztą rybich kolegów, pozostawiając duchownego w samotności i z notatnikiem w objęciach.
Kiedy w końcu opadł na dno, nie rejestrował już żadnych dźwięków. Jedyne z czym obcował to cisza i ciemność, chociaż ta druga, sporadycznie przerywana była rozbłyskami światła znad powierzchni. Ale kiedy zamknął oczy, i ono znikało, pozostawiając go w objęciach nieskażonej niczym ciszy i mroku.
Chciał się pomodlić, nawet znalazł już w pamięci stosowną modlitwę, ale muliste dno zbiornika wciągnęło jedną z jego nóg i teraz musiał się z nim zmierzyć, w heroicznym pojedynku o swoją kończynę. A notatnik tak mocno ściskany przezeń w ręku tylko utrudniał sprawę.
Najgorsze było to, że nie miał pojęcia co jest w którą stronę. Już przy kontakcie z taflą jeziora zaczął tracić orientację. A na tę chwilę nie pozostało z niej już nic. Pozostawało więc czekać. Cierpliwie. Otworzył oczy, by nie przegapić ewentualnego ratunku. I znów, nie wiedzieć czemu, pomyślał o Mordercy...
Ostatnio zmieniony 10 marca 2016, 11:42 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.