Dom na Kruczym Wzgórzu, sobota 27 lutego
Cała scena była tak absurdalna, że dziennikarz z trudem pohamował wybuch histerycznego śmiechu. Skoncentrowany w zamian na poszukiwaniach włącznika, szybko odnalazł go i nacisnął dłonią.
Jasne elektryczne światło zalało obszerną bawialnię swym blaskiem, rażąc na krótką chwilę oczy ludzi i wypędzając z wszystkich zakamarków czające się tam cienie.
- Do kogo strzelano?! - z holu dobiegł przestraszony głos proboszcza - Czy nikomu nic się nie stało?
- Mamy jedną ofiarę, ale obejdzie się bez konieczności udzielania ostatniego namaszczenia - Ordycz tym razem już nie wytrzymał, pozwolił sobie na trącący sarkazmem żart. Wyraz rozbawienia zniknął z jego twarzy sekundę później, kiedy przyzwyczajony już do jaskrawego oświetlenia wzrok omiótł wnętrze pomieszczenia.
Część mebli leżała poprzewracana na podłodze, wielki ozdobny zegar z kukułką ział dziurą w miejscu wybitej przeszklonej ścianki. Strącone z szerokiego bibliotecznego regału książki walały się w chaotyczny sposób, niektóre otwarte, niektóre pozbawione wydartych brutalnie kartek.
Salon posiadłości był całkiem niedawno sceną rozlicznych aktów zniszczenia i to z miejsca przypomniało mężczyznom o przyczynie ich wieczornej wizyty na Kruczym Wzgórzu.
- Kogo pan zastrzelił, panie Mazur? - stojący w progu holu ksiądz wciąż domagał się odpowiedzi, wysokim rozdygotanym głosem, który dobitnie dowodził jego ogromnego poruszenia - Czy to... ten zwierz?
Obchodzący z dziwną miną sofę policjant chyba zamierzał coś powiedzieć, lecz kiedy odwrócił w stronę towarzyszy głowę, jego poszarzałe oblicze i wyraz spojrzenia sprawiły, że wszyscy natychmiast ruszyli w tamtym kierunku.
- Słodki Boże - tym razem mimowolnie wypowiedziane słowa padły nie z ust duchownego, a reportera Super Ekspresu.
Tylna część salonu, ukryta za oparciem wielkiej eleganckiej sofy, skrywała tajemnicę, której obecni w domostwie mężczyźni podświadomie się spodziewali, ale której woleliby nie odkrywać.
Dębowa podłoga pomiędzy wbudowanym w ścianę salonu kominkiem, sofą i przesuwnymi szklanymi drzwiami wiodącymi na mroczny taras zalana była ciemnoczerwoną lepką cieczą.
I było tej cieczy mnóstwo, przerażająco mnóstwo. Przykładający bezwiednie do ust dłoń Ordycz pomyślał w jednej chwili, że niemożnością chyba było, by ciało dorosłego człowieka pomieściło w sobie aż tyle krwi.
Prawdziwie koszmarna scena, która wstrząsnęła każdym z Was do głębi. Pełno krwi, ale nigdzie nie ma ciała. Szklane drzwi wiodące na taras są otwarte...