PBF - Charleston by Night
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
[center]Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993[/center]
Horacy z zaciekawieniem sunął korytarzem wiekowego Elizjum. Przez chwilę się rozglądał uważnie jednak z każdym krokiem coraz bardziej pochłaniał każdy kolejny sprzęt każdy kolejny mebel. W końcu kiedy minął kilka drobnych, na pozór nie istotnych rzeźb przepadł bez wieści. Coraz bardziej myślami zaczął się oddalać od tego miejsca. Mknął w kierunku swojej pracowni, swoich figur z wosku, swoich rozlicznych utensyli i precjozów. Zaczął tęsknić za małymi rzeczami, za życiem które prowadził do tej pory. Ten wielki skomplikowany świat nieco go przerastał. Musiał to przyznać.
Boże tak bardzo chciałbym, żeby się już to wszystko skończyło. Mógłbym wrócić do swoich małych drobnych spraw. Utonąłby w tym i chyba nigdy nie wyszedł z domu gdybym mógł.
Ocknął się kiedy zobaczył sylwetkę Toreadora. Zmysły zaczęły mu dzwonić ostrzegając pod czaszką, przed kimś wiekowym. Słuchał go z uwagą i zastanawiał się w jaką grę może grać on, skoro jak sam przyznał spowodował całą tą rozgrywkę w wyniku której zginął Red.
Musieli w nią grać gracze naprawdę ciężkiego kalibru. Horacy nawet nie bardzo potrafił sobie ich wyobrazić a co dopiero gdyby przyszło mu w tej grze wziąć....
- Dołączymy do gry - powiedziała Victoria poważnie - razem, jako drużyna. Chyba, że ktoś ma jakieś obiekcje?
Och nie....
Horacy z zaciekawieniem sunął korytarzem wiekowego Elizjum. Przez chwilę się rozglądał uważnie jednak z każdym krokiem coraz bardziej pochłaniał każdy kolejny sprzęt każdy kolejny mebel. W końcu kiedy minął kilka drobnych, na pozór nie istotnych rzeźb przepadł bez wieści. Coraz bardziej myślami zaczął się oddalać od tego miejsca. Mknął w kierunku swojej pracowni, swoich figur z wosku, swoich rozlicznych utensyli i precjozów. Zaczął tęsknić za małymi rzeczami, za życiem które prowadził do tej pory. Ten wielki skomplikowany świat nieco go przerastał. Musiał to przyznać.
Boże tak bardzo chciałbym, żeby się już to wszystko skończyło. Mógłbym wrócić do swoich małych drobnych spraw. Utonąłby w tym i chyba nigdy nie wyszedł z domu gdybym mógł.
Ocknął się kiedy zobaczył sylwetkę Toreadora. Zmysły zaczęły mu dzwonić ostrzegając pod czaszką, przed kimś wiekowym. Słuchał go z uwagą i zastanawiał się w jaką grę może grać on, skoro jak sam przyznał spowodował całą tą rozgrywkę w wyniku której zginął Red.
Musieli w nią grać gracze naprawdę ciężkiego kalibru. Horacy nawet nie bardzo potrafił sobie ich wyobrazić a co dopiero gdyby przyszło mu w tej grze wziąć....
- Dołączymy do gry - powiedziała Victoria poważnie - razem, jako drużyna. Chyba, że ktoś ma jakieś obiekcje?
Och nie....
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, 11.08.1993
Z delikatnym uśmiechem ekscytacji na twarzy, Terry obserwował reakcje Koterii. I wyczekiwał ich deklaracji. Decyzja Darth Namtara uwarunkowana była poniekąd decyzją reszty. Więc jemu poświęcił najmniej uwagi. Wybór Czarnej Victorii był oczywisty i jej slowa na ten temat były jedynie dopełnieniem formalności.
Pytanie Darshana zaskoczyło go, chociaż z jego treści dało wywnioskować się, dlaczego je zadał. Wszak nie tak dawno temu Malkavian sam krzyczał by nie podążać za niczym co nie ma związku ze sprawą. Tym razem jednak Terry widział owy związek i właśnie dlatego zdziwiło go pytanie Mistyka.
- Dołączenie do Gry da nam informacje, które są poza zasięgiem każdego kto nie ma prawa brać w niej udziału. To da nam naprawdę ogromną przewagę i możliwości które obecnie znajdują się poza naszym zasięgiem. - zakończył odpowiedź porozumiewawczym mrugnięciem w stronę Nowego Ravnosa.
Najmniej wyczytał z reakcji Horacego, wciąż nie wiedząc, jaka jest jego decyzja, oraz co o tym wszystkim sądzi. Nadszedł natomiast czas na jego własną deklarację.
- Ja oczywiście jestem za. - oznajmił krótko. Miał jeszcze dodać, że przecież jego Mentor liczy na niego w tej kwestii, w porę jednak ugryzł się w język.
Z delikatnym uśmiechem ekscytacji na twarzy, Terry obserwował reakcje Koterii. I wyczekiwał ich deklaracji. Decyzja Darth Namtara uwarunkowana była poniekąd decyzją reszty. Więc jemu poświęcił najmniej uwagi. Wybór Czarnej Victorii był oczywisty i jej slowa na ten temat były jedynie dopełnieniem formalności.
Pytanie Darshana zaskoczyło go, chociaż z jego treści dało wywnioskować się, dlaczego je zadał. Wszak nie tak dawno temu Malkavian sam krzyczał by nie podążać za niczym co nie ma związku ze sprawą. Tym razem jednak Terry widział owy związek i właśnie dlatego zdziwiło go pytanie Mistyka.
- Dołączenie do Gry da nam informacje, które są poza zasięgiem każdego kto nie ma prawa brać w niej udziału. To da nam naprawdę ogromną przewagę i możliwości które obecnie znajdują się poza naszym zasięgiem. - zakończył odpowiedź porozumiewawczym mrugnięciem w stronę Nowego Ravnosa.
Najmniej wyczytał z reakcji Horacego, wciąż nie wiedząc, jaka jest jego decyzja, oraz co o tym wszystkim sądzi. Nadszedł natomiast czas na jego własną deklarację.
- Ja oczywiście jestem za. - oznajmił krótko. Miał jeszcze dodać, że przecież jego Mentor liczy na niego w tej kwestii, w porę jednak ugryzł się w język.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
- Doskonale... Zapraszam was do Sali Sępów - Redondo odpowiedział podnosząc się z fotela. Podszedł do krawędzi maty i z łatwością prześlizgnął się między linami ringu zeskakując na posadzkę.
- Jest jeszcze jedna rzecz o której nie powiedziałem. Wszyscy obecni noszą maski, które są moim dziełem. Tworzyłem je przez ostatnie trzy stulecia starając się przebudzić ducha w każdej z nich. Posiadam wyjątkowo bogatą kolekcję, są naprawdę wyjątkowe i myślę, że każdy z was znajdzie coś dla siebie. Oczywiście nie musicie zakładać żadnej z nich, to nie jest wymóg... To raczej hołd...
Toreador skierował swe kroki w kierunku wyjścia przeciwpożarowego. Pozostała część koterii bez słowa podążyła za jego śladem. Gdy zaleźli się przed drzwiami Redondo odezwał się:
- Od tej pory nie jesteście zdani sami na siebie. Oczywiście służę radą i pomocą jako Opiekun tego miejsca. Jeżeli koś z was będzie świadkiem złamania zasad neutralnego gruntu, niezwłocznie powinien mnie o tym powiadomić. Zapraszam - po tych słowach Starszy złapał za klamkę i otworzył drzwi, za którymi ukazała się mała winda.
Gdy wszyscy znaleźli się w środku Opiekun włożył klucz w zamek umieszczony na panelu z przyciskami i przekręcił go. Winda z zgrzytem ruszyła w dół:
- W tej grze nie ma żadnych zasad i wszystkie chwyty są dozwolone. Główna wygrana jest zbyt cenna i chyba zaczynacie rozumieć, co naprawdę dzieje się w mieście. Wojna ponad nami jest efektem prób wyszarpania wskazówek od pozostałych graczy. Tworząc moje maski zakląłem z nich swoją moc. Każdy kto ją założy będzie dla obserwujących wydawał się zupełnie kimś innym niż jest naprawdę. W ten sposób nikt nie pozna waszej twarzy, co zapewnia całkowitą anonimowość i nie będziecie wiedzieć z kim naprawdę rozmawiacie. Starsi wiedzą jednak że jesteście koterią Red'a i znają waszą tożsamość, jednak nie będą w stanie rozróżnić kto jest kim w koterii. Zakładając maskę zmieni się wszystko, włącznie z odzieniem, tonem głosu i sposobem poruszania.
Winda zatrzymała się. Drzwi z nierdzewnej stali otworzyły się ukazując szeroki korytarz oświetlony lampami z mlecznymi kloszami. Na podłodze leżał czerwony dywan ozdobiony wzorami przywodzącymi na myśl symbole klanów i bloodline'ów. Na ścianach wykonanych z ciemnego drewna wisiały obrazy przedstawiające różne miejsca z średniowiecznej Europy. Gdy ruszyli przed siebie zauważyli, że obrazy przedstawiają historię idei Elizjum. Pierwsze przedstawiało średniowieczny zamek z podpisem 1472 Transylwania Hermanstadt.
[center]
[/center]
- To Hermanstadt, miejsce gdzie po raz pierwszy spotkali się Starsi w bardzo licznym gronie. Gospodarzem był Książę Otto z klanu Ventrue, który jako pierwszy zaryzykował ściągając w jedno miejsce wrogich sobie gości. W tym burzliwym okresie trwała jeszcze pierwsza Rewolta Anarchistów, tuż przed powstaniem Camarilli i Sabatu. Na zamek przybyli między innymi Ventrue Dominus z Inconnu, Tremere Celestyn wraz z uczennicą Goratrixa Małgorzatą. Pojawił się także prorok Gehenny Malkavian Anatole i jego towarzyszka Lucita z klanu Lasombra. Mistrz budowniczych Nosferatu Zelot, który w średniowieczu budował twierdze dla wielu Książąt w Europie. Hrabia Vladimir Rustovitch, który władał klanem Tzmisce w Transylwanii przybył na ucztę z człowiekiem, który w późniejszym czasie przedstawił się światu jako Dracula. Obecna była tam także koteria, która powstrzymała Konspirację Isaac'ka: Tzimisce Józef, Lasombra Fernando, Książę Radu z klanu Gangrel oraz znany Zabójca Atarsh. Oni to to pokrzyżowali plany Augustusowi Giovanni, który zamierzał na stałe połączyć świat umarłych z światem żywych.
- Nie miałbym tego obrazu, gdyby nie Arianne z klanu Róży. Podarowała mi go po powrocie do Paryża. To właśnie to dzieło zainspirowało mnie do obecnej działalności.
Szli dalej mijając kolejne obrazy przedstawiające historyczne miejsca Europy. Torreador często okraszał je podobnymi komentarzami, przywołując z pamięci daty, osoby i wydarzenia. Pod koniec XVIII wieku Redondo postanowił przenieść działalność na inne kontynenty, głównie rezydując w Ameryce Północnej. Korytarz kończył się szerokimi białymi dwuskrzydłowymi drzwiami. Redondo otworzył je mówiąc:
- Po prawej jest garderoba, gdzie można zostawić odzienie. Znajdują się tam także maski, które możecie założyć. Po lewej są pokoje, które możecie zając. Te które posiadają klucz w drzwiach są wolne, pozostałe są zajęte przez gości. Idąc prosto dotrzecie do Sali Sępów. Niebawem do was dołączę. Powodzenia...
Wnętrze Elizjum:
[center]
[/center]
- Doskonale... Zapraszam was do Sali Sępów - Redondo odpowiedział podnosząc się z fotela. Podszedł do krawędzi maty i z łatwością prześlizgnął się między linami ringu zeskakując na posadzkę.
- Jest jeszcze jedna rzecz o której nie powiedziałem. Wszyscy obecni noszą maski, które są moim dziełem. Tworzyłem je przez ostatnie trzy stulecia starając się przebudzić ducha w każdej z nich. Posiadam wyjątkowo bogatą kolekcję, są naprawdę wyjątkowe i myślę, że każdy z was znajdzie coś dla siebie. Oczywiście nie musicie zakładać żadnej z nich, to nie jest wymóg... To raczej hołd...
Toreador skierował swe kroki w kierunku wyjścia przeciwpożarowego. Pozostała część koterii bez słowa podążyła za jego śladem. Gdy zaleźli się przed drzwiami Redondo odezwał się:
- Od tej pory nie jesteście zdani sami na siebie. Oczywiście służę radą i pomocą jako Opiekun tego miejsca. Jeżeli koś z was będzie świadkiem złamania zasad neutralnego gruntu, niezwłocznie powinien mnie o tym powiadomić. Zapraszam - po tych słowach Starszy złapał za klamkę i otworzył drzwi, za którymi ukazała się mała winda.
Gdy wszyscy znaleźli się w środku Opiekun włożył klucz w zamek umieszczony na panelu z przyciskami i przekręcił go. Winda z zgrzytem ruszyła w dół:
- W tej grze nie ma żadnych zasad i wszystkie chwyty są dozwolone. Główna wygrana jest zbyt cenna i chyba zaczynacie rozumieć, co naprawdę dzieje się w mieście. Wojna ponad nami jest efektem prób wyszarpania wskazówek od pozostałych graczy. Tworząc moje maski zakląłem z nich swoją moc. Każdy kto ją założy będzie dla obserwujących wydawał się zupełnie kimś innym niż jest naprawdę. W ten sposób nikt nie pozna waszej twarzy, co zapewnia całkowitą anonimowość i nie będziecie wiedzieć z kim naprawdę rozmawiacie. Starsi wiedzą jednak że jesteście koterią Red'a i znają waszą tożsamość, jednak nie będą w stanie rozróżnić kto jest kim w koterii. Zakładając maskę zmieni się wszystko, włącznie z odzieniem, tonem głosu i sposobem poruszania.
Winda zatrzymała się. Drzwi z nierdzewnej stali otworzyły się ukazując szeroki korytarz oświetlony lampami z mlecznymi kloszami. Na podłodze leżał czerwony dywan ozdobiony wzorami przywodzącymi na myśl symbole klanów i bloodline'ów. Na ścianach wykonanych z ciemnego drewna wisiały obrazy przedstawiające różne miejsca z średniowiecznej Europy. Gdy ruszyli przed siebie zauważyli, że obrazy przedstawiają historię idei Elizjum. Pierwsze przedstawiało średniowieczny zamek z podpisem 1472 Transylwania Hermanstadt.
[center]
[/center]- To Hermanstadt, miejsce gdzie po raz pierwszy spotkali się Starsi w bardzo licznym gronie. Gospodarzem był Książę Otto z klanu Ventrue, który jako pierwszy zaryzykował ściągając w jedno miejsce wrogich sobie gości. W tym burzliwym okresie trwała jeszcze pierwsza Rewolta Anarchistów, tuż przed powstaniem Camarilli i Sabatu. Na zamek przybyli między innymi Ventrue Dominus z Inconnu, Tremere Celestyn wraz z uczennicą Goratrixa Małgorzatą. Pojawił się także prorok Gehenny Malkavian Anatole i jego towarzyszka Lucita z klanu Lasombra. Mistrz budowniczych Nosferatu Zelot, który w średniowieczu budował twierdze dla wielu Książąt w Europie. Hrabia Vladimir Rustovitch, który władał klanem Tzmisce w Transylwanii przybył na ucztę z człowiekiem, który w późniejszym czasie przedstawił się światu jako Dracula. Obecna była tam także koteria, która powstrzymała Konspirację Isaac'ka: Tzimisce Józef, Lasombra Fernando, Książę Radu z klanu Gangrel oraz znany Zabójca Atarsh. Oni to to pokrzyżowali plany Augustusowi Giovanni, który zamierzał na stałe połączyć świat umarłych z światem żywych.
- Nie miałbym tego obrazu, gdyby nie Arianne z klanu Róży. Podarowała mi go po powrocie do Paryża. To właśnie to dzieło zainspirowało mnie do obecnej działalności.
Szli dalej mijając kolejne obrazy przedstawiające historyczne miejsca Europy. Torreador często okraszał je podobnymi komentarzami, przywołując z pamięci daty, osoby i wydarzenia. Pod koniec XVIII wieku Redondo postanowił przenieść działalność na inne kontynenty, głównie rezydując w Ameryce Północnej. Korytarz kończył się szerokimi białymi dwuskrzydłowymi drzwiami. Redondo otworzył je mówiąc:
- Po prawej jest garderoba, gdzie można zostawić odzienie. Znajdują się tam także maski, które możecie założyć. Po lewej są pokoje, które możecie zając. Te które posiadają klucz w drzwiach są wolne, pozostałe są zajęte przez gości. Idąc prosto dotrzecie do Sali Sępów. Niebawem do was dołączę. Powodzenia...
Wnętrze Elizjum:
[center]
[/center]
Kto chce założyć maskę, może poszukać jej w internecie. Zaakceptuję prawie wszystko, co pasuje do koncepcji Wampira.
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Viktoria przysłuchiwała się uważnie słowom Torreadora i chłonęła płynącą z nich wiedzę. Zdążyła już się przecież nauczyć wiedza to władza. I jeśli nie jest się Starszym i nie posiada się tak silnej krwi wiedza jest jedynym ratunkiem by przetrwać. Nie znała wszystkich postaci, ale niektóre nazwiska były jej dobrze znane. Czuła się zaintrygowana. Lubiła przecież tajemnice i wiedzę tylko dla wybranych. Teraz właśnie czuła się jak młody akolita wprowadzany w sekrety tajemnego zakonu mistycznego. Gdy pomyślała o tym, ciarki ekscytacji przeszły po jej ciele. Pozwoliła sobie przez chwilę pławić w tym miłym odczuciu. W przyjemności, która pozwalała jej znów być żywą istotą. Przynajmniej w pewien sposób.
Gdy gospodarz oddalił się, zwróciła się w stronę Darshana.
- Do słów Terrego pragnę jeszcze dodać jedno. Redondo powiedział, że Atra-hasis brał udział w tej grze przed swoją śmiercią i był uczestnikiem w jej momencie. Być może rzeczywiście ktoś z zebranych tu jest jego mordercą, jak zasugerował de Vasquez. Być może klucze, które trzymają dla nas kruki i imię. Którego strzegą mają coś wspólnego z tajemnicą, którą odkrył podczas gry. Albo są to wskazówki, które zebrał by ją wygrać? W takim wypadku mamy przewagę nad innymi graczami. Jestem wstanie wyobrazić sobie, że taki stary znużony nieżyciem wampir mógłby zrobić coś podobnego. Na początku naszej misji byłam bardziej naiwna... Teraz wiele by mnie nie zdziwiło. Poza tym, czyż to nie ekscytujące!? Tyle skrywanej przed innymi wiedzy i tajemnic.
Viktoria wyglądała jak by miała zaraz eksplodować. Była niesamowicie podniecona całą sytuacją. Mówiła szybko i jakby rozpatrywała kilka możliwości naraz w swojej głowie, wybierając tylko część do zwerbalizowania.
Podeszła do drzwi garderoby i rozejrzała się, szukając odpowiedniej dla siebie. Nie zastanawiała się nad tym nawet czy chce zakładać maskę czy nie. Był to oczywisty wybór. Gwarantował anonimowość, a przez to bezpieczeństwo. Jedna przykuła jej uwagę. Przymierzyła ją i już chciała poszukać lustra by się przejrzeć lecz... cóż pozostało tylko zapytać. Szkoda, że nie było Claire w okolicy...
- Jak wyglądam? - zapytała, uśmiechając się zalotnie i rozkładając teatralnie dłonie, niczym rasowy Torreador witający publiczność na swoim występie.
[center]
[/center]
Viktoria przysłuchiwała się uważnie słowom Torreadora i chłonęła płynącą z nich wiedzę. Zdążyła już się przecież nauczyć wiedza to władza. I jeśli nie jest się Starszym i nie posiada się tak silnej krwi wiedza jest jedynym ratunkiem by przetrwać. Nie znała wszystkich postaci, ale niektóre nazwiska były jej dobrze znane. Czuła się zaintrygowana. Lubiła przecież tajemnice i wiedzę tylko dla wybranych. Teraz właśnie czuła się jak młody akolita wprowadzany w sekrety tajemnego zakonu mistycznego. Gdy pomyślała o tym, ciarki ekscytacji przeszły po jej ciele. Pozwoliła sobie przez chwilę pławić w tym miłym odczuciu. W przyjemności, która pozwalała jej znów być żywą istotą. Przynajmniej w pewien sposób.
Gdy gospodarz oddalił się, zwróciła się w stronę Darshana.
- Do słów Terrego pragnę jeszcze dodać jedno. Redondo powiedział, że Atra-hasis brał udział w tej grze przed swoją śmiercią i był uczestnikiem w jej momencie. Być może rzeczywiście ktoś z zebranych tu jest jego mordercą, jak zasugerował de Vasquez. Być może klucze, które trzymają dla nas kruki i imię. Którego strzegą mają coś wspólnego z tajemnicą, którą odkrył podczas gry. Albo są to wskazówki, które zebrał by ją wygrać? W takim wypadku mamy przewagę nad innymi graczami. Jestem wstanie wyobrazić sobie, że taki stary znużony nieżyciem wampir mógłby zrobić coś podobnego. Na początku naszej misji byłam bardziej naiwna... Teraz wiele by mnie nie zdziwiło. Poza tym, czyż to nie ekscytujące!? Tyle skrywanej przed innymi wiedzy i tajemnic.
Viktoria wyglądała jak by miała zaraz eksplodować. Była niesamowicie podniecona całą sytuacją. Mówiła szybko i jakby rozpatrywała kilka możliwości naraz w swojej głowie, wybierając tylko część do zwerbalizowania.
Podeszła do drzwi garderoby i rozejrzała się, szukając odpowiedniej dla siebie. Nie zastanawiała się nad tym nawet czy chce zakładać maskę czy nie. Był to oczywisty wybór. Gwarantował anonimowość, a przez to bezpieczeństwo. Jedna przykuła jej uwagę. Przymierzyła ją i już chciała poszukać lustra by się przejrzeć lecz... cóż pozostało tylko zapytać. Szkoda, że nie było Claire w okolicy...
- Jak wyglądam? - zapytała, uśmiechając się zalotnie i rozkładając teatralnie dłonie, niczym rasowy Torreador witający publiczność na swoim występie.
[center]
[/center]The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Malkavian uśmiechnął się na słowa Czarnej Victorii. Po czym, nie patrząc w jej kierunku ruszylba poszukiwanie swego nowego oblicza. A było w czym wybierać. Dodatkowo sprawę utrudniał zgiełk, który powodowały przekrzykujące się maski. Każda z nich miała coś do powiedzenia o tym co może zaoferować, ale ponieważ wszystkie mówiły na raz, niewiele dało się z tego zrozumieć.
Terry zamknął oczy i pozwolił by hałas przestał mieć znaczenie. Skupił się na pogłębieniu tego stanu, do chwili w której został zupełnie sam w ciemnościach swojego umysłu. Wyprostował się wtedy i otworzył oczy.
[center]
[/center]
Bez śladu zachwytu czy rozczarowania, wyciągnął rękę po swą maskę. Pewnym ruchem przyłożył ją do twarzy. Jakby zakładał ją setny, a nie pierwszy raz. Poczuł delikatny dreszcz ekscytacji, kiedy zaklęcie zaczęło działać. Dopiero wtedy spojrzał na Mroczną Panią, która nie była już Czarną Victorią.
Nie umiał określić co tak naprawdę się w niej zmieniło. Wiedział jednak, ze nie patrzy już na Victorię Evangeline z klanu LaSombra. Właściwie nie byl w stanie odgadnąć klanu czy znaleźć jakiekolwiek podobieństwo do liderki koterii. Nie mógl się jednak oprzeć wrażeniu, że kimkolwiek była tajemnicza kobieta stojąca naprzeciw niego, była istotą o niespotykanej mocy krwi.
Zachichotał cicho zastanawiając się, jak też pozostali będą postrzegać jego. Rozejrzał się po pozostałych z tą myślą.
-Kto następny? - zapytal nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Malkavian uśmiechnął się na słowa Czarnej Victorii. Po czym, nie patrząc w jej kierunku ruszylba poszukiwanie swego nowego oblicza. A było w czym wybierać. Dodatkowo sprawę utrudniał zgiełk, który powodowały przekrzykujące się maski. Każda z nich miała coś do powiedzenia o tym co może zaoferować, ale ponieważ wszystkie mówiły na raz, niewiele dało się z tego zrozumieć.
Terry zamknął oczy i pozwolił by hałas przestał mieć znaczenie. Skupił się na pogłębieniu tego stanu, do chwili w której został zupełnie sam w ciemnościach swojego umysłu. Wyprostował się wtedy i otworzył oczy.
[center]
[/center]Bez śladu zachwytu czy rozczarowania, wyciągnął rękę po swą maskę. Pewnym ruchem przyłożył ją do twarzy. Jakby zakładał ją setny, a nie pierwszy raz. Poczuł delikatny dreszcz ekscytacji, kiedy zaklęcie zaczęło działać. Dopiero wtedy spojrzał na Mroczną Panią, która nie była już Czarną Victorią.
Nie umiał określić co tak naprawdę się w niej zmieniło. Wiedział jednak, ze nie patrzy już na Victorię Evangeline z klanu LaSombra. Właściwie nie byl w stanie odgadnąć klanu czy znaleźć jakiekolwiek podobieństwo do liderki koterii. Nie mógl się jednak oprzeć wrażeniu, że kimkolwiek była tajemnicza kobieta stojąca naprzeciw niego, była istotą o niespotykanej mocy krwi.
Zachichotał cicho zastanawiając się, jak też pozostali będą postrzegać jego. Rozejrzał się po pozostałych z tą myślą.
-Kto następny? - zapytal nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
[center]Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993[/center]
No tak, po setkach, jeśli nie tysiącach lat knucia, oszukiwania, podszywania się, udawania i pozorowania, starsze wampiry zapisywały się ochoczo do kluby w którym każdy nosił maskę i prowadził niebezpieczną grę w świecie pełnym pozorów i niebezpieczeństw. Miła odmiana?
Mimo całej powagi sytuacji i niewątpliwych niebezpieczeństw, Darshan nie potrafił traktować tej sytuacji poważnie. Postanowił zadrwić delikatnie z idei i wybrać maskę, po której każdy bez trudu powinien go rozpoznać.
[center]
[/center]
Założenie tej misternie uformowanej lustrzanej powierzchni sprawiało mu nawet przyjemność. Paradoksalnie w tym gronie, zamaskowanych i nieskończenie tajemniczych starszych, mógł w taki przewrotny sposób pokazać im co myśli o całej ich grze pozorów i dzięki temu chociaż w tej jednej kwestii czuć się swobodnie. Nie zastanawiał się jednak czy ktokolwiek doceni jego żart.
Poza tym, nie wierzył aby faktycznie każdemu z nich udało się ukryć swoją tożsamość przed doświadczonymi, starymi wampirami. Tak wiele w zwykłej rozmowie mogło zdradzić ich sposób myślenia. Była to cecha, którą najbardziej się różnili a jednocześnie ze względu na te różnice zostali wybrani przez Mędrca do tego zadania. Cała ta maskarada musiała być więc bez sensu. Jednak jeśli wejdziesz między wrony..., Darshan łagodnego uśmiechu Darshana nikt nie widział, bo skrywała go lustrzana maska.
No tak, po setkach, jeśli nie tysiącach lat knucia, oszukiwania, podszywania się, udawania i pozorowania, starsze wampiry zapisywały się ochoczo do kluby w którym każdy nosił maskę i prowadził niebezpieczną grę w świecie pełnym pozorów i niebezpieczeństw. Miła odmiana?
Mimo całej powagi sytuacji i niewątpliwych niebezpieczeństw, Darshan nie potrafił traktować tej sytuacji poważnie. Postanowił zadrwić delikatnie z idei i wybrać maskę, po której każdy bez trudu powinien go rozpoznać.
[center]
[/center]Założenie tej misternie uformowanej lustrzanej powierzchni sprawiało mu nawet przyjemność. Paradoksalnie w tym gronie, zamaskowanych i nieskończenie tajemniczych starszych, mógł w taki przewrotny sposób pokazać im co myśli o całej ich grze pozorów i dzięki temu chociaż w tej jednej kwestii czuć się swobodnie. Nie zastanawiał się jednak czy ktokolwiek doceni jego żart.
Poza tym, nie wierzył aby faktycznie każdemu z nich udało się ukryć swoją tożsamość przed doświadczonymi, starymi wampirami. Tak wiele w zwykłej rozmowie mogło zdradzić ich sposób myślenia. Była to cecha, którą najbardziej się różnili a jednocześnie ze względu na te różnice zostali wybrani przez Mędrca do tego zadania. Cała ta maskarada musiała być więc bez sensu. Jednak jeśli wejdziesz między wrony..., Darshan łagodnego uśmiechu Darshana nikt nie widział, bo skrywała go lustrzana maska.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Ciekawość przerwała rozmyślania i obawy Horacgo. Spychała lęki, zajmując w umyśle starego szczura coraz więcej i więcej miejsca aż była właściwie tylko ona. Następowało to z każdym słowem Toredora. Tyle znamienitości w jednym miejscu. Szczur cmoknął. Kolejne imiona uruchamiały serię skojarzeń, przypomnień i przez lata zabieranych fragmentów informacji, które gdzieś tam w zakamarkach szczurzej nory leżały sobie i gniły wesolutko czekając, aż będzie mógł je wyciągnąć na blask księżyca. Tej nocy właśnie. Chciał się podzielić tym co wiedział. Nieco nie mógł się nawet doczekać tego momentu, zapominając nawet na chwilę o lęku jaki wywoływała w nim świadomość gry z kimś na takim poziomie.
Jednak moment na korytarzu nie był zbyt dobry po temu. Postanowił choć chwilę poczekać, aż być może znajdą się na chwile sami.
W garderobie... zatracił się. Maski. Mnóstwo cudnych masek. Stary Nosferatu sam bawił się w sztukę ale musiał otwarcie przyznać, że poziom tych dzieł był głęboko poza jego zasięgiem. Przez chwilę stał zauroczony podziwiając arcydzieła jakie stworzył Toreador. Chyba tylko Horacy mógł je docenić choć trochę. Każda zdawała się opowiadać swoją własną historię. To nie były zwykłe maski. To były arcydzieła. Odpoczywał sycąc się widokiem.
Przez chwilę stał tam przeglądając maski, obracając je w palcach kątem ucha słuchał pozostałych nieco pochłonięty starociami. Nie potrafił się zdecydować. Wszystkie były piękne. Przez chwilę zamierzał przywidzieć jakąś kobiecą, miast swojej którą nosił na co dzień.
Przez chwilę miętosił dziwną maskę pod długimi palcami. Była dziwnie miękka w dotyku. Jako chyba jedyna tutaj była wykonana z materiału. Albo czegoś co go przypominało, ponieważ prosty wzór wykonany jakby tuszem zdawał się delikatnie poruszać. W pierwszej chwili przypomniał Horacemu rozlaną plamę atramentu, test Rorschacha, tysiące przelewających się w mroku twarzy jakie sam przez dziesiątki lat przywdziewał.
Tyle starych tam w sali sępów. Ale bać się ich... Nie. Bać się to już jakby przegrać.

Przywdział maskę i spojrzał po pozostałych.
- Czy chcecie teraz usłyszeć kto jest tam w środku? Z kim przyjdzie nam zagrać? - zapytał z cicha podnosząc wzrok na pozostałych.
Ciekawość przerwała rozmyślania i obawy Horacgo. Spychała lęki, zajmując w umyśle starego szczura coraz więcej i więcej miejsca aż była właściwie tylko ona. Następowało to z każdym słowem Toredora. Tyle znamienitości w jednym miejscu. Szczur cmoknął. Kolejne imiona uruchamiały serię skojarzeń, przypomnień i przez lata zabieranych fragmentów informacji, które gdzieś tam w zakamarkach szczurzej nory leżały sobie i gniły wesolutko czekając, aż będzie mógł je wyciągnąć na blask księżyca. Tej nocy właśnie. Chciał się podzielić tym co wiedział. Nieco nie mógł się nawet doczekać tego momentu, zapominając nawet na chwilę o lęku jaki wywoływała w nim świadomość gry z kimś na takim poziomie.
Jednak moment na korytarzu nie był zbyt dobry po temu. Postanowił choć chwilę poczekać, aż być może znajdą się na chwile sami.
W garderobie... zatracił się. Maski. Mnóstwo cudnych masek. Stary Nosferatu sam bawił się w sztukę ale musiał otwarcie przyznać, że poziom tych dzieł był głęboko poza jego zasięgiem. Przez chwilę stał zauroczony podziwiając arcydzieła jakie stworzył Toreador. Chyba tylko Horacy mógł je docenić choć trochę. Każda zdawała się opowiadać swoją własną historię. To nie były zwykłe maski. To były arcydzieła. Odpoczywał sycąc się widokiem.
Przez chwilę stał tam przeglądając maski, obracając je w palcach kątem ucha słuchał pozostałych nieco pochłonięty starociami. Nie potrafił się zdecydować. Wszystkie były piękne. Przez chwilę zamierzał przywidzieć jakąś kobiecą, miast swojej którą nosił na co dzień.
Przez chwilę miętosił dziwną maskę pod długimi palcami. Była dziwnie miękka w dotyku. Jako chyba jedyna tutaj była wykonana z materiału. Albo czegoś co go przypominało, ponieważ prosty wzór wykonany jakby tuszem zdawał się delikatnie poruszać. W pierwszej chwili przypomniał Horacemu rozlaną plamę atramentu, test Rorschacha, tysiące przelewających się w mroku twarzy jakie sam przez dziesiątki lat przywdziewał.
Tyle starych tam w sali sępów. Ale bać się ich... Nie. Bać się to już jakby przegrać.

Przywdział maskę i spojrzał po pozostałych.
- Czy chcecie teraz usłyszeć kto jest tam w środku? Z kim przyjdzie nam zagrać? - zapytał z cicha podnosząc wzrok na pozostałych.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Z wszystkich członków koterii Red'a tylko Namtar postanowił nie zakładać maski. Nie miał nic do ukrycia, a gra jaką uprawiali starsi w Elizjum była dla niego kolejnym dowodem na to, iż przeklęta krew Kaina trawi ich dusze i umysły niczym trucizna. Pozostali jednakże skorzystali z możliwości zaoferowanych przez Redondo. Gdy pierwszy raz spojrzeli na siebie natychmiast zrozumieli o czym mówił. Gdyby nie fakt, iż wybór maski następował przy wszystkich, na pewno nie zdołaliby odgadnąć, kto kryje się po drugiej stronie. Każde choćby najmniejsze spojrzenie na maskę towarzysza budziło zupełnie inne emocje, niż te, których do tej pory doświadczali w wyniku kontaktu z daną osobą. Wrażenia mieszały się z odbiorem wizualnym tworząc zupełnie nową, nieodgadnioną jakość, dając wszystkim bywalcom całkowitą anonimowość. Po wymianie kilku spostrzeżeń wyszli z garderoby kierując swe kroki ku Sali Sępów.
Gdy weszli do środka ich oczom ukazało się ogromne pomieszczenie, przypominające wnętrza największych europejskich pałaców. Na ścianach znajdowały się dzieła sztuki z wielu epok i przeróżnych stylów. Większość z nich zdawała się wszakże nawiązywać do klasycyzmu. Narożniki komnaty były prawie zupełnie ciemne, skrywając w cieniach wygodne ciemnoczerwone sofy i jeden wielki drewniany stół z czarnego drewna.
Potężny wiszący kryształowy żyrandol oświetlał delikatną poświatą stylową salę, w której centrum znajdowały się stoły, krzesła, fotele i inne luksusowe meble z XVI wieku. Wśród nich lawirowało dwanaście postaci, które także nosiły maski. Kilka z nich stało w niewielkich grupkach, swobodnie wymieniając uwagi, podczas gdy pozostali siedzieli przy największym stole zaciekle o czymś dyskutując.
[center]
[/center]
[center]
[/center]
[center]
[/center]
[center]
[/center]
[center]
[/center]
[center]
[/center]
Na każdym stoliku znajdował się złocony flakon z czerwonym płynem oraz zdobione złotem i klejnotami kielichy.
Nagle bywalcy Elizjum odwrócili swoje głowy w stronę nowych gości. Wampir w żelaznej masce przemówił do nich:
- Witamy nowych uczestników. Zapraszamy...
W głowie Terrego rozległ się głos Mentora:
- Wyjdź na sam środek i powiedz bardzo wyraźnie to co ci zaraz przekażę tak, aby każde z nich to usłyszało.
Malklavianin ruszył przed siebie i po chwili zdał sobie sprawę z faktu, że przestał kontrolować swe działania. Pojął, że mówi - a właściwie śpiewa jakieś słowa. Ich sens dotarł jednak do niego dopiero po chwili:
[center]...Don't stand in the doorway
Don't block up the hall
For he that gets hurt
Will be he who has stalled
There's a battle outside
And it is ragin'.
It'll soon shake your windows
And rattle your walls
For the times they are a-changin'.
Come mothers and fathers
Throughout the land
And don't criticize
What you can't understand
Your sons and your daughters
Are beyond your command
Your old road is
Rapidly agin'.
Please get out of the new one
If you can't lend your hand
For the times they are a-changin'.
The line it is drawn
The curse it is cast
The slow one now
Will later be fast
As the present now
Will later be past
The order is
Rapidly fadin'.
And the first one now
Will later be last
For the times they are a-changin'.[/center]
Namtar natychmiast stanął w dogodnej pozycji strategicznej w razie, gdyby komuś nie spodobał się występ Świra. Pozostali goście w milczeniu słuchali do końca piosenki Terrego, który w niczym nie przypominał Ojczulka jakim był wcześniej. Jego głos był inny, pełen emocjonalnej siły jaką prezentują wielcy artyści z klanu Róży. Nikt jednak nie zorientował się, co było prawdziwą przyczyną, zrzucając wszystko na moc zaklętą w masce. Terry szedł pierwszy nie zawracając uwagi na fakt, że lider koterii pozostał za jego plecami.
- Ostre słowa, lecz... - odezwała się postać za złotą maską, jednak nie dokończyła, gdyż wtrącił się jej w słowo mężczyzna w diamentowej masce:
- Gratuluję mocnego wejścia. Zapraszam do mojego stolika...
Terry jednak wydawał się mniej zainteresowany słowami które usłyszał i skupił swoją uwagę na postaci w masce z dziobem, która to właśnie podążała w jego kierunku.
- Dziękuję za zaproszenie, chętnie przysiądę się, ale... Najpierw zamienię słówko z kimś innym - Malkavianin grzecznie odpowiedział dając znak, że jest zainteresowany rozmową z postacią w masce lekarza średniowiecznego.
- Zostaw nas samych, niebawem do was dołączę - odpowiedział krótko do Namtara.
- Tylko na twoją odpowiedzialność... - odrzekł Łowca.
Malkavianin skinął głową potwierdzając, że zgadza się na ten warunek.
Dwie postacie skierowały swe kroki ku jednemu z czterech wyjść z pomieszczenia znikając całkiem z pola widzenia.
Pozostali w tym czasie zdążyli zaobserwować, iż na jednym ze stolików leżą oprawione w srebro dwa długie kły, flakon z ciemnoczerwoną cieczą, urna, świeży wyrwany ludzki język, miecz jednoręczny oraz pas z platynowymi tabliczkami, który nosił na sobie Christian Pain.
- Kto chce pigułę? - odezwała się dziwaczna postać z czerwonymi włosami.
Z wszystkich członków koterii Red'a tylko Namtar postanowił nie zakładać maski. Nie miał nic do ukrycia, a gra jaką uprawiali starsi w Elizjum była dla niego kolejnym dowodem na to, iż przeklęta krew Kaina trawi ich dusze i umysły niczym trucizna. Pozostali jednakże skorzystali z możliwości zaoferowanych przez Redondo. Gdy pierwszy raz spojrzeli na siebie natychmiast zrozumieli o czym mówił. Gdyby nie fakt, iż wybór maski następował przy wszystkich, na pewno nie zdołaliby odgadnąć, kto kryje się po drugiej stronie. Każde choćby najmniejsze spojrzenie na maskę towarzysza budziło zupełnie inne emocje, niż te, których do tej pory doświadczali w wyniku kontaktu z daną osobą. Wrażenia mieszały się z odbiorem wizualnym tworząc zupełnie nową, nieodgadnioną jakość, dając wszystkim bywalcom całkowitą anonimowość. Po wymianie kilku spostrzeżeń wyszli z garderoby kierując swe kroki ku Sali Sępów.
Gdy weszli do środka ich oczom ukazało się ogromne pomieszczenie, przypominające wnętrza największych europejskich pałaców. Na ścianach znajdowały się dzieła sztuki z wielu epok i przeróżnych stylów. Większość z nich zdawała się wszakże nawiązywać do klasycyzmu. Narożniki komnaty były prawie zupełnie ciemne, skrywając w cieniach wygodne ciemnoczerwone sofy i jeden wielki drewniany stół z czarnego drewna.
Potężny wiszący kryształowy żyrandol oświetlał delikatną poświatą stylową salę, w której centrum znajdowały się stoły, krzesła, fotele i inne luksusowe meble z XVI wieku. Wśród nich lawirowało dwanaście postaci, które także nosiły maski. Kilka z nich stało w niewielkich grupkach, swobodnie wymieniając uwagi, podczas gdy pozostali siedzieli przy największym stole zaciekle o czymś dyskutując.
[center]
[/center][center]
[/center][center]
[/center][center]
[/center][center]
[/center][center]
[/center]Na każdym stoliku znajdował się złocony flakon z czerwonym płynem oraz zdobione złotem i klejnotami kielichy.
Nagle bywalcy Elizjum odwrócili swoje głowy w stronę nowych gości. Wampir w żelaznej masce przemówił do nich:
- Witamy nowych uczestników. Zapraszamy...
W głowie Terrego rozległ się głos Mentora:
- Wyjdź na sam środek i powiedz bardzo wyraźnie to co ci zaraz przekażę tak, aby każde z nich to usłyszało.
Malklavianin ruszył przed siebie i po chwili zdał sobie sprawę z faktu, że przestał kontrolować swe działania. Pojął, że mówi - a właściwie śpiewa jakieś słowa. Ich sens dotarł jednak do niego dopiero po chwili:
[center]...Don't stand in the doorway
Don't block up the hall
For he that gets hurt
Will be he who has stalled
There's a battle outside
And it is ragin'.
It'll soon shake your windows
And rattle your walls
For the times they are a-changin'.
Come mothers and fathers
Throughout the land
And don't criticize
What you can't understand
Your sons and your daughters
Are beyond your command
Your old road is
Rapidly agin'.
Please get out of the new one
If you can't lend your hand
For the times they are a-changin'.
The line it is drawn
The curse it is cast
The slow one now
Will later be fast
As the present now
Will later be past
The order is
Rapidly fadin'.
And the first one now
Will later be last
For the times they are a-changin'.[/center]
Namtar natychmiast stanął w dogodnej pozycji strategicznej w razie, gdyby komuś nie spodobał się występ Świra. Pozostali goście w milczeniu słuchali do końca piosenki Terrego, który w niczym nie przypominał Ojczulka jakim był wcześniej. Jego głos był inny, pełen emocjonalnej siły jaką prezentują wielcy artyści z klanu Róży. Nikt jednak nie zorientował się, co było prawdziwą przyczyną, zrzucając wszystko na moc zaklętą w masce. Terry szedł pierwszy nie zawracając uwagi na fakt, że lider koterii pozostał za jego plecami.
- Ostre słowa, lecz... - odezwała się postać za złotą maską, jednak nie dokończyła, gdyż wtrącił się jej w słowo mężczyzna w diamentowej masce:
- Gratuluję mocnego wejścia. Zapraszam do mojego stolika...
Terry jednak wydawał się mniej zainteresowany słowami które usłyszał i skupił swoją uwagę na postaci w masce z dziobem, która to właśnie podążała w jego kierunku.
- Dziękuję za zaproszenie, chętnie przysiądę się, ale... Najpierw zamienię słówko z kimś innym - Malkavianin grzecznie odpowiedział dając znak, że jest zainteresowany rozmową z postacią w masce lekarza średniowiecznego.
- Zostaw nas samych, niebawem do was dołączę - odpowiedział krótko do Namtara.
- Tylko na twoją odpowiedzialność... - odrzekł Łowca.
Malkavianin skinął głową potwierdzając, że zgadza się na ten warunek.
Dwie postacie skierowały swe kroki ku jednemu z czterech wyjść z pomieszczenia znikając całkiem z pola widzenia.
Pozostali w tym czasie zdążyli zaobserwować, iż na jednym ze stolików leżą oprawione w srebro dwa długie kły, flakon z ciemnoczerwoną cieczą, urna, świeży wyrwany ludzki język, miecz jednoręczny oraz pas z platynowymi tabliczkami, który nosił na sobie Christian Pain.
- Kto chce pigułę? - odezwała się dziwaczna postać z czerwonymi włosami.
Spoiler!
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Gdy Terry, wraz z Kainitą w masce ptaka, przekroczył próg nowej sali, tamten przemówił:
- Belshatzzar? Przecież ty...
- Obiecałem ci, że wrócę, pamiętasz? Mieliśmy umowę. A teraz patrz mi w oczy Czarowniku.
- To niemożliwe! To kolejna Malkaviańska sztuczka w której nie zamierzam brać udziału. Widziałem jak rozsypałeś się w proch!
- Jesteś słabej wiary Pablo. Jak się ma twoja rodzina? A tak... Kapetyngowie przestali się liczyć w wielkiej Francji.
Stary Tremere nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Mentor Terrego dalej kontynuował:
- Dalej jesteś wściekły na Tremera za to że posłał Goratrixa do Francji? To miał być przemyślany strategicznie ruch, jednak doskonale wiemy, że Goratrix przejął kontrolę nad Filipem Pięknym tylko po to, by nasłać go na Templariuszy. Ten błąd sprawił, że Tremerowi ucierpiało ego, Goratrix musiał salwować się ucieczką przed nadciągającą karą, a ty zostałeś pozbawiony rodzinnej władzy. Jak się ma twój ludzki potomek? Ludwik Alfons Burbon, starasz się Paul. I to nowe nazwisko, Cordwood...
- Czego chcesz? Narobiliście sobie ze starym wielu wrogów. Myślałem że on był ostatni, jednak myliłem się. Ty jakimś cudem przetrwałeś...
- Od teraz będziesz pracował dla koterii Atrahasisa, rozumiesz? Przekażesz im wszystko co wiesz, a gdy wykonają zadanie będziesz zwolniony z naszej umowy. Wszystko na temat tego co dzieje się w Zachodniej Wirginii i inne informacje potrzebne do rozwiązania tajemnicy śmierci Brujaha.
- Zgoda. Są tutaj miejsca gdzie można rozmawiać bez obawy o podsłuchiwanie. Przyprowadź ich tutaj.
Gdy Terry, wraz z Kainitą w masce ptaka, przekroczył próg nowej sali, tamten przemówił:
- Belshatzzar? Przecież ty...
- Obiecałem ci, że wrócę, pamiętasz? Mieliśmy umowę. A teraz patrz mi w oczy Czarowniku.
- To niemożliwe! To kolejna Malkaviańska sztuczka w której nie zamierzam brać udziału. Widziałem jak rozsypałeś się w proch!
- Jesteś słabej wiary Pablo. Jak się ma twoja rodzina? A tak... Kapetyngowie przestali się liczyć w wielkiej Francji.
Stary Tremere nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Mentor Terrego dalej kontynuował:
- Dalej jesteś wściekły na Tremera za to że posłał Goratrixa do Francji? To miał być przemyślany strategicznie ruch, jednak doskonale wiemy, że Goratrix przejął kontrolę nad Filipem Pięknym tylko po to, by nasłać go na Templariuszy. Ten błąd sprawił, że Tremerowi ucierpiało ego, Goratrix musiał salwować się ucieczką przed nadciągającą karą, a ty zostałeś pozbawiony rodzinnej władzy. Jak się ma twój ludzki potomek? Ludwik Alfons Burbon, starasz się Paul. I to nowe nazwisko, Cordwood...
- Czego chcesz? Narobiliście sobie ze starym wielu wrogów. Myślałem że on był ostatni, jednak myliłem się. Ty jakimś cudem przetrwałeś...
- Od teraz będziesz pracował dla koterii Atrahasisa, rozumiesz? Przekażesz im wszystko co wiesz, a gdy wykonają zadanie będziesz zwolniony z naszej umowy. Wszystko na temat tego co dzieje się w Zachodniej Wirginii i inne informacje potrzebne do rozwiązania tajemnicy śmierci Brujaha.
- Zgoda. Są tutaj miejsca gdzie można rozmawiać bez obawy o podsłuchiwanie. Przyprowadź ich tutaj.
Terry, w tym momencie odzyskujesz kontrolę nad ciałem. Przez całą rozmowę byłeś tylko obserwatorem.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Maski. Niekończący się korowód fałszu. Puste oblicza, skryte za misternymi fasadami. Głodne spojrzenia i usta, które wyszeptały tak wiele kłamstw, że stały się one dla nich jedynym znanym językiem... Mimo wszystko, krążąc po ich labiryncie, pośród ich zasad, porcelany i kurzu, pozostawał spokojny. Jak rekin, który wie, że poczuje krew. Jak ciemność, do której wszystko powróci...
Ścieżka mogła zabrać go w dziwne miejsca. Jednak zawsze w sercu tlił się czarny płomień zemsty. I to on wskazywał kierunek. Był z nim także teraz, pilnując go przed upadkiem w tą studnię plugastwa, która była królestwem Niewiernych. A tam, gdzie lśniło mroczne światło Hadd, wola Haqima stawała się ciałem...
Maski. Niekończący się korowód fałszu. Puste oblicza, skryte za misternymi fasadami. Głodne spojrzenia i usta, które wyszeptały tak wiele kłamstw, że stały się one dla nich jedynym znanym językiem... Mimo wszystko, krążąc po ich labiryncie, pośród ich zasad, porcelany i kurzu, pozostawał spokojny. Jak rekin, który wie, że poczuje krew. Jak ciemność, do której wszystko powróci...
Ścieżka mogła zabrać go w dziwne miejsca. Jednak zawsze w sercu tlił się czarny płomień zemsty. I to on wskazywał kierunek. Był z nim także teraz, pilnując go przed upadkiem w tą studnię plugastwa, która była królestwem Niewiernych. A tam, gdzie lśniło mroczne światło Hadd, wola Haqima stawała się ciałem...
Spoiler!
Rozejrzał się dyskretnie po zgromadzonych, starając się by wyglądało to na czysto profesjonalne zainteresowanie. Nikt raczej nie zwracał na niego uwagi i Morderca zaczynał doceniać swój społeczny parawan, chroniący go przed tą częścią świata, która należała do Kuffrów. Rozluźnił się nieco i skierował wzrok na stół. Odblask ciemnego szkarłatu, zamkniętego w fiolce z grubego szkła, na chwilę przykuł jego spojrzenie... Miał nadzieję, że nie ma on nic wspólnego z krwią Klanu. Sprawy bowiem mogły by potoczyć się w bardzo nieciekawym kierunku i to szybciej, niż ktokolwiek chciałby przypuszczać...Spoiler!
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
To bylo dla niego doświadczenie z rodzaju tych, które wspomina się po latach. W jednej chwili wychodził na środek sali, w następnej był równie zaskoczony swym zachowaniem co reszta publiczności. A na koniec odbył całkiem, zdawalo by się, osobistą pogawędkę z jegomościem w dziwnej masce.
Kiedy odzyskał nad sobą kontrolę, poruszał palcami obu dłoni by samego siebie przekonać, że to już. Spojrzał ponownie na jegomościa w ptasiej masce. Zastanowił się chwilę, jaki naprawdę jest Pablo. Ale szybko porzucił tę myśl, wiedząc że jedyne czego może być pewien, to tego, że nie tym na kogo wygląda.
- To zajmie moment. - zwrócił się do swego, chociaż wcale nie, rozmówcy.
Terry podszedł śmiało do drzwi, po czym wychylił przez nie głowę. Chciał cicho syknąć, by zwrócić na siebie uwagę Assamity, okazało się to jednak zbędne. Morderca patrzył w jego stronę jeszcze zanim on sam zdążył odnaleźć go wzrokiem. I byl przy Terrym, zanim ten zdążył skinąć głową. Malkavian uśmiechnął się pod maską, pozytywnie zaskoczony poziomem percepcji i reakcji Łowcy. Szybko więc, by nie zaburzyć tajemnego rytmu w którym działał teraz ochroniarz, powiedział do niego szeptem.
- Zbierz wszystkich i przyjdźcie do tej komnaty. To całkiem ważne.
Tym razem to Terry wyprzedził Mrocznego Jedi. Nim jego usta bowiem wymówiły odpowiedź, on wiedział już jak ona zabrzmi. Co było krzepiące w zaistniałych okolicznościach.
- Przyjąłem. - oznajmił cicho, acz stanowczo Darth Namtar.
To bylo dla niego doświadczenie z rodzaju tych, które wspomina się po latach. W jednej chwili wychodził na środek sali, w następnej był równie zaskoczony swym zachowaniem co reszta publiczności. A na koniec odbył całkiem, zdawalo by się, osobistą pogawędkę z jegomościem w dziwnej masce.
Kiedy odzyskał nad sobą kontrolę, poruszał palcami obu dłoni by samego siebie przekonać, że to już. Spojrzał ponownie na jegomościa w ptasiej masce. Zastanowił się chwilę, jaki naprawdę jest Pablo. Ale szybko porzucił tę myśl, wiedząc że jedyne czego może być pewien, to tego, że nie tym na kogo wygląda.
- To zajmie moment. - zwrócił się do swego, chociaż wcale nie, rozmówcy.
Terry podszedł śmiało do drzwi, po czym wychylił przez nie głowę. Chciał cicho syknąć, by zwrócić na siebie uwagę Assamity, okazało się to jednak zbędne. Morderca patrzył w jego stronę jeszcze zanim on sam zdążył odnaleźć go wzrokiem. I byl przy Terrym, zanim ten zdążył skinąć głową. Malkavian uśmiechnął się pod maską, pozytywnie zaskoczony poziomem percepcji i reakcji Łowcy. Szybko więc, by nie zaburzyć tajemnego rytmu w którym działał teraz ochroniarz, powiedział do niego szeptem.
- Zbierz wszystkich i przyjdźcie do tej komnaty. To całkiem ważne.
Tym razem to Terry wyprzedził Mrocznego Jedi. Nim jego usta bowiem wymówiły odpowiedź, on wiedział już jak ona zabrzmi. Co było krzepiące w zaistniałych okolicznościach.
- Przyjąłem. - oznajmił cicho, acz stanowczo Darth Namtar.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Victoria zagarnęła pozostałą część koterii na bok, aby w spokoju wymienić uwagi i ustalić dalszy plan działania. Wystąpienie Terrego było dla wszystkich nie lada zaskoczeniem, a jego nagłe zniknięcie pozostawiało jedynie więcej pytań. Co właściwie znaczyły jego słowa i w co pogrywał Malkawianin? Czy znał mężczyznę w masce kruka, z którym odszedł? Podobne myśli kłębiły się w głowie wybrańców Red'a. Jednak nim ktokolwiek zadał pytanie, czy sformułował jakaś hipotezę, podszedł do nich Namtar, trzymający się dotychczas nieco na uboczu i rzekł półgłosem:
- Terry powiedział, żebyście poszli za mną. Teraz. To ważne.
Pozostali w milczeniu ruszyli za Assamitą, mając nadzieję, iż sytuacja nieco się wyklaruje. Wspólnie weszli do niewielkiego pokoju, oświetlonego jedynie przez rozstawione tu i ówdzie, czerwone świece. Terry ukryty pod maską błazna, stał na środku pomieszczenia, najwyraźniej oczekując na resztę. Mężczyzna w przebraniu kruka siedział samotne w narożniku ciemnoczerwonej sofy. Jego szczupła, dystyngowana sylwetka zlewała się gładko z cieniami, zalegającymi pomieszczenie. Gdy pozostali podeszli bliżej odezwał się:
- Proszę, usiądźcie - powiedział spokojnie, po czym pociągnął delikatnie złoty sznur zwisający przy ścianie po jego prawej stronie.
Każdy znalazł jakieś wygodne miejsce dla siebie. Oprócz sofy, znajdowały się tutaj dwa wygodne krzesła oraz trzy miękkie, wyściełane fotele. Jedynie Namtar stanął z tyłu, za siedzącymi, przyjmując pozę profesjonalnego ochroniarza. Na stoliku stały wypełnione świeża krwią kielichy oraz naczynie służące głownie do podawania ponczu. Wtem ku zaskoczeniu wszystkich z sufitu zaczęła rozwijać się karmazynowa ciężka zasłona, która przy dotknięciu z podłogą odseparowała siedzących od pozostałej części Elizjum. Materiał wisiał zawieszony w powietrzu i musiał być wspomagany przez jakieś zaklęcie natury telekinetycznej. Wszyscy wyczuli coś jeszcze. Mianowicie wszystkie dźwięki docierające z pozostałej części Elizjum zamieniły się w kompletną ciszę.
[center]
[/center]
- Teraz jesteśmy sami - odezwał się tajemniczy mężczyzna. - Na prośbę ostatniego żyjącego członka poprzedniej koterii Red'a postanowiłem pomóc wam w śledztwie. Nazywam się Paul Cordwood i przynależę do klanu Tremere.
Stary Czarodziej powoli zdjął maskę ukazując prawdziwą twarz.
[center]
[/center]
- Niech to będzie dla was dowodem, że jestem po waszej stronie - westchnął. - Skupię się na danych najbardziej istotnych z mojego punktu widzenia. Więc zacznijmy od początku.
- Redondo nie do końca kontroluje to co dzieje się w jego Elizjum. Moim zdaniem nie jest to celowe zagranie, gdyż za bardzo zależy mu na sławie jaką zyskał dzięki temu miejscu. Oczywiście jest świadom zagrożenia jakie spowodowała obecna gra, ale jeżeli zdecyduje się na ingerencję oznaczałoby to utratę prestiżu. To samolubny i zapatrzony w siebie artysta, dlatego nie można liczyć na to, że eskalacja konfliktów zmniejszy się. Opiekunowi na tym nie zależy.
- Przez te przeklęte maski nie wiem z jakim przeciwnikiem mamy do czynienia. Wiem, że obecni tutaj mają swoje sługi na wysokich pozycjach w Camarilli, Sabacie a także wśród Anarchistów. Słyszałem, że Regent Sabatu zgodził się na przysłanie do Charleston oddziału Czarnej Ręki, a to oznacza że w grze bierze udział ktoś kto ma duże poparcie najwyższej władzy w Sabacie.
- Do miasta przybyli także Archonci z Justycjariuszem Karlem Schrecktem na czele. Karl jeszcze nie wie co dokładnie dzieje się w Charleston, ale moim zdaniem jest to tylko kwestią czasu. Trzy noce temu Justycjariusz przybył do Elizjum, ale Redondo ostatecznie nie wpuścił go. Schreckt chciał przesłuchać uczestników gry, nie biorąc w niej udziału, co było wbrew zasadom jakie panowały w tym miejscu od setek lat. Toreador powołał się na dokument, który otrzymał od Wewnętrznego Kręgu Camarilli, który pozwala mu na swobodną działalność związaną z projektem Elizjum. Możecie sobie wyobrazić jak wyglądają obecnie relacje między tą dwójką. Karl także pojawił się tutaj z powodu machinacji któregoś z graczy.
- Największą niespodzianką są Anarchiści, którzy zaczęli demolować miasto. Christian Pain był pionkiem w ten grze, a teraz jego pas leży na stoliku trofeów, ale to oddzielny temat. Ważne jest to, że Brujah nie powiedzieli ostatniego słowa. Gdy wszyscy mordowali się pod uniwersytetem, Alasotor Izotz znajdował się dokładnie pod ulicą w kanałach. Tam odprawił jeden z tajemnych rytuałów, który pozwolił mu zerwać więzy krwi jakie otrzymał od członków Wewnętrznego Kręgu Camarilli. Rytuał mógł odprawić tylko podczas przelewania krwi nieumarłych i śmierci dużej liczby Kainitów. Wykorzystał gniew i wyzwoloną Bestię swoich pobratymców walczących nad jego głową i z tego co wiem, to udało mu się osiągnąć cel. Izotz to jeden z liderów klanu Brujah, który rozpętał Rewoltę Anarchistów w Hiszpanii. Po przegranej wojnie został zmuszony siłą do wypicia krwi i pracy jako Archont, a potem Alastor dla władz Camarilli. Mam poważne powody przypuszczać, że Izotz zacznie mścić się za niewolniczą służbę przez ponad pięćset lat. To nie jest przeciwnik pokroju Christiana Paina. Podczas Rewolucji Anarchistów otrzymał imię Izotz, które oznacza lód. Daleko mu do obecnych Krzykaczy, to chłodno kalkulujący, opanowany wojownik. Nie wiem jakie są jego plany. Wątpię by od razu pokazał światu, że jest wolny. Dalej będzie udawał, że służy Camarilli czekając na odpowiedni moment by uderzyć.
- W mieście pojawili się członkowie klanu Giovannich, a to oznacza że przynajmniej jeden gracz należy do ich linii. Niestety niewiele wiem o ich działalności, ale jestem pewien, że coś knują.
- Na pewno jest tutaj przedstawiciel Księcia Waszyngtonu Marcusa Vitela, który także jest zainteresowany sprawami, które mają miejsce w Charleston. Vitel wie, że Belle Boyd została tutaj przysłana przez Ventrów z Londynu, a dokładnie przez Mithrasa w 1866 roku. Nie wiem dokładnie dlaczego Mithras umieścił w Martinsburgu swojego szpiega, ale może mieć to związek z bliskością Waszyngtonu. Democritus wykończył pozostałych Ventrów, nie mógł jednak poradzić sobie z politycznym zapleczem Mithrasa, dlatego Belle przetrwała. Ostatnie wtargnięcie wojska przysłanego z Waszyngtonu do Martinsburga wskazuje na istniejący konflikt między Londynem, a Waszyngtonem. Obecnie Mithras uznany jest za martwego od czasu bombardowania Londynu podczas II wojny światowej. Nie wiem komu służy Belle, ale chyba żonie Matuzalema, obecnej Księżnej Londynu.
- Wiele mówi się o Łzie Malkava, która znajduje się w rękach Świrów. Cóż, goście Elizjum chcieliby widzieć ten artefakt tuż obok pozostałych trofeów jakie leżą na stole.
- Zorientowałem się, że nic tutaj nie dzieje się przypadkowo. Pewne elementy rozgrywki zostały przygotowane już dawno temu. Masowe wykradanie krwi jest tego doskonałym przykładem. Moje śledztwo pozwoliło mi ustalić, że przygotowania zaczęły się mniej więcej trzydzieści lat temu.
- Długa noc jest efektem użycia mocy przez jednego z graczy. Zaskoczył tym wszystkich, będąc przygotowanym na działania w dzień. Jego słudzy zaskoczyli kładących się do snu wielu Spokrewnionych, którzy byli w posiadaniu potrzebnej do wygrania wiedzy. Podejrzewam, że to on posiada obecnie najwięcej wskazówek na temat miejsca, gdzie znajduje się ciało.
- Redondo pozwolił także, by do gry wszedł przedstawiciel Baali. Ich działalność w mieście przekracza wszystkie normy, na jakie pozwalają zasady Camarilli. Są jak czarna plaga, która wypacza i pożera wszystko na swej drodze - Stary Czarodziej skrzywił się z odrazą. - Podejrzewam, że współpracują z kimś jeszcze. Gra weszła w nową fazę, gdyż gracze zrozumieli, że sami nie są w stanie wygrać. Pojawiły się sojusze między tymi, którzy spotykają się w Elizjum.
Przerwał na chwilę i obrzucił zebranych zamyślonym spojrzeniem. Przez moment najwyraźniej zastanawiał się nad czymś, ważąc w myślach swe dalsze słowa:
- Zanim zacznę dalej mówić muszę o coś zapytać - zwrócił się wreszcie w stronę Terrego - Belshatzzarze, czy to ty stałeś za stworzeniem legendy o powrocie koterii Mędrca w Czerwieni?
Victoria zagarnęła pozostałą część koterii na bok, aby w spokoju wymienić uwagi i ustalić dalszy plan działania. Wystąpienie Terrego było dla wszystkich nie lada zaskoczeniem, a jego nagłe zniknięcie pozostawiało jedynie więcej pytań. Co właściwie znaczyły jego słowa i w co pogrywał Malkawianin? Czy znał mężczyznę w masce kruka, z którym odszedł? Podobne myśli kłębiły się w głowie wybrańców Red'a. Jednak nim ktokolwiek zadał pytanie, czy sformułował jakaś hipotezę, podszedł do nich Namtar, trzymający się dotychczas nieco na uboczu i rzekł półgłosem:
- Terry powiedział, żebyście poszli za mną. Teraz. To ważne.
Pozostali w milczeniu ruszyli za Assamitą, mając nadzieję, iż sytuacja nieco się wyklaruje. Wspólnie weszli do niewielkiego pokoju, oświetlonego jedynie przez rozstawione tu i ówdzie, czerwone świece. Terry ukryty pod maską błazna, stał na środku pomieszczenia, najwyraźniej oczekując na resztę. Mężczyzna w przebraniu kruka siedział samotne w narożniku ciemnoczerwonej sofy. Jego szczupła, dystyngowana sylwetka zlewała się gładko z cieniami, zalegającymi pomieszczenie. Gdy pozostali podeszli bliżej odezwał się:
- Proszę, usiądźcie - powiedział spokojnie, po czym pociągnął delikatnie złoty sznur zwisający przy ścianie po jego prawej stronie.
Każdy znalazł jakieś wygodne miejsce dla siebie. Oprócz sofy, znajdowały się tutaj dwa wygodne krzesła oraz trzy miękkie, wyściełane fotele. Jedynie Namtar stanął z tyłu, za siedzącymi, przyjmując pozę profesjonalnego ochroniarza. Na stoliku stały wypełnione świeża krwią kielichy oraz naczynie służące głownie do podawania ponczu. Wtem ku zaskoczeniu wszystkich z sufitu zaczęła rozwijać się karmazynowa ciężka zasłona, która przy dotknięciu z podłogą odseparowała siedzących od pozostałej części Elizjum. Materiał wisiał zawieszony w powietrzu i musiał być wspomagany przez jakieś zaklęcie natury telekinetycznej. Wszyscy wyczuli coś jeszcze. Mianowicie wszystkie dźwięki docierające z pozostałej części Elizjum zamieniły się w kompletną ciszę.
[center]
[/center]- Teraz jesteśmy sami - odezwał się tajemniczy mężczyzna. - Na prośbę ostatniego żyjącego członka poprzedniej koterii Red'a postanowiłem pomóc wam w śledztwie. Nazywam się Paul Cordwood i przynależę do klanu Tremere.
Stary Czarodziej powoli zdjął maskę ukazując prawdziwą twarz.
[center]
[/center]- Niech to będzie dla was dowodem, że jestem po waszej stronie - westchnął. - Skupię się na danych najbardziej istotnych z mojego punktu widzenia. Więc zacznijmy od początku.
- Redondo nie do końca kontroluje to co dzieje się w jego Elizjum. Moim zdaniem nie jest to celowe zagranie, gdyż za bardzo zależy mu na sławie jaką zyskał dzięki temu miejscu. Oczywiście jest świadom zagrożenia jakie spowodowała obecna gra, ale jeżeli zdecyduje się na ingerencję oznaczałoby to utratę prestiżu. To samolubny i zapatrzony w siebie artysta, dlatego nie można liczyć na to, że eskalacja konfliktów zmniejszy się. Opiekunowi na tym nie zależy.
- Przez te przeklęte maski nie wiem z jakim przeciwnikiem mamy do czynienia. Wiem, że obecni tutaj mają swoje sługi na wysokich pozycjach w Camarilli, Sabacie a także wśród Anarchistów. Słyszałem, że Regent Sabatu zgodził się na przysłanie do Charleston oddziału Czarnej Ręki, a to oznacza że w grze bierze udział ktoś kto ma duże poparcie najwyższej władzy w Sabacie.
- Do miasta przybyli także Archonci z Justycjariuszem Karlem Schrecktem na czele. Karl jeszcze nie wie co dokładnie dzieje się w Charleston, ale moim zdaniem jest to tylko kwestią czasu. Trzy noce temu Justycjariusz przybył do Elizjum, ale Redondo ostatecznie nie wpuścił go. Schreckt chciał przesłuchać uczestników gry, nie biorąc w niej udziału, co było wbrew zasadom jakie panowały w tym miejscu od setek lat. Toreador powołał się na dokument, który otrzymał od Wewnętrznego Kręgu Camarilli, który pozwala mu na swobodną działalność związaną z projektem Elizjum. Możecie sobie wyobrazić jak wyglądają obecnie relacje między tą dwójką. Karl także pojawił się tutaj z powodu machinacji któregoś z graczy.
- Największą niespodzianką są Anarchiści, którzy zaczęli demolować miasto. Christian Pain był pionkiem w ten grze, a teraz jego pas leży na stoliku trofeów, ale to oddzielny temat. Ważne jest to, że Brujah nie powiedzieli ostatniego słowa. Gdy wszyscy mordowali się pod uniwersytetem, Alasotor Izotz znajdował się dokładnie pod ulicą w kanałach. Tam odprawił jeden z tajemnych rytuałów, który pozwolił mu zerwać więzy krwi jakie otrzymał od członków Wewnętrznego Kręgu Camarilli. Rytuał mógł odprawić tylko podczas przelewania krwi nieumarłych i śmierci dużej liczby Kainitów. Wykorzystał gniew i wyzwoloną Bestię swoich pobratymców walczących nad jego głową i z tego co wiem, to udało mu się osiągnąć cel. Izotz to jeden z liderów klanu Brujah, który rozpętał Rewoltę Anarchistów w Hiszpanii. Po przegranej wojnie został zmuszony siłą do wypicia krwi i pracy jako Archont, a potem Alastor dla władz Camarilli. Mam poważne powody przypuszczać, że Izotz zacznie mścić się za niewolniczą służbę przez ponad pięćset lat. To nie jest przeciwnik pokroju Christiana Paina. Podczas Rewolucji Anarchistów otrzymał imię Izotz, które oznacza lód. Daleko mu do obecnych Krzykaczy, to chłodno kalkulujący, opanowany wojownik. Nie wiem jakie są jego plany. Wątpię by od razu pokazał światu, że jest wolny. Dalej będzie udawał, że służy Camarilli czekając na odpowiedni moment by uderzyć.
- W mieście pojawili się członkowie klanu Giovannich, a to oznacza że przynajmniej jeden gracz należy do ich linii. Niestety niewiele wiem o ich działalności, ale jestem pewien, że coś knują.
- Na pewno jest tutaj przedstawiciel Księcia Waszyngtonu Marcusa Vitela, który także jest zainteresowany sprawami, które mają miejsce w Charleston. Vitel wie, że Belle Boyd została tutaj przysłana przez Ventrów z Londynu, a dokładnie przez Mithrasa w 1866 roku. Nie wiem dokładnie dlaczego Mithras umieścił w Martinsburgu swojego szpiega, ale może mieć to związek z bliskością Waszyngtonu. Democritus wykończył pozostałych Ventrów, nie mógł jednak poradzić sobie z politycznym zapleczem Mithrasa, dlatego Belle przetrwała. Ostatnie wtargnięcie wojska przysłanego z Waszyngtonu do Martinsburga wskazuje na istniejący konflikt między Londynem, a Waszyngtonem. Obecnie Mithras uznany jest za martwego od czasu bombardowania Londynu podczas II wojny światowej. Nie wiem komu służy Belle, ale chyba żonie Matuzalema, obecnej Księżnej Londynu.
- Wiele mówi się o Łzie Malkava, która znajduje się w rękach Świrów. Cóż, goście Elizjum chcieliby widzieć ten artefakt tuż obok pozostałych trofeów jakie leżą na stole.
- Zorientowałem się, że nic tutaj nie dzieje się przypadkowo. Pewne elementy rozgrywki zostały przygotowane już dawno temu. Masowe wykradanie krwi jest tego doskonałym przykładem. Moje śledztwo pozwoliło mi ustalić, że przygotowania zaczęły się mniej więcej trzydzieści lat temu.
- Długa noc jest efektem użycia mocy przez jednego z graczy. Zaskoczył tym wszystkich, będąc przygotowanym na działania w dzień. Jego słudzy zaskoczyli kładących się do snu wielu Spokrewnionych, którzy byli w posiadaniu potrzebnej do wygrania wiedzy. Podejrzewam, że to on posiada obecnie najwięcej wskazówek na temat miejsca, gdzie znajduje się ciało.
- Redondo pozwolił także, by do gry wszedł przedstawiciel Baali. Ich działalność w mieście przekracza wszystkie normy, na jakie pozwalają zasady Camarilli. Są jak czarna plaga, która wypacza i pożera wszystko na swej drodze - Stary Czarodziej skrzywił się z odrazą. - Podejrzewam, że współpracują z kimś jeszcze. Gra weszła w nową fazę, gdyż gracze zrozumieli, że sami nie są w stanie wygrać. Pojawiły się sojusze między tymi, którzy spotykają się w Elizjum.
Przerwał na chwilę i obrzucił zebranych zamyślonym spojrzeniem. Przez moment najwyraźniej zastanawiał się nad czymś, ważąc w myślach swe dalsze słowa:
- Zanim zacznę dalej mówić muszę o coś zapytać - zwrócił się wreszcie w stronę Terrego - Belshatzzarze, czy to ty stałeś za stworzeniem legendy o powrocie koterii Mędrca w Czerwieni?
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Terry zaskoczony pytaniem uniósł ze zdziwienia brwi. Przez myśl przegalopowało mu stado koszmarnych wizji, dotyczących intencji pytającego. Nie mniej, nie miało sensu dalsze milczenie.
- Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Terry zaskoczony pytaniem uniósł ze zdziwienia brwi. Przez myśl przegalopowało mu stado koszmarnych wizji, dotyczących intencji pytającego. Nie mniej, nie miało sensu dalsze milczenie.
- Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
- Zanim zacznę dalej mówić muszę o coś zapytać Belshatzzarze, czy to ty stałeś za stworzeniem legendy o powrocie koterii Mędrca w Czerwieni?
Pytanie to było wyraźnie skierowane w stronę Terrego, choć z tego co pamiętała Viktoria, Świr nie miał na imię Belshatzzar. Wprawdzie zdawało się jej, że gdzieś już słyszała to imię ale nie wiedziała gdzie. Natomiast na pewno nie wiedziała już dlaczego ktoś zwraca się z nim na ustach w stronę Ojczulka.
Jej twarz pod maską przybrała wyraz niekłamanego zdziwienia. Belshatzzar... - myślała - brzmi jakoś bardzo staro i jak po akadyjsku. - skojarzenie było natychmiastowe. Znała się na sztuce i historii, widziała wiele ksiąg, zbiorów, tekstów źródłowych i zabytków. Dlatego nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ktoś o takim imieniu musiał być bardzo ale to bardzo stary. Czarodziej sam wyglądał na wiekowego i pewnie dla tego pomylił uczestników gry w Elizjum... Terry na pewno zaraz wyjaśni mu to. Przecież to śmieszne... Przecież Terry... - nagła myśl i kojarzenie przeszłych wydarzeń przerwały tok myślenia Lasombry. Czyżby Terry wcale nie był Terrym? Ma duże zdolności, wiedzę które - zawsze miała takie wrażenie - nie pokazuje w pełni, tylko w sytuacjach zagrożenia zadziwia wszystkich swoją mądrością. Jest w pewien sposób tajemnicą i ciekawe, co na przykład kryje w swoim plecaku, którego pilnie strzeże przed wzrokiem innych. Tak na prawdę, jeśli jest starszy niż przyznaje, czyż nie było by dla niego dziecinnie proste ukrywać przed nimi swojej prawdziwej tożsamości?
Czyżby był kolejnym starszym bawiącym się kosztem młodszych? Co tu się właściwie działo? Pytanie Tremere tak zaszokowało Viktorię, że wszystkie nowe informacje które ten ów udzielił przybladły. Zresztą zdawało się jej, że sytuacja naprawdę zaczyna przekraczać ją i jej zdolności. Świat w którym się znalazła nie miał żadnych prawideł ani pewności. Czuła się jak w wirującym kalejdoskopie, w którym co kilka minut zmieniał się obraz sytuacji, władzy, pozycji i wiedzy. Zupełnie nie wiedziała jak sobie poradzić, stojąc w środku tego cyklonu. Postanowiła jednak milczeć i czekać na wynik rozmowy Terrego i Paula. Starała się nadal wyglądać godnie do swojego stanu. Całe szczęście, ze miała na sobie maskę. Gdyby nie ona, każdy mógłby wyczytać z twarzy liderki koterii, jak mała i przerażona czuła się w tej chwili...
- Zanim zacznę dalej mówić muszę o coś zapytać Belshatzzarze, czy to ty stałeś za stworzeniem legendy o powrocie koterii Mędrca w Czerwieni?
Pytanie to było wyraźnie skierowane w stronę Terrego, choć z tego co pamiętała Viktoria, Świr nie miał na imię Belshatzzar. Wprawdzie zdawało się jej, że gdzieś już słyszała to imię ale nie wiedziała gdzie. Natomiast na pewno nie wiedziała już dlaczego ktoś zwraca się z nim na ustach w stronę Ojczulka.
Jej twarz pod maską przybrała wyraz niekłamanego zdziwienia. Belshatzzar... - myślała - brzmi jakoś bardzo staro i jak po akadyjsku. - skojarzenie było natychmiastowe. Znała się na sztuce i historii, widziała wiele ksiąg, zbiorów, tekstów źródłowych i zabytków. Dlatego nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ktoś o takim imieniu musiał być bardzo ale to bardzo stary. Czarodziej sam wyglądał na wiekowego i pewnie dla tego pomylił uczestników gry w Elizjum... Terry na pewno zaraz wyjaśni mu to. Przecież to śmieszne... Przecież Terry... - nagła myśl i kojarzenie przeszłych wydarzeń przerwały tok myślenia Lasombry. Czyżby Terry wcale nie był Terrym? Ma duże zdolności, wiedzę które - zawsze miała takie wrażenie - nie pokazuje w pełni, tylko w sytuacjach zagrożenia zadziwia wszystkich swoją mądrością. Jest w pewien sposób tajemnicą i ciekawe, co na przykład kryje w swoim plecaku, którego pilnie strzeże przed wzrokiem innych. Tak na prawdę, jeśli jest starszy niż przyznaje, czyż nie było by dla niego dziecinnie proste ukrywać przed nimi swojej prawdziwej tożsamości?
Czyżby był kolejnym starszym bawiącym się kosztem młodszych? Co tu się właściwie działo? Pytanie Tremere tak zaszokowało Viktorię, że wszystkie nowe informacje które ten ów udzielił przybladły. Zresztą zdawało się jej, że sytuacja naprawdę zaczyna przekraczać ją i jej zdolności. Świat w którym się znalazła nie miał żadnych prawideł ani pewności. Czuła się jak w wirującym kalejdoskopie, w którym co kilka minut zmieniał się obraz sytuacji, władzy, pozycji i wiedzy. Zupełnie nie wiedziała jak sobie poradzić, stojąc w środku tego cyklonu. Postanowiła jednak milczeć i czekać na wynik rozmowy Terrego i Paula. Starała się nadal wyglądać godnie do swojego stanu. Całe szczęście, ze miała na sobie maskę. Gdyby nie ona, każdy mógłby wyczytać z twarzy liderki koterii, jak mała i przerażona czuła się w tej chwili...
edytuje jak Terry naprawi posta albo coś jeszcze dopisze jeżeli taka będzie potrzeba
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
- Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie - odpowiedział Terry, kryjąc się za maską błazna.
Tremre po jego słowach zmarszczył brwi, po czym przemówił bardziej stanowczym tonem:
- Przyszedłeś tutaj żądając spłaty starego długu... W oparciu o nią zmusiłeś mnie do współpracy, co sprawiło, iż obnażyłem przed wami moje sekrety... A teraz jeszcze ubliżasz mojemu geniuszowi. Bądź po trzykroć przeklęty Belshatzzarze! Twoja buta nie zna granic! - głos Tremera przestał być spokojny, a w jego słowach czaiła się ukryta moc.
- Teraz wiem, że zanim sfingowałeś swoją Prawdziwą Śmierć współpracowałeś z Vasantaseną. To ona pierwsza zaczęła mówić o powrocie koterii Red'a. Cały cholerny Sabat zaczął prawić o tym w jej domenie. Możesz mnie szantażować, ale tym razem przeliczyłeś się! Na Thota! Czyżbyś naiwnie sądził, że zmarnowałem te wszystkie lata? Obserwowałem nie tylko ciebie, ale pozostałych także. Nie wiem w co teraz pogrywasz i co planujesz, ale cokolwiek to jest, wierz mi, nie uda ci się to!
Czarodziej podniósł palec i skierował nim w stronę Namtara. Na jego twarzy pojawił się delikatny grymas zadowolenia:
- Zdajesz sobie sprawę Morderczy Cieniu, że to cząstka krwi Belshatzzar'a płynie w twoich żyłach?
- Niestety, nie znam odpowiedzi na to pytanie - odpowiedział Terry, kryjąc się za maską błazna.
Tremre po jego słowach zmarszczył brwi, po czym przemówił bardziej stanowczym tonem:
- Przyszedłeś tutaj żądając spłaty starego długu... W oparciu o nią zmusiłeś mnie do współpracy, co sprawiło, iż obnażyłem przed wami moje sekrety... A teraz jeszcze ubliżasz mojemu geniuszowi. Bądź po trzykroć przeklęty Belshatzzarze! Twoja buta nie zna granic! - głos Tremera przestał być spokojny, a w jego słowach czaiła się ukryta moc.
- Teraz wiem, że zanim sfingowałeś swoją Prawdziwą Śmierć współpracowałeś z Vasantaseną. To ona pierwsza zaczęła mówić o powrocie koterii Red'a. Cały cholerny Sabat zaczął prawić o tym w jej domenie. Możesz mnie szantażować, ale tym razem przeliczyłeś się! Na Thota! Czyżbyś naiwnie sądził, że zmarnowałem te wszystkie lata? Obserwowałem nie tylko ciebie, ale pozostałych także. Nie wiem w co teraz pogrywasz i co planujesz, ale cokolwiek to jest, wierz mi, nie uda ci się to!
Czarodziej podniósł palec i skierował nim w stronę Namtara. Na jego twarzy pojawił się delikatny grymas zadowolenia:
- Zdajesz sobie sprawę Morderczy Cieniu, że to cząstka krwi Belshatzzar'a płynie w twoich żyłach?
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
Spoiler!
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
[/center]