PBF - Charleston by Night
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
- Wybacz Goratrixsie - Viktoria skłoniła się w przepraszającym geście. Zdawała sobie sprawę ze swojego błędu. Tremere miał rację, a gierki domu Redondo nie były zasadne w kontaktach z Czarodziejem. Zależało jej raczej na dobrym kontakcie z przybyłym. Nieprzychylnym ich mieli już zbyt dużo dookoła siebie.
- Masz rację, nie przystoi by kryć się przed Tobą za maskami - mówiąc to ściągnęła swoją, uśmiechając się uroczo w stronę Tremere. Jej piękny głos rozchodził się melodyjnie po pokoju, wymagając całkowitej uwagi od rozmówcy. - Jestem Viktoria z klanu Lasombra, spadkobierczyni domeny Starego Króla. I jak już wiesz, należę do koterii wykonawców woli Atrahasia, Mędrca w Czerwieni. Jego strata jest dla nas wszystkich okraszona gorzkim żalem - dodała smutno. - To zaszczyt, jak mniemam, słyszeć że ich choć trochę przypominamy. I teraz już rozumiem, jak udało się Panu do nas dotrzeć. To dość... niezgrabne... Mam namyśli czyn Nosferatu. Ale zapewniam Pana, iż nie jesteśmy wrogami. Oczywiście tak długo, jak nie będzie nam Pan przeszkadzał w wypełnieniu zadania. Co jest raczej oczywiste - obdarzyła go pięknym uśmiechem, przyglądając się dokładnie swojemu rozmówcy. Był raczej przystojny, a aura złej sławy i potęgi dookoła czarodzieja dodawała mu dodatkowych atutów - Nie mniej jednak również ciesze się z możliwości spotkania kogoś tak znamienitego. To sama przyjemność... - dodała, patrząc się mu prosto w oczy.
- Paul ... - załamała na chwilę głos - miał dla nas ważne informacje.. Niestety... - spojrzała się znacząco w stronę Terrego - czy więc jego stan jest winą któregoś z tu zebranych? - dodała dość zimno, a jej głos zabarwił się cierpkim tonem. Jeżeli zechciałbyś nam to wyjawić, oczywiście... - zwróciła się już na powrót łągodnie w stronę Goratrxa.
- Wybacz Goratrixsie - Viktoria skłoniła się w przepraszającym geście. Zdawała sobie sprawę ze swojego błędu. Tremere miał rację, a gierki domu Redondo nie były zasadne w kontaktach z Czarodziejem. Zależało jej raczej na dobrym kontakcie z przybyłym. Nieprzychylnym ich mieli już zbyt dużo dookoła siebie.
- Masz rację, nie przystoi by kryć się przed Tobą za maskami - mówiąc to ściągnęła swoją, uśmiechając się uroczo w stronę Tremere. Jej piękny głos rozchodził się melodyjnie po pokoju, wymagając całkowitej uwagi od rozmówcy. - Jestem Viktoria z klanu Lasombra, spadkobierczyni domeny Starego Króla. I jak już wiesz, należę do koterii wykonawców woli Atrahasia, Mędrca w Czerwieni. Jego strata jest dla nas wszystkich okraszona gorzkim żalem - dodała smutno. - To zaszczyt, jak mniemam, słyszeć że ich choć trochę przypominamy. I teraz już rozumiem, jak udało się Panu do nas dotrzeć. To dość... niezgrabne... Mam namyśli czyn Nosferatu. Ale zapewniam Pana, iż nie jesteśmy wrogami. Oczywiście tak długo, jak nie będzie nam Pan przeszkadzał w wypełnieniu zadania. Co jest raczej oczywiste - obdarzyła go pięknym uśmiechem, przyglądając się dokładnie swojemu rozmówcy. Był raczej przystojny, a aura złej sławy i potęgi dookoła czarodzieja dodawała mu dodatkowych atutów - Nie mniej jednak również ciesze się z możliwości spotkania kogoś tak znamienitego. To sama przyjemność... - dodała, patrząc się mu prosto w oczy.
- Paul ... - załamała na chwilę głos - miał dla nas ważne informacje.. Niestety... - spojrzała się znacząco w stronę Terrego - czy więc jego stan jest winą któregoś z tu zebranych? - dodała dość zimno, a jej głos zabarwił się cierpkim tonem. Jeżeli zechciałbyś nam to wyjawić, oczywiście... - zwróciła się już na powrót łągodnie w stronę Goratrxa.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
- Nie trzeba, sam to zrobię. - Terry niemal wszedł w słowo Czarnej Victorii. - najpierw jednak rzeczy pierwsze.
Wstał ze swojego miejsca i stanąwszy twarzą w stronę Goratrixa, pokłonił mu się z szacunkiem.
- Witam pana. Jestem frater Terry, z krwi Malkava jak raczył pan zauważyć. Zaszczyt poznać pana osobiście, a nie przez slowa opowieści.
- Zapewniam również, że nie czerpię żadnej radości z ukrywania prawdziwych powodów niczego. Dopiero po pańskim przybyciu zorientowałem się co w istocie tu zaszło.
Obrzucił szybkim spojrzeniem pełne wyczekiwania twarze zebranych. Był im winny wyjaśnienia. Dużo wyjaśnień. A wystąpienia zarówno Paula jak i Goratrixa tylko komplikowały sprawę. Miał świadomość, że do tego czasu reszta koterii pewnie ma go za szpiega, zdrajcę i wichrzyciela. Coraz bardziej rósł w nim strach, że będą chcieli poznać jego sekrety. Kiedy wyobraził sobie towarzyszy przeszukujących jego worek, wstrząsnął nim wyraźny dla zebranych dreszcz. Nie mógł do tego dopuścić.
- To pęknięte zwierciadło, jeden z artefaktów Koterii AtraHasisa. Ktokolwiek spróbuje zgłębić moją prawdziwą naturę, popadnie w Czarny Obłęd. To wlaśnie te słowa uzmysłowiły mi co sie stało. Można więc zwyczajnie powiedzieć, że osobą odpowiedzialną za stan Paula, jest sam Paul.
Kiedy skończył słuchający mieli wrażenie, że przerwał w pół zdania. Lecz zamiast mówić dalej, Malkavian wyjął spod koszuli wspomniane zwierciadło i zaprezentował je zebranym, nie wypuszczając go jednak z rąk.
[center]
[/center]
Po tej prezentacji, Terry zrobił dystyngowany acz wymowny krok w tył, pozwalając tym samym przedstawić się kolejnej osobie
- Nie trzeba, sam to zrobię. - Terry niemal wszedł w słowo Czarnej Victorii. - najpierw jednak rzeczy pierwsze.
Wstał ze swojego miejsca i stanąwszy twarzą w stronę Goratrixa, pokłonił mu się z szacunkiem.
- Witam pana. Jestem frater Terry, z krwi Malkava jak raczył pan zauważyć. Zaszczyt poznać pana osobiście, a nie przez slowa opowieści.
- Zapewniam również, że nie czerpię żadnej radości z ukrywania prawdziwych powodów niczego. Dopiero po pańskim przybyciu zorientowałem się co w istocie tu zaszło.
Obrzucił szybkim spojrzeniem pełne wyczekiwania twarze zebranych. Był im winny wyjaśnienia. Dużo wyjaśnień. A wystąpienia zarówno Paula jak i Goratrixa tylko komplikowały sprawę. Miał świadomość, że do tego czasu reszta koterii pewnie ma go za szpiega, zdrajcę i wichrzyciela. Coraz bardziej rósł w nim strach, że będą chcieli poznać jego sekrety. Kiedy wyobraził sobie towarzyszy przeszukujących jego worek, wstrząsnął nim wyraźny dla zebranych dreszcz. Nie mógł do tego dopuścić.
- To pęknięte zwierciadło, jeden z artefaktów Koterii AtraHasisa. Ktokolwiek spróbuje zgłębić moją prawdziwą naturę, popadnie w Czarny Obłęd. To wlaśnie te słowa uzmysłowiły mi co sie stało. Można więc zwyczajnie powiedzieć, że osobą odpowiedzialną za stan Paula, jest sam Paul.
Kiedy skończył słuchający mieli wrażenie, że przerwał w pół zdania. Lecz zamiast mówić dalej, Malkavian wyjął spod koszuli wspomniane zwierciadło i zaprezentował je zebranym, nie wypuszczając go jednak z rąk.
[center]
[/center]Po tej prezentacji, Terry zrobił dystyngowany acz wymowny krok w tył, pozwalając tym samym przedstawić się kolejnej osobie
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Po tym jak Goratix zerwał telepatyczny kontakt Horacy osunął się w fotelu składając dłonie w domek przy swojej masce. Musiał przyznać że ten przechrzczony Tremer miał wiele racji, jednak Nosferatu nie był nim. Nie miał pewności że nie są obserwowani i można grać w stylu wolnej amerykanki. Wręcz przeciwnie często odnosił wrażenie, że koteria jest obserwowana przez kogoś. Jak lichym okryciem przed takimi graczami był całun niewidzialności wiedział tylko on.
Taaak jesteśmy ewidentnie na świeczniku. Każdy kto może nas obserwować pewnie tak czyni. Nie dlatego gram według zasad, że jestem młody, głupi czy naiwny ale dla bezpieczeństwa koterii. Tam w mroku nie jeden czeka na potknięcie, które by nas zdyskredytowało w Camarilli i... witaj Sabacie. Bo co innego zrobisz? I może częściowo po to ta sugestia. Olej zasady, bądź wolny, przyłącz się do nas... Boże ja już chyba za stary jestem na takie zmiany. Zdecydowanie, zdecydowanie mogą nas obserwować. Nie zostawia się zawodnika przeciwnej drużyny bez krycia swoim, jeśli można... Wielu w widzi więcej niż... Najlepszy przykład list. Do cholery już nawet nie można w spokoju przeczytać cudzej korespondencji. Jebane oko Saurona. Tylko jak teraz powiedzieć reszcie że dałem ciała...
Jego rozmyślania zostały przerwane przez serię kolejnych niespodziewanych zdarzeń. Horacy w jednej chwili poderwał się z fotela, na szczęście krótka wymiana zdań pomiędzy koterią a Goartrixem dały mu czas by dojść do siebie.
Powoli i nieco niechętnie zsunął swoją maskę, ponieważ zawsze bardzo nie lubił plaż nudystów i wszelkich podobnych przejawów zbiorowego ekshibicjonizmu.
- Horacy z klanu Nosferatu, się kłania do nóżek pańskich. Wezmę sobie głęboko do serca wszelkie słowa mądrości. Natomiast co do kwestii zaproszenia Wiktorio powiem, że jestem równie zaskoczony co ty. Nie przypominam sobie bym... ach nie, no faktycznie podczas wystaw moich rzeźb wielokrotnie zachęcałem do kontaktu z autorem. Nie sądziłem jednak by moja skromna wystawa poruszyła aż tak wysokie kręgi. Sztuka ma siłę przełamywania wszelkich podziałów.
Bezrefleksyjnym ruchem zbyt długich palców przygarnął kieliszek po Paulu. Albowiem nagle poczuł nieodpartą ochotę napicia się czegoś mocniejszego.
Po tym jak Goratix zerwał telepatyczny kontakt Horacy osunął się w fotelu składając dłonie w domek przy swojej masce. Musiał przyznać że ten przechrzczony Tremer miał wiele racji, jednak Nosferatu nie był nim. Nie miał pewności że nie są obserwowani i można grać w stylu wolnej amerykanki. Wręcz przeciwnie często odnosił wrażenie, że koteria jest obserwowana przez kogoś. Jak lichym okryciem przed takimi graczami był całun niewidzialności wiedział tylko on.
Taaak jesteśmy ewidentnie na świeczniku. Każdy kto może nas obserwować pewnie tak czyni. Nie dlatego gram według zasad, że jestem młody, głupi czy naiwny ale dla bezpieczeństwa koterii. Tam w mroku nie jeden czeka na potknięcie, które by nas zdyskredytowało w Camarilli i... witaj Sabacie. Bo co innego zrobisz? I może częściowo po to ta sugestia. Olej zasady, bądź wolny, przyłącz się do nas... Boże ja już chyba za stary jestem na takie zmiany. Zdecydowanie, zdecydowanie mogą nas obserwować. Nie zostawia się zawodnika przeciwnej drużyny bez krycia swoim, jeśli można... Wielu w widzi więcej niż... Najlepszy przykład list. Do cholery już nawet nie można w spokoju przeczytać cudzej korespondencji. Jebane oko Saurona. Tylko jak teraz powiedzieć reszcie że dałem ciała...
Jego rozmyślania zostały przerwane przez serię kolejnych niespodziewanych zdarzeń. Horacy w jednej chwili poderwał się z fotela, na szczęście krótka wymiana zdań pomiędzy koterią a Goartrixem dały mu czas by dojść do siebie.
Powoli i nieco niechętnie zsunął swoją maskę, ponieważ zawsze bardzo nie lubił plaż nudystów i wszelkich podobnych przejawów zbiorowego ekshibicjonizmu.
- Horacy z klanu Nosferatu, się kłania do nóżek pańskich. Wezmę sobie głęboko do serca wszelkie słowa mądrości. Natomiast co do kwestii zaproszenia Wiktorio powiem, że jestem równie zaskoczony co ty. Nie przypominam sobie bym... ach nie, no faktycznie podczas wystaw moich rzeźb wielokrotnie zachęcałem do kontaktu z autorem. Nie sądziłem jednak by moja skromna wystawa poruszyła aż tak wysokie kręgi. Sztuka ma siłę przełamywania wszelkich podziałów.
Bezrefleksyjnym ruchem zbyt długich palców przygarnął kieliszek po Paulu. Albowiem nagle poczuł nieodpartą ochotę napicia się czegoś mocniejszego.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
To musiała być synchroniczność, gdyż właśnie kiedy Paul tak niespodziewanie ich opuścił, Hindus zaczął rozważać zdjęcie maski. Myśl ta musiała być niezwykle trafna, skoro sam Goratrix zamanifestował się, werbalizując jej zasadność. Zdjąwszy więc maskę, w przypływie pochopnego entuzjazmu, nie zważając jak na jego słowa zareaguje Assamita, przedstawił się być może przewrotnie choć na swój sposób szczerze i wyrażając uznanie dla inteligencji rozmówcy.
- Jestem tym który zabija wszystko co żyje, którego każde słowo jest kłamstwem, który bierze to co nie jest dane i którego jedyną słabością są kobiety. A imię, które noszę brzmi Darshan Vimal.
Paul wspomniał, że wie o przedmiotach jakimi obdarzona była koteria, nie mógł jednak widocznie znać mocy tych przedmiotów skoro zrobił to co zrobił. Pocieszającym było więc, że to nie obce machinacje ujawniły się w ten sposób. Z drugiej strony jednak trudno było stwierdzić, czy lepsze są machinacje, które zaczynają się ujawniać, czy takie które dopiero się ujawnią. Sam fakt istnienia w pobliżu takich machinacji nie budził żadnych wątpliwości szalonego mistyka. Niemożność jednak rozstrzygnięcia tego bliskiego ontologii zagadnienia, jaki braku wymiernych korzyści jakie mogły by płynąć z takowego rozstrzygnięcia (którego i tak nie dałoby się w żaden przekonywujący sposób zweryfikować), myśl została urwana i rozproszyła się w wewnętrznej ciszy.
Dużo prawdy musiało być w stwierdzeniu, że stali się "żywą" legendą. Ilość nieprawdopodobnych zdarzeń, które towarzyszyły ich pojawieniu się gdziekolwiek by nie poszli była zdumiewająca. W legendzie, która towarzyszyła ich koterii była potężna moc i ta moc manifestowała się coraz wyraźniej. To była ich siłą. Mędrzec wybierając ich na swoich spadkobierców zadbał przy okazji także o powodzenie ich misji jakkolwiek nieprawdopodobne mogło się wydawać. Legendy należały do jednych z najpotężniejszych rodzajów magii, bo wspierane były przez wiele umysłów. Jeśli miał jakieś wątpliwości wcześniej w tym momencie opuściły go, jako koteria byli niezwyciężeni, dopóki pozostawali wierni tej legendzie i zajmowali właściwe miejsce we wszechświecie. Jedyne co ich mogło zgubić to własna głupota, jak niedawne karygodne zachowanie Horacego w śmigłowcu.
Umysł mistyka doznał niemalże malkawiańskiego przyspieszenia, kiedy zaczął szukać możliwości wyłożenia tych rewelacji koterii. Gdyby oni zrozumieli by tak jak on to rozumiał, nie musieli by się już niczego obawiać. Ostatecznie jednak, po kilkunastu sekundach wzmożonego wysiłku umysłowego stwierdził, że ich sposób myślenia opiera się na innych zasadach. Tak też musiało być, w końcu każdy tutaj był dokładnie i idealnie na swoim miejscu a legenda zaczynała żyć własnym życiem w ich nieumarłych ciałach.
To musiała być synchroniczność, gdyż właśnie kiedy Paul tak niespodziewanie ich opuścił, Hindus zaczął rozważać zdjęcie maski. Myśl ta musiała być niezwykle trafna, skoro sam Goratrix zamanifestował się, werbalizując jej zasadność. Zdjąwszy więc maskę, w przypływie pochopnego entuzjazmu, nie zważając jak na jego słowa zareaguje Assamita, przedstawił się być może przewrotnie choć na swój sposób szczerze i wyrażając uznanie dla inteligencji rozmówcy.
- Jestem tym który zabija wszystko co żyje, którego każde słowo jest kłamstwem, który bierze to co nie jest dane i którego jedyną słabością są kobiety. A imię, które noszę brzmi Darshan Vimal.
Paul wspomniał, że wie o przedmiotach jakimi obdarzona była koteria, nie mógł jednak widocznie znać mocy tych przedmiotów skoro zrobił to co zrobił. Pocieszającym było więc, że to nie obce machinacje ujawniły się w ten sposób. Z drugiej strony jednak trudno było stwierdzić, czy lepsze są machinacje, które zaczynają się ujawniać, czy takie które dopiero się ujawnią. Sam fakt istnienia w pobliżu takich machinacji nie budził żadnych wątpliwości szalonego mistyka. Niemożność jednak rozstrzygnięcia tego bliskiego ontologii zagadnienia, jaki braku wymiernych korzyści jakie mogły by płynąć z takowego rozstrzygnięcia (którego i tak nie dałoby się w żaden przekonywujący sposób zweryfikować), myśl została urwana i rozproszyła się w wewnętrznej ciszy.
Dużo prawdy musiało być w stwierdzeniu, że stali się "żywą" legendą. Ilość nieprawdopodobnych zdarzeń, które towarzyszyły ich pojawieniu się gdziekolwiek by nie poszli była zdumiewająca. W legendzie, która towarzyszyła ich koterii była potężna moc i ta moc manifestowała się coraz wyraźniej. To była ich siłą. Mędrzec wybierając ich na swoich spadkobierców zadbał przy okazji także o powodzenie ich misji jakkolwiek nieprawdopodobne mogło się wydawać. Legendy należały do jednych z najpotężniejszych rodzajów magii, bo wspierane były przez wiele umysłów. Jeśli miał jakieś wątpliwości wcześniej w tym momencie opuściły go, jako koteria byli niezwyciężeni, dopóki pozostawali wierni tej legendzie i zajmowali właściwe miejsce we wszechświecie. Jedyne co ich mogło zgubić to własna głupota, jak niedawne karygodne zachowanie Horacego w śmigłowcu.
Umysł mistyka doznał niemalże malkawiańskiego przyspieszenia, kiedy zaczął szukać możliwości wyłożenia tych rewelacji koterii. Gdyby oni zrozumieli by tak jak on to rozumiał, nie musieli by się już niczego obawiać. Ostatecznie jednak, po kilkunastu sekundach wzmożonego wysiłku umysłowego stwierdził, że ich sposób myślenia opiera się na innych zasadach. Tak też musiało być, w końcu każdy tutaj był dokładnie i idealnie na swoim miejscu a legenda zaczynała żyć własnym życiem w ich nieumarłych ciałach.
[center]Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993[/center]
Zaklął bezgłośnie, słysząc w myślach pytanie czarownika. Mimo, iż Goratrix nie był wrogiem, był wszakże Niewiernym. I choć sam sięgnął po krew Khayyina, nigdy przecież nie nawrócił się na Prawdziwą Ścieżkę. Nie zrobił tego również dla zemsty, lecz jedynie w poszukiwaniu mocy... Bliski kontakt mentalny, szczególnie z kimś tak potężnym, kto bez trudu mógłby zerwać zasłonę Tayqiya, sprawiał, że Morderca spiął się. A przecież...Nie mógł okazać słabości... Zwłaszcza teraz...
Słowa zir, starsze niż wszystkie modlitwy Zachodu niemal natychmiast pojawiły się w jego umyśle, blokując wszelkie świadome myśli i odbłyski wspomnień. Skrywając wiedzę o prastarych tajemnicach. Pozwolił unieść się w nim czarnemu rytmowi mantry, który rozpostarł się w nim niczym kir, opadający na wszystko co czuł i o czym mógł pamiętać...
[center]Tammabukku salamu elu, mumu Tiamat elu, Asbu Ilat ina...*[/center]
Poczuł, jak wszelkie światło wewnątrz gaśnie. Myśli rozpierzchły się, niczym płomienie zdmuchniętych świec. Teraz był już tylko nią. Ciemnością poza oczyma. Bez imienia, bez twarzy i bez wspomnień.
- As-salamu alayka efendi Goratrix** -odpowiedział spokojnie. - to wielki zaszczyt spotkać jednego z najbardziej znamienitych wrogów klanu Tremere.
Skłonił się lekko, kontynuując:
- Jestem Namtar Sharur z Klanu Łowców, Cień Nar Mataru, Upiór Bułgarii, Czarne Ostrze Turcji - była to niemal rytualna recytacja. - Zgodnie z decyzją mego Klanu wypełniam Kontrakt zawarty z Atra-hasisem, władcą Szuruppak, ochraniając wybraną przez niego koterię.
I to było wszystko. Lub... Prawie wszystko.
* sumer. Powstań Czarny Smoku, Powstań Matko Tiamat, Moc Ciemności we mnie...
** arab. Pokój niech będzie z tobą, efendi (tytuł grzecznościowy) Goratrix
Zaklął bezgłośnie, słysząc w myślach pytanie czarownika. Mimo, iż Goratrix nie był wrogiem, był wszakże Niewiernym. I choć sam sięgnął po krew Khayyina, nigdy przecież nie nawrócił się na Prawdziwą Ścieżkę. Nie zrobił tego również dla zemsty, lecz jedynie w poszukiwaniu mocy... Bliski kontakt mentalny, szczególnie z kimś tak potężnym, kto bez trudu mógłby zerwać zasłonę Tayqiya, sprawiał, że Morderca spiął się. A przecież...Nie mógł okazać słabości... Zwłaszcza teraz...
Słowa zir, starsze niż wszystkie modlitwy Zachodu niemal natychmiast pojawiły się w jego umyśle, blokując wszelkie świadome myśli i odbłyski wspomnień. Skrywając wiedzę o prastarych tajemnicach. Pozwolił unieść się w nim czarnemu rytmowi mantry, który rozpostarł się w nim niczym kir, opadający na wszystko co czuł i o czym mógł pamiętać...
[center]Tammabukku salamu elu, mumu Tiamat elu, Asbu Ilat ina...*[/center]
Poczuł, jak wszelkie światło wewnątrz gaśnie. Myśli rozpierzchły się, niczym płomienie zdmuchniętych świec. Teraz był już tylko nią. Ciemnością poza oczyma. Bez imienia, bez twarzy i bez wspomnień.
- As-salamu alayka efendi Goratrix** -odpowiedział spokojnie. - to wielki zaszczyt spotkać jednego z najbardziej znamienitych wrogów klanu Tremere.
Skłonił się lekko, kontynuując:
- Jestem Namtar Sharur z Klanu Łowców, Cień Nar Mataru, Upiór Bułgarii, Czarne Ostrze Turcji - była to niemal rytualna recytacja. - Zgodnie z decyzją mego Klanu wypełniam Kontrakt zawarty z Atra-hasisem, władcą Szuruppak, ochraniając wybraną przez niego koterię.
I to było wszystko. Lub... Prawie wszystko.
Spoiler!
* sumer. Powstań Czarny Smoku, Powstań Matko Tiamat, Moc Ciemności we mnie...
** arab. Pokój niech będzie z tobą, efendi (tytuł grzecznościowy) Goratrix
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
- Wyczuwam barierę, która rozciąga się wzdłuż granic stanu Wirginia Zachodnia. Zgadza się... Blokuje wszelkie próby kontaktu z światem zewnętrznym. Wiesz może kto za tym stoi i jaki ma w tym cel? - Goratrix zapytał mentalnie Assamite.
- Barierę stworzyła grupa magów, związanych krwią. Nie wiem z kim. Nazwiska: Towers, Schifters, Rotard, Starmaster. Nie znam celów tego, kto nimi steruje. To wszystko. - myśli Mordercy były krótkie i beznamiętne, stanowiąc porcję możliwie jak najbardziej skondensowanych informacji.
- Dziękuję za informację. Odwdzięczę się podobną monetą... - Czarodziej zrobił chwilową pauzę, po czym głośno dodał:
- Załóżcie maskę Paulowi i zawołajcie Opiekuna Elizjum. Pokażcie mu lustro Malkaviana mówiąc, że jego gość sam wpadł w pułapkę. Redondo wie, że lustro działa wyłącznie jako talizman ochronny. Zapewniam was, że Paul zostanie zamknięty w pokoju z dala od innych, w obawie przed ewentualną infekcją rozprzestrzeniającego się Czarnego Obłędu. Ja muszę niestety już was opuścić, co czynię z żalem - dodał, spoglądając w stronę Victorii - czekają jednak na mnie piekielnie ważne sprawy...
Skończył i ponownie zwrócił się mentalnie do Assamity:
- Twoi bracia nie potrafią się przebić przez barierę, gdyż trudno im określić kierunek. Ty zaś jesteś nieosiągalny dla nich, ukryty w kompletnych ciemnościach, poza zasięgiem światła. By cię odnaleźć należy znać kilka technik rytualnych, lub być mistrzem mocy Nadwrażliwości. Od teraz jednak będziesz dla nich niczym światło latarni podczas sztormu. Żegnam i powodzenia w wykonywaniu Kontraktu.
- El Khara Dah...?! - pierwsza myśl Mordercy okazałą się szybsza od narzuconej samokontroli, przebijając się przez maskę zawodowego opanowania. Nie potrafił wiele na to poradzić. Mógł jedynie postarać się zamaskować ją jakoś. - Shurkan, efendi, ale wolałbym nie mieć nic wspólnego ze światłem. Nie wierzę w nie - dodał szybko.
- Wybacz, pozwoliłem sobie na drobną metaforę. Może faktycznie niezbyt zręczną, lecz nie przejmuj się tym... Istotne jest, iż pomogę ci odzyskać kontakt z Klanem. To dla mnie drobiazg. A teraz żegnam.
Goratrix skłonił się pozostałym osobom w pomieszczeniu, po czym zniknął.
- Wyczuwam barierę, która rozciąga się wzdłuż granic stanu Wirginia Zachodnia. Zgadza się... Blokuje wszelkie próby kontaktu z światem zewnętrznym. Wiesz może kto za tym stoi i jaki ma w tym cel? - Goratrix zapytał mentalnie Assamite.
- Barierę stworzyła grupa magów, związanych krwią. Nie wiem z kim. Nazwiska: Towers, Schifters, Rotard, Starmaster. Nie znam celów tego, kto nimi steruje. To wszystko. - myśli Mordercy były krótkie i beznamiętne, stanowiąc porcję możliwie jak najbardziej skondensowanych informacji.
- Dziękuję za informację. Odwdzięczę się podobną monetą... - Czarodziej zrobił chwilową pauzę, po czym głośno dodał:
- Załóżcie maskę Paulowi i zawołajcie Opiekuna Elizjum. Pokażcie mu lustro Malkaviana mówiąc, że jego gość sam wpadł w pułapkę. Redondo wie, że lustro działa wyłącznie jako talizman ochronny. Zapewniam was, że Paul zostanie zamknięty w pokoju z dala od innych, w obawie przed ewentualną infekcją rozprzestrzeniającego się Czarnego Obłędu. Ja muszę niestety już was opuścić, co czynię z żalem - dodał, spoglądając w stronę Victorii - czekają jednak na mnie piekielnie ważne sprawy...
Skończył i ponownie zwrócił się mentalnie do Assamity:
- Twoi bracia nie potrafią się przebić przez barierę, gdyż trudno im określić kierunek. Ty zaś jesteś nieosiągalny dla nich, ukryty w kompletnych ciemnościach, poza zasięgiem światła. By cię odnaleźć należy znać kilka technik rytualnych, lub być mistrzem mocy Nadwrażliwości. Od teraz jednak będziesz dla nich niczym światło latarni podczas sztormu. Żegnam i powodzenia w wykonywaniu Kontraktu.
- El Khara Dah...?! - pierwsza myśl Mordercy okazałą się szybsza od narzuconej samokontroli, przebijając się przez maskę zawodowego opanowania. Nie potrafił wiele na to poradzić. Mógł jedynie postarać się zamaskować ją jakoś. - Shurkan, efendi, ale wolałbym nie mieć nic wspólnego ze światłem. Nie wierzę w nie - dodał szybko.
- Wybacz, pozwoliłem sobie na drobną metaforę. Może faktycznie niezbyt zręczną, lecz nie przejmuj się tym... Istotne jest, iż pomogę ci odzyskać kontakt z Klanem. To dla mnie drobiazg. A teraz żegnam.
Goratrix skłonił się pozostałym osobom w pomieszczeniu, po czym zniknął.
Rozmowa mentalna z Assamitą jest tylko dla Sigila. Pozostali w koterii nie są świadomi tego dialogu.
* arab. Co do kurwy...?![center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Niespodziewanie dla wszystkich, ciszę po zniknięciu czarownika przerwał spokojny głos Assamity:
- Goratrix pytał mnie o barierę wokół stanu. Powiedziałem mu, co wiem - zameldował.
Podniósł leżący przed Horacym list i ponownie zbliżył się do nieprzytomnego Tremera. Szybko i sprawnie umieścił korespondencję na poprzednim miejscu i założył Czarodziejowi maskę, odchylając jego ciało na oparcie krzesła.
- Jeśli to wszystko, pójdę po Opiekuna. - odezwał się na koniec, przenosząc uwagę na zgromadzonych członków koterii.
Niespodziewanie dla wszystkich, ciszę po zniknięciu czarownika przerwał spokojny głos Assamity:
- Goratrix pytał mnie o barierę wokół stanu. Powiedziałem mu, co wiem - zameldował.
Podniósł leżący przed Horacym list i ponownie zbliżył się do nieprzytomnego Tremera. Szybko i sprawnie umieścił korespondencję na poprzednim miejscu i założył Czarodziejowi maskę, odchylając jego ciało na oparcie krzesła.
- Jeśli to wszystko, pójdę po Opiekuna. - odezwał się na koniec, przenosząc uwagę na zgromadzonych członków koterii.
Jeśli nikt nie ma nic przeciwko, ani nie chce nic dodać, idę po Opiekuna Elizjum i informuję go dyskretnie, że jest problem.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Assamita zniknął za zasłoną pozostawiając resztę grupy wraz z nieprzytomnym Paulem. Gdy wszedł do głównej sali zauważył, iż znajdujące się wewnątrz wampiry, dyskutowały o aktualnym stanie kondycji mentalnej Dzieci Nocy przemienionych w czasach współczesnych. Wszedł w trakcie przemowy nieumarłego w złotej masce:
- Nie zgadzam się z stwierdzeniem, że młoda krew jest dokładnie taka sama jak wieki temu. Każdy z nich reprezentuje ten sam brak doświadczenia i nie możemy zapomnieć o różnicy pokoleń, która dotyka każdego Stwórcę. Dziecko stworzone w innej dekadzie nigdy nie będzie podobne do nas samych. Czas jest naszym przekleństwem, to on sprawia że wszystko się zmienia, podczas gdy my stoimy w tym samym miejscu, w którym zaczęliśmy swoją nocną egzystencję...
Namtar nie zwracał uwagi na wypowiadane słowa. Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu Opiekuna Elizjum. Znalazł go rozmawiającego z mężczyzną w diamentowej masce. Gdy Morderca zbliżał się do dwójki Spokrewnionych, Redondo przerwał dialog i wyszedł naprzeciw Namtara.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał z troską.
- Jeden z gości potrzebuje pomocy - odezwał się Morderca półgłosem.
- Prowadź więc... - odpowiedział Toreador.
[center]***[/center]
- A więc mówicie, że Tremere próbował użyć dyscypliny na obecnym Malkavianie i w ten sposób popadł w Czarny Obłęd...? - zapytał Redondo retoryczne, podsumowując wypowiedzi członków koterii.
Przez chwilę milczał, smakując z przyjemnością brzmienie własnego głosu w tej nie pozbawionej dramatyzmu chwili. Następnie rzekł:
- Dobrze więc. Zajmę się tą sprawą natychmiast i mam nadzieję, że nikt z was nie sprowokował go do tego czynu. To byłoby tak samo nierozważne z waszej strony, jak użycie dyscyplin w moim domu. Oczywiście, gdy tylko odzyska świadomość zostanie poinformowany, iż obowiązuje go zakaz odwiedzania mej domeny. Dożywotnio, obawiam się.
Toreador westchnął przeciągle i zrobił kilka kroków w stronę nieprzytomnego Paula, po czym w milczeniu przyglądał się przez chwilę, a następnie kontynuował:
- Moi goście obawiają się was. Są zazdrośni, że zamknęliście się za zasłoną z tym nieszczęśnikiem. Wielu z nich chciało was poznać bliżej, a teraz zaczną traktować was z jeszcze większym szacunkiem. Dołączyliście do grona Starszych, weszliście do serca Sali Sępów i natychmiast wyeliminowaliście z gry jednego z uczestników. Moje gratulacje. Nikomu jeszcze nie udało się tego dokonać w tak krótkim czasie. Tym bardziej, że jeszcze kilka nocy temu byliście nikim w społeczeństwie Kainitów. Z uwagi na relikty w których posiadaniu jesteście, nie będę informował swoich gości o tym, co naprawdę tutaj zaszło.
- Proszę opuście teraz to pomieszczenie, gdyż muszę zająć się moim nieprzytomnym gościem. Za chwilę poinformuję o złamaniu zasad Elizjum i wykluczeniu jednego z graczy. Do tego czasu proszę o zachowanie dyskrecji.
Assamita zniknął za zasłoną pozostawiając resztę grupy wraz z nieprzytomnym Paulem. Gdy wszedł do głównej sali zauważył, iż znajdujące się wewnątrz wampiry, dyskutowały o aktualnym stanie kondycji mentalnej Dzieci Nocy przemienionych w czasach współczesnych. Wszedł w trakcie przemowy nieumarłego w złotej masce:
- Nie zgadzam się z stwierdzeniem, że młoda krew jest dokładnie taka sama jak wieki temu. Każdy z nich reprezentuje ten sam brak doświadczenia i nie możemy zapomnieć o różnicy pokoleń, która dotyka każdego Stwórcę. Dziecko stworzone w innej dekadzie nigdy nie będzie podobne do nas samych. Czas jest naszym przekleństwem, to on sprawia że wszystko się zmienia, podczas gdy my stoimy w tym samym miejscu, w którym zaczęliśmy swoją nocną egzystencję...
Namtar nie zwracał uwagi na wypowiadane słowa. Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu Opiekuna Elizjum. Znalazł go rozmawiającego z mężczyzną w diamentowej masce. Gdy Morderca zbliżał się do dwójki Spokrewnionych, Redondo przerwał dialog i wyszedł naprzeciw Namtara.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał z troską.
- Jeden z gości potrzebuje pomocy - odezwał się Morderca półgłosem.
- Prowadź więc... - odpowiedział Toreador.
[center]***[/center]
- A więc mówicie, że Tremere próbował użyć dyscypliny na obecnym Malkavianie i w ten sposób popadł w Czarny Obłęd...? - zapytał Redondo retoryczne, podsumowując wypowiedzi członków koterii.
Przez chwilę milczał, smakując z przyjemnością brzmienie własnego głosu w tej nie pozbawionej dramatyzmu chwili. Następnie rzekł:
- Dobrze więc. Zajmę się tą sprawą natychmiast i mam nadzieję, że nikt z was nie sprowokował go do tego czynu. To byłoby tak samo nierozważne z waszej strony, jak użycie dyscyplin w moim domu. Oczywiście, gdy tylko odzyska świadomość zostanie poinformowany, iż obowiązuje go zakaz odwiedzania mej domeny. Dożywotnio, obawiam się.
Toreador westchnął przeciągle i zrobił kilka kroków w stronę nieprzytomnego Paula, po czym w milczeniu przyglądał się przez chwilę, a następnie kontynuował:
- Moi goście obawiają się was. Są zazdrośni, że zamknęliście się za zasłoną z tym nieszczęśnikiem. Wielu z nich chciało was poznać bliżej, a teraz zaczną traktować was z jeszcze większym szacunkiem. Dołączyliście do grona Starszych, weszliście do serca Sali Sępów i natychmiast wyeliminowaliście z gry jednego z uczestników. Moje gratulacje. Nikomu jeszcze nie udało się tego dokonać w tak krótkim czasie. Tym bardziej, że jeszcze kilka nocy temu byliście nikim w społeczeństwie Kainitów. Z uwagi na relikty w których posiadaniu jesteście, nie będę informował swoich gości o tym, co naprawdę tutaj zaszło.
- Proszę opuście teraz to pomieszczenie, gdyż muszę zająć się moim nieprzytomnym gościem. Za chwilę poinformuję o złamaniu zasad Elizjum i wykluczeniu jednego z graczy. Do tego czasu proszę o zachowanie dyskrecji.
Proszę o ujęcie w kolejnym poście następującej informacji:
Czy zakładacie maski przed przybyciem Opiekuna Elizjum?
Od tej pory otrzymujecie drugą kropkę w Elder Status, które będą mieć znaczenie w kontaktach z Starszymi.
Czy zakładacie maski przed przybyciem Opiekuna Elizjum?
Od tej pory otrzymujecie drugą kropkę w Elder Status, które będą mieć znaczenie w kontaktach z Starszymi.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Viktoria nie ogladajac sie na reszte koteri szybkim ruchem zalozyla spowrotem swoja maske i ruszyla w strone kotary by opuscic to nieszczesne dla Paula miejsce. Dobrze. Pomyslala. W knocu zaczna sie z nami liczyc. Bedzie tez bardziej niebezpiecznie ale... Prawdziwa gra wlasnie sie zaczyna Byla ciekawa jaka bedzie reakcja zgromadzonych na sali, gdy odsunie kotare i wejdzie z powrotem pomiedzy zebranych? Czy obroca sie i beda patrzec przestraszeni? Czy ktos cos powie? Czy beda czekac az ona pierwsza przemowi? Fala samozadowolenia przebiega dreszczem przez jej cialo. Teraz w koncu nadszedl czas... Jej czas. Moze powinna zawalczyc o wyzsza pozycje w spoleczenstwie? W koncu Camarilla okazala sie nie byc lepsza ... Ale ci ktorzy siedza u jej szczytu i trzymaja wladze sa i tak ponad wszelkim prawem... Mogla juz tego doswiadczyc. Mogla by z tego skorzystac. Kiedy jak nie teraz? Ciekawe jaki bedzie uklad wladzy i sojuszow po calej tej farsie z koteria w roli glownej. Bedzie musiala pilnie sluchac i obserwowac... Moze ugra dla siebie wiecej niz przypuszczala na poczatku? Juz nie przerazala ja mysl ze moze zginac w tej misji. Raczej zobaczyla iskre szansy na zmiane swojego statusu. Dolaczenia do prawdziwej elity, nie tylko tych pokretnych, malych, nic nieznaczacych w wielkich rozrachunkach, kulacych sie po katach w kazdym innym Elizjum, udajacych kogos waznego. Tak naprawde byli marionetkami tych wyzej. Tych którzy pociagali za sznurki. Rowniez za sznurki koterii... A teraz ona ma szanse za owe sznurki pociagac... Dumny smiech wydobyl sie z jej srodka lecz stlumila go w pol drogi.
Rozsunela kotare zamaszystym ruchem wchodzac do Sali Sepow i obserwujac bacznie reakcje zebranych na jej wejscie, lustrujac ich wzrokiem w milczeniu. Po chwili gestem wskazala koterii by podarzyli za nia. Miala zamiar udac sie w strone najblizszego wolnego stolika...
Viktoria nie ogladajac sie na reszte koteri szybkim ruchem zalozyla spowrotem swoja maske i ruszyla w strone kotary by opuscic to nieszczesne dla Paula miejsce. Dobrze. Pomyslala. W knocu zaczna sie z nami liczyc. Bedzie tez bardziej niebezpiecznie ale... Prawdziwa gra wlasnie sie zaczyna Byla ciekawa jaka bedzie reakcja zgromadzonych na sali, gdy odsunie kotare i wejdzie z powrotem pomiedzy zebranych? Czy obroca sie i beda patrzec przestraszeni? Czy ktos cos powie? Czy beda czekac az ona pierwsza przemowi? Fala samozadowolenia przebiega dreszczem przez jej cialo. Teraz w koncu nadszedl czas... Jej czas. Moze powinna zawalczyc o wyzsza pozycje w spoleczenstwie? W koncu Camarilla okazala sie nie byc lepsza ... Ale ci ktorzy siedza u jej szczytu i trzymaja wladze sa i tak ponad wszelkim prawem... Mogla juz tego doswiadczyc. Mogla by z tego skorzystac. Kiedy jak nie teraz? Ciekawe jaki bedzie uklad wladzy i sojuszow po calej tej farsie z koteria w roli glownej. Bedzie musiala pilnie sluchac i obserwowac... Moze ugra dla siebie wiecej niz przypuszczala na poczatku? Juz nie przerazala ja mysl ze moze zginac w tej misji. Raczej zobaczyla iskre szansy na zmiane swojego statusu. Dolaczenia do prawdziwej elity, nie tylko tych pokretnych, malych, nic nieznaczacych w wielkich rozrachunkach, kulacych sie po katach w kazdym innym Elizjum, udajacych kogos waznego. Tak naprawde byli marionetkami tych wyzej. Tych którzy pociagali za sznurki. Rowniez za sznurki koterii... A teraz ona ma szanse za owe sznurki pociagac... Dumny smiech wydobyl sie z jej srodka lecz stlumila go w pol drogi.
Rozsunela kotare zamaszystym ruchem wchodzac do Sali Sepow i obserwujac bacznie reakcje zebranych na jej wejscie, lustrujac ich wzrokiem w milczeniu. Po chwili gestem wskazala koterii by podarzyli za nia. Miala zamiar udac sie w strone najblizszego wolnego stolika...
jaka jest reakcja otoczenia? test percepcji poprosze
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Gdy Victoria weszła do sali, większość Starszych nie zwróciła na nią początkowo uwagi. Wszyscy zdawali się poruszeni jakimś wydarzeniem. Każdy z obecnych siedział na wygodnym krześle z miękkim obiciem, tuż przed owalnym stołem przykrytym czerwonym materiałem. Słabe światło kryształowego żyrandolu padało na lśniące maski Elity Elizjum, pozwalając lepiej przyjrzeć się gościom Redondo. Dyskusja tyczyła się Księcia Charleston:
- Redondo powinien zrobić coś w tej sprawie. Nie wyobrażam sobie, by głos Democritusa miał jakiekolwiek znaczenie - powiedziała postać w masce z kluczem muzycznym.
- To, iż Ventrue powołał się na Drugą Tradycję i oficjalnie zapowiedział, że wszyscy odpowiedzialni za destabilizację jego Domeny zostaną ukarani, jeszcze nic nie znaczy. Problemem jest fakt, że powiedział o naszej obecności wszystkim Kainitom jacy stawili się w jego domu. Co jeśli młode pokolenie nie przejmie się prawem i zaatakuje Elizjum? - pytanie zawisło w powietrzu.
- To oczywiste, że ktoś z was ma pod kontrolą Democritusa. Nie wiem kim jesteś, ale zwracam się z prośbą o zaprzestanie tego procederu. Wierzysz, że dzięki temu zdobędziesz główną nagrodę? Gdy zdradzisz Democritusowi naszą lokalizację nastąpi katastrofa. O ile to już się nie stało... Na nasze szczęście Książę podczas pospolitego ruszenia nie powiedział, gdzie jest Prawdziwe Elizjum. Wiem jedynie, iż ma dowody na naszą ingerencję w ostatnie wydarzenia, jednak nie wie z kim ma do czynienia. W związku z tym projekt Redondo jest zagrożony. Wszyscy wiemy że gra dla nas będzie toczyć się dalej. Mimo wszystko. A jednak zwracam się do osób odpowiedzialnych za ta sytuację: tak bardzo nie szanujecie naszego Opiekuna? Czy ktoś z was potrafi jeszcze wytyczyć granicę, której nie można przekroczyć? - przemawiał energicznie nieumarły w niebieskim nakryciu głowy.
- Zgadzam się z poprzednią wypowiedzią. Musimy razem zająć się tą sprawą. W przeciwnym wypadku, przypomną się nam nerwowe noce z Rewolucji Anarchistów. To miejsce to nasz skarb, którego nie powinniśmy niszczyć. Bez domu Redondo pozostanie nam jedynie jednostajna i samotna perspektywa wieczności w naszych schronieniach. Może kilku z was zrezygnuje z gry, ale na pewno nie wszyscy. Bez Elizjum dopadnie nas Schrekt z swoimi sługami. Kto tutaj go ściągnął? Przecież to Tremerski fanatyk z którym nie da się dyskutować. Myślicie że będziemy w stanie prowadzić grę czując na plecach wzrok Herdestadt'a? Proponuję przytemperować zapędy Democritusa wspólnymi siłami - powiedziała postać z diamentową maską.
- Nie bierzemy pod uwagę faktu, że Democritus może działać samodzielnie. Jest znany jako jeden z Starszych, a dodatkowo dziwi mnie, że nie ma go tutaj z nami. Wie ktoś może dlaczego? - zapytała postać odziana w czarną, błyszczącą suknię.
- Z tego co mi wiadomo, Redondo uznał, iż lepiej będzie jeśli Democritus nie będzie wiedział o grze. Który Książę zgodziłby się na nadciągające zamieszanie w jego Domenie? Przecież to skrajnie konserwatywny Arystokrata, którzy zapewne wyrzuciłby naszego gospodarza z swoich ziem. Charleston to prowincja, dlatego Elizjum jest właśnie tutaj. By nie wzbudzać zbyt dużego zainteresowania. Trudno mi sobie wyobrazić, co by się stało gdybyśmy zaczęli grę w jednym z największych miast Stanów - powiedziała postać w żelaznej masce.
- Decyzję musimy podjąć natychmiast. Porucznicy Deomocritusa ściągają posiłki z swoich miast oraz okolic. Niebawem Charleston wypełni się nowymi Kainitami, których w większości nie będziemy kontrolować. Czas gra na naszą niekorzyść. Za dwie godziny Democritus ma spotkać się z Justycjariuszem, by omówić kwestie związane z Tradycjami i prawami jakie przysługują Księciu. Karl chce dostać się do środka, by z nami porozmawiać więc na pewno tych dwóch znajdzie nić porozumienia. A jak wiecie Tremer wie, gdzie jest Elizjum - powiedział mężczyzna z odkrytym torsem.
Po tych słowach na sali zrobiło się cicho. Wszyscy w milczeniu oceniali sytuację, kalkulując następne słowa.
- Może nasi nowi goście zechcą coś nam poradzić w tej godzinie próby? - odezwała się postać z czerwonymi pigułkami w dłoni, wskazując jednoznacznie na Victorię.
Gdy Victoria weszła do sali, większość Starszych nie zwróciła na nią początkowo uwagi. Wszyscy zdawali się poruszeni jakimś wydarzeniem. Każdy z obecnych siedział na wygodnym krześle z miękkim obiciem, tuż przed owalnym stołem przykrytym czerwonym materiałem. Słabe światło kryształowego żyrandolu padało na lśniące maski Elity Elizjum, pozwalając lepiej przyjrzeć się gościom Redondo. Dyskusja tyczyła się Księcia Charleston:
- Redondo powinien zrobić coś w tej sprawie. Nie wyobrażam sobie, by głos Democritusa miał jakiekolwiek znaczenie - powiedziała postać w masce z kluczem muzycznym.
- To, iż Ventrue powołał się na Drugą Tradycję i oficjalnie zapowiedział, że wszyscy odpowiedzialni za destabilizację jego Domeny zostaną ukarani, jeszcze nic nie znaczy. Problemem jest fakt, że powiedział o naszej obecności wszystkim Kainitom jacy stawili się w jego domu. Co jeśli młode pokolenie nie przejmie się prawem i zaatakuje Elizjum? - pytanie zawisło w powietrzu.
- To oczywiste, że ktoś z was ma pod kontrolą Democritusa. Nie wiem kim jesteś, ale zwracam się z prośbą o zaprzestanie tego procederu. Wierzysz, że dzięki temu zdobędziesz główną nagrodę? Gdy zdradzisz Democritusowi naszą lokalizację nastąpi katastrofa. O ile to już się nie stało... Na nasze szczęście Książę podczas pospolitego ruszenia nie powiedział, gdzie jest Prawdziwe Elizjum. Wiem jedynie, iż ma dowody na naszą ingerencję w ostatnie wydarzenia, jednak nie wie z kim ma do czynienia. W związku z tym projekt Redondo jest zagrożony. Wszyscy wiemy że gra dla nas będzie toczyć się dalej. Mimo wszystko. A jednak zwracam się do osób odpowiedzialnych za ta sytuację: tak bardzo nie szanujecie naszego Opiekuna? Czy ktoś z was potrafi jeszcze wytyczyć granicę, której nie można przekroczyć? - przemawiał energicznie nieumarły w niebieskim nakryciu głowy.
- Zgadzam się z poprzednią wypowiedzią. Musimy razem zająć się tą sprawą. W przeciwnym wypadku, przypomną się nam nerwowe noce z Rewolucji Anarchistów. To miejsce to nasz skarb, którego nie powinniśmy niszczyć. Bez domu Redondo pozostanie nam jedynie jednostajna i samotna perspektywa wieczności w naszych schronieniach. Może kilku z was zrezygnuje z gry, ale na pewno nie wszyscy. Bez Elizjum dopadnie nas Schrekt z swoimi sługami. Kto tutaj go ściągnął? Przecież to Tremerski fanatyk z którym nie da się dyskutować. Myślicie że będziemy w stanie prowadzić grę czując na plecach wzrok Herdestadt'a? Proponuję przytemperować zapędy Democritusa wspólnymi siłami - powiedziała postać z diamentową maską.
- Nie bierzemy pod uwagę faktu, że Democritus może działać samodzielnie. Jest znany jako jeden z Starszych, a dodatkowo dziwi mnie, że nie ma go tutaj z nami. Wie ktoś może dlaczego? - zapytała postać odziana w czarną, błyszczącą suknię.
- Z tego co mi wiadomo, Redondo uznał, iż lepiej będzie jeśli Democritus nie będzie wiedział o grze. Który Książę zgodziłby się na nadciągające zamieszanie w jego Domenie? Przecież to skrajnie konserwatywny Arystokrata, którzy zapewne wyrzuciłby naszego gospodarza z swoich ziem. Charleston to prowincja, dlatego Elizjum jest właśnie tutaj. By nie wzbudzać zbyt dużego zainteresowania. Trudno mi sobie wyobrazić, co by się stało gdybyśmy zaczęli grę w jednym z największych miast Stanów - powiedziała postać w żelaznej masce.
- Decyzję musimy podjąć natychmiast. Porucznicy Deomocritusa ściągają posiłki z swoich miast oraz okolic. Niebawem Charleston wypełni się nowymi Kainitami, których w większości nie będziemy kontrolować. Czas gra na naszą niekorzyść. Za dwie godziny Democritus ma spotkać się z Justycjariuszem, by omówić kwestie związane z Tradycjami i prawami jakie przysługują Księciu. Karl chce dostać się do środka, by z nami porozmawiać więc na pewno tych dwóch znajdzie nić porozumienia. A jak wiecie Tremer wie, gdzie jest Elizjum - powiedział mężczyzna z odkrytym torsem.
Po tych słowach na sali zrobiło się cicho. Wszyscy w milczeniu oceniali sytuację, kalkulując następne słowa.
- Może nasi nowi goście zechcą coś nam poradzić w tej godzinie próby? - odezwała się postać z czerwonymi pigułkami w dłoni, wskazując jednoznacznie na Victorię.
Spoiler!
Spoiler!
Co robicie? Najwyraźniej wszyscy oczekują, że przyłączycie się do rozmowy.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Victora obserwowała uważnie siedzących za stołem. Świtało padało z góry na ich maski tak, że mogła im się dobrze przyjrzeć. Wyraz ich twarzy nie zmieniał się mimo pełnej uniesienia dyskusji. Jak dobrze odzwierciedlało to sytuację. Czuła się jakby spoglądał na perfekcyjnie zaaranżowane przedstawienie. Symbolistyczny obraz. Dusza miłośnika sztuki zadrżała w niej słodką struną. Jakże pełne ułudy były ich słowa. Jakże pełne kłamstw były ich usta. Viktoria bywała często nawet za życia w towarzystwie wyższych sfer, gdzie konwersacje miały dwa poziomy... Co najmniej dwa. Od razu odsłaniały zdolności nie tylko manipulacyjne i aktorskie ale ukazywały inteligencje rozmów... Lub jej brak. To była właśnie jedna z takich rozmów. Emocje związane z omawianą przez aktorów na scenie sytuacją Democritusa był grą, pustą jak spiżowy dzwon bez serca. Tragifarsa, komediodramat mający pokazać jak ludzcy są mimo swego przekleństwa. Jak przejmują się innymi, a może raczej sobą i swoją obmierzłą egzystencja. Jednak Lasombra wiedziała, że tak jak zimne i bez wyrazu są ich maski, takie są i ich serca. Fascynujące było jednak to, jak prowadzili ową grę nie tylko w towarzystwie ale i samemu ze sobą.
Skoro w rzeczywistości nie przejmowali się problemem księcia, mimo powagi sytuacji, musieli mieć albo tak niesamowitą moc albo wiele planów B. Lub też brak było im adrenaliny... Tej nie brakowało z pewnością w ostatnich dniach Viktorii. Zastanawiała się co odpowiedzieć tej loży poprzebieranych sępów.. Skoro nic tak naprawdę nie miało znaczenia. Gra więc nie toczyła się tylko o fiolkę czy taki lub inny fetysz. Grą były same wzajemne stosunki, relacje , wydarzenia które do tej pory definiowały cały świat Viktorii, a dla nich były tylko rozrywką. Choć ostatnio często dochodziła do podobnych wniosków, ta myśl nie dawała jej spokoju...
Pionki przesuwane po szachownicy.. Teraz chociaż spotkała tych, którzy je przesuwali osobiście..
Czując na sobie wzrok zebranych i słysząc zawieszone w pytaniu powietrze Viktoria odruchowo odgarnęła włosy powłóczystym ruchem. Dobrze ze miała na sobie maskę... Czuła się przez to na równi z pozostałymi. Była to dla niej szansa by zmierzyć swoje siły z tą bandą degeneratów udających bogów. W sumie nie przeszkadzało jej znalezienie się pośród nich... Chodź nie chciała czasem tego przyznać, chęć władzy i wiedzy to coś co otrzymała wraz z przekleństwem krwi klanu ukoronowanego hiszpańską koroną. Czasami pokusa była zbyt silna by się jej oprzeć.
Czas więc dołączyć do kolejnej gry... Zaczęła mówić , a jej głos płynął po pokoju jak muzyka.
- Jeśli pytacie o księcia... Cóż nigdy nie jest dobrze nie doceniać swoich wrogów, a jak mniemam, za takiego uważacie Democritusa. Rzeczywiście, któryś z graczy może go kontrolować, ale równie dobrze może działać sam i wykorzystywać zaistniała sytuację do własnych celów wymawiając się czym innym. Może i wie o grze i Eluzjum, ale śmie twierdzić że ma też własną. Obserwuję go uważnie od odkąd nasze drogi się zeszły... Małe miasteczko na prowincji jest dobre nie tylko by tworzyć tajne Elizjum dla starszych ale i by zaczynać największe przewroty, których nikt się po takim miejscu nie spodziewa... Jak łatwo więc się tu ukryć wraz ze swymi planami, czyż nie? Kogo w końcu obchodzi jakieś Charleston.
- Nie możemy więc zakładać, że jego głos nie będzie się w niczym liczył - Viktoria świadomie dodała końcówkę"my" do swojej wypowiedzi. - Z tego co wiem prawie nikt od dawna nie widział go używającego dyscyplin. Nie ma tez ani jednego Venture w okolicy oprócz Belli. Zawsze wydawało mi się to dziwne... . - Viktoria starała się nie myśleć i nie wspominać ze we iż książę to spokrewniony z nią Lasombra. Przynajmniej nie na razie. Lecz próbowała rozeznać się w sytuacji co wiedzą inni.
- Powinniśmy chronić Elizjum i ich bywalców... Nie ma drugiego takiego miejsca... Tu nie tylko chodź o gry i zabawy... Ale tradycję, prawa i zasady które trzymają nas na ścieżce naszej nocnej egzystencji. Bez niego jesteśmy tylko bestiami ciemności... - glos Viktorii był słodki jak dźwięki lutni - spójrzcie na te obrazy w holu, na historię, na osobistości które się tu przewinęły, wymianę myśli pomiędzy najstarszymi z rasy. Czyż to nie jest coś ci powinniśmy chronić z calej siły, bardziej niż własne, egoistyczne plany? Tradycja oznacza to kim jesteśmy, bez niej jesteśmy niczym. - Viktoria mówiła z pełnym emocji głosem ale bardziej ciekawiło ją jak publika odbierze jej przedstawienie. Zaczynał podobać jej się ten teatr.
- Dwie godziny to mało czasu a najlepiej byłoby dla nas gdyby ci panowie się nie spotkali. Wierzę jednak w wasze zdolności i wspólną silę. Jednak co powinniśmy zrobić? Czy pozbycie się... Księcia może zrodzić kolejne problemy... Jeśli Tremer wie gdzie dokładnie jesteśmy możemy rzeczywiście mieć problem a Karl jest... Cóż doświadczony w radzeniu sobie z dyletantami... Można było by spróbować ukryć jakoś to miejsce lub przenieś... Ale w tak krótkim czasie... - Viktoria nie do końca wiedziała jak wybrnąć z tej sytuacji, starała się jednak sprawiać wrażenie rozważającej wiele opcji w oczekiwaniu, że w międzyczasie ktoś inny nasunie jej pomysł...
Victora obserwowała uważnie siedzących za stołem. Świtało padało z góry na ich maski tak, że mogła im się dobrze przyjrzeć. Wyraz ich twarzy nie zmieniał się mimo pełnej uniesienia dyskusji. Jak dobrze odzwierciedlało to sytuację. Czuła się jakby spoglądał na perfekcyjnie zaaranżowane przedstawienie. Symbolistyczny obraz. Dusza miłośnika sztuki zadrżała w niej słodką struną. Jakże pełne ułudy były ich słowa. Jakże pełne kłamstw były ich usta. Viktoria bywała często nawet za życia w towarzystwie wyższych sfer, gdzie konwersacje miały dwa poziomy... Co najmniej dwa. Od razu odsłaniały zdolności nie tylko manipulacyjne i aktorskie ale ukazywały inteligencje rozmów... Lub jej brak. To była właśnie jedna z takich rozmów. Emocje związane z omawianą przez aktorów na scenie sytuacją Democritusa był grą, pustą jak spiżowy dzwon bez serca. Tragifarsa, komediodramat mający pokazać jak ludzcy są mimo swego przekleństwa. Jak przejmują się innymi, a może raczej sobą i swoją obmierzłą egzystencja. Jednak Lasombra wiedziała, że tak jak zimne i bez wyrazu są ich maski, takie są i ich serca. Fascynujące było jednak to, jak prowadzili ową grę nie tylko w towarzystwie ale i samemu ze sobą.
Skoro w rzeczywistości nie przejmowali się problemem księcia, mimo powagi sytuacji, musieli mieć albo tak niesamowitą moc albo wiele planów B. Lub też brak było im adrenaliny... Tej nie brakowało z pewnością w ostatnich dniach Viktorii. Zastanawiała się co odpowiedzieć tej loży poprzebieranych sępów.. Skoro nic tak naprawdę nie miało znaczenia. Gra więc nie toczyła się tylko o fiolkę czy taki lub inny fetysz. Grą były same wzajemne stosunki, relacje , wydarzenia które do tej pory definiowały cały świat Viktorii, a dla nich były tylko rozrywką. Choć ostatnio często dochodziła do podobnych wniosków, ta myśl nie dawała jej spokoju...
Pionki przesuwane po szachownicy.. Teraz chociaż spotkała tych, którzy je przesuwali osobiście..
Czując na sobie wzrok zebranych i słysząc zawieszone w pytaniu powietrze Viktoria odruchowo odgarnęła włosy powłóczystym ruchem. Dobrze ze miała na sobie maskę... Czuła się przez to na równi z pozostałymi. Była to dla niej szansa by zmierzyć swoje siły z tą bandą degeneratów udających bogów. W sumie nie przeszkadzało jej znalezienie się pośród nich... Chodź nie chciała czasem tego przyznać, chęć władzy i wiedzy to coś co otrzymała wraz z przekleństwem krwi klanu ukoronowanego hiszpańską koroną. Czasami pokusa była zbyt silna by się jej oprzeć.
Czas więc dołączyć do kolejnej gry... Zaczęła mówić , a jej głos płynął po pokoju jak muzyka.
- Jeśli pytacie o księcia... Cóż nigdy nie jest dobrze nie doceniać swoich wrogów, a jak mniemam, za takiego uważacie Democritusa. Rzeczywiście, któryś z graczy może go kontrolować, ale równie dobrze może działać sam i wykorzystywać zaistniała sytuację do własnych celów wymawiając się czym innym. Może i wie o grze i Eluzjum, ale śmie twierdzić że ma też własną. Obserwuję go uważnie od odkąd nasze drogi się zeszły... Małe miasteczko na prowincji jest dobre nie tylko by tworzyć tajne Elizjum dla starszych ale i by zaczynać największe przewroty, których nikt się po takim miejscu nie spodziewa... Jak łatwo więc się tu ukryć wraz ze swymi planami, czyż nie? Kogo w końcu obchodzi jakieś Charleston.
- Nie możemy więc zakładać, że jego głos nie będzie się w niczym liczył - Viktoria świadomie dodała końcówkę"my" do swojej wypowiedzi. - Z tego co wiem prawie nikt od dawna nie widział go używającego dyscyplin. Nie ma tez ani jednego Venture w okolicy oprócz Belli. Zawsze wydawało mi się to dziwne... . - Viktoria starała się nie myśleć i nie wspominać ze we iż książę to spokrewniony z nią Lasombra. Przynajmniej nie na razie. Lecz próbowała rozeznać się w sytuacji co wiedzą inni.
- Powinniśmy chronić Elizjum i ich bywalców... Nie ma drugiego takiego miejsca... Tu nie tylko chodź o gry i zabawy... Ale tradycję, prawa i zasady które trzymają nas na ścieżce naszej nocnej egzystencji. Bez niego jesteśmy tylko bestiami ciemności... - glos Viktorii był słodki jak dźwięki lutni - spójrzcie na te obrazy w holu, na historię, na osobistości które się tu przewinęły, wymianę myśli pomiędzy najstarszymi z rasy. Czyż to nie jest coś ci powinniśmy chronić z calej siły, bardziej niż własne, egoistyczne plany? Tradycja oznacza to kim jesteśmy, bez niej jesteśmy niczym. - Viktoria mówiła z pełnym emocji głosem ale bardziej ciekawiło ją jak publika odbierze jej przedstawienie. Zaczynał podobać jej się ten teatr.
- Dwie godziny to mało czasu a najlepiej byłoby dla nas gdyby ci panowie się nie spotkali. Wierzę jednak w wasze zdolności i wspólną silę. Jednak co powinniśmy zrobić? Czy pozbycie się... Księcia może zrodzić kolejne problemy... Jeśli Tremer wie gdzie dokładnie jesteśmy możemy rzeczywiście mieć problem a Karl jest... Cóż doświadczony w radzeniu sobie z dyletantami... Można było by spróbować ukryć jakoś to miejsce lub przenieś... Ale w tak krótkim czasie... - Viktoria nie do końca wiedziała jak wybrnąć z tej sytuacji, starała się jednak sprawiać wrażenie rozważającej wiele opcji w oczekiwaniu, że w międzyczasie ktoś inny nasunie jej pomysł...
Używałam cudownego głosu i wszystkiego czego się da, by wywrzeć dobre wrażenie. Obserwuję wszystkich cały czas z empatia. Gdyby ktoś jakoś specjalnie zareagował na moje słowa etc.
Spoiler!
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
zapalki_chaosu
- Reactions:
- Posty: 167
- Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
To był teatr, maski, role, gesty, kwestie wygłaszane z mistrzowską precyzją i kunsztem doświadczonych przez stulecia aktorów. Nic nie było naprawdę, chociaż tworzyło własne światy. Światy wypełnione wizjami, obietnicami, emocjami i perspektyw. Wszystkie jednak były skazane na śmierć, ponieważ miały tylko ukrywać prawdziwe plany.
Niektóre z takich światów, jeśli uwierzyło w nie wystarczająco dużo istot mogło zacząć żyć własnym życiem i osiągnąć niezależność, Camarilla była chyba właśnie takim tworem. To nie był jego świat. Sam z siebie nie miał tu czego szukać. To było pole dla zdolności Victorii i Terrego, może Horacy gdyby skorzystał ze swojej wiedzy, mógłby słuchając uważnie powiązać jakieś elementy i wydobyć z tego przydatną informację.... Niestety Horacy nie był w formie, ilość zniszczenia, któa przetoczyła się przez jego miasto i jego światy musiała sprawić mu dużo bólu. Hindus współczuł Nosferatu.
Już miał pozostać bezczynny jako obserwator, jednak jego ciekawski aspekt wziął się przebudził i postanowił przeprowadzić kolejny eksperyment.
- Szanowni zebrani, przepraszam że powiem tylko to co wydaje mi się oczywiste, mam nadzieję, że nie zostanie to poczytane jako niegrzeczność ale nie sądzę, że jest to godzina próby a przynajmniej, że nie jest to godzina, której nikt się nie spodziewał. Jesteście wytrawnymi graczami i niewiele w Charlestone dzieje się bez waszej zgody w takiej czy innej formie, nie wspominając już o wiedzy.
- Z pewnością też zdajecie sobie sprawę, że przekraczanie granic jest tylko kwestią opłacalności, ceny którą trzeba zapłacić za osiągnięcie celu. Rachunek ekonomiczny każe minimalizować koszty naturalnie ale jeżeli mamy do czynienia z sytuacją bardziej przypominającą licytację, zapłatą za wygraną będzie tylko cena najwyższa.
- Tym właściwie najbardziej się różnimy, bo o wieku nie wypada wspominać w towarzystwie dam. Naszym celem, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, jest spłata długu honorowego. Co też jest oczywiste. Wobec tego celu, wszelkie inne są drugorzędne, jeśli w ogóle nie bez znaczenia.
- W tym miejscu analogia dotycząca licytacji już zupełnie traci swoją spójność, chociaż już wcześniej, muszę przyznać mocno kulała. Grający muszą wyeliminować w taki czy inny sposób konkurentów. My musimy tylko znaleźć zabójcę.
- Democritus poza tym, jak na pewno zdajecie sobie sprawę wie, jeśli nie o grze to przynajmniej o nagrodzie.
Darshan na tym zakończył swoją wypowiedź. Był ciekaw czy ktokolwiek zdradzi się jakąś ciekawą reakcją ja Mallus przy ich niedawnym spotkaniu. Nie spodziewał się niczego spektakularnego, jednak postanowił spróbować.
To był teatr, maski, role, gesty, kwestie wygłaszane z mistrzowską precyzją i kunsztem doświadczonych przez stulecia aktorów. Nic nie było naprawdę, chociaż tworzyło własne światy. Światy wypełnione wizjami, obietnicami, emocjami i perspektyw. Wszystkie jednak były skazane na śmierć, ponieważ miały tylko ukrywać prawdziwe plany.
Niektóre z takich światów, jeśli uwierzyło w nie wystarczająco dużo istot mogło zacząć żyć własnym życiem i osiągnąć niezależność, Camarilla była chyba właśnie takim tworem. To nie był jego świat. Sam z siebie nie miał tu czego szukać. To było pole dla zdolności Victorii i Terrego, może Horacy gdyby skorzystał ze swojej wiedzy, mógłby słuchając uważnie powiązać jakieś elementy i wydobyć z tego przydatną informację.... Niestety Horacy nie był w formie, ilość zniszczenia, któa przetoczyła się przez jego miasto i jego światy musiała sprawić mu dużo bólu. Hindus współczuł Nosferatu.
Już miał pozostać bezczynny jako obserwator, jednak jego ciekawski aspekt wziął się przebudził i postanowił przeprowadzić kolejny eksperyment.
- Szanowni zebrani, przepraszam że powiem tylko to co wydaje mi się oczywiste, mam nadzieję, że nie zostanie to poczytane jako niegrzeczność ale nie sądzę, że jest to godzina próby a przynajmniej, że nie jest to godzina, której nikt się nie spodziewał. Jesteście wytrawnymi graczami i niewiele w Charlestone dzieje się bez waszej zgody w takiej czy innej formie, nie wspominając już o wiedzy.
- Z pewnością też zdajecie sobie sprawę, że przekraczanie granic jest tylko kwestią opłacalności, ceny którą trzeba zapłacić za osiągnięcie celu. Rachunek ekonomiczny każe minimalizować koszty naturalnie ale jeżeli mamy do czynienia z sytuacją bardziej przypominającą licytację, zapłatą za wygraną będzie tylko cena najwyższa.
- Tym właściwie najbardziej się różnimy, bo o wieku nie wypada wspominać w towarzystwie dam. Naszym celem, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, jest spłata długu honorowego. Co też jest oczywiste. Wobec tego celu, wszelkie inne są drugorzędne, jeśli w ogóle nie bez znaczenia.
- W tym miejscu analogia dotycząca licytacji już zupełnie traci swoją spójność, chociaż już wcześniej, muszę przyznać mocno kulała. Grający muszą wyeliminować w taki czy inny sposób konkurentów. My musimy tylko znaleźć zabójcę.
- Democritus poza tym, jak na pewno zdajecie sobie sprawę wie, jeśli nie o grze to przynajmniej o nagrodzie.
Darshan na tym zakończył swoją wypowiedź. Był ciekaw czy ktokolwiek zdradzi się jakąś ciekawą reakcją ja Mallus przy ich niedawnym spotkaniu. Nie spodziewał się niczego spektakularnego, jednak postanowił spróbować.
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993
Terry z uśmiechem skrytym pod maską, wysłuchiwał słów towarzyszy. Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do tego dziwnego bądź co bądź efektu.Wiedział które z nich przemawia tylko dlatego, że pamiętał kto jaką przywdział maskę. Kiedy jednak na nich spoglądał, niemalże zapominał na kogo tak naprawdę patrzy.
Kiedy Mroczna Pani skończyła mówić, rozejrzał się po wpatrzonych w nich maskach. I wtedy poczuł Je. Z początku było jak delikatne tchnienie, ledwie wyczuwalne. Po chwili jednak spłynęło na niego świetlistą kaskadą błogosławieństwa, zmywając zasłonę z jego oczu. I ukazał mu Pan prawdziwą naturę rzeczy.
Odetchnął drżącym od wzruszenia, cichym szlochnięciem. Uradował się, gdyż Pan go nie opuścił i czuł wyraźnie jego opiekę. Nie bał się już. Wiedział, że wszystko się ułoży i będzie im dane ukończyć ich dochodzenie. A jaką cenę będzie musiał za to zapłacić, nie miało znaczenia. I tak był gotów zapłacić każdą.
Kiedy zaś i mistyk zakończył swe wystąpienie i nikt z zebranych nie zabrał głosu, Malkavian śmiało wysunął się na przód, wciąż czując na sobie kojący Dotyk Pana.
- Wchodząc do tej sali, byłem pełen nadziei i przekonania, że oto wchodzę do miejsca gdzie ustalane są zasady oraz zapadają decyzje o wydarzeniach w Charleston. Teraz widzę jednak jak bardzo się myliłem. Losy Democritusa i jego Kota są poza waszą mocą sprawczą. Ich przeznaczenie napisane zostało przez kogoś kto pociąga także za wasze sznurki... - urwał na chwilę, jednak wiedziony pokusą której nie sposób się oprzeć, dodał - Ale jedno spośród was jest tego świadome. Ciekawe. Jesteś jednym z "prawdziwych" graczy, czy tylko jego agentem?
Po tych słowach spokojnie powrócił na wcześniej zajmowane miejsce, nie tracąc jednak nawet na chwilę z oczu zebranych Kainitów.
Terry z uśmiechem skrytym pod maską, wysłuchiwał słów towarzyszy. Wciąż nie mógł przyzwyczaić się do tego dziwnego bądź co bądź efektu.Wiedział które z nich przemawia tylko dlatego, że pamiętał kto jaką przywdział maskę. Kiedy jednak na nich spoglądał, niemalże zapominał na kogo tak naprawdę patrzy.
Kiedy Mroczna Pani skończyła mówić, rozejrzał się po wpatrzonych w nich maskach. I wtedy poczuł Je. Z początku było jak delikatne tchnienie, ledwie wyczuwalne. Po chwili jednak spłynęło na niego świetlistą kaskadą błogosławieństwa, zmywając zasłonę z jego oczu. I ukazał mu Pan prawdziwą naturę rzeczy.
Odetchnął drżącym od wzruszenia, cichym szlochnięciem. Uradował się, gdyż Pan go nie opuścił i czuł wyraźnie jego opiekę. Nie bał się już. Wiedział, że wszystko się ułoży i będzie im dane ukończyć ich dochodzenie. A jaką cenę będzie musiał za to zapłacić, nie miało znaczenia. I tak był gotów zapłacić każdą.
Kiedy zaś i mistyk zakończył swe wystąpienie i nikt z zebranych nie zabrał głosu, Malkavian śmiało wysunął się na przód, wciąż czując na sobie kojący Dotyk Pana.
- Wchodząc do tej sali, byłem pełen nadziei i przekonania, że oto wchodzę do miejsca gdzie ustalane są zasady oraz zapadają decyzje o wydarzeniach w Charleston. Teraz widzę jednak jak bardzo się myliłem. Losy Democritusa i jego Kota są poza waszą mocą sprawczą. Ich przeznaczenie napisane zostało przez kogoś kto pociąga także za wasze sznurki... - urwał na chwilę, jednak wiedziony pokusą której nie sposób się oprzeć, dodał - Ale jedno spośród was jest tego świadome. Ciekawe. Jesteś jednym z "prawdziwych" graczy, czy tylko jego agentem?
Po tych słowach spokojnie powrócił na wcześniej zajmowane miejsce, nie tracąc jednak nawet na chwilę z oczu zebranych Kainitów.
To teraz po tych slowach przyglądam się ich reakcji. Uważnie
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
[center]Charleston, WV 2530, 1200 Civic Center Dr, Prawdziwe Elizjum 11.08.1993[/center]
Rozważenie sprawy zabrało mu kilkanaście sekund. Należało działać szybko, a sytuacja sprzyjała jego zamiarom. Wykorzystał więc chwilę, w której wszyscy zebrani skupili się na rewelacjach Świra. Dyskretnie nachylając się się nad ramieniem Victorii, szepnął ledwo dosłyszalnie:
- Lokacja przestała być bezpieczna. Sugeruję ją opuścić. Niedługo.
Następnie cofnął się, czekając z milczeniu na dalszy rozwój wypadków. Beznamiętnie obserwował zebranych wiedząc, że wszystko, co ujrzy nie będzie miało większego znaczenia. To był jedynie teatr. Choć ten akurat spektakl wyjątkowo pozwalał zdobyć sporo informacji. Wciąż mieli jeszcze kilka chwil i miał nadzieję, że Kufrowie z koterii wykorzystają je dobrze, zanim skończy im się czas...
Rozważenie sprawy zabrało mu kilkanaście sekund. Należało działać szybko, a sytuacja sprzyjała jego zamiarom. Wykorzystał więc chwilę, w której wszyscy zebrani skupili się na rewelacjach Świra. Dyskretnie nachylając się się nad ramieniem Victorii, szepnął ledwo dosłyszalnie:
- Lokacja przestała być bezpieczna. Sugeruję ją opuścić. Niedługo.
Następnie cofnął się, czekając z milczeniu na dalszy rozwój wypadków. Beznamiętnie obserwował zebranych wiedząc, że wszystko, co ujrzy nie będzie miało większego znaczenia. To był jedynie teatr. Choć ten akurat spektakl wyjątkowo pozwalał zdobyć sporo informacji. Wciąż mieli jeszcze kilka chwil i miał nadzieję, że Kufrowie z koterii wykorzystają je dobrze, zanim skończy im się czas...
Przekazując informację mówię w momencie, gdy Terry też mówi (co uniemożliwi podsłuchanie Nadwrażliwością) a także robię to w taki sposób, by nikt nie mógł mi czytać z warg. W myślach cały czas powtarzam Zir i skupiam się na tym co widzę.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]