PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 01 października 2016, 15:18

Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993

Minęła chwila nim do Terrego dotarło, że pytanie było skierowane do niego. Jęknął cicho, pragnąc po postu zniknąć. Przez chwilę nawet rozważył czy nie lepiej było by po prostu wysiąść z jadącego pojazdu. Powstrzymał się jednak, bo o ile chwilowo rozwiązało by to jego problem z Goratrixem, o tyle reszta Koterii nabrała by pewności co do jego złych intencji. Domniemanych złych intencji. Podniósł więc nieco spojrzenie, wciąż jednak nie łapiąc kontaktu wzrokowego z czarodziejem.

- Dowiedziałem się dzisiaj, że głos w mojej głowie mógł mnie wykorzystywać do własnych celów. Czuję się źle dotknięty a w dodatku to jeszcze nie koniec moich problemów na dziś. - odpowiedział cicho, lecz zdecydowanie. Dopiero po tym jak skończył mówić spojrzał nieśmiało na Tremere.

Nie miał ochoty na rozmowy. Jego problem polegał na tym, że chyba rozmowy miały ochotę na niego. To z kolei coraz bardziej go irytowało. Szczególnie dlatego, że nie czuł się zdrajcą ni kłamcą. Nie łgał im, ale wiedział, że i tak będą chcieli go przepytać. Calutka Koteria. I jeszcze Goratrix...

- Nie w mieście, poza nim ale wciąż w zachodniej Virginii. Giovani. - dodał, tym razem już spoglądając na rozmówcę.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 02 października 2016, 13:13

Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, 11.08.1993

- Zdaję się, że mamy odpowiedniego... kandydata pasującego do twoich wymagań, drogi Goratrixie. Nie niepokój się nadmiernie... czeka na ciebie spokojnie w domostwie Reda i nigdzie się nie ruszy... zapewniam. - Viktoria uśmiechała się z przekorą. W końcu na coś przyda się któreś z trucheł które zalegały w sanktuarium. Całe szczęście, że nie mieli czasu się nimi zając wcześniej z racji na nadmiar goniących się na wzajem wydarzeń. Przydadzą się do czegoś.

- Nie wiem wszakże jak odniesiesz się do pochodzenia klanowego, którego nie da się ukryć, twojego przyszłego ciała. Jest to niestety... Ravnos o bliżej nieokreślonej proweniencji... Posiada jednak zdolność odporności... i chyba nikt specjalnie nie będzie się nim przejmowałł... Jako, że splamił honor swojego klanu... - Dokończyła Lasombra tonem głosu oscylującym pomiędzy ciekawością i ryzykowną ironią... Jako że Goratrix cóż, sam "splamił" honor swojego klany i był Antytribu. Zastanawiała się przez chwilę czy ten poirytuje się czy zrozumie podchwytliwość sytuacji i przyjmie ją z.. uśmiechem? rozbawieniem?... Lasombra okazywała mu szacunek ale nie bała się pogrywać z nim, oczywiście w granicach rozsądku. W pewien sposób przyzwyczaiła się do wysokiego ryzyka w ostatnich nocach jej egzystencji. Co noc było niebezpiecznie, co noc ocierała się o śmierć ostateczną. Gra toczyła się na wysokich obrotach i na takich powinna działać. Jakoś przyzwyczaiła się do myśli, że może się to dla niej w każdej chwili skończyć dramatycznie. Jednak jeśli nie stawia się wysokich stawek, nie ma się słusznych wygranych...
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 03 października 2016, 10:56

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Goratrix uśmiechnął się jedynie nie kryjąc rozbawienia, na wieść o tym, że jego gospodarz, pochodzi z klanu Ravnos. Gdy przywódczyni koterii skończyła wypowiedź, Tremer przemówił:

- Doskonale... Myślę, że odnajdę się bez problemu. Jest jeszcze coś o czym wcześniej nie wspomniałem. Z tego co mówisz, Victorio, ów Ravnos znajduje się w domu Atrahasisa. To się dobrze składa, bo będę potrzebował jego sali rytualnej i ciała które mam przejąć. Rytuał będzie trwał niecała godzinę.

- Jeżeli ktoś chce być obecny w czasie ceremonii, to serdecznie zapraszam - dodał po chwili, zwracając się do całej koterii.

[center]***[/center]
Niedługo po słowach Czarodzieja dotarli do domu. Wysiedli z limuzyny i powolnym krokiem udali się w stronę wejścia. Dookoła było bardzo cicho. Dokładnie tak jak gdyby całe miasto nagle zasnęło. Nie było słychać wrzasków i wystrzałów z broni palnej, umilkły nawet syreny policyjne. Od strony śródmieścia dobiegało jedynie milczenie, tak jakby wszyscy mieszkańcy przestali nagle istnieć. Cała okolicę spowijał nienaturalny spokój. Nawet liście drzew nie szeleściły na wietrze.

- Zagrożenie - powiedział półgłosem Morderca, dobywając spod kurtki broń. - Aihtaras.*

Członkowie koterii zatrzymali się, rozglądając wokół. I wtedy nagle usłyszeli piękny śpiew, który poruszał do tańca ich wewnętrzną Bestię. Zwierzęca siła żyjąca w nich, zaczynała pulsować w rytm przypominający bicie serca. Dźwięk dobiegał przez uchylone okno piwnicy, docierając do uszu wszystkich stojących przed wejściem.

Wszyscy na raz poczuli jak ich Bestia próbuje przejąć nad nimi kontrolę. Skoncentrowali się, próbując zachować przytomność. Namtar począł szeptać imiona demonów Ciemności. Darshan i Victoria skupili się na świadomości, nie poddając się tajemniczemu wezwaniu. Jedynie Horacy i Terry ulegli mu. Ich zwierzęcy instynkt pokonał intelekt pozostawiając za sobą zgliszcza struktur umysłu. Wiedzieli, że muszą zejść do kanałów, a potem jeszcze niżej. Mieli doskonałą pewność, że dotrą dokładnie tam, gdzie powinni i zawsze będą wiedzieć jaką drogę wybrać w tunelach, które wykopał Kret.

Goratrix stał jak zahipnotyzowany, z miną kogoś kto jest całkowicie zafascynowany tym czego doświadcza. W tym czasie Malkavianin i Nosferatu upadli na czworaka i powarkując ruszyli w stronę uchylonego okna... Posłuszni magicznemu zewowi bez reszty zatracili się w bestii pozwalając, by prowadził ich instynkt.
Wszyscy: Test Samokontroli, przeciwko oparciu się efektom śpiewu: ST = 9;
Victoria - odzyskuje kontrolę nad sobą w 3 rundy;
Terry -przejęty przez bestię;
Horacy - przejęty przez bestię;
Ravnos - odzyskuje kontrolę nad sobą w 2 rundy;
Namtar - Używa Ech Nirvany:2 (traci 1 SW) i odzyskuje kontrolę nad sobą w 1 rundę;
* arab. - uwaga (w znaczeniu: uważajcie, strzeżcie się)
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 03 października 2016, 10:58

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Zacisnął zęby. Ten rytm, tak obcy wszystkiemu czym był, który wdzierał się w jego żyły, rezonował w komnacie serca, stanowił coś czego Morderca instynktownie nienawidził. Bestia jednak rozpoznawała go jakimś dziwnym zmysłem. Poczuł jak próbuje zerwać więzy jakie jej narzucił i powstać wewnątrz i poprzez niego. Jednocześnie przez chwilę miał wrażenie, że skądś na to tętno, że czuł je kiedyś, dawno temu, w jakimś zapomnianym i samotnym śnie. Zdusił je jednak natychmiast. Było w nim bowiem coś nieczystego, coś, przed czym wzdragał się całym sobą. Sięgnął ku Krwi Łowców, wzywając moc Ahrymana i potęgę Tiamat, przeciwstawiając rytm Zir temu dziwnemu pulsowaniu, które mąciło ciszę wielkiej Ciemności:

- Tiamat elu, Sabitu elu. Usella Etuti ikkalu baltutu. Asbu Ilat ina* - wyszeptał chrapliwie, czując, jak stopniowo odzyskuje kontrolę.

Mrok w jego żyłach poruszył się, odpowiadając na wezwanie, pochłaniając wszystko, co nie było czernią. Otworzył oczy i rozejrzał się, sprawdzając w jakim stanie są pozostali. Horacy i Terry pełzli po ziemi, warcząc, podczas gdy pozostała trójka stała w bezruchu zatopiona w skupieniu lub ekstazie. Zareagował natychmiast, wiedząc, że może nie mieć zbyt wiele czasu. W biegu zmienił jedynie giwerę na kołek, który w tej sytuacji był zdecydowanie bardziej użyteczny.

Morderca słyszał gdzieś powiedzenie: "przez żołądek do serca". Kiedyś, w przypływie dobrego samopoczucia i artystycznego natchnienia przetestował je nawet na jednym pechowym młodzieńcu. Efekt był całkiem barwny. Można by rzec - nietuzinkowy - choć pozostawiał nieco do życzenia w kwestii estetyki. Osobiście był jednak zdania, iż najszybsza droga do serca prowadzi przez plecy. Pod lewą łopatką. Użył jej i teraz, wbijając kołki pomiędzy żebra obu Bękartów Khayyina z precyzją profesjonalisty. Wyszczerzył zęby. Nie musiał udawać, że nie sprawiło mu to przyjemności. Zwłaszcza w przypadku tego kłamliwego pomyleńca...

- Zostańcie tu. Sprawdzę dom - rzucił do pozostałych, którzy najwyraźniej zdołali się oprzeć mocy zaklęcia.

Jego ciało zlało się w jedno z mrokiem nocy, przechodząc do królestwa cieni. Przemknął przez trawnik i wślizgnął się przez uchylone okno, do piwnicy. Gdy tylko znalazł się w budynku śpiew ucichł nagle, jak ucięty nożem. Cisza, która nastała po nim wydawała się jeszcze głębsza niż wcześniej. Tak jakby posiadała swój własny nieuchwytny ton. Morderca zlustrował wzrokiem pomieszczenie, zatrzymując spojrzenie na tym, co znajdowało się na środku...
Kołkuję obu powarkujących miłośników podziemnych wycieczek (Horacego i Terrego).

Następnie zmieniam się w cień (-2 PK) i ruszam do piwnicy sprawdzić, co, na zemstę Haqima, się tam wyprawia.
* Sumer. Tiamat powstań, powstańcie wichry ciemności. Niechaj duchy mroku pochłoną życie. Potęga Ciemności jest we mnie...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 03 października 2016, 21:42

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993[/center]

Całą drogę do celu Darshan nudził się. Za dużo osób dookoła mówiło właściwie to samo. Sami nie pewnie tego świadomi i każdy mówiąc uważał, że jego punkt widzenia jest unikalny, oryginalny i wyjątkowy. Gracze, wytrawni, wiekowi, doświadczeni. Ta sieć o której mówił Goratrix właśnie kojarzyła mu się z tą grą. Każdy kto angażował się w wydarzenia w Charlestone po chwili wpadał w tą sieć. Poznawał tajemnice, ukryte cele i wreszcie nagrodę o niemalże niewyobrażalnej wartości i tak dawał się wciągać w tę grę.

Wszystko to nie służyło i nie mogło służyć żadnemu z graczy. Oni wszyscy byli jak muchy w wielkiej pajęczynie kosmicznego pająka, który był drwiną z ich iluzorycznej potęgi i władzy. Każdy z nich planował i przewidywał, uprzedzał ruchy konkurentów, szamocąc się i tylko głębiej zapadając się w pułapkę.

Cieszył się, że koteria pozostała względnie daleko od tych celów i skupiała się na swojej oryginalnej misji, to była jedyna możliwość, aby nie stać się pożywnym kokonem dla dziwnych sił kosmicznych, zmieniających Charlestone w wielką szachownicę.

Kiedy dotarli do posesji, okoliczności ułożyły się dla mistyka na tyle pomyślnie, że miał okazję, bez zbyt wielu zbędnych świadków, zadać pytanie Victorii.

- Victorio, w koterii Atrahasisa jesteśmy równi i darzymy się wzajemnym szacunkiem. Powiedz mi proszę dlaczego stałaś się osobą odpowiednią do tego aby rozporządzać ciałem przedstawiciela mojego klanu? Wspominałem wcześniej, że my Ravnosi dbamy o siebie, jesteśmy rodziną. To prawda, że ten którego wspomniałaś splamił swój honor. Ja z kolei wspomniałem, że Klan go z tego rozliczy. Czy uważasz, że masz prawo decydować o sprawach honorowych mojej rodziny?

Dla Darshana sprawa nie była tak naprawdę istotna. Sam chciał zaoferować to ciało ich nowemu sprzymierzeńcowi, byłaby to dobra nauczka dla nieudacznika do którego należało oryginalnie i przynajmniej częściowa spłata jego długu względem Mędrca. Ciekaw był jak zareaguje ta zwiewna kobieta w czerni, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Ciekaw był na ile jej górnolotne deklaracje dotyczące koterii były szczere a na ile arogancja i wyższość z którą traktowała jego klan były odruchowe. Musiał przyznać sam przed sobą, że trochę lubił prowokować, teraz natomiast miał dobrą do tego okazję.

- Przyznaję, że sam chciałem zaproponować takie samo rozwiązanie, jednak zanim byłem pewien tej decyzji ubiegłaś mnie i rozporządziłaś losem istoty, za którą jestem odpowiedzialny. Jesteś inteligentną kobietą i na pewno zdajesz sobie sprawę z tego w jakieś sytuacji wobec mojego klanu mnie postawiłaś. Powiedz mi więc proszę dlaczego tak uczyniłaś.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 05 października 2016, 02:50

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Viktoria niemalże podskoczyła z wrażenia, słysząc pytanie Darshana. Po pierwsze, przez większość czasu stał lub siedział gdzieś z boku i milczał. Nagła manifestacja zainteresowania się czymkolwiek nie była tym czego Lasombra się spodziewała. Po drugie, w tym momencie zdała sobie sprawę, że tak na prawdę nie obchodził jej los poprzedniego Ravnosa. Był dla niej obecnie tylko utylitarnym naczyniem dla Goratrixa, którego pomoc była bardziej wartościowa niż niańczenie truchła jakiegoś cygana brudasa, a na dodatek klamce i złodzieja, który zdradził Mędrca w Czerwieni i jego koterię swym tchórzostwem.... - pomyślała, nie bez złości. Nie mogła jednak tego powiedzieć Darshanowi. Stojący przed nią mistyk wymagał wszakże szacunku. Był cichy ale odzywał się zawsze mądrze, choć zaplatał słowa w meandry jego świętych myśli. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby ich okłamać czy oszukać... w przeciwieństwie do swojego niechlubnego poprzednika.

Przez chwilę Viktoria stała więc jak oniemiała, ważąc słowa, które powinna wybrać tak by nie okłamać i nie powiedzieć całej prawdy. Wszakże musiała zachować pozór, że pewne kwestie obchodzą ją bardziej niż rzeczywiście...

- Wybacz Darshanie, nie myślałam że cię obchodzić będzie bardziej los tego nieszczęśnika. Wszakże mogłeś zwrócić mi uwagę wcześniej w samochodzie, jeśli moja decyzja godziła w twój klan i wasze relacje. Siedziałeś jednak bez słowa.

- Jako lider muszę podejmować szybko ważne decyzje. Nie zawsze jest czas na demokrację ateńską i skrobanie imion na skorupkach. Twój pobratymiec jest najlepszym i najszybszym wyborem pozostającym w okolicy, o którym wiemy. Posiada dar odporności i wygląda w miarę... przystępnie. Nie wyobrażam sobie jakoś Goratrixa przechadzającego się w sukience i szpilkach lub śmierdzącego ściekami z ziemią za paznokciami. Musimy okazać mu trochę szacunku i nie narażać się na jego gniew jako, że jest nam obecnie potrzebny... a może raczej przydatny.

- Zresztą przyznasz, że Gavin zasłużył sobie nieco na to... Zawiódł nas również jako koterię, zawiódł mnie jako jej lidera, jego los i zadość uczynienie nie jest tylko sprawą klanu. Chyba my też mamy prawo go rozliczyć? Może to co zepsuł i jak opóźnił nas w działaniu, przysparzając kolejnych kłopotów, odrobi jako ciało Czarodzieja? Miejmy nadzieję... poza tym nic mu się nie stanie... - Dodała, chociaż gdy wybrzmiała ostatnia litera w jej ostatnim słowie... wcale nie była taka pewna, jaki efekt może wywołać na kimś opętanie jego ciała...

- Nie jestem może świętym mistykiem i nigdy nie będę. Nie ma wiedzy o karmie i jej zawiłościach, takiej jak ty. Może rzeczywiście to nie słuszny los i że jako członek tego samego klanu powinieneś się wpierw wypowiedzieć. Lecz to mój wybór, podjęłam decyzję i przyjmę jej konsekwencje. Jeśli twój klan będzie żądał wyjaśnień, nie boję się ich złożyć - kontynuowała pewnym głosem.

Poza tym wszyscy siedzieli jakoś cicho jak myszy pod miotłą - pomyślała już do siebie - i nikt się nawet nie zająknął gdy Goratrix zadał pytanie o ciało, chociaż wszyscy wiedzieli o naszym małym składzie w Sanktuarium. Każdy zwiesił głowę i zdawał się zadowolony, że to nie on tu musi ostatecznie zadecydować tu co zrobić. A teraz już nagle pretensje!- żachnęła się w myślach. Szefowie są zawsze tak niedoceniani...
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 05 października 2016, 14:20

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Morderca wyłonił się z cieni, przyjmując fizyczną formę:

- W piwnicy jest fashkh* dziura - zameldował. - Poza tym pusto. Daeva, strzegąca domeny wyłączyła efekt oddziałujący z podziemi. Dom jest czysty.

- Rozumiem - odrzekła Victoria. - Czy mógłbyś...? - dodała, wskazując dłonią dwa leżące na trawniku ciała.

Łowca skinął głową. Podszedł szybko do Nosferatu i pochylił się nad nim:

- Gdy wyciągnę ci kołek, chcę wiedzieć, że panujesz nad sobą. Jeśli nie, poprawię znowu - powiedział po czym jednym ruchem wyciągnął, tkwiący w jego plecach stoper.

- W porządku - odparł szybko Horacy, choć musiał przyznać, że sytuacja daleka była od "w porządku". Nie miał jednak zamiaru korzystać ponownie z Assamickiej uprzejmości.

Morderca nie odpowiedział, cofnął się jedynie o krok i oblizał trzymany w palcach kołek. Spojrzał na nieruchome ciało Malkavianina i przekrzywił głowę, w tym charakterystycznym geście, właściwym raczej dla mureny, niż istoty obdarzonej emocjami. Zastanawiał się. Właściwie, potrafił znaleźć wiele powodów dla których wolałby pozostawić Świra w tym stanie. Miał wobec niego wiele planów, równie barwnych jak droga przez żołądek do serca...

- Jego także - powiedziała Victoria miękko. - Przecież chcemy z nim porozmawiać, prawda?

- Neik - zaklął Morderca i skrzywił się lekko. - Entak seflo.**

Podszedł do Terrego i przyklęknął przy nim:

- To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... - szepnął - Pamiętaj o tym.

Po czym wbił kołek jednym uderzeniem, sprawiając, że drewno przebiło na wylot ciało Malkavianina. Odwrócił je i wyciągnął okrwawioną drewnianą drzazgę z klatki piersiowej Terrego. Vitae trysnęła na trawę. W świetle odległych latarni wydawała się niemal czarna. Jej zapach był obezwładniający. Morderca cofnął się pół kroku. Drżał na całym ciele, rozdarty pomiędzy żądzą krwi a zasadami Kontraktu.

- Haqimummak-finii bi halaalika 'an haroomik, wa aghniniy bi fadhlika 'amman siwaak.*** - wyszeptał bezgłośnie, próbując odzyskać kontrolę.

Dopiero po chwili zorientował się, że trzyma w ręku nóż bojowy. Albo on, albo ja... Czuł, jak krew Świra spływa po jego palcach na rękojeść broni Nie mogę tego zrobić... Nie teraz... Kontrakt... To słowo było niczym stal przeszywająca serce. Jedyna prawdziwa rzecz w świecie, zalewanym przez czerwień. Wiedział, że nie ma czasu. Uklęknął na trawie opierając przed sobą na ziemi lewą dłoń. Po czym wbił ostrze prosto w rękę, przyszpilając ją do gruntu. Ból eksplodował pod powiekami feerią szkarłatu i karmazynu. Morderca zwiesił głowę, czekając, aż fala cierpienia rozejdzie się po ciele, oczyszczając umysł...

[center]Haqimumma innii a'uudhu bika an adilla ał udall, ał azilla ał uzall, ał adżhala ał udżhala 'alaj.[/center]

Otworzył oczy i spojrzał na swoje dzieło. Czerwień zniknęła. Świat wydawał się szary, wyprany z barw. Przełknął ślinę i wyrwał ostrze z rany.

- Idziemy? - zapytał głucho, wstając. Zacisnął palce powstrzymując upływ krwi. Ból przeszedł w powolne pulsowanie, podczas gdy mięśnie i ścięgna poczęły się regenerować. Odwrócił głowę. Nie miał ochoty rozmawiać o tym, co stało się przed chwilą. Najlepiej z żadnym Niewiernym. Najlepiej nigdy.
Informacja od MG:

Namtar: Wada sadyzm wymusza test S.W. przy wciągnięciu kołka Terremu. ST = 7; Wynik = 1 pech! Wyciągniesz kołek w możliwe najbardziej bolesny sposób i będziesz miał potrzebę by się nad kimś poznęcać. Odegraj to w możliwie brutalny sposób.

Horacy: ma 3 obrażenia od kołka. Są to zwykłe rany.
Terry: Ma 5 obrażeń od kołka (3 za wbicie, plus 2 za przebicie klatki piersiowej). Są to rany zwykłe
Zadaję sobie 2 obrażenia, by się opanować. Później palę 2 PK na uleczenie ich.
Jeśli ktoś jeszcze mógł mieć cień wątpliwości co do tego, że wasz ochroniarz jest pieprzniętym psycholem i sadystą - to myślę, że ta scena uleczyła go z nich na dobre. Mimo wszystko, Namtar starał się w niej opanować, przekierowując agresję na siebie, by nie zrobić krzywdy nikomu w koterii. A przynajmniej nie większą, niż już zrobił Terremu.
Spoiler!
Zmieniam krew wypływającą z mojej rany w truciznę (Quaietus: 2), żeby nie zostawiać jej tu, na trawie.
* arab. Pieprzona
** arab. On ma przejebane.
*** arab. Haqimie uczyń wystarczającym dla mnie to, co dozwolone, abym nie potrzebował tego, czego zabroniłeś i obdarz mnie Twą łaską, tak bym nie potrzebował innych.
**** arab. O Haqimie, u Ciebie szukam ochrony od zboczenia z drogi lub bycia z niej zwiedzionym; od nieumyślnego popełnienia błędu lub bycia ku niemu poprowadzonym; od własnej ignorancji lub padnięcia jej ofiarą.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 05 października 2016, 22:45

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Gdy odzyskał zmysły, leżał na trawie. Chciał się podnieść lecz ciało odmówiło mu posłuszeństwa. żaden mięsień nie drgnął, nie stało się nic. Nadal leżał twarzą w trawie. Gdzieś obok słyszał Mistyka droczącego się z Mroczną Panią. Czuł zapach ziemi i bolał go nos w nią wciśnięty. Obserwował z bardzo bliska ciemnozielone źdźbło. Wszystkie zmysły działały normalnie, tylko nie mógł się ruszyć. I znał przyczynę tego stanu rzeczy. tępy, pulsujący ból w klatce piersiowej mówił sam za siebie. Czekał. Nic innego i tak nie mógł zrobić.

Słyszał jak Darth Namtar zwraca się do Nosferatu. Następnie jak podchodzi do niego. A potem jego szept, kiedy przyklęknął obok.

- To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... Pamiętaj o tym.

Ostatnie słowa nie zdążyły jeszcze ucichnąć, gdy niedający o sobie zapomnieć ból w sercu zamienił się w agresywnie kąsający ogień, który ponownie zepchnął jego świadomość gdzieś na skraj postrzegania. Poczuł szarpnięcie, które spotęgowało wszechobecne rwanie w klatce piersiowej, gdy ktoś obrócił brutalnie jego ciało. Widział nad sobą sylwetkę Łowcy, za mgłą którą zalał mu oczy niemijający i niesłabnący ból. Zorientował się, że odzyskał władzę nad ciałem dopiero kiedy usłyszał swój krzyk i poczuł swoje dłonie obejmujące rozwartą ranę.

Zacisnął zęby i pozwolił by krew zamiast uciekać połączyła złamane kości i rozerwaną skórę. Ból minął, a świat powrócił na swoje miejsce. Dźwięki i wiatr i zapach krwi na trawie. Obrócił się na bok i nim się podniósł, pozwolił sobie na chwilę odpoczynku dla uspokojenia myśli.

Patrzył na Mrocznego Jedi który obok trzymał na ziemi dłoń przebitą sztyletem. Następnie wyrwał sobie ten nóż. I wstał.

- Idziemy? - gdzieś nad jego głową zawisło pytanie.

Wstał powoli, oglądając swoje ubranie. Następnie spojrzał na Łowcę. A potem bez słowa ruszył w kierunku drzwi.
Palę 5PK na wyleczenie z obrażeń. Idę prosto do domu. Jeśli ktoś wpadnie na taki głupi pomysł żeby zaczepiać teraz tego psychopatę, to proszę taką wypowiedź podesłać mi przed umieszczeniem, gdyż z całą pewnością na takie coś zareaguję.
Ostatnio zmieniony 07 października 2016, 10:58 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 09 października 2016, 10:10

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993[/center]

Odpowiedź Victorii zmartwiła Mistyka. Miał nadzieję, że przez ostatnie noce udało mu się zdobyć chociaż elementarny szacunek czy zaufanie koterii. Mylił się. Widocznie mimo górnolotnych deklaracji, nie znaczył dla nich więcej niż dla przeciętnego członka Camarilli. Był im potrzebny więc go tolerowali ale był dla nich tylko Ravnosem. Zastanawiał się czy relacje wewnątrz koterii też są odbiciem relacji tej oryginalnej koterii, której legendarnym odrodzeniem mieli się stać.

Po chwili dopiero skonstatował, że najprawdopodobniej nie musi się tym w ogóle przejmować. Zdecydowanie nie było to coś na co miał już wpływ. Ofiarował im szacunek, szczerość i pomoc. Zrobił wszystko co mógł a dla nich to i tak było za mało. Nie pierwszy raz miał okazję się przekonać jak bardzo rzeczy się nie zmieniają w świecie wampirów.

To co powiedziała Victoria dała mu dość informacji na temat tego jaki ma do niego stosunek i nie miał potrzeby przeciągać tej rozmowy. Odpowiedział więc tylko:

- Jak powiedziałem sam podjął bym taką samą decyzję z tych samych powodów. Potrzebowałem jednak troszkę więcej czasu do namysłu, kwestia może 2 minut. Jednak on spłaca teraz dług wobec klanu. Ja spłacam dług klanu wobec Atrahasisa i jak obiecałem dołożę wszelkich starań, żeby nie zawieść waszego zaufania.

Nawet gdyby chciał powiedzieć coś jeszcze, to jego uwagę przykuło by zachowanie Assamity. Podszedł bliżej by chociaż przez samą swoją obecność przypomnieć mu o kwestiach dla których powinien panować nad ciemnością w sobie. Wyraźnie widział, że coś przywołało tą ciemność i to niebezpiecznie blisko. Sam zaczął się niepokoić, czy ten dziwny efekt który nie omamił Horacego i Terrego nie odbił się również i na nim. Nie będąc pewnym czy to całkowicie dobry pomysł zapytał:

- Wszystko w porządku?

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 09 października 2016, 15:45

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993[/center]

Wiktoria ledwo skończyła swoją konwersację z Darshanem, gdy rozległ się przerażający krzyk bólu pomieszany ze szlochem. Co znowu? - pomyślała przewracając oczami. Przecież podobno teren jest czysty i Namtar właśnie odkołkowuje tych.... Rozejrzała się szybko dookoła. Obraz, który ukazał się jej oczom był aż nadto oczywisty. Dom wariatów, a jeden lepszy od drugiego... Czasami naprawdę już miała dość ich wszystkich i całego zadania. Lecz jedyne co jej pozostawało to przybrać kamienną twarz i grać dalej swą rolę. Zbliżyła się do Terrego i Namtara. Wiedziała o co chodzi pomiędzy tymi dwoma, lecz załamywała we wewnątrz ręce nad brakiem ogłady społecznej i kultury rozwiązywania konfliktów, do której była przyzwyczajona w swoim towarzystwie. Przemocą można było tylko wszystko popsuć, na pewno nic nie na prawić. Co za barbarzyństwo. Z drugiej strony ciężko było jej sobie wyobrazić Assamitę z kieliszkiem krwi, zasiadającego do cywilizowanych pertraktacji w fotelu. Yhhhh.... Westchnęła ciężko.Cóż za brak finezji

Już miała rozpocząć rozładowywanie sytuacji nie inwazyjnym zagadnięciem, gdy Darshan wyją jej słowa z ust:

- Wszystko w porządku?

Nie zamierzała teraz oceniać ani rozmawiać z Namtarem o zaistniałej sytuacji. Nie było to ani rozsądne ani potrzebne. W tym momencie. Morderca przez chwilę nie odpowiadał, wpatrując się w nieruchomą bryłę budynku i jego ciemne okna.

- Nie - odezwał się w końcu, nie odwracając się do nikogo z zebranych - Są sprawy do załatwienia. Bittaekiid.*

Tym razem mówił spokojnie i cicho. Jak zwykle jednak ten ton w jego przypadku wcale nie wróżył dobrze.

Wiktorię zdziwiła ta szczerość z ust Mordercy. Myślała wszakże, że pytanie zostanie zbyte jakąś odpowiedzią na odczep, która nie zagłębi się w stan emocjonalny ochroniarza.

Pokiwała ze zrozumieniem głową w odpowiedzi. Zdawała sobie sprawę, że gdzieś tam jakaś struna ciemności zadrgała w nim zbyt głośno. Chyba bezpośrednia rozmowa o tym fakcie, to co byłoby dla niej naturalne w takiej sytuacji, nie była by też najlepszym rozwiązaniem. Wiedziała jednak, że Assamita jest teraz zbyt pobudzony i łatwo mu będzie przejść do kolejnych, nieprzemyślanych rękoczynów wobec Terrego. Nie znali przecież absolutnej prawdy o ojczulku. Mogli go źle oceniać mimo tego co doświadczyli. Logika w takich sytuacjach doradzała powściągliwość w działaniu. Dobrze by było gdyby Namtar gdzieś rozładował swoje napięcie, ale tak by nie myślał, że go chcą znowu od czegoś odsunąć czy oszukać. Jak to zrobić. Cóż, trzeba spróbować.

- Jeśli dom jest bezpieczny, możemy się spokojnie do niego udać. Dziura w piwnicy i ten dziwny stan w który został wpędzony Terry i Horacy, łączy mi się od razu z opowieściami, które słyszeliśmy od Kreta. Mam jednak drobną prośbę. W czasie gdy my udamy się do domu i damy Malkavianowi czas na zregenerowanie swoich... ran i odetchniecie by mógł z nami rozmawiać ze spokojnym umysłem, czy możesz zrobić szybki obchód jeszcze dookoła domu? Jeżeli nic nie znajdziesz, żadnych śladów, będziemy pewni, że to jest to coś co pełza w podziemnych tunelach i dostało się od spodu. Spotkamy się za maksymalnie 5 minut. Więcej, z twoimi zdolnościami, pewnie nie jest ci potrzebne. Widzimy się wszyscy w bibliotece. Wtedy... dokończymy niezałatwione sprawy.

Wiktoria miała nadzieje, że jej słowa nie zirytują bardziej Assamity. Wierzyła, że choćby krótki spacer ostudzi morderczy zapał Namtara wobec Terrego i trochę go otrzeźwi. Świr w tym czasie będzie miał chwilę na pozbieranie siebie i swoich myśli. Wszakże misja i fizyczna aktywność zawsze robiła ochroniarzowi lepiej... A ojczulek przygotuje się psychicznie na rozmowę, przed którą nie jest w stanie uciec, choćby chciał.

* arab. Definitywnie.
Ostatnio zmieniony 09 października 2016, 16:36 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 09 października 2016, 22:52

Charleston, WV 2530, limuzyna Victorii, droga i dom Red Wisdoma, 11.08.1993

Horacy powoli dochodził do siebie po tym co się stało w elizjum. Ręce nieco mu drżały. Poziom zagrożenia podskoczył o co najmniej jedną poprzeczkę wyżej. Miał wrażenie, że wraz ze śmiercią jaka wtargnęła do elizjum, utarte reguły gry legły w całkowitych gruzach.

Prawdę jasno nam rzekli. Nie ma zasad. Nad tym wyścigiem nikt nie panuje. Wszystkie chwyty dozwolone. Wszystkie? Czy aby na pewno? Wielkie katastroficzne odliczanie rozpoczęte, z kręgu wyjść się nie da... Wygląda na to, że nikt tego nie potrafi, nawet sam Mr.G. Zatem, nawet jeśli zrobię lub już zrobiłem rzecz straszną to czy nie jest tego warte to miasto? I mój syn.

Westchnął ciężko do swych myśli godząc się ostatecznie ze swym przeznaczeniem.

Szczur patrzył przez okno na zmęczone wojną miasto. Zdawało mu się, że patrzy na żywą istotę. Okrwawioną i przypaloną do żywego ogniem. Widywał już je w takim stanie. Za każdym razem miasto się podnosiło. Ale od tego co miało w nie uderzyć, już podnieść się nie mogło.

Nawet nie zarejestrował kiedy dojechali. Już w miarę jak docierali coraz bliżej domostwa Szczur począł się coraz bardziej ożywiać. Miał wrażenie, że to co miał pod płaszczem paliło niesamowicie. Nie mógł się doczekać by zamienić słowo czy dwa sam na sam z koterią i wówczas z dumą błysnąć wizytówką tego cholernego makaroniarza-nekrofila. Horacy lubił te momenty kiedy Poza tym chwilę potem miał nadzieję przyglądać się jak Mr.G. zajmie się Włochem i karze mu zeżreć cały ten cholerny makaron jaki do tej pory wszystkim nagotował.

O ho, ho... naprawdę chciałbym zobaczyć tą scenę na własne oczy... jak makaroniarz dławi się swoimi kluchami. Ale, ale... A może te duchy to jednak nie sprawka Giovanni, co wtedy?

Horacego paliła bardzo jeszcze jedna myśl. Jak wygląda rytuał, który chciał odprawić Mr.G? Poziom magii jakim dysponował Tremer wykraczał daleko poza zasięg tutejszego Regenta. O Horacym nie mówiąc, który miał uliczną wiedzę w tym zakresie, ale... Ale koncepcja zmiany ciała, nawet przez kradzież lub pożyczkę rozwiązywałaby jego największy do tej pory problem z rozpadającym się ciałem. Pytań miał mnóstwo poczynając od tego jakie są tego konsekwencje oraz jak pomocne przy tym jest wyjście z ciała, które przecież i Horacy znał. Miał też tysiące innych pytań, które miał zamiar dyskretnie zadać kiedy...

Co to za cholerne śpiewy.


Pędzący dużymi susami do domostwa spowolnił i przystanął nasłuchując. To był błąd. Melodia wpłynęła w głąb niego docierając do najdalszych zakamarków ciała. Do ciemnych miejsc gdzie była ukryta bestia. Coś koszmarnego, coś co dobrotliwy Horacy starał się zawsze trzymać na żelaznym łańcuchu swojej woli wyskoczyło z ciemności jego duszy.

Gorąco i jakże głodno.

Widzę mgławą czerwień.

Co to za warczenie?

To przecież... ja!?

Łańcuch strzelił.

Pić, jeść zabijać.


Podniósł wzrok na towarzyszy i już kiedy decyzja byłą podjęta. Powiew powietrza, podobny temu jaki czuł niedawno w elizjum. Eksplodujący ból w klatce piersiowej. I ciemność. Cierpienie i zapach krwi. Własnej również. Pieśń ustawała, a wraz z nią wycofywała się bestia. Tylko ból pozostał realny i nieustający.

- Gdy wyciągnę ci kołek, chcę wiedzieć, że panujesz nad sobą. Jeśli nie, poprawię znowu - powiedział Namtar po czym jednym ruchem wyciągnął, tkwiący w jego plecach stoper.

- W porządku - odparł szybko Horacy, choć musiał przyznać, że sytuacja daleka była od "w porządku". Nie miał jednak zamiaru korzystać ponownie z Assamickiej uprzejmości.

Kiedy się podniósł od razu cofnął o krok czy dwa od psychopaty. Z trudem zapanował nad sobą by nie zniknąć z oczu. Chwilę stał dochodząc do siebie i ze zgrozą oglądał scenę z Namtarem i Terrym.

- Wszystko w porządku?

Szczur przytaknął słabo, nie odrywając wzroku od Namtara.

Było mu szkoda ojczulka. Chciał mu jakoś pomóc, choćby podać dłoń by się podniósł ale się spóźnił. Terry już stał na nogach i ruszył w kierunku wejścia do domu. Horacy zrównał się z nim krokiem i poklepał przyjacielsko po ramieniu, co raz to zerkając wstecz na Asamitę. Był zajęty napadaniem na własną dłoń. Horacy poczuł się nieco pewniej, kiedy uświadomił sobie że już nie są w centrum zainteresowania zabójcy. Mimo to przyspieszył nieco kroku śpiesząc w kierunku domu. Nie zdjął jednak przyjacielskiej dłoni z ojczulka. Tak czuł się znacznie lepiej. Tworząc sioło z innym pobitym.

Poza tym to też bardzo jest istotne by chronić życie najważniejszego członka tej koterii. A nigdy przecież nie wiadomo czy ten psychol z pustyni nie zmieni nagle zdania.

Horacy liczył bowiem iż w razie co, dobrze pchnięty w kierunku niebezpieczeństwa Terry dałby mu chwilkę więcej czasu na ucieczkę.

Dopiero kiedy przekroczyli próg zdjął z niego rękę i wypuścił ciężko powietrze. W myślach przywitał ducha opiekuna miejsca i poprosił.

Strażniku czy może sprawić by nasz gość nie mógł czytać naszych myśli w domu ani oddziaływać na nas w inny sposób? Jeśli tak, to otocz nas ochroną proszę a następnie przekaż pozostałym członkom koterii w myślach te słowa. "Mam wizytówkę starego Giovani który przybył do miasta. Czy mam ją przekazać Goratrixowi? Czy faktycznie zamierzamy wpuścić go do sanktuarium?"
Leczę 3 obrażenia. Założyłem że docieramy do domu bez dalszych napaści.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 09 października 2016, 23:19

[center]Rozdział III[/center]

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Wchodząc po schodach członkowie koterii trafili na Lucasa, który wyszedł do nich otwierając główne drzwi. Victoria szybko zrozumiała, że jej Ghul ma coś ważnego do przekazania. Znała ten wyraz twarzy, dlatego przemówiła pierwsza:

- Lucas, co się dzieje?

- Cleo... Wróciła z Baltimore, ale... Nie wiem co się jej stało. Nie wygląda to dobrze...

- Prowadź! Co się stało? - to mówiąc Lasombra ruszyła za Lucasem, który bezzwłocznie skierował swe kroki do pokoju muzycznego.

- Przybyła niecały kwadrans przed wami. Jej stan jest bardzo zły. Podłączyłem ją do kroplówki, ale niewiele to pomogło... - mówił roztrzęsionym głosem Lucas.

Gdy dotarli do pokoju muzycznego, ujrzeli iż na jednej z kanap leżała Cleo. Jej ubranie było poszarpane i miejscami splamione krwią. Tuż obok stał wieszak na ubrania, na którym zwisała kroplówka. Victoria podbiegła bliżej i wtedy ujrzała sporych rozmiarów krwiaka po prawej stronie głowy. Ciemnofioletowa skóra zakrywała połowę czoła i lewe oko robiąc bardzo nieprzyjemne wrażenie. Oko spuchło tak bardzo, że kobieta nie była w stanie podnieść powieki. W tej chwili była nieprzytomna, a całe jej ciało było rozpalone.

- Zdołała wjechać samochodem na posesję, potem musiała zemdleć. Zabrałem ją do domu, a auto ukryłem za domem. Ma gorączkę i ciągle poci się.

- Miała coś przy sobie? - zapytała Victoria.

- Nie, ale w bagażniku znalazłem obraz przedstawiający ciebie pani. Ten który wisiał w głównej bibliotece antykwariatu. Postawiłem go w pokoju muzycznym.

- Przynieś go natychmiast - odpowiedziała stanowczo Victoria.

- Tylko, że...

- Bez dyskusji Lucas! - po tych słowach Ghul pospiesznie udał się po obraz.

W tym czasie pozostali kręcili się dookoła, zajmując się swoimi sprawami. Goratrix w milczeniu obserwował każdy kolejny pokój jaki mijał wraz z członkami koterii. Lasombra przykucnęła przy nieprzytomnej Cleo, biorąc ją za rękę. Skóra kobiety była rozpalona, a ona sama nie reagowała na dotyk ani na bliskość swej Pani.

Namtar wykorzystał chwilę samotności jaką dała mu możliwość nocnego obchodu posesji. Ciemność i cisza pozwoliła mu odzyskać panowanie nad sobą. Upewnił się, że nikogo nie ma na posesji. Był pewien, że nikt niepowołany nie kręcił się dookoła domu. Jednak nie umknął jego uwadze fakt, że w garażu stoi nowy samochód. Przeszukał okolicę, a gdy nie znalazł nowych śladów postanowił powrócić do reszty.

Ghul przyniósł obraz, ale szybko okazało się że malowidło zostało uszkodzone. W miejscu gdzie znajdowała się wcześniej twarz Victorii, teraz widniał wypalony ogniem otwór, przez który można było z łatwością przełożyć rękę. Z zwęglonych krawędzi materiału zwisały kawałki płótna, przypominając czarne żyły nieboszczyka. Tuż poniżej widniały krwisto czerwone litery, namalowane farbą w sprayu.

[center]Obrazek[/center]
Spoiler!
To obraz, który namalował twój ojciec. Był dla ciebie bardzo cenny, gdyż miał znaczenie sentymentalne. Wisiał na jednej z ścian w głównej bibliotece antykwariatu. Czujesz gniew i Bestię, która chce przejąć kontrolę:

Test Samokontroli ST:8 = 5 sukcesów. W 3 rundy opanowujesz Bestię i nie wpadniesz w szał. Opisz to w fabularce.
Spoiler!
Przypadkiem spojrzałeś na telefon, a tam kilka sms'ów. Widocznie sieć działa.

Twój SMS do Wizzyego: Znajdź norę się przyczaj. Nie chodź na żadne spotkania ktoś z klanu zmienił strony. Przeczekaj.
SMS 1:
Dam sobie radę. Mam wsparcie z Martinsburga.
SMS 2:
Belle wie co dzieje się w mieście. Jej informator wiedział, że gdzie i kiedy znajdziemy was na środku jeziora.

Twój SMS do Gordona: Wiem, był tam FaceOff. Twierdził że to ktoś z klanu zanim go zabili. Znajdź norę się przyczaj. Nie chodź na żadne spotkania ktoś z klanu zmienił strony. Przeczekaj.
SMS 1:
NIE KORZYSTAJ Z TEGO KANAŁU INFORMACYJNEGO. KTOŚ PRZEGLĄDA WSZYSTKIE WIADOMOŚCI SMS.

Twój SMS do Bryana: Znajdź norę się przyczaj. Nie chodź na żadne spotkania ktoś z klanu zmienił strony. Przeczekaj.
SMS 1:
OK.
SMS 2:
Pieprzeni anarchiści rujnują miasto!

Twój SMS do Blackwatera: Ktoś z klanu zmienił strony, spotkanie na łajbie to śmierć.
SMS 1:
Masz dowody?

Twój SMS do Taxera TV: Znajdź norę się przyczaj. Nie chodź na żadne spotkania ktoś z klanu zmienił strony. Przeczekaj.
SMS 1:
OK.
SMS 2:
Elektronika psuje się na potęgę. To nie jest normalne!

Twój SMS do Tranzystora: Znajdź norę się przyczaj. Nie chodź na żadne spotkania ktoś z klanu zmienił strony. Przeczekaj.
SMS 1:
Skąd wiesz? Jakieś szczegóły?
SMS 2:
Potrzebuję dużej ilości mat wygłuszających!
Drodzy gracze, zakończyliśmy właśnie Rozdział II, który nosi tytuł "Sala Sępów". Gratuluję przejścia dalej i życzę sukcesów w kolejnej części przygody. Z oczywistych powodów nie podam tytułu jaki ma Rozdział III.

Wasza koteria dociera do domu Red'a. Jest z wami obecny Goratrix i jesteście bogatsi o nowe informacje na temat tego co dzieje się w Zachodniej Wirginii.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 14 października 2016, 12:29

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Cisza wznosiła się nad umarłym miastem, osiadała na twarzy Mordercy welonem zimnych kropel - podobnych do pocałunków śmierci. Nocny wiatr rozproszył już zapach krwi, nie zdołał jednak przepłoszyć wspomnień, kłębiących się i kraczących w umyśle Łowcy, niczym stado monstrualnych ścierwników. Obrazy powracały z przeszłości - niektóre rozbłyskiwały jedynie na moment, niczym błysk flesza na wyblakłym ekranie pamięci, po czym ponownie zanurzały się w Czarnej Rzece. Inne krążyły nieustannie w pobliżu, powracając niczym nieproszone duchy, rozkwitając skrwawionymi płótnami pomiędzy drzewami ogrodu. Światło migoczących w oddali lamp ulicznych mieszało się z migotaniem świetlówek z podziemnego laboratorium, z którego teraz najpewniej zostały już tylko zgliszcza... Mimo wszystko, ciemność i samotność pozwoliły mu odzyskać kontrolę. Uspokoić się. Scena przed domem zbladła, przysłonięta przez znajomy korowód koszmarów- niczym obraz z kiepskiej sztuki, zakryty wizją płonącego teatru. To były rzeczy które znał niemal na pamięć. Smak własnego cierpienia, rytm nawiedzających obsesji i szkarłatne, pulsujące tętno - pragnienie zemsty. Tym razem jednak rozkoszował się nim, pozwalając mu wzrastać i szeptać w pustych i ciemnych komnatach jego serca... Pomimo tej niewielkiej zwłoki, poświęconej na obchód domu, wiedział przecież, że każdy krok prowadzi go do rozwiązania sprawy...

- Weź wąż ogrodowy i zmyj krew z trawnika przed domem - rzucił do Crimson Raina przechodząc obok garażu. Ghul zamykał właśnie opuszczane wrota, najwyraźniej po tym jak wstawił do środka limuzynę. Słysząc polecenie Assamity kiwną głową.

- Jasne, szefie. Się robi - rzucił. Nie zadawał pytań.

Morderca skierował się do głównego wejścia. Przez chwilę przelotnie zastanawiał się... Czy Świr może okazać się tak głupi by wykorzystać jego nieobecność i spróbować uciec...? Nie umiał sobie odpowiedzieć na to pytanie. Wszyscy Kuffrowie byli szaleni, niektórzy bardziej niż inni... Mimo to jednak, nie uważał Terrego za głupca. Malkavianin musiałby wiedzieć, że zemsta dopadnie go... I to dużo wcześniej, niż później...

[center]***[/center]
Ciemna sylwetka Łowcy pojawiła się w drzwiach pokoju muzycznego. Oświetlająca wejście lampka ścienna zamigotała nagle i zgasła, kryjąc jego postać w plątaninie cieni. Mimo tego faktu, a także mimo ciemnych okularów, które jak zwykle osłaniały oczy Assamity, Terry czuł na sobie jego wzrok - wbity w niego niczym szpon drapieżnego ptaka.

- Musimy porozmawiać, Terry - powiedział Morderca spokojnie, niemal zachęcająco. Wydawało się, że całe wcześniejsze napięcie zupełnie go opuściło. - O sprawach z przeszłości...

Przerwał na chwilę i uśmiechnął się zimno, przejeżdżając palcem po krzywiźnie rzeźnickiego haka ukrytego w kieszeni płaszcza.

- Ale nie tutaj. Nie przy wszystkich - przeniósł wzrok na postać Goratrixa i ponownie spojrzał na Malkavianina. - Pójdziesz ze mną sam, czy mam Cię zaprosić w bardziej bezpośredni sposób?
Assamita najwyraźniej wszedł w ten swój transowo-spokojny stan, w którym znajduje się zawsze, gdy zamierza kogoś zabić.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 14 października 2016, 15:46

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy lekko odetchnął w duchu kiedy przekroczył próg domostwa. Tutaj jakoś czul się bardziej bezpieczny. Również, przed Namtarem choć zdawał sobie sprawę z fałszywości tego przeczucia. Również obecność Goratrixa zdawała się w jakiś sposób mniej go frasować.

Milczał przez chwilę obserwując scenę ze służką Victorii, która zdawała się być na skraju życia i śmierci. Balansując niczym akrobatka na linie nim jej los się wypełni i przejdzie lub spadnie.

Potem nieco zaciekawiony zbliżył się do wypalonego obrazu. I ostrożnie podniósł go w górę oglądając z obu stron. Szukał śladów. Z jednej strony widniała czarna wypalona dziura w której zmieściłaby się ręka i Horacy przez chwilę zastanawiał się czy nie włożyć tam... głowy. Szybko jednak porzucił ten pomysł. Opuszczenie maski tysiąca twarzy jedynie po to by się wygłupić, jak w jakimś lunaparku gdzie wkłada się głowę w podobne otwory i robi zdjęcia, byłoby po prostu dziecinnie głupie. Z drugiej strony wygląd uśmiechniętej japy Nosferatu, a pod nią zmysłowe kobiece ciało i ten napis byłoby...

Korciło by to zrobić.

Normalnie szkoda, że braciszkowie z kanałów mnie w tym nie zobaczą. To by się dopiero uśmiali.

Braciszkowie. Na wspomnienie o swoich braciach z klanu wsunął portret pod pazuchę i wsadził rękę w kieszonkę z telefonem komórkowym. Sprawnym ruchem silnych długich palców wypstrykał obudowę, a potem wyłuskał z wnętrza baterię. Telefon zamilkł, definitywnie.

Rzucił raz jeszcze okiem na Victorię, obcinając ją od stóp do głowy. Jej eleganckie buciki. Jedwabne czarne pończoszki. Zgrabną kibić. I arystokratyczne zmysłowe rysy twarzy podkreślane subtelnym nocnym makijażem. Zastanawiał się przez chwilę co i kto mógłby od niej chcieć.

Kurde, wrogów to ona nie ma. Żaden by nie oparł się jej urokowi, gdyby tylko chciała... Może zatem rywalki? Albo ktoś z jej klanu, ktoś kto ma jej za złe ujawnienie sekretów z czau rebelii. Cmoknął Och, biedna dziewczyno. Nikt nie interesował się tobą do tej pory, a teraz każdy z Sabatu będzie ci chciał spuścić....

Kątem ucha zarejestrował wypowiedź Namtara. Rzucił okiem na Victorię i spokojnie do niej się zbliżył, nadal z obrazem w rękach.

- Wiem, że twoje myśli pędzą teraz w inną stroną ale chyba nie powinnaś zostawiać ich tak całkiem samych. Poza tym też chciałby od Terrego usły... - zaczął szeptem. Nie skończył. Terry przemówił.
Spoiler!
Wysłuchuję dialogu Terrego. Potem raz jeszcze oglądam obraz, proszę o test śledztwa w celu wypatrzenia niuansów. Podkręcam zmysły na czas oglądania przy pomocy nadwrażliwości. Potem jeśli nie będzie niczego zniechęcającego, to ewentualnie zaryzykuję dotknięcia przedmiotu z użyciem 3 kropki nadwrażliwości w nadziei że dowiem się coś więcej.
Telefon chowam do plastikowej torebki z zapięciem, na różności które nie mogą się zamoczyć.
Ostatnio zmieniony 14 października 2016, 23:29 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 14 października 2016, 18:38

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Malkavian wyraźnie drgnął słysząc słowa Mordercy. Przełknął nerwowo ślinę, po czym odezwał się.

- W istocie musimy porozmawiać, Duchu z otchłani... - przerwał słysząc drżenie swego głosu.

Nie chciał Assamicie pokazywać jak bardzo się go boi, a teraz pokazał to wszystkim obecnym. Zaklął w duchu, zaciskając mocno powieki. Nie chcąc jednak zbyt długo kazać czekać Łowcy otworzył oczy i spróbował ponownie. Głos nadal miał niespokojny, jednak już lepiej nad nim panował.

- Ale tutaj, przy wszystkich. - powiedział patrząc w czarne szła okularów Dartha Namtara. Nie utrzymał jednak długo spojrzenia. Rozejrzał się po reszcie zgromadzonych, w niemym krzyku o pomoc.

-Każde z was zasługuje na wyjaśnienia z mojej strony. Wiem jak bardzo słowa Paula mogły zniekształcić obraz rzeczy, dlatego naprawdę cieszę się, że w końcu możemy o tym porozmawiać.

- Terry, nie pogrywaj ze mną w ten sposób - głos Assamity nadal był cichy, niemal uprzejmy. - To nie jest sprawa, która dotyczy wszystkich. Wiesz o czym mówię. Tak, czy inaczej dowiem się... Możliwszy to tylko odwlekać...

- Nie pogrywam z tobą. Potrzebuję jednak, byś wysłuchał tego co mam do powiedzenia nim zaczniesz zadawać pytania. To nie potrwa długo.

Morderca przekrzywił głowę nie zmieniając wyrazu twarzy. Terry nie mógł zdecydować, czy Łowca przygląda się śladom krwi na jego ubraniu i dziurze, którą pozostawił kołek - czy też rozważa jego propozycję.

- Mashy* - powiedział Assamita w końcu - Tylko nie za długo. I nie próbuj żadnych sztuczek. Mestaneya.**

Terry skinął głową na znak zrozumienia.

- Gdy stało się wiadomym, że będziemy gośćmi w Sali Sępów ,mój mentor poprosił mnie o przysługę. Powiedział, że kiedy będziemy w środku, chce na niedługi okres czasu przejąć moje ciało. Przystałem na to, bo i dlaczego miałbym odmówić? Wszak rady jego zawsze były mądre i wyciągnęły mnie nie raz z tarapatów. To rzekłszy, przejść pragnę do samego spotkania. Kiedy weszliśmy do środka, zgodnie z umową mój mentor wkroczył do akcji. Piosenka którą wtedy zaśpiewałem nie była już moją inwencją. A kiedy potem wraz z Paulem poszedłem do pokoju w którym później do nas dołączyliście, nie ja kierowałem swymi krokami. Sam Paul jednak doskonale wiedział z kim rozmawia. Właśnie wtedy, po raz pierwszy usłyszałem jak mój mentor ma na imię. Belshatzzar. - Nie przerywał swojego monologu, zwrócił jednak uwagę, czy Goratrix jakkolwiek zareaguje na wypowiedziane imię. - Paul był zaskoczony, był przekonany, że mój mentor nie żyje. Ten zażądał współpracy Paula z naszą koterią i udzielenia nam wszelkiej pomocy jakiej będziemy potrzebowali w naszym śledztwie.

Zamyślił się na chwilę.

Paul powiedział wtedy słowa, które nie przestają mnie zastanawiać. Powiedział: "Narobiliście sobie ze starym wielu wrogów. Myślałem że on był ostatni, jednak myliłem się"... - znów zrobił pauzę. - W każdym razie, zgodził się podzielić z nami informacjami. Wtedy poszedłem i przekazałem Mrocznemu Jedi, żeby zebrał wszystkich i do nas dołączył. I to był koniec mojego kontaktu z Mentorem dzisiejszej nocy. Powiedział mi jedynie, że bytowanie w moim ciele ten krótki czas kosztowało go zbyt wiele sił oraz, że skontaktuje się ze mną jutro. Wtedy przyszliście wy. Resztę historii znacie.

- Czarna Victorio. Powiedziałaś wtedy, że chyba nie uważam was za głupców którzy nie widzą, że coś przed wami ukrywam. Nie, nie uważam. Nie okłamuję was ni nigdy tego nie uczyniłem. Pragnę zwrócić uwagę, że Paul wybuchnął agresją, kiedy nie połechtałem jego ego, gdy wręcz chwalił się swoją przenikliwością pytając czy to ja jestem odpowiedzialny za legendę o powrocie AtraHasis'a. Nie zrobiłem tego, bo jak już mówiłem wcześniej, nie mam o tym pojęcia. Żadne ze słów Paula nie były skierowane do mnie, a do mojego mentora.

- Zaczynam się też już przyzwyczajać powoli do faktu, że kiedy ktoś chce zaszkodzić naszej koterii zawsze próbuje nastawić Assamitę przeciwko nam. Dzisiejszej nocy padło na mnie, bo Paul uznał to za świetną okazję by wykończyć Belshatzzara o którym już wcześniej myślał, że jest martwy. Słowa, które przytoczyłem wcześniej. "Narobiliście sobie ze starym wielu wrogów. Myślałem że on był ostatni, jednak myliłem się". Pomimo tego co mówił Paul o Czerwonym Mędrcu wyrzucającym mojego Mentora z Koterii, te słowa stawiają tę dwójkę obok siebie, a nie na przeciw.

- Nie wierzę w uczestnictwo Belshatzzara w tych szalonych rzeczach o które oskarżał go Paul. Prawda jest taka, że oskarżeniami bardzo łatwo rzucać. Tylko, że właściwie każda rada jaką usłyszałem od swego mentora, prowadziła mnie w dobrą stronę i miała dobre następstwa. Podobnie zresztą było tej nocy. Zwróciliście uwagę, że jego działania sprawiły iż wśród starszych mamy teraz pewnego rodzaju szacunek? Nie będą już na nas patrzeć jak na szmaciane marionetki, za które uważali nas przed tym spotkaniem...

Tyle myśli kłębiło mu się w głowie. Tyle chciał im powiedzieć, a tak ciężko było mu zwerbalizować swoje myśli. W dodatku stojący obok Łowca i jego absolutny spokój również nie dawał mu się skupić.

- Nie wiem co jeszcze mam wam powiedzieć. Najistotniejsze jest to, że nigdy nie działałem na szkodę żadnego z was. Nie kłamię wam, nie okazuję wam pogardy ni się nie wywyższam. AtraHasis był mi przyjacielem i ogromnie mi zależy, by odkryć kto jest jego zabójcą. Za siebie ręczę swoją głową - powiedział i natychmiast pożałował doboru słów. Nie chciał nawet spoglądać w kierunku Mordercy. Bał się, że gdyby to zrobił, zobaczyłby uśmiech... Natychmiast więc zaczął mówić dalej. - Co do mojego Mentora, sam mam do niego nieco pytań. Ale według danych które posiadam, on także nigdy nam nie szkodził, a wręcz przeciwnie. Jeśli macie jakieś pytania, odpowiem na każde.

Ponownie zły dobór słów. Były sprawy o których nie chciał im mówić. O których nie mówił nigdy nikomu. Jedyna nadzieja w tym, że nie mają one absolutnie żadnego związku z sprawą. Więc nie mają powodu by o nie pytać.

Spojrzał mimowolnie na Mrocznego Jedi. Nie chcąc by ten poczuł się ignorowany, dodał parę słów w jego stronę, nieco cisszej.

- Nie ignoruję cię ani nie gram na zwłokę. To dla mnie ważne, abyś wysłuchał tego zanim pójdziemy porozmawiać. - Miał na tym skończyć, ale postanowił spróbować jeszcze czegoś. - I jeśli chcesz iść ze mną rozmawiać na osobności, obiecaj mi, że zachowasz się w pełni profesjonalnie. Nie chcę powtórki z tego co się stało przd domem. Nie zamierzam ani uciekać, ani nic przed tobą ukrywać. Zawsze byłem wobec ciebie w porządku. Spłacam swoje długi względem ciebie. Nigdy cię nie obraziłem ni twojego klanu. Myślę więc, że nie będzie dla ciebie ujmą, jeśli mi to zagwarantujesz.

Z wyczekiwaniem patrzał na Koterię, jednak przyłapał się na tym, że bardziej czeka w tej chwili na odpowiedź Assamity, niż ich pytania.


* arab - OK
** arab. Czekam.
Ostatnio zmieniony 14 października 2016, 18:58 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ