PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 10 grudnia 2016, 11:35

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Bolączki Terry'ego 11.08.1993

Terry powolnym krokiem wrócił do głównego salonu, co chwilę podpierając się o ścianę. Zanim zdołał tam jednak dotrzeć, zza jego pleców rozległy się pełne bólu i rozpaczy krzyki Gavina, z klanu Ravnos. A były to krzyki z rodzaju tych, które sprawiały, że nawet bestia w jego sercu kuliła swój ogon pod siebie.

Tak jak jeszcze moment wstecz, sprawiało mu trudność utrzymanie się na prostych nogach, tak w obliczu potępieńczych jęków nawet lekki trucht nie sprawił mu problemów. Na wpół wbiegając, na w pół wkraczając do salonu, dłonie miał przyciśnięte do uszu. Nie udało mu się jednak zagłuszyć koszmarnego dźwięku dobiegającego z sali rytualnej Atra-Hasisa. Przez moment przemknęła mu przez głowę myśl, starająca się odgadnąć co też zrobiłby mędrzec, wiedząc do czego ten prastary plugawiciel wykorzystał jego osobiste miejsce ceremonii. Nie udało mu się jednak ujrzeć tej myśli w całej okazałości, bowiem pomimo zatkanych uszu potępieńczy jęk konania zdrajcy narastał i robił się coraz bardziej nie do zniesienia.

W pełnym desperacji geście padł na kolana pośrodku sali i złożył dłonie do modlitwy. Tym samym jednak odsłonił swe uszy i dźwięk wlał się w nie z pełnym impetem. Zerwał się więc natychmiast na równe nogi, ponownie izolując się rękoma, chociażby częściowo, od niosącego ból wrzasku.

Rozejrzał się nerwowo, w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogło by mu chociaż na chwilę uwolnić się od dźwięku wwiercającego się w jego umysł. Dojrzał zaprzyjaźniony stolik, jednakże ten sam kulił się w sobie drżąc nerwowo, starając się uciec od bezlitosnej kakofonii cierpienia rozpełzającej się po całej posesji. Wskazówki zegara Zagłady spełzły z jego tarczy, chowając się gdzieś w czeluściach jego skomplikowanego mechanizmu. Dywan nie przykrywał już podłogi, cały pomarszczony starał się zwinąć w rulon, a ciężkie kotary przykrywające okna rzucały się w agonii, szybko zrywając się z trzymających je karniszy, by w nieładzie spocząć na nagiej podłodze.

- Aaaaaaaaaaaa!!!

Terry rozejrzał się nerwowo, bowiem krzyk który usłyszał rozległ się znacznie bliżej niż powinien. Dopiero po chwili spostrzegł się, że to jego usta zrobiły mu psikusa uwalniając zebrane w nim emocje. Pomyślał wtedy, że jest to pomysł idealny na tę chwilę. Pomyślał, że zagłuszy ten hałas od którego tak pragnął uciec swoim własnym. Nie czekając ni chwili, zaczął krzyczeć, lecz już po sekundzie przerażony przerwał. Jego krzyk bowiem nie był już jego własnym krzykiem, a agonalnym śpiewem Ravnosa, którego oddali na pastwę czarodzieja.

Zrozpaczony, niemalże ze łzami w oczach zaczął ponownie błagalnym spojrzeniem poszukiwać wybawienia, zarówno od cierpienia swego byłego kompana, jak i własnego sumienia.

Gramofon wydawał się stać na swoim miejscu niewzruszenie, jak gdyby pełen cierpliwości i może nawet rozbawienia spektaklem jaki zaserwował mu Malkavian. Niemniej stał tam, gdzie stał od pierwszej nocy. Duchowny rzucił się w jego kierunku, jak gdyby ten był flakonem ciepłej krwi, a on sam nie jadł od miesięcy. Drżącymi jak u narkomana dłońmi zaczął wertować płyty. Spieszyło mu się, nie miał ani czasu ani potrzeby wybrzydzać. Nerwowo ułożył płytę na talerzu i opuścił nań ramię z igłą.

[center]Nicolo Paganini - Capriccio n°24[/center]

Kiedy rozległy się pierwsze takty utworu, opadł ciężko na podłogę obok urządzenia. Dźwięk szarpanych smyczkiem strun szybko zmieszał się z płaczem od którego chciał uciec, by wkrótce zagłuszyć go bardziej i bardziej. W takt utworu dywan zaczął się prostować powoli wracając do swojej właściwej pozycji. W ślad za nim całe pomieszczenie wydawało się rozluźnić i odetchnąć z ulgą. Wszystkie sprzęty powracały na swoje miejsca, wijąc się przy dźwiękach skrzypiec. Najwięcej problemu miały story, którym dość długą chwilę zajęło przymocowanie się na powrót w ich wisielczej pozie.

Terry zamknął oczy, pozwalając by muzyka oczyściła jego umysł, w podobny sposób, jak posprzątała przed chwilą na jego oczach pomieszczenie. Wciąż nie czuł się dobrze z tym co się stało, i działo się nadal. Ale teraz miał możliwość zanalizować to na spokojnie. Bez koszmarnych jęków i bez wyrzutów sumienia.
Ostatnio zmieniony 10 grudnia 2016, 16:30 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 10 grudnia 2016, 15:34

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Ogród za domem, 11.08.1993

- Tak pewien, jak potęgi Siedmiu Wież i Ścieżki pod moimi stopami - odparł poważnie, patrząc Tariqowi prosto w oczy. - Gdyby było inaczej, nie powiedziałbym tego...

Starszy Zabójca zamyślił się na chwilę. Morderca oparł się o mur domu za swoimi plecami i spojrzał w niebo, starając się uspokoić. Skądś, z daleka dobiegała muzyka skrzypiec. Pomyślał, że ten, kto może się nią delektować, musi być beztroską istotą, nieświadomą wojny, która toczy się wokół... Przez chwilę łowił drżące i poszarpane dźwięki, niesione wiatrem przedświtu. A później zaczął opowiadać o tym, co zobaczył:

- Ta krew ma w sobie wielką moc - zaczął cicho. - Patrzyłem oczyma Hannibala na zastępy wrogów, rozciągające się pod murami Kartaginy... Był tam ze mną ktoś jeszcze... Prastary i potężny... Nie widziałem dobrze. Jego twarz była osłonięta hełmem... Czułem jednak ten sam gniew, rozpacz i wściekłość, jakie oni musieli czuć niemal dwa tysiące lat temu... W sumie nadal to czuję... Ta krew budzi Bestię... Bądź ostrożny, gdy będziesz chciał ją wypić. Zawarta jest w niej klątwa tych, którzy pożarli Starszych Klanu Mędrców i ukradli miano Brujah.

- Prawdopodobnie widziałeś Troile... Nie myśl o gniewie, a efekt szybko minie. Jak myślisz, dlaczego on dał mi tą krew?

- Mabaraf* - Morderca potrząsnął głową. - Wszystko, co się tutaj dzieje ma związek z Kartaginą. Wezyrów, którzy badają tą sprawę nawiedzają podobne obrazy... W wizjach wciąż powtarzają się nazwy Kartaginy i Korozain, imiona Hannibala, Troile i Mitrasa... I krew, dużo o krwi i zemście... Mój klient należał do Prawdziwych Brujah, zakładam więc, że wiedział wiele o tych sprawach. To co widzimy tutaj jest tylko cieniem o wiele starszej wojny, toczonej od tysiącleci. Myślę, że prawdziwe przyczyny zdarzeń leżą w przeszłości. Ja jednak mam za mała wiedzę, bym mógł je odkryć... Mój Pan i Mistrz, Akramath powiedział mi, że to nie nasza wojna... Lecz sprawa zemsty i krwi Skorpiona sprawia, że jesteśmy w to zamieszani. Sądzę, że ktoś to zaplanował. Być może chce dokonać hadd** naszymi rękami, nie płacąc za nią... Wierzę jednak także, że Prawda, która nas prowadzi mamy w sercu jest wystarczającą tarczą przed zakusami Kuffrów. Może więc zdarzyć się, że pies który zechciał się nami posłużyć, znajdzie sztylet we własnej piersi - wyszczerzył zęby. - Astaghfiruhaqim*** - dodał po chwili, starając się ponownie odzyskać równowagę. - Wciąż trudno mi zapanować nad tym...

- Bo o tym myślisz, fi amani Haqim.**** Zapomnij... Potrzebujemy więcej informacji. In sza' Haqim***** spotkamy się tutaj za jutro, tuż przed wschodem o tej samej porze co dziś. Muszę znaleźć miejsce na sen i ukryć się przed psami, które mnie śledzą... - Tariq przerwał na chwilę.

- Weź tą krew, ja z niej nie będę miał dużego pożytku - dodał po chwili - Dobrze by było dostarczyć ją do Alamut, ja niestety nie mogę tam się pojawić... Z oczywistych względów... Idź teraz domu i porozmawiaj z kimś, kto może nam pomoc dowiedzieć się więcej. Znam ten posmak, który pali niczym ogień. Dlatego cieszę się, że nie mam języka... - uśmiechnął się zimno.

- Shukran jaziilan,****** to dla mnie zaszczyt - odparł Morderca kompletnie zaskoczony. - Wybacz mi, ale nie mam niczego, co mogłoby się równać z tak wspaniałym darem. Jedynie to - Zrobił krok do przodu podając Tariqowi dwie fiolki wypełnione ciemną czerwienią. - Min faDlik,******* zechciej je przyjąć. To moja krew. Może znajdziesz ją użyteczną... Pozwoli ci przybrać formę cienia, gdybyś tego potrzebował...

- Shukran - odparł starszy Zabójca chowając fiolki. - Użyję ich dobrze. A teraz muszę znikać. Powodzenia Skorpionie - skinął głową i odwrócił się, kierując w stronę muru.

- Haqimumma inna Tariq fii dhimmatik, ła habli dżiłaarik - szepnął Morderca patrząc w ślad za odchodzącym. - Osłaniaj go więc od hańby, ognia i podłości Niewiernych...


[center]***[/center]
Rozmowa z Tariqiem była niczym powiew świeżego powietrza w zatęchłych komnatach pałacu Niewiernych. Teraz jednak należało wrócić do nich, zanurzając się w grząski labirynt kłamstw... Przez chwilę stał jeszcze pod murem starając się opanować wściekłość, którą wyzwalała świadomość gorzkiej konieczności. Wiedział jednak, że ten gniew, choć zrozumiały, nie jest do końca jego... Tariq dobrze to opisał. Palący smak, który nie pozostawał na języku lecz rozlewał się w ciele, rozpłomieniając żyły i arterie, rezonując w zakończeniach nerwów, po których rozchodził się wachlarzem mniejszych strumieni. Ciemność umykała spod powiek, spłoszona rozbłyskami szkarłatu... Ogień i krew, ogień i krew, tylko krew zdoła ugasić ogień...

Oblizał spierzchnięte wargi i oderwał się od ściany. Musiał znaleźć Raina. W tym stanie spotkanie z Kufframi mogłoby się skończyć bardzo źle. A wciąż przecież miał obowiązek ich chronić. Nawet przed sobą. Szybkim krokiem obszedł dom, zaglądając po drodze do garażu. Miał nadzieję, że chłodna bryza przedświatu przygasi pożar, który panował w jego umyśle... Tak się jednak nie stało. Ghula nigdzie nie było i Morderca z trudem opanował się, by nie wylądować swojej wściekłości na bramie wjazdowej. Czuł się tak, jakby balansował na bardzo cienkiej granicy, ponad rzeką ognia... Ognia i krwi... Ogień...

Potrząsnął głową i skierował się w stronę domu. Musiał znaleźć Raina... Nie zwracał uwagi na dźwięki skrzypiec, dobiegające gdzieś z oddali, jakby zza szkarłatnej kurtyny, która spowijała wszystko, malując świat czerwienią krwi... I płomieni... Nie zwracał uwagi, dopóki nie stanął w drzwiach pokoju muzycznego, a tony nie runęły na niego kryształowym, rozedrganym deszczem. To było tak, jakby stanął nagle w środku nagłej ulewy. Jak gdyby koncert smyczkowy mógł stać się strumieniem srebra, zmywającym czerwień i przywracającym światu normalną perspektywę. Poczuł ulgę, tak wielką, że niemal się zatoczył. Przytrzymał się jednak futryny, a później ruszył do przodu, wsłuchując się w drżącą melodię. Przeszedł obok siedzącego na dywanie Terrego, nieomal go nie zauważając i stanął nad gramofonem, wpatrując się jak gdyby w transie w wirujący szybko krążek winylu. Wiedział, że zna ten utwór, choć w tym momencie nie liczyło się to, gdzie usłyszał go po raz pierwszy. Pozwolił sobie po prostu na to, by przepływał przez niego, niosąc ukojenie i przywracając ciemność... Otworzył oczy dopiero, gdy igła dotarła do końca, trzeszcząc się na papierowym krążku. Nie spiesząc się zmienił płytę i uśmiechnął się lekko słysząc tak dobrze sobie znane tony. Poczuł jak napięcie mija i wiedział, że kołek nie będzie mu już potrzebny tej nocy.



* arab. - Nie wiem.
** arab. - zemsty
*** arab. - Niech mi Haqim wybaczy.
**** arab. - Niech cię Haqim ma w opiece
***** arab. - Jeśli taka będzie wola Haqima
****** arab. - Dziękuję bardzo.
******* arab. - Proszę
******** arab. - Haqimie, Tarig jest pod Twoją opieką i ochroną...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 11 grudnia 2016, 18:42

Isernia, 07/08.04.1826;

Do Iserni przybył w nocy z 7 na 8 kwietnia roku pańskiego 1826. Starał się trzymać na uboczu, nie chcąc by ktokolwiek wiedział o jego obecności. Nie było w jego planach zostać tu na dłużej. Starał się nie rzucać nikomu w oczy, przemykając uliczkami mocno zgarbiony, skryty pod kapturem swego płaszcza. Omijał place i skwery, z obawy przed spotkaniem kogoś z spokrewnionych. Posilił się na młodzieńcach z jednej z miejskich stajni, swoim zwyczajem w podzięce za krew wpuszczając w ich serca i umysły miłość i światło Pana. Światło, w które choć wierzył, nie do końca już pamiętał jego ciepło. Schronienia na nadchodzący dzień miał zamiar poszukać wśród uboższych mieszkańców, u kogoś kim nikt by się nie zainteresował.

Tym większe było jego zdziwienie, gdy przechadzając się w swej zgarbionej pozie po biednej dzielnicy usłyszał jak ktoś wola go po imieniu. Skulił się wówczas bardziej i przyspieszył kroku. Drugie zawołanie jednak rozwiało jego nadzieję, że to nie o niego chodzi. Ktokolwiek go wołał, nazwał go "bratem Terrym". A ponieważ był odziany w "cywilne odzienie", wiedział już w tym momencie ze został rozpoznany. Obrócił się nieśmiało a jego oczom ukazała się postać całkowicie nie pasująca do scenerii, która podbiegła do niego żwawym krokiem. Uśmiechnięty jegomość nie bez skrywanego obrzydzenia, przyglądał mu się uważnie podchodząc. Terry poznał go dopiero kiedy ten wybuchnął gromkim śmiechem. Beverant Cascio, z klanu róży. Poznali się dwie dekady wcześniej, gdy pierwszy raz był w stolicy chrześcijaństwa.

Toreador przywitał go pełen entuzjazmu i szczerej radości z tego niespodziewanego spotkania. Zaskoczony wyglądem Malkaviana zaprosił go do siebie. Terry widział, że jego przygarbiona poza i nerwowe reakcje na każdy nowy dźwięk, nie uciekły uwadze artysty. Ten nie pytał jednak, zabrał go do siebie, gdzie odizolowani od reszty świata mogli zostać sami. Rozmawiali do białego rana. O ostatnich wydarzeniach na świecie, o Bogu, o sztuce i o potrzebie zbawienia.

A kiedy obudzili się następnego wieczoru, Beverant oznajmił Terryemu, że musi mu kogoś przedstawić. W pierwszej chwili słowa te uwolniły strach, aż nazbyt znajome uczucie, towarzyszące duchownemu od kiedy pamiętał. Od dawna już unikał zawierania nowych znajomości. Zbyt wiele razy były one jak ślad, którym mógł podążyć jego bestialski ojciec, w niekończącej się pogoni przez noce jego nieżycia. Toreador jednak wiedział jak zaradzić na jego zdenerwowanie i szybko wyjaśnił, ze chodzi mu jedynie o koncert pewnego skrzypka, na który chciał go zabrać. chociaż wciąż niechętnie, Terry przystał na propozycję. Zmuszony był też przyjąć odzienie oferowane mu przez gospodarza na ten wieczór.

Na występie okazali się być jedynymi obecnymi kainitami, co pozwoliło się Terryemu skupić na muzyce. Kiedy dwie noce później się rozstawali, gorąco podziękował Beverantowi za ten wieczór. Bowiem tego wieczora, po raz pierwszy od wielu dekad dane mu było poczuć spokój. Całkowicie już zapomniał jakie to uczucie i kiedy dźwięk skrzypiec pozwolił mu odnaleźć to wspomnienie, łzy szczęścia spłynęły po jego twarzy.


[center]***[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Kiedy ostatnie dźwięki utworu umilkły, otworzył oczy. Uśmiechnął się na swoje wspomnienie, niesione muzyką którą pokazał mu przed laty jego gospodarz. Podobnie jak wtedy przed laty i tej nocy utwór ten wlał światło w jego serce. Za jego plecami ktoś zmienił płytę na gramofonie. Nowe dźwięki zalały pomieszczenie, kończąc te świętą dla malkaviana chwile.

[center]The Man In The Long Black Coat[/center]
Kiedy odwrócił się by zobaczyć kto to, ujrzał Mrocznejgo Jedi. Patrząc na niego, Terry miał wrażenie, ze bije od niego podobny spokój który ogarnął i jego. Co było uczuciem dość dziwnym, mając na względzie ze spokojny Assamita nie wróżył zazwyczaj nic dobrego. Tym razem jednak jego postać nie wzbudzała przerażenia jakie niesie widok ostrza w ręce wroga a raczej ten dziwny rodzaj zainteresowania gdy ogląda się nowy oręż pokazywany przez płatnerza.

Nowy utwór wypełniający komnatę, mimo że tak inny od śpiewu skrzypiec w pewien sposób współgrał z poprzednim, nie wpuszczając tu jeszcze biegu czasu przez te kilka chwil. Terry wiedział, że gdzieś już wcześniej słyszał tę melodię. Przymknął oczy chcąc sobie przypomnieć skąd i szybko odkrył, że to ta sama melodia którą niekiedy Łowca gwizdał pod nosem.

Spoglądając na wsłuchanego w piosenkę Dartha Namtara, Malkavian oprócz chłodu ostrej stali i metalicznego posmaku krwi z którymi normalnie kojarzył ochroniarza, zobaczył też istotę wrażliwą na piękno muzyki. Nie bojowego golema, a kogoś kto posiada własną osobowość. Osobę właśnie. Pełną skupienia niczym kapłan w trakcie czynności sakralnych. Uśmiechnął się do tej myśli, postanawiając pozostać tu jeszcze chwilę, biorąc udział w tym dziwnym rytuale, jakże odmiennym od innego odprawianego w tym samym czasie pod tym samym dachem.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 11 grudnia 2016, 21:15

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna Red'a 11.08.1993

Horacy początkowo z wielkim zainteresowaniem oglądał ceremonię. Lecz już chwilę później kiedy jęki i skamlenie Ravnosa rozległy się w komorze poczuł dreszcz niepokoju. Najpierw. Ponieważ później cała ta obrzydliwa scena wepchnęła w jego serce czarny jak cień niepokój.

Horacy to mlaskał, to stąpał w te i we wte, mamrocząc coś niezrozumiałego do siebie. Grubiańskie nawyki jakie nabył wraz z długimi samotnymi latami spędzonymi w kanałach wypłynęły z całą siłą. We wewnątrz bił się z myśłami.

Tak nie można... to obrzydlistwo... plugastwo... On tu jeszcze gotów splugawić nam całą komnatę tym rytuałem... co myśmy najlepszego zrobili... to jest... bueeee...

Miał ochotę pójść w sukurs Ravnosowi. Jaki był taki był ale po namyśle chyba jednak nie zasługiwał na taki los. Przed uczynieniem kroku trzymały go tylko słowa Goratrixa, że jest to skrajnie niebezpieczne. A także Victoria. Od czasu do czasu Szczur rzucał na nią okiem. Jako jedyna z nich mogła choć częściowo rozumieć co się tak naprawdę dzieje. A skoro nie interweniowała, jakaś nadzieja że to wszystko jest kontrolowane i nie niebezpieczne, dla ducha, dla domu, dla ich dusz, nadal istniała w sercu Horacego.

Rytuał ustał. I kiedy już Horacy myślał, że najgorsze za nimi słowa Goratrixa zmroziły do śmiertelnie. Przez chwilę stał z otwartą gębą, zupełnie zaskoczony nie wiedząc co powiedzieć. Rzucił okiem na pozostałą dwójkę, chyba ich trafiło jeszcze gorzej skoro oboje milczeli. Nie dziwota, jeszcze przed chwilą trwał spór kto może ofiarować ciało Tremerowi a kto nie, a teraz... Nie ma komu posprzątać kupy którą ktoś niechcący zrobił.

- Ekhem... - chrząknął i mało odważnym tonem zaczął. - ...jak rozumiem Mistrzu gardzisz naszym ekscentrycznym pięknem jak większość... Cóż przykro mi, że cię Ekscelencjo spotkała niedogodność tego typu ale zaręczam własnym doświadczeniem, iż da się z tym śmiało egzystować. - zakończył gorliwie, chcąc tym samym dodać choć nieco otuchy - Przyjmij proszę daleko idące przeprosiny. Nie mieliśmy świadomości, że wprowadzamy cię w błąd. - Nosferatu miał nadzieję, że konsternacja jaką się łatwo dało wyczytać z jego i zapewne nie tylko jego aury poświadczyła za prawdomównością wypowiedzianej frazy. - Odporność jest klanową mocą Ravnosów a wszyscy członkowie koterii Reda reprezentują, pewien standard dyscyplin wynikający z wieku. Nikt z nas nie miał świadomości, że ten był akurat wyjątkiem. Nie było to świadome... - Chciał jeszcze coś dodać ale zmienił zdanie. Obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku łazienki.

Błysk wspomnienia z chwili kiedy relaksował się w kąpieli i przycinał u stóp swoje zapuszczone pazury nożyczkami powrócił bowiem w jednej chwili.

Chociaż tak ulżę temu biedakowi. Właściwie to im dwom.

- Lepiej poszukam tych nożyc, Victoria miał takie ze zdobieniami... świetnie nadające się do tego celu. Z pewnością chętnie je pożyczy... - Rzucił oddalając się korytarzem. Zrobił to z wyraźną ulgą, bowiem chyba każdy w tym momencie wolałby być jak najdalej od całej tej nerwowej sytuacji.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 12 grudnia 2016, 14:27

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna Red'a 11.08.1993


Sceny które wydarzyły się przed jego oczami przypominały mu trochę jego własną przemianę. Różnica polegała na tym, że to co spotkało Gavina było dużo krótsze i w związku z tym doświadczył znacznie mniejszej różnorodności męczarni. Z drugiej strony nie dane mu było doświadczyć też momentów czystej świadomości, harmonii i medytacji, które nauczyły Darshana, że każde doświadczenie jest tylko doświadczeniem i niczym innym a poczucie rzeczywistości jest tylko stanem umysłu. Współczuł Sergiowi. Nic innego mu nie pozostało.

Obudziła się w nim także wątpliwość, widząc jak zmienił się wygląd fizyczny młodego Ravnosa. O takich efektach Goratrix nie wspomniał a przecież mógł to zrobić. Widocznie jak inni gardził prawdą. Darshan przestał mu ufać i gdyby nie praktyki aghori, które czynił jeszcze za czasów kiedy witał wschody słońca, pewnie poczuł by teraz odrazę. To jednak stało mu się obce już dawno. Przyjął więc wszystko co się działo jak zwykle, z zewnętrznym spokojem i wewnętrzną ciszą, która czasami była niezmiernie daleka od spokoju.

Skoro Horacy się wypowiedział, Darshan nie uznał za konieczne dalszego komentowania kwestii poruszonej przez Goratixa. Wzruszył niezauważalnie ramionami i czekał czy coś jeszcze się wydarzy, tak naprawdę chciał już wyjść nic więcej go nie interesowało.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 15 grudnia 2016, 18:43

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna Red'a 11.08.1993

Viktorię fascynowały rytuały i wiedza tajemna. Dlatego też z oddaniem obserwowała ceremonialne gesty i magiczne zaklęcia wypowiadane przez mistrza taumaturgii. Niestety nic z nich nie rozumiała oprócz faktu, że Goratrix zwracał się do jakichś prastarych bytów od których imion wampirzyca dostawała nieprzyjemnych dreszczy... Wiedziała, że magia jest niebezpieczna, że zawsze przekracza granice i nagina wszechświat do woli czarującego... to ją pociągał i przerażało zarazem. Przerażało bo wiedziała, że za każde takie działanie trzeba zapłacić cenę. Jaką cenę zapłaci ona za oglądanie tej okropności?

Wiedziała, że przejęcie ciała przez maga w astralnej formie będzie widowiskiem, który przekroczy jej granice pojmowania, że ukaże jej kwestie magii, o których nie miała świadomości. Dlatego też tak bardzo zależało jej by pozostać jako obserwator w komnacie rytualnej. Jednak to co ujrzała było ponad wszelkie granice oczekiwań. Ufała, że przekazanie ciała polega na uśpieniu świadomości posiadacza i przejęciu go w jakiś bliżej nieokreślony sposób. Jednak ilość cierpienia i krzyków które wylewały się z Gavina zupełnie zakrzywiły jej wizję. Zaszokowana tym co rozgrywało się przed nią stała w milczeniu z oczami szeroko otwartymi. Po kilku minutach zwątpiła czy jakikolwiek uczynek mógłby być adekwatny do kary, której teraz doświadczał Ravnos. Od razy pożałowała że tak ochoczo oddała Goratrixowi ciało tego nieszczęśnika. Wiedziała już, że jego pełne cierpienia jęki będą ją prześladować przez stulecia, do wtóru tych, które wydobywają się z ust jej ojca płonącego żywcem w jej wspomnieniach.

Przyciśnięta do ściany z paznokciami wbitymi w tynk stała sparaliżowana nakładającymi się obrazami z przeszłości i chwili obecnej.

Nawet gdy rytuał dobiegł końca, pozostała w tej samej pozycji z zamkniętymi oczami, próbując opanować nawał pomieszanych wizji. Słowa Goratrixa odbiły się głuchym echem w jej głowie i pozostały bez odpowiedzi.

Gdy otworzyła po chwili oczy ze zdziwieniem zarejestrowała zmianę w ciele Gavina. Co to niby miało być? Co stało się z jego ciałem? Czy cały ten ból i cierpienie i szał w który wpadał cygan wyrwało bestię z środka i nakazało jej wpłynąć na fizyczny wygląd? Czy było to uosobienie poziomu człowieczeństwa, dostosowane do ich gościa?

Zszokowana obserwowała Tremere w milczeniu, rozważając wszystko co ujrzała przed chwilą i tego konsekwencje.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 20 grudnia 2016, 15:42

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna Red'a 11.08.1993

Gdy Horacy przyniósł nożyce i nowe ubrania Goratrixowi ten natychmiast zabrał się do obcinania długich paznokci, zwiniętych w paskudne spirale. Mimo trudności, robił to wszakże nad wyraz zręcznie i z niesłychaną dokładnością. Podczas tych czynności, rozpoczął swój monolog, skierowany do obecnych Kainitów:

- Postąpiliście mądrze, dlatego dotrzymam słowa i pomogę wam znaleźć mordercę Atrahasisa. Rozumiem, że moje metody mogą być dla niektórych bestialskie, ale cóż... Dzięki nim przetrwałem do tej nocy i nie zamierzam zginąć na głębokiej prowincji, w jakimś Charleston... Jak dotąd tylko wy wiecie o mojej obecności na tej ziemi i ma tak pozostać - kolejne cięcie stalowych nożyc przerwało wypowiedź Czarodzieja.

- Zastanawiacie się zapewne dlaczego wam pomagam? Otóż, każdy kto pomoże w znalezieniu mordercy, będzie miał szansę na skontaktowanie się z Tah Mahe Ra. Wy także, i zapewniam, że podobnie mógł myśleć każdy kto was wcześniej spotkał i zaoferował wam wsparcie. Nie ma nic za darmo, zwłaszcza w naszym świecie... Bystrym jednostkom dostarczy to materiału na przemyślenia... Red należał do tej starożytnej sekty, logicznym jest więc wniosek, iż jego zabójcą jest bezpośredni wróg Tah Mahe Ra - osoba lub frakcja, która chciała śmierci Mędrca w Czerwieni. Jak zgaduję w okolicy pojawiło się wielu Starszych, którzy rozgrywają o wiele większą bitwę. Myślę, że morderca Red'a doskonale wie, że wasze działania mogą doprowadzić do spraw, które niektórzy chcą pozostawić ukryte - gdy skończył wypowiedź, obejrzał swoje nowe ciało.

Twarz Gavina zaczęła zmieniać się. Skóra, zaczęła goić się, a przekrwione oczy znów wypełniły się normalnymi źrenicami. Po chwili Gavin wyglądał na silnego i zdrowego, jednak w jego spojrzeniu skrywało się coś, czego wcześniej nie widzieli - świadomość ogromnej mocy. Goratrix zaczął zmieniać ubranie, mówiąc:

- Dam wam dobrą radę. Z tego co rozumiem, to jesteście traktowani jako jedni ze Starszych w obecnej sytuacji, tak więc powiem wam co się stanie, jak znajdziecie i zabijecie mordercę. Po niedługim czasie, od tego wydarzenia zostaniecie osaczeni przez Starszych z Camarilli. Już teraz widzą was jako zagrożenie dla swojej polityki. Wiecie za dużo... Chyba jest jasne, że Przedpotopowcy istnieją i czekają na swoje przebudzenie. W ostatnich latach zauważyłem podwyższoną aktywność Matuzalemów różnych klanów. Wy niektórych spotkaliście... Jak ten... Nomitar. To nie jest zwykły Ventrue, a Atrahasis nie otaczał się zwykłymi Kainitami. Nie zastanawiało was nigdy dlaczego, Nomitar kazał się zakopać na dnie jeziora ponad 200 lat temu? I nagle budzicie go w centrum jakiegoś wielkiego zamieszania, z którego nie można uciec. Oczywiście doskonale wiedział co się wydarzy w przyszłości, więc na pewno wie więcej o tym co dzieje się na tej ziemi. Nie widzę jednak wszystkiego... Coś was chroni przed ujawnieniem tajemnic śledztwa jakie posiadacie. Ktoś wam pomaga, ale to dobrze. Plan Red'a ma teraz większy sens. Hmm... - zamyślił się, zakładając nową szatę, koloru granatowego.

- Wracając, do Camarilii... Jak będzie po wszystkim, Karl Shrekt zapyta was o to, co wydarzyło się w Charleston. Oczywiście Assamity nie przepyta, tylko pozwoli mu odejść. Wszyscy wiedzą, że Morderca wróci do swoich po wykonaniu Kontraktu. Pozostaniecie bez ochrony, na łasce Karla. A ten w rozmowach z wami będzie szukał każdego kłamstwa i dotrze do informacji o Matuzalemach oraz Przedpotopowcach. Chyba nie muszę tłumaczyć co Camarilla robi z swoimi wrogami i co spotyka każdego, kto zaczyna forsować tezy w jakie wierzy Sabat. Być może jednak Karl będzie łaskawy i po przesłuchaniu wytrze wam pamięć, wcześniej wszczepiając w głęboką podświadomość komendę "Bezwzględnie wspieraj Camarillę" To chyba najlepsze, na co możecie liczyć... Kto jak kto, ale ja znam metody pana Karla, który był za życia Łowcą Demonów. Oczywiście, obejmowało to także nasz rodzaj... Tak, dobrze słyszycie. Teraz jest lojalnym Egzekutorem Camarilli, ale wcześniej spaliłby nas wszystkich na stosie. Bardzo nieprzyjemny typ. Oczywiście na łańcuchu klanu Tremere...

- Proponuję szukać sojuszników wśród Starszych już teraz. Bez nich Wewnętrzy Krąg, czy jak to mawiają Ventrue, Ivory Tower uczyni z was własne pionki. Teraz macie czas na tworzenie pierwszych koalicji. Jedną już udało się wam zawrzeć. Wiem jak oszukać Karla, więc będę mógł pomóc... Musicie zastanowić się nad swoją przyszłością. Inteligencja jest miarą przystosowania się do nowych warunków. Stoicie przed poważnym wyborem i to nie jest przypadek. Wszyscy bierzemy udział w Jyhadzie, czy tego chcemy, czy nie... Możecie pozostać w Camarilli całkowicie podporządkowując się jej włądzy, powtarzając przez wieki te same kłamstwa...
Przeciwwagą jest Sabat, ale w nim możecie zapomnieć o niezależności, tam wszyscy są równi, a więzy krwi zrobią swoje. Pozostanie neutralnym i niezależnym jest praktycznie niemożliwe i z dużym prawdopodobieństwem zakończy się waszą śmiercią. Cóż, wasz los leży tylko i wyłącznie w waszych rękach. Pora otworzyć oczy i zobaczyć, że potwory istnieją - uśmiechnął się lekko.

- Przetrwają tylko najsilniejsi...

Goratrix poprawił kaptur, po czym rozejrzał się badawczo po pomieszczeniu.

- Nie mogę tutaj zostać. Niebawem będzie świtać, dlatego wychodzę w tej chwili. Przybędę jutro dwie godziny po zachodzie słońca, abyśmy mogli dokończyć naszą rozmowę...

To powiedziawszy opuścił pomieszczenie, kierując się w stronę schodów...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 20 grudnia 2016, 23:20

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy powoli sunął za Goratrixem chcąc odprowadzić gościa jak należy. Pzostawał w pewnym odstępie od czarodzieja. Częściowo z powodu mieszaniny lęku przed wiekowym czarownikiem który przed chwilą udowodnił swą straszliwą moc a częściowo od bijącego od niego majestatu i wiekowej mądrości.

Słowa byłego Tremera, wypowiedziane po rytuale zapadły mu w pamięć. Nic co powiedział Goratrix nie wydawało się kłamstwem. Tylko wielkoduszna propozycja wsparcia w sprawie Karla Shrecka budziła pewien... niesmak, tudzież niepokój. Raz, że stary Szczur już naocznie się przekonał jak wątpliwie przyjemne bywa obcowanie z mocą czarodzieja. Na samo wspomnienie podniosły mu się resztki włosów jakie jeszcze się cudem zachowały na jego ciele. Drugą myślą było zaś głębokie odczucie, że tą pomocą mistrz de facto pomagał samemu sobie a nie im. Utrudnienie wytropienia, czy nawet samego zdobycia informacji, że ów wyklęty przez współbraci Tremer jest w okolicy, w pożyczonym (czyli jak zgadywał Horacy słabszym) ciele i to bez odporności, była przecież w jego jak najlepszym interesie. Choć Szczur wątpił by Shreck był w stanie mu dorównać nawet w tej gorszej wersji, niewątpliwie łowca demonów mógł mu nieco namieszać w szykach.

- Jeszcze jedno Mistrzu. - Powiedział ostrożnie kiedy już byli przy drzwiach. W dłoniach błysnęła mu biała, choć nieco zmaltretowana i pobrudzona wizytówka jaką w uprzejmej scenie na parkingu postanowił mu wręczyć Giovanii. Z nieskrywaną przyjemnością zamierzał powierzyć los tego uprzejmego dżentelmena przeklętemu przez bogów i swój własny rodzaj czarodziejowi.

Zabawne. Nawet nie pomyślałem wcześniej by spróbować ją...

Nosferatu zapadł się w sobie, czując falę napływających z wizytówki wizji.

Wyczuwał gniew i groźby kogoś kto otrzymał dokładnie tą samą wizytówkę. Był pewien, że był to Wampir, który trzymał ją przez krótki czas w dłoni mocno gestykulując i zastraszając Mario. Widział jak osoba ta w końcu wybucha gniewem, po czym rzuca w Mario wizytówką niczym kartą do gry w pokera i mówi:

- Zabieraj swą mafioską dupę do Wenercji i nie wtrącaj się w sprawy zakonu. Nie potrzebujemy waszej pomocy, zrozumiano? Jeżeli spróbujecie położyć łapę na trupach i Cornstalku to dopadniemy was i zrobimy sobie ucztę. Jak wiesz lubię pożerać swoich wrogów - długi język wychylił się zza ostrych kłów oblizując wargi.

- Ta armia teraz służy zakonowi, więc zamknij swą paszczę i wypierdalaj z Wirginii Zachodniej, póki jeszcze jest taka możliwość. Przekaż swojemu ojcu, że zakon nie potrzebuje więcej jego pomocy.

Po ostrej wymianie zdań Horacy bardzo mocno postarał się zobaczyć twarz tego drugiego. Sprawiało to spory ból lecz w pewnym momencie...
Jest, jest dobrze...niemal go.. taak widzę, trochę rozmazany, jeszcze trochę i taaak bardzo dobrze. - nagle poczuł jak coś staje mu w poprzek w gardle - On.. on patrzy na mnie... nie... źle, on mnie widzi, bardzo źle... niee... tylko nie on...
Ostatnią osobą która trzymała wizytówkę był...

[center]Obrazek[/center]

...Aurin Spiro.

Wręczana wizytówka wyleciała z dłoni. Nosferatu niezdarnie schylił się i podał ją raz jeszcze wprost w wyciągniętą dłoń Goratrixa. Nie patrzył mu w oczy. Bał się, że wyczyta z nich wszystko wraz z przeklętą twarzą, której obrazu nadal nie był w stanie się pozbyć. Wybąkał jakieś przeprosiny.
Ostatnio zmieniony 21 grudnia 2016, 21:18 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 21 grudnia 2016, 10:28

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Terry spoglądał przed siebie, gdy jego umysł wirował w opętańczym tańcu z piosenką, zaklętą na czarnym krążku. Pozostawał w doskonałym bezruchu, i tylko drgania jego mocno rozwartych powiek zdradzić mogły mnogość targających nim emocji.

W pewnym momencie spojrzenie jego padło na Mordercę, który od dłuższej chwili kontemplował muzykę, przypuszczalnie zza zamkniętych powiek. Jego twarz wciąż nie uzbroiła się w zwyczajowe, pełne uwagi napięcie. Zamiast tego malował się na niej nietypowy, pełen uwagi spokój. Tak można było by wyobrazić sobie kogoś, kto od wielu lat po raz pierwszy poczuł na twarzy promienie słońca i w cichą, letnią niedzielę przystanął na chwilę by pozwolić się ukoić jego ciepłu.

Wzdrygnął się na tę myśl, powodowany strachem bestii i zasmucił się na chwilę, kolejny raz uświadamiając sobie, że jemu już nigdy nie będzie dane spędzić tego typu chwili.

Dziwnie było patrzeć na swojego jeszcze przed chwilą oprawcę. Wspomnienie rozkwitło fantomowym bólem w jego piersiach a instynkt zasugerował ucieczkę. do tego wszystkiego w głowie rozbrzmiały mu głuchym echem słowa pełne obietnicy, szczerości i ekscytacji, które usłyszał na trawniku przed domem. To jest jedynie przedsmak tego, co mogę zrobić... Pamiętaj o tym.

Miał ochotę zapytać, co właściwie stało się w tamtej chwili. Nie miał złudzeń co do ich relacji. Była czysto profesjonalna, klient i jego ochroniarz. Zresztą żadne z nich, ani Darth Namtar, ani on sam nie chciało by tego zmieniać. Ale przeżył już wystarczająco dużo, by wiedzieć, że to co miało miejsce było niczym innym jak namiastką tortur. Oraz, że ze względu na naturę ich znajomości nie powinno mieć miejsca.

Złączył dłonie opuszkami palców, powoli oczyszczając umysł. Powrócił do tu i teraz. Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale wciąż byli sami. A muzyka wciąż utrzymywała tę dziwną atmosferę, która kusiła by się w niej zanurzyć. Ponownie spojrzał na stojącego obok Assamitę. Paradoksalnie, osoba której najbardziej się obawiał spośród całej koterii Atra-Hasisa, osoba najbardziej odczłowieczona i pozbawiona litości, prawdziwa Bestia wśród nich, była jednocześnie osobą, z którą miał najbliższy kontakt i której ufał bardziej niż reszcie. I nawet kiedy przypomniał sobie, że oto z rąk tego pomiotu Piekieł ma zginąć jego wieloletni nauczyciel, nie zmieniło to tego faktu.

Dziwne są ścieżki Pana.

Kiedy piosenka dobiegła końca i przez chwilę zapanowała cisza, Terry usłyszał swój głos. Nie lubił kiedy tak się działo.

- To ten utwór, który czasami wygwizdujesz. Czy będzie niegrzecznym, jeśli zapytam o historię jaka się za nim kryje?

Morderca drgnął lekko i przekrzywił głowę, najwyraźniej przenosząc uwagę na Świra. Przez kilka sekund milczał, przypatrując mu się. Terry znał go jednak już na tyle, by wiedzieć, że Assamita jest zaskoczony pytaniem, które usłyszał.

- Żadna historia - powiedział wreszcie. - Po prostu lubię waszą muzykę. Słucham tego czasem... W sumie sporo... Pink Floyd, The Doors, Deep Purple, White Noise, Laeghan Band - wzruszył ramionami. Mimo wszystko, pomimo pozornej obojętności z jaką mówił, nie był w stanie ukryć pewnej nuty fascynacji. Pobrzmiewała ona delikatnym echem zwłaszcza w nazwach zespołów. - Na Wschodzie nikt nie umie w taki sposób śpiewać o śmierci...

Uśmiechnął się lekko mówiąc ostatnie słowa i podniósł dłoń, zatrzymując płytę.

- Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób. - odezwał się Terry, analizując słowa Łowcy. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał, jednak zrodziła ona kolejne pytanie, które tak jak i poprzednie wyszło z jego ust mimowolnie. - Co takiego zatem odnajdujesz w śmierci? Oczywistym jest, że dostrzegasz piękno w miejscu gdzie większość z nas znajduje strach, ale to nie tylko o to doznanie chodzi, prawda?

- Nie. Wy, Niewierni boicie się śmieci. Podczas gdy powinniście raczej lękać się życia w hańbie - Assamita ponownie wzruszył ramionami, a następnie zdjął płytę i schował ją do pudełka. - Myślicie, że jesteście nieśmiertelni. Ale to nie tak. Kiedy spotykacie się ze mną, umieracie tak samo, jak inni. Jedynie czas nie ma na was wpływu. A śmierć... Śmierć przyjdzie po każdego.

Na chwilę przerwał najwyraźniej zastanawiając się, który z czarnych krążków wybrać. W końcu włożył jeden z nich i włączył gramofon. Odezwał się dopiero, gdy pierwsze dźwięki utworu wypełniły przestrzeń pokoju muzycznego:

[center]Lady d'Arbanville [/center]
- Jestem narzędziem Śmierci. Jedną z jej twarzy. Tak samo jak zbłąkana kula, nóż w ciemności, rozpędzony samochód, nad którym ktoś traci kontrolę... Śmierć ma wiele twarzy, ale rozpoznasz ją zawsze, gdy przyjdzie po ciebie. Być może, w waszym Świecie kłamstw tylko ona jest prawdziwa. A dla mnie... Laa* - potrząsnął głową - Nie umiem ci tego opisać. Jest ciemnością za moimi oczyma, odbiciem latarni ulicznej w ostrzu, które trzymam w dłoni... Noc jest pełna jej szeptów, które prowadzą mnie. Nie umiem znaleźć lepszych słów. Nie znam ich... Ona pozwala mi poznać was i innych... Ludzi... Tylko wtedy, kiedy umieracie stajecie się prawdziwi. Wtedy wiem, że nie okłamujecie mnie... Mogę zrozumieć, być z wami, gdy światło gaśnie... Później jest już tylko ciemność... I ja...

Zamilkł na chwilę słuchając muzyki.

- Kiedyś wrócę do niej - powiedział jeszcze. - I ten świat, który nigdy nie był moim. Więc to nie będzie jak odejście, tylko jak powrót. Do domu. Ale co wy, Niewierni możecie wiedzieć o tym? - potrząsnął głową z lekkim rozbawieniem i uśmiechnął się, błyskając zębami w mroku. Wydawało się, iż świetnie zna odpowiedź na to pytanie i nie oczekuje jej bynajmniej od Terrego.

Malkavian uważnie słuchał słów Mordercy. Tym ostatnim pozwolił samotnie ulecieć w przestrzeń, jednak kilka z wcześniejszych zatrzymał na chwilę, by móc spojrzeć na nie jeszcze raz.

- Wiesz, zawsze uważałem, że zabójstwo jest pełne hańby i upodlenia. Przerażała mnie myśl, że dla ciebie odebranie komuś życia jest tylko czynnością, że nie widzisz w tym nic złego. Ale to co powiedziałeś, twoje słowa... Myliłem się i widzę to teraz. To jest twój akt wiary, twoja prawda, na której zawsze możesz polegać. Potrafisz sprawić, by śmierć była czysta, czyż nie? Sprowadzić to do rangi rytuału, który odpowiednio wykonany oczyszcza zarówno ciebie, jak i twoją ofiarę, prawda? Takie samo zadanie ma ból który zadajesz. Bo cierpienie oczyszcza i ty o tym wiesz. To było piękne co powiedziałeś, wiesz? - zakończył, ostatnie zdanie wypowiadając trochę ciszej. Po czym się zamyślił, albo wsłuchał w muzykę. Na chwilę.

- Czy to o to chodziło, tam na trawniku? To co mi zrobiłeś, chciałeś wyczyścić ten syf, który zrodził się między nami przez rewelacje Paula, prawda? Musiało tak być, to jedyne sensowne wytłumaczenie. - dodał, przytakując sobie głową. Zaraz potem uśmiechnął się do Mrocznego Jedi. - Sprytne zagranie, muszę przyznać. Brutalne, ale i brutalnie skuteczne.

- Yekhrib betak...** - mruknął Morderca. Tym razem nie starał się ukryć zaskoczenia. I choć Terry nie mógł znać znaczenia tego słowa, rozumiał, że było ono wyrazem uznania, nie zaś zwyczajową klątwą na Niewiernych. - Nie sądziłem, że ktoś z was, kuffrów, zdoła to pojąć. Zwykle nie umiecie zrozumieć najprostszych rzeczy. Ale może coś w tym jest... Że wśród Munafiqun jedynie szaleńcy są w stanie załapać, jak jest... Bez obrazy, to nie obelga... Po prostu nie umiem rozmawiać z wami. Więc robię swoje. A krew jest święta. Jej przelanie nigdy nie hańbi. Jedynie oczyszcza. Mektub. Dlatego musiałem to zrobić, tam przed domem... Nawet jeśli nie wiedziałeś o niesławie twego nauczyciela, jego zbrodnie spadały także na ciebie. Był w końcu twoim Mistrzem.

Przerwał na chwilę, najwyraźniej zastanawiając się, czy powinien coś dodać.

- Myślałem nad tym, czy postąpiłem słusznie - rozpoczął po chwili. - Powinienem was chronić... Ale nie mogłem tego robić wiedząc, że masz coś wspólnego z tym zmal***. Nie umiał bym... - potrząsnął głową. - Więc musiałem przelać krew. Rozumiem jednak, że możesz pragnąc zemsty. Nie chcę by była między nami wrogość. Jeśli więc pomożesz mi i twój Mistrz padnie martwy, będziesz mógł mi zrobić to samo, co ja zrobiłem tobie. To uczciwa oferta. Krew za krew. Hal taqbalu hadha?****

- Dziękuję, to szlachetne z twojej strony - odezwał się Terry. Tym razem to on był zaskoczony otwartością Mordercy. - Ale teraz, kiedy wiem dlaczego to zrobiłeś, nie żywię wobec ciebie urazy. Nie pragnę zemsty. Chyba, że w jakiś sposób ci tym uchybiam, w takim przypadku nie odmówię. Jeśli jednak jest to dla ciebie do zaakceptowania to wiedz, że sama świadomość, że jesteś gotowy na taką wymianę, wystarczy mi jako zadośćuczynienie i nie będziesz mi wrogiem. - starał się, by szczerość jaką wkładał w te słowa, dało się z nich wyczytać.

Chciał jeszcze zapytać o Belthazara. O to czy gdyby się okazało, że Paul kłamał, to czy wtedy jego Mistrz będzie mógł odejść. Nie chciał jednak być źle odebrany, więc ugryzł się w język. To mogło poczekać. Bardziej ciekawiło go jak Darth Namtar zareaguje na jego bądź co bądź, odmowę.

- Mashy***** - Morderca skinął głową, przyjmując wypowiedź ojczulka jak coś oczywistego. - Słyszałem, że w twojej religii należy wybaczać. Nawet wrogom. Więc zgaduję, że jest to zgodne z wybraną przez ciebie Ścieżką. Ja co prawda tego nie rozumiem. Wolę zemstę - wyszczerzył zęby w uśmiechu, który rozwiewał wszelkie wątpliwości dotyczące tej kwestii. - Jednak każdy z nas wypełnia tylko własne przeznaczenie, Mektub.

Zagwizdał kilka taktów do wtóru muzyki i być może dodałby coś jeszcze, lecz w tym samym momencie na schodach rozległy się głosy. I zbliżające się kroki. W jednej sekundzie twarz Assamity zmieniła się ponownie w kamienną maskę. I Terry wiedział, że ten mur, który na chwilę legł w gruzach pomiędzy nimi, wzrósł na powrót. Morderca wyciągnął rękę, oszczędnym ruchem zatrzymując płytę. Skinął głową w kierunku Malkavianina, najwyraźniej kończąc rozmowę:

- 'Afwan, kaffir.****** Muszę coś załatwić - powiedział krótko, powracając do swego zwyczajowego, mechanicznego sposobu komunikacji. Po czym wstał i wyszedł z pokoju.
Sigil cooperation
* arab. - Nie
** arab. - Niech cię cholera...
*** arab - gównem.
**** arab. - Zgadzasz się?
***** arab. - O.K.
****** arab. - Wybacz, Niewierny.
Ostatnio zmieniony 26 grudnia 2016, 10:49 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 21 grudnia 2016, 19:33

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Opuścił pokój pozostawiając Terrego w towarzystwie półmroku, ciszy i lekkiego zakłopotania, po czym szybkim krokiem skierował się do holu. Nie miał zamiaru pozwolić, by Goratrix opuścił rezydencję zbyt pospiesznie. Tylko on mógł bowiem rzucić nieco więcej światła na zawartość fiolki, która wciąż spoczywała w kieszeni Mordercy.

- Effendi* - powiedział cicho, podchodząc do starego Czarodzieja. Przez chwilę czuł się dziwnie, spoglądając w twarz Gavina. Jednak to coś, co było obecne w spojrzeniu Cygana, natychmiast rozwiało wątpliwości Mordercy. Istota, która znajdowała się w tym ciele nie miała nic wspólnego z zarozumiałym i naiwnym głupcem, który zwykle je zamieszkiwał. W jej oczach czaiła się ciemność i świadomość spraw, o których inni nie przeczuwali, nawet w samotnych snach... Tremere rozmawiał właśnie ze Szczurem, który wydawał się nieco zbity z tropu. Łowca nie miał jednak zamiaru czekać, aż obaj skończą tę wymianę uprzejmości. Świt miał nadejść niedługo, a niektóre pytania powinny znaleźć swe odpowiedzi zanim to się stanie...

- 'Afwan,** jeśli przerywam, ale mam przy sobie krew Hannibala - odezwał się beznamiętnie. - Tego Hannibala, syna Troile, obrońcy Kartaginy - jego głos nie drgnął nawet, gdy otworzył dłoń prezentując fiolkę wypełnioną ciemnym płynem. - To własność mojego Klanu. Sądzę jednak, że może ona być istotna dla sprawy. Byłoby dobrze, gdybyście zechcieli ją zbadać i podzielić się wnioskami. Zważcie jednak na to, iż ta daem zawiera w sobie klątwę bękartów, nazywających siebie Brujah. Budzi Bestię. Bądźcie ostrożni.

Dodał, wiedząc, iż ostatnim czego potrzebuje, jest Starożytny Tremere, wpadający w szał w domenie Klienta. Tej nocy spotkało go już wystarczająco dużo problemów, z których większość wciąż odzywała się bólem w nadwyrężonych mięśniach. Jakoś nie miał zamiaru prosić się o kolejne, zwłaszcza, że rozmawiał z osobą, która wielokrotnie w przeszłości wspierała jego Dom i którą miał obowiązek szanować. Wbijanie jej kołka z pewnością nie byłoby czymś, co pochwalił by Akramah.

- Naprawdę? Masz ją... Tak, to ona.. - Goratrix wpatrywał się przez chwilę jak urzeczony w naczynie, które trzymał Namtar.

- Hannibal... Jesteś bardzo odważny lub równie mocno nieostrożny, mój przyjacielu - dodał po chwili. - Krew Matuzalema zawsze staje się pewnego rodzaju bramą dla prawdziwej mocy naszego rodzaju. W krwi zapisane jest wszystko, cała nasza historia. To klucz do spełnienia swoich celów, ale... trzeba mocno uważać. Wiedzieć, jak jej użyć... Jest wielce prawdopodobnym, że ten, o którym mówimy pozostaje obecnie aktywny i jest tutaj, a to oznacza, że wie o fiolce, którą trzymasz w ręku. Wiem co mówię. Jeśli chcesz ją dobrze wykorzystać, proponuję uczynić z niej wabik. Picie jej na pewno nie jest najlepszą z idei. Generalnie tak starych Brujah zdrowiej jest omijać. Ciekawi mnie skąd ją masz... No i chciałbym spróbować oczywiście, a wtedy może powiem coś więcej.

- Mumkin,*** jeśli umiesz zapanować nad klątwą...

- Myślę, że poradzę sobie - Goratrix uśmiechnął się i wziął podaną mu fiolkę, po czym włożył do niej palec. Po chwili posmakował zawartości naczynia a wyraz jego twarzy zmienił się - Tremere wyglądał jak kot, który dostał się do naczynia ze śmietaną.

- To rzeczywiście Hannibal - westchnął. - Jeżeli on jest zabójcą Red'a, to macie ogromny problem. Nie odpowiedziałeś mi... Skąd ją masz?

- Nie odpowiedziałem, bo nie zapytałeś - Morderca uśmiechnął się lekko, obserwując reakcję Czarodzieja. - Teraz jednak też nie odpowiem. Nie mogę. To własność Klanu - wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste.

- No proszę, nie można ci odmówić poczucia humoru, chłopcze - Goratrix odpowiedział uśmiechem zlizując kolejne krople krwi Matuzalema.

- Muszę powiedzieć, że w walce jest niepokonany - dodał po chwili. - Jego dyscypliny są porażające. Mam nadzieję, że śpi i nie ma nic wspólnego z Charlestone. A jednak martwi mnie fakt, że przyszedłeś z tym do mnie, a ja obiecałem pomóc wam w śledztwie. Teraz obaj wiemy, że zdobyłeś ją niedawno.

Namtar nie odpowiedział. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

- Wyczuwam coś jeszcze. Hmmm... - mruknął Tremere przeciągając językiem po podniebieniu. - On śpi, od bardzo dawna. Nie ma go tutaj.

- Kartagina?

- Jestem prawie pewien, że tak.

- Tak sądziłem - Namtar skinął głową. - Ten rytuał, który tam odprawiono uniemożliwia mu przebudzenie...

- Nikt nie mówi o upadku Kartaginy otwarcie. Na salonach to temat tabu, rozumiesz? - Czarodziej uśmiechnął się, jakby lekko ubawiony. - Słyszałem jednak, że pod ziemią leży w letargu kilku naprawdę starożytnych. Byłem tam zresztą... Ich gniew działa na Bestię sprowadzając koszmary, ból i szaleństwo. Prawdziwie, to przeklęta ziemia.

- Istanna...**** Kundle nazywające siebie Brujah... Sądzisz, że zdołają wyczuć tą krew?

- Nie sądzę. Jednak sama krew ma działanie magiczne. Jej obecność przekształca osnowę rzeczywistości. Proces ten zajmuje co prawda całe tygodnie, a naczynie, będąca generatorem zmian musi znajdować się w jednym miejscu. W ten sposób Brujah doprowadzali swych wrogów do upadku, niszcząc ich miasta. Nietrudno sobie wyobrazić, co dzieje się w metropolii w której na kilka lat ukryto taką fiolkę. Rebelie, rozruchy, rewolucje...

- Waa faqri***** - skrzywił się lekko Morderca - Umielibyście to powstrzymać w jakikolwiek sposób? Nie chcę mieć przy sobie czegoś, co wzmacnia wolę naszych wrogów. Fitnah.****** Z drugiej strony jednak nie mam wyboru. Jesteśmy odcięci od reszty świata i nie mam jak przekazać tego dalej...

- Spokojnie. Aby ta moc mogła działać fiolkę należałoby gdzieś ukryć. Nie może być także dotykana ni przenoszona. Powiesz mi z jakiego miasta pochodzi? - ciekawość starego Czarodzieja najwyraźniej nie dawała się łatwo uciszyć.

- Nie mogę - Assamita ponownie wzruszył ramionami, a w jego słowach zabrzmiała ta sama żelazna cierpliwość, która pojawiała się tam zawsze gdy tłumaczył Niewiernym rzeczy oczywiste. - Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie? W tej chwili jest tutaj...

- Tak i głęboko mnie to niepokoi. Tym bardziej, że powiedziałem jak używa się tej broni. Dobrze wspominam współpracę z wami podczas Pierwszej Rewolty. Szkoda, że nie chcesz dzielić się informacjami. Wtedy było inaczej...

- Zapewne masz rację, effendi Goratrix - zgodził się Assamita. - Czas jednak przemija. Mektub. Ty jednak także nie musisz się martwić. Czy sądzisz, że Starszyzna mojego Klanu nie wie tego, co mi rzekłeś? Zapytam, ile mogę Ci przekazać. Ale nie mogę obiecać nic, ponad to.

- Nic się nie zmieniliście - machnął ręką Goratrix oddając Mordercy fiolkę. - Te same metody od... odkąd pamiętam. No cóż, my tu gadu gadu a świt coraz bliżej... Wybaczcie więc, lecz muszę już znikać. Porozmawiamy jutro. Życzę wam wszystkim spokojnego dnia.

Skinął głową w pożegnalnym geście za czym skierował się do drzwi wyjściowych.



* arab - tytuł grzecznościowy, coś jak angielskie sir.
** arab. - Przepraszam
*** arab. - Możliwe
**** arab. - Poczekaj...
***** arab. - Cholera.
****** arab. - Korupcja, nieporządek, zagrożenie lub pokusa (a właściwie wszystkie te znaczenia na raz).
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 23 grudnia 2016, 00:46

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy skłonił się głęboko w dwornym geście czekając, aż Tremer wyjdzie.

Chwilę później walnął drzwiami z łoskotem zamykając je za gościem. Szczęk kolejnych zasuw w drzwiach świadczyła dobitne, że Nosferatu zamknął drzwi na wszystkie zamki jakie tylko w nich były. Oparł się o nie plecami i lekko osunął. Po chwili chwiejnym od nadmiaru przeżyć chodem ruszył do sali głównej ale po dwóch krokach zmienił zdanie i zawrócił by zamknąć jeszcze drzwi na łańcuszek. Potem już w miarę żwawo ruszył do sali głównej, gdzie jak mu się wydawało zostawił obraz.

- Chodź... chodź kolego... - powiedział pół przytomny do Namatara machając niezdarne ręką. Pod powiekami wirowała mu straszna twarz ojca Terrego. Szedł przy ścianie jak pół pijany, co chwilę odbijając się od niej barkiem by wyrównać pion chodu. Powstrzymał Assasina wzrokiem, który mógł mówić: nic mi nie jest, dam radę.

Wzrok kłamał. Ale tak było lepiej. Nie chciał by ten przeklęty zabójca go dotknął. Nie tak szybko, po tym co mu zrobił przed wejściem do domostwa.

Kiedy dotarł do pokoju w którym siedział Terry odzyskał już nieco kontrolę nad szalonym tańcem jaki zafundowała wędrówka po emocjach i wspomnieniach z przeklętej wizytówki. Najpierw chciał usiąść w fotelu i odpocząć krzynkę. Jednak zamiast tego nerwowo pochwycił pod pachę malowidło a także jakąś poduszkę i koc. Taaak, podusia i kocyk. Tak lubię najbardziej. Wyśpię się, zrelaksuję i wszystko co złe odejdzie w try miga, zobaczysz Szczurze... Nie usiadł. Zmienił zdanie, ponieważ wiedział że jak teraz siądzie szybko nie wstanie, a czasu było mało. Tak mało na te wszystkie rzeczy. Przez chwilę bił się z myślami czy mu teraz powiedzieć, czy też nie. Szkoda mu było Ojczulka, zwłaszcza kiedy zobaczył jego nieco już rozluźnioną twarz. Dobrze by było, by się ogarnął po traumie z trawnika...

Półprzytomny wzrok przeleciał po pokoju.

Ale, ale... Dlaczego do cholery tylko ja mam cierpieć skoro to nie mój ból jest. Zresztą jak powiedział G. inteligentna osoba zawsze znajdzie rozwiązanie by przetrwać, czy jakoś tak...

Spojrzał raz jeszcze na Terrego nie wiedząc jak zacząć rozmowę. Zamlaskał miast tego, czując suchość w ustach. A raczej popiół z piekielnego ognia jaki trawił zapewne teraz ojca Terrego.

- Widziałem... widziałem w wizji Spiro... świetej pamięci Spiro... to znaczy chciałem powiedzieć, tego padalca, niech się sukinsyn smaży w piekle. Ale o szczegółach nie tutaj. Przenieśmy się w jakieś bardziej ustronne miejsce. - wydusił w końcu z trudem patrząc na przerażenie malujące się na twarzy Ojczulka.

I tak, w jednej krótkiej chwili, chuj z twoim nastrojem melomanie...Bardzo mi przykro. Dodał w myślach smutnawo. Mimo wszystko trauma za traumą...

Potem już nieco mniej chwiejnie posnuł się do jedynego miejsca, które sprawiało że czuł się jako tako bezpieczny. Miał zamiar się napić. Ale bał się trzeciego picia z fiolki zostawionej przez Reda.

Być może przez Reda. Cholerne paranoje-moje.

Kiedy wszyscy znaleźli się w sanktuarium, Horacy nerwowo miętosząc poduszkę, dokładnie opisał co przydarzyło mu się z wizytówką.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 26 grudnia 2016, 00:15

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Mimo przerażających efektów rytuału przekazania ciała, Viktoria zaczynała wierzyć, że jednak dobrze postąpiła oferując ciało Gavina. Zdobyli ważnego sojusznika i jak ten sam słusznie zauważył, bez współgraczy na jego poziomie są zgubieni. Zaczynała wertować w pamięci wszystkie napotkane niedawno oferty niby to pomocy. Z kim jeszcze mogli się skontaktować lub będą musieli ... zaufać. Mieli nie ufać nikomu z poza koterii, nikogo nie wpuszczać. Trudno było by jednak zatrzymanie Goratrixa przed dowiedzeniem się rzeczy, których może i nie chcieli mu wyjawić. Raczej żadne z nich nie zdołałoby tego zrobić... no może oprócz Assamity, którego wiara i oddanie krwi było dla niej fascynujące z uwagi na sposób w jaki czyniło go to odpornym na tak wiele manipulacji. Czy ta cecha mogłaby się jednak oprzeć Tremere? Ich nowy.... przyjaciel miał też racje w jednym... po zakończonym śledztwie znajdą się w prawdziwych kłopotach. Żadna z przedstawionych opcji nie wydawała się dobrym wyjściem. Red musiał o tym wiedzieć. Czy specjalnie przygotował dla nich taki koniec? Liczył na ich pomysłowość? A może wszystko będzie miała takie zakończenie, którego nie są w stanie przewidzieć. Zdobyli dobrego sojusznika. Który kroczy pomiędzy cieniami, pomiędzy ścieżkami, nie będąc związanym z niczym tylko własną pasją do władzy i wiedzy. No cóż, nie wiele, oprócz metod, różnił się tym od niej samej.

Poczuła, że znowu uda im się zrobić krok naprzód w śledztwie. Na razie jednak powinni odpocząć. Była już tak zmęczona, że resztką woli słuchała opowieść Nosferatu o wizytówce. Nadchodzący świt trzymał w mocy jej klątwę ciemności, przejmując władzę nad zmysłami. Musiała iść spać. Dobrze, że byli już w sanktuarium.

Opierając się ciężko o wieko swojej trumny, obserwowała pełną przerażenia i obrzydzenia odruchową grę mięśni na twarzach Szczura i Świra.

- Myślisz, że mógł cię wtedy naprawdę zobaczyć? - Powiedziała z niekrytym przerażeniem w głosie. - Czy ta twoja wrażliwość może załamać tak czas i przestrzeń? Przecież jako istota, jak rozumiem Spiro został... no cóż zniszczony. Czy może na pewnym poziomię nie umarł nigdy. W prawdzie w tedy wciąż istniał i znaczy... że wiedział, wiedział że patrzysz. Co oznacza, że może czekać na nas jeszcze kilka niespodzianek z jego strony, a historia wcale nie jest skończona. Nic mnie nie zdziwi po tym jak tylko po dotknięciu przez ciebie listu Paula, zmanifestował się przy nas Goratrix. Nadwrażliwość zdaje się być więc pewnym rodzajem autostrady we wszystkie strony czasu i przestrzeni. Może przynieść wiele wiedzy i jeszcze więcej kłopotów...

- I Czego mogli chcieć Giovanni od Balli? Zakon? Czy miał na myśli swoich demonicnzych wyznawców?
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 28 grudnia 2016, 18:05

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993, przed świtem.

Morderca siedział na sarkofagu opierając się plecami o ścianę. Jego dłonie poruszały się szybko i pewnie, gdy dopełniał conocnego rytuału czyszczenia broni. Słuchając opowieści Horacego zdążył uporać się z giwerą i teraz skupił się na Dragunowie. Czasami pogwizdywał cicho, nie na tyle jednak, by zagłuszyć słowa Szczura.

- Spiro jest martwy - odezwał się spokojnie, nie podnosząc nawet głowy, w odpowiedzi na nerwowe dywagacje Viktorii. - Yela'an,* pożarłem jego duszę, zanim dopadły ją psy Iblisa. Tylko niewiasta lub dziecko może się lękać popiołu, rozwianego przez wczorajszy wiatr. Dla męża jest to hańbą, yelan ta'aris ardak.** - przerwał na chwilę wykonywaną czynność i spojrzał na Horacego. - Jedynym, co może ci grozić jest połamanie żeber, jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie kolegą - powiedział, posyłając Nosferatu jeden ze swych firmowych uśmiechów - O Spiro się nie martw. Facet jest przeszłością.

Ponownie zajął się karabinem, z uwagą jakiej zwykle nie poświęcał nikomu z Niewiernych. Refleksy światła na metalu odbijały się widmowymi błyskami i tonęły w bliźniaczych przeręblach jego okularów przeciwsłonecznych.

- Muszę powiedzieć wam kilka rzeczy. - zakomunikował po chwili, tonem, który zdawał się całkowicie wyprany z emocji. Trzymane w rękach elementy szczęknęły metalicznie, gdy rozkładał broń.

- Marconius, ibn il sharmota,*** łże jak pies. Akhkharu,**** który jest nagrodą i pochodzi z podobnej mi Linii Krwi nie znajduje się w Torporze. Jest przebudzony, całkowicie sprawny i cholernie niebezpieczny. Nayaak ghbar...***** W jakiś sposób potrafi być szybszy od Starszych mojego Klanu.

Pokiwał w zamyśleniu głową, jakby ten fakt nie do końca mieścił się w ramach jego dotychczasowych horyzontów. Następnie odłożył nasączoną olejem szmatkę i sięgnął po suchy kawałek bawełny, koncentrując się na wyczyszczeniu szkła w lunecie.

- Nie będę z nim walczył, jeśli to nie będzie konieczne - dodał po chwili z kamiennym spokojem. - Nie dlatego, że boję się śmierci. Zaszczytem jest ginąc w boju. Ale nie będę przelewał krwi brata. Nie jestem jakimś barbarzyńcą z Zachodu.

- Nawet, jeśli tamten jest związany Więzami Krwi, wciąż należy do mojego Domu. Atak na niego odbiorę jako atak na Klan. Co innego, jeśli on zaatakuje was. Wtedy oczywiście wypełnię mój obowiązek. Kontrakt jest Święty. Mektub.

Spojrzał przez lunetę, sprawdzając efekty swych wysiłków. Najwyraźniej nie był zadowolony, gdyż znów sięgnął po szmatkę.

- Nie może jednak być tak - rzekł po chwili. - by ktoś z naszej krwi chodził po świecie nie znając Ścieżki i nie wypełniając woli Szajch al-djabal.****** Sam pomysł tej gry jest wskh fitnah.******* Klan wie o tym, jednak nie może w tej chwili wysłać tu nikogo, kto zająłby się sprawą... Tak więc na mnie spada święty obowiązek powstrzymania tego. Zapewne za pomocą kołka, a nie stali. Jest bardzo prawdopodobne, że zginę próbując. W tej sytuacji nie mam jednak wyboru. Mektub.

Wzruszył ramionami i ponownie podniósł lunetę do oka, sprawdzając jej stan. Tym razem musiał być zadowalający, bowiem Łowca uśmiechnął się lekko i zaczął składać karabin.

- Istnieje też podejrzenie - dodał, nie zmieniając tonu. - Że to nie Marconius związał krwią tego o kim mówimy. Możliwe, że jest odwrotnie. Mabaraf, nie wiem tego, ale sądzę, że powinienem wam to przekazać.

Głoski, które wymawiał dźwięczały metalicznie, niemal monotonnie w martwej przestrzeni Sanktuarium, zlewając się z szczękiem składanej broni. Gdy ostatni element snajperki trafił na swoje miejsce, Assamita pogłaskał czarny kształt niemal czułym gestem, którym ktoś inny mógłby obdarzyć kochankę.

- Kuffr, każdy z nas ma ważne informacje - kontynuował, kładąc broń na kolanach. - Sugeruję wymienić się nimi i wyciągnąć wnioski. Ktoś zastawił tutaj pułapkę na wielu Starszych. Zwabił ich cenną nagrodą i schwytał, niczym muchy w sieć. Bezapt kidda.******** Zrobił to dopiero po śmierci Atra-hasisa. Myślę, że dopóki mój Klient żył, nie było to możliwe. Ktoś musiał chcieć jego śmierci. Cała sprawa sięga aż do Kartaginy i wojny między Brujah a tymi, którzy skradli ich imię i krew. Żeby ją zrozumieć, trzeba sięgnąć w przeszłość. Wyciągnąć sekrety, które się tam kryją... Inaczej będziemy krążyć, jak Niewierni po pustyni. A lwy i szakale pójdą naszym śladem...



* arab. - Niech to cholera
** arab. - pieprzę twój honor!
*** arab. - Syn dziwki
**** sumer - Wampir
***** arab. - sukinsyn
****** arab. - Mistrz z Gór (tytuł Mistrza Klanu)
******* arab. - brudnym plugastwem
******** arab. - Dokładnie tak.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 29 grudnia 2016, 00:10

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993, przed świtem.

Horacy pozornie gładko przełknął groby zabójcy. Choć wcale nie było to prawdą. Rozsiadł się wygodnie oglądając przytargane malowidło, które szpeciła wypalona twarz.

- Może... - zaczął oglądając co raz dokładnie obraz. - Może... wszyscy grali w jednej drużynie? Może Spiro mówiąc "Zakon"miał na myśli The Imperial Order. W końcu zarówno Arneta Lambert jak i sam Democritus do nie go należą. Choć jakby do innych obozów, skoro Spiro został spuszczony przez nich do toalety. To mi przypomina jakby wielki bieg w którym mistrzowie z różnych stron biegną, w jednym maratonie pomagając sobie nawzajem. Ale na końcu...

Co to jest do cholery? Palce Nosferatu długie, delikatne, wprawne w dotyku, palce prawdziwego rzeźbiarza, natrafiły na coś z drugiej strony obrazu. Jakąś niedoskonałość, jakieś rozwarstwienie którego być tam nie powinno...

- Ale na końcu... - powtórzył ciągnąc delikatnie za cześć płótna. - Okazało się, że jak zwykle każdy biegł w tym wyścigu z innego powodu, bądź w innym celu. Więc na ostatnich stu metrach przed końcem, cała drużyna która biegła razem, zaczyna ze sobą konkurować.

Coś mi to przypomina...

- Więc Spiro a być może i ktoś kto stał za nim i nadal pogrywa w grę, zostałby wyłączony przez... Kolegę.

Horacy na chwilę zwolnił bieg pracy przy obrazie, analizując czy aby na pewno jest konieczność jego poważnego uszkodzenia. Lubił takie starocie.

- Nie ukrywam, że przeraziła mnie i zaskoczyła wiadomość jaką nam przekazałeś Namtarze. Ten cały Akhkharu... nie jest w Torporze... Czy to możliwe żeby mógł choć częściowo stać za zorganizowaniem tej całej przepychanki starszych? Być może zszedł z prawej ścieżki i gra teraz własną grę. Czy to może być jego rewanż za to co zafundowano mu w Kartaginie? Czy wiemy jak dokładnie była tam jego rola i dlaczego? Czy ktoś z was w ogóle wie coś więcej o Kartaginie?

Pazur Nosferatu przebił brudnawym pazurem cześć obrazu, a raczej jedną z jego warstw, tą trywialną i nieważną zasłaniającą drugi skryty przed oczyma obraz znajdujący się z tyłu. Pazur jechał powoli krojąc bezczelnie płótno przy ramie.

Horacy przez chwilę podziwiał swoje dzieło. Odrzucił jedną nieinteresującą część, która zasłaniała do tej pory ukryty pod nim, kolejny obraz. Patrzył szczególnie długo na jeden z jego fragmentów. Po chwili odwrócił płótno ku pozostałym spoglądając na ich reakcje.

Obrazek

- Nie mam okularów... - zamlaskał kontetnt ze swego znaleziska - ale tu stoi napisane krwią... - cofnął twarz powoli odczytując podpisy z tyłu sekretnego obrazu.

- "Archeologiczna grupa Kruk w pełnym składzie, Indie 1736.: Democritus, Icutarath, Shaist, Elvira, Aiserionel, Brethilorn"*
- przez chwilę porównywał Elvirę z członkinią własnej koterii.
Po chwili już całkowicie skoncentrował wzrok na sylwetce Victorii, unosząc resztkę tego co pozostało mu z brwi, w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia.

- Ekhem.... Gdyby nie inne imię pod obrazem powiedziałbym, że to ty Victorio... - Rzekł wskazując tym samym brudnym pazurem w pierś liderki. Czekał co powie.

* od lewej na obrazie
Ostatnio zmieniony 29 grudnia 2016, 21:52 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 30 grudnia 2016, 22:27

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 11.08.1993, przed świtem. [/center]

Horacy jak zwykle wolał krążyć zagubiony, jak typowy młodszy członek Camarilli czekając aż jakiś starszy posłuży się nim jak pionkiem w grze. Lwy i szakale z wizji naszkicowanej przez Namtara. Zamiast spojrzeć, z determinacją w samo źródło problemu przed którym stał jako jeden z koterii Reda, wolał uciekać przed rzeczywistością w nieprawdopodobne bajania i bezpłodne dywagacje.

- Przepraszam, że zignoruję Twoje hipotezy Horacy, ale zgadzam się z Naamtarem, sądzę, że powinniśmy teraz skupić się na tym czego udało nam się dowiedzieć a po wymianie informacji, przyjdzie czas na wnioskowanie.

Sposób w jaki postrzegał teraz wampiry z Camarilli sprawił, że odruchowo zaczął mówić do Horacego jak do dziecka, no albo chociaż kogoś dość młodego.

- Informacją jest np. to że kiedy czekaliśmy na audiencję u księcia to byli tam też przedstawiciele rodziny Giovanni, celu ich wizyty nie znamy więc moglibyśmy na ten temat jedynie spekulować. Rozmawiali wtedy o Arcanum, lecz treści rozmowy nie udało mi się dosłyszeć.

Już chciał spojrzeć na Nosferatu i sprawdzić czy w jego oczach dostrzeże zrozumienie ale się powstrzymał.

- Jeśli którąś z informacji, które podam już znacie, wybaczcie mi proszę, że się powtórzę. Od dłuższego czasu moje myśli krążą wokół zagadnień bliższych sferze ducha niż świata doczesnego i nie potrafię przywołać w swej pamięci wszystkich odbytych ostatnio rozmów.

- Scareface tuż po mojej krótkiej wypowiedzi na temat Camarilli i składu koterii jaką wybrał Atra-hasis, przesłał mi impuls mentalny, w którym wyraził opinię, że uznaje sens mych słów i przestrzegł mnie przed powtarzaniem podobnych tez w obecności innych dostojników Camrailli. Nie wiem czy ma to jakieś większe znaczenie i myśle, że równie dobrze może nic nie znaczyć. Dla mnie nie znaczy to właśnie nic, ale może Wam uda się coś z tego wywnioskować.

- Poza tym Scareface był pod wpływem dominacji. Bardzo subtelnym i takim, którego najprawdopodobniej w ogóle nie był świadom. Jego postawa w śmigłowcu i to co robił było w związku z tym wpływem.

- Przy pomocy kamienia nie próbowałem skanować Goratrixa, po jego materializacji wolałem dodatkowo go nie prowokować na wypadek, gdyby był w stanie wyczuć taki skan, jeśli jednak sobie tego życzycie mogę spróbować to zrobić przy następnym spotkaniu, jeśli do takiego dojdzie.

Tutaj Darshan zamilkł, gdyż jak wcześniej wspomniał nie był to czas na dywagacje.
Ostatnio zmieniony 31 grudnia 2016, 10:42 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ