Wszyscy członkowie koterii w końcu zasnęli po ciężkiej nocy. Horacy nie zdążył opowiedzieć pozostałym o tym co widział podczas podróży astralnej, gdyż wrócił do ciała w ostatnim momencie. Większość zasnęła w Sanktuarium, jedynie Namtar spał w piwnicy, w dziwnej, czarnej sali rytualnej. Wszyscy zapadli w głęboki sen, który pozwolił im nabrać sił, przed wyzwaniami, jakie czekały na nich następnej nocy.
PBF - Charleston by Night
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Wszyscy członkowie koterii w końcu zasnęli po ciężkiej nocy. Horacy nie zdążył opowiedzieć pozostałym o tym co widział podczas podróży astralnej, gdyż wrócił do ciała w ostatnim momencie. Większość zasnęła w Sanktuarium, jedynie Namtar spał w piwnicy, w dziwnej, czarnej sali rytualnej. Wszyscy zapadli w głęboki sen, który pozwolił im nabrać sił, przed wyzwaniami, jakie czekały na nich następnej nocy.
Wszyscy członkowie koterii w końcu zasnęli po ciężkiej nocy. Horacy nie zdążył opowiedzieć pozostałym o tym co widział podczas podróży astralnej, gdyż wrócił do ciała w ostatnim momencie. Większość zasnęła w Sanktuarium, jedynie Namtar spał w piwnicy, w dziwnej, czarnej sali rytualnej. Wszyscy zapadli w głęboki sen, który pozwolił im nabrać sił, przed wyzwaniami, jakie czekały na nich następnej nocy.
Budzicie się następnej nocy. Każdy otrzymuje 1 Punkt Siły Woli za spokojnie przespaną noc. Przed wami kilka niespodzianek od MG 
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, piwnica, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
[center]Podkład: Who rides the astral wings[/center]
[center]
[/center]
Woń krwi kołuje nad miastem. Wicher jest jałowy i zimny, niczym oddech śmierci. Łopot ogromnych, czarnych skrzydeł odmierza ostatnie chwile, przeciekając przez palce niczym gęste krople w klepsydrze wieczności... Dlaczego wciąż go słyszę? Jestem tylko cieniem, jednym z cieni polujących w mroku. Noc płynie w moich żyłach, gdy me szczęki zacisną się, ona nasyci swój głód... Nie, ja nie potrzebuję skrzydeł... Jestem jednym z cieni...
Mimo to odgłos powtarza się. I trwa. Miarowy, nieubłagany, rytmiczny... Powinno być nas siedmiu. Kruków jest jedynie pięć. Albowiem one są tylko posłańcami, tego, który nadejdzie... O Czarna Matko Tiamat, jak smakowała twoja krew w tą noc gdy zrodziłaś sześciu mych braci? A oni wznieśli się wichrem nad ciemnym, bezkresnym oceanem. Sabitu, Rabishu, Maskim Xul...* Piliśmy razem krew w ciemnościach przed narodzeniem księżyca... I kłamstwa, które ślepcy zwą słońcem...
[center]U-RI-IN-NU SA-AH-PU-TUM SA NA-MARU
UT-TU-U SU-NU
IM-HUL-BI-TA MU-UN-DA-RU-US ID-NU-UN-US
MES IM-SU-ZI GISGAL-LU-GIM MU-UN-DA-RI-ES MELAM**[/center]
Teraz widzę go w dole. Stoi bez ruchu na skrzyżowaniu ulic. Niewielka, nieruchoma postać, a jednak nie mógłbym jej pomylić z nikim. O Czarna Matko, ma bezimienna kochanko, czy on jest jednym z nas?
Opadam w dół na skrzydłach wiatru. Vae-i-saritar...*** Miasto wznosi się nade mną dusznym, bezkształtnym koszmarem. Jest puste. Tak puste jak komnaty mego serca. Jego imię nie ma żadnego znaczenia... En'esh, Kartagina, Charleston... Nosiło te wszystkie imiona, lecz żadne z nich nie określało w pełni jego potworności... Żadne, nie sięgało mrocznych, niespokojnych snów pełzających pod powierzchnią kamienia, betonu i szkła. Budynki patrzą na mnie pustymi lejami okien. I czuję ciemność, płynącą ulicami miasta. Odżywiającą jego wielkie, martwe ciało...
Opadam na ulicę. Tam, gdzie przede mną stoi on. Nie widzę jego twarzy. Nie ma to znaczenia. Słyszę jedynie głos. Tak cichy, jak szept lunatyka... Lecz w tej martwej przestrzeni, koszmarnego, wiecznego miasta, ten szept rozrasta się i pełznie ku mnie, wibrując w zużytym, stęchłym powietrzu...
[center]
[/center]
- Poza zasłoną czasu, jest tylko ciemność. Każda chwila staje się kroplą krwi zasilającą ocean wieczności... Wszystkie te małe wschody tego świata... Jego kalekie krzyki i zawodzenia... Jego żałosne upadki... Nie znaczą nic w wieczności, są tylko iluzją zrodzoną z przesłon czasu. Gwiazdy spadają i gasną w czarnym oceanie. Spadają i gasną... Bowiem każde światło jest śmiertelne, każda opowieść jest kłamstwem... Gdzie chcesz pójść, gdy nie ma żadnej ścieżki?
Znam te słowa. Ich rytm i melodię. Są jak litania płynąca w mej krwi. Nie umiem zliczyć, ile razy szeptałem sam je w ciemnościach? Dotykając swojej skóry, dotykając krawędzi klatki złożonej z kości i mięsa... Mojego istnienia. Mojego imienia. Mojej twarzy...
- Kim jesteś? Nim, czy mną? - pytam. A mrok płynący arterią samotnej ulicy porywa me słowa i niesie ku niemu...
- Jakie to ma znaczenie? - odpowiada. - Czy ktokolwiek z nas, patrzących w wielką, nienazwaną ciemność, może jeszcze mówić o sobie? Być może jestem zarówno nim, jak i tobą. Być może jesteś tym, czego się lękasz... Kogo próbujesz ocalić służąc tym, którzy nadali ci imię? Wichrze znad czarnego morza, cieniu pierwotnej ciemności? Twoja droga jest drogą wiatru w bezkresnej przestrzeni. Nie ty wybrałeś jego kierunek. Jesteś tylko cieniem... Tak jak i ja... Obaj oddaliśmy wszystko, by ona mogła żyć w naszych żyłach... Dlaczego więc uważasz, że możesz osądzić mnie?
Chcę odpowiedzieć, lecz wtedy... Sen pierzcha niczym zerwana taśma filmowa. Moja świadomość powraca do klatki z kości i mięsa...
I Morderca budzi się...
[center]***[/center]
Otworzył oczy. Był całkowicie przytomny. I wiedział, że nie jest sam. A co jeśli to on? - przemknęło mu przez głowę. Żaden inny sukinsyn nie podszedłby mnie tak blisko. Nie w całkowitym mroku... Poczuł jak jego mięśnie napinają się mimowolnie. Wraz z tą myślą pojawiło się coś jeszcze. Coś, czego nie znał wcześniej. I czego nie czuł nigdy, nawet stając twarzą w twarz z bestiami pokroju Christiana Paina...
[center]Strach.[/center]
Palce Assamity zacisnęły się na wygładzonej powierzchni kołka...
* sumer. Określenia odnoszą się do synów Tiamat, Duchów Ciemności, zrodzonych jako czarne wichry.
** sumer. Oni są chmurami rozprzestrzeniającymi się szeroko, które gaszą jasność dnia, Oni uderzają z wichrami burzy i nie mogą być powstrzymani.
*** s. pers. Zły Duch podróżujący na skrzydłach wiatru.
[center]Podkład: Who rides the astral wings[/center]
[center]
[/center]Woń krwi kołuje nad miastem. Wicher jest jałowy i zimny, niczym oddech śmierci. Łopot ogromnych, czarnych skrzydeł odmierza ostatnie chwile, przeciekając przez palce niczym gęste krople w klepsydrze wieczności... Dlaczego wciąż go słyszę? Jestem tylko cieniem, jednym z cieni polujących w mroku. Noc płynie w moich żyłach, gdy me szczęki zacisną się, ona nasyci swój głód... Nie, ja nie potrzebuję skrzydeł... Jestem jednym z cieni...
Mimo to odgłos powtarza się. I trwa. Miarowy, nieubłagany, rytmiczny... Powinno być nas siedmiu. Kruków jest jedynie pięć. Albowiem one są tylko posłańcami, tego, który nadejdzie... O Czarna Matko Tiamat, jak smakowała twoja krew w tą noc gdy zrodziłaś sześciu mych braci? A oni wznieśli się wichrem nad ciemnym, bezkresnym oceanem. Sabitu, Rabishu, Maskim Xul...* Piliśmy razem krew w ciemnościach przed narodzeniem księżyca... I kłamstwa, które ślepcy zwą słońcem...
[center]U-RI-IN-NU SA-AH-PU-TUM SA NA-MARU
UT-TU-U SU-NU
IM-HUL-BI-TA MU-UN-DA-RU-US ID-NU-UN-US
MES IM-SU-ZI GISGAL-LU-GIM MU-UN-DA-RI-ES MELAM**[/center]
Teraz widzę go w dole. Stoi bez ruchu na skrzyżowaniu ulic. Niewielka, nieruchoma postać, a jednak nie mógłbym jej pomylić z nikim. O Czarna Matko, ma bezimienna kochanko, czy on jest jednym z nas?
Opadam w dół na skrzydłach wiatru. Vae-i-saritar...*** Miasto wznosi się nade mną dusznym, bezkształtnym koszmarem. Jest puste. Tak puste jak komnaty mego serca. Jego imię nie ma żadnego znaczenia... En'esh, Kartagina, Charleston... Nosiło te wszystkie imiona, lecz żadne z nich nie określało w pełni jego potworności... Żadne, nie sięgało mrocznych, niespokojnych snów pełzających pod powierzchnią kamienia, betonu i szkła. Budynki patrzą na mnie pustymi lejami okien. I czuję ciemność, płynącą ulicami miasta. Odżywiającą jego wielkie, martwe ciało...
Opadam na ulicę. Tam, gdzie przede mną stoi on. Nie widzę jego twarzy. Nie ma to znaczenia. Słyszę jedynie głos. Tak cichy, jak szept lunatyka... Lecz w tej martwej przestrzeni, koszmarnego, wiecznego miasta, ten szept rozrasta się i pełznie ku mnie, wibrując w zużytym, stęchłym powietrzu...
[center]
[/center]- Poza zasłoną czasu, jest tylko ciemność. Każda chwila staje się kroplą krwi zasilającą ocean wieczności... Wszystkie te małe wschody tego świata... Jego kalekie krzyki i zawodzenia... Jego żałosne upadki... Nie znaczą nic w wieczności, są tylko iluzją zrodzoną z przesłon czasu. Gwiazdy spadają i gasną w czarnym oceanie. Spadają i gasną... Bowiem każde światło jest śmiertelne, każda opowieść jest kłamstwem... Gdzie chcesz pójść, gdy nie ma żadnej ścieżki?
Znam te słowa. Ich rytm i melodię. Są jak litania płynąca w mej krwi. Nie umiem zliczyć, ile razy szeptałem sam je w ciemnościach? Dotykając swojej skóry, dotykając krawędzi klatki złożonej z kości i mięsa... Mojego istnienia. Mojego imienia. Mojej twarzy...
- Kim jesteś? Nim, czy mną? - pytam. A mrok płynący arterią samotnej ulicy porywa me słowa i niesie ku niemu...
- Jakie to ma znaczenie? - odpowiada. - Czy ktokolwiek z nas, patrzących w wielką, nienazwaną ciemność, może jeszcze mówić o sobie? Być może jestem zarówno nim, jak i tobą. Być może jesteś tym, czego się lękasz... Kogo próbujesz ocalić służąc tym, którzy nadali ci imię? Wichrze znad czarnego morza, cieniu pierwotnej ciemności? Twoja droga jest drogą wiatru w bezkresnej przestrzeni. Nie ty wybrałeś jego kierunek. Jesteś tylko cieniem... Tak jak i ja... Obaj oddaliśmy wszystko, by ona mogła żyć w naszych żyłach... Dlaczego więc uważasz, że możesz osądzić mnie?
Chcę odpowiedzieć, lecz wtedy... Sen pierzcha niczym zerwana taśma filmowa. Moja świadomość powraca do klatki z kości i mięsa...
I Morderca budzi się...
[center]***[/center]
Otworzył oczy. Był całkowicie przytomny. I wiedział, że nie jest sam. A co jeśli to on? - przemknęło mu przez głowę. Żaden inny sukinsyn nie podszedłby mnie tak blisko. Nie w całkowitym mroku... Poczuł jak jego mięśnie napinają się mimowolnie. Wraz z tą myślą pojawiło się coś jeszcze. Coś, czego nie znał wcześniej. I czego nie czuł nigdy, nawet stając twarzą w twarz z bestiami pokroju Christiana Paina...
[center]Strach.[/center]
Palce Assamity zacisnęły się na wygładzonej powierzchni kołka...
* sumer. Określenia odnoszą się do synów Tiamat, Duchów Ciemności, zrodzonych jako czarne wichry.
** sumer. Oni są chmurami rozprzestrzeniającymi się szeroko, które gaszą jasność dnia, Oni uderzają z wichrami burzy i nie mogą być powstrzymani.
*** s. pers. Zły Duch podróżujący na skrzydłach wiatru.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, sanktuarium, głęboko w Umbrze i głęboko w sennych marach 12.08.1993
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=OagjQhtgaws[/center]
Horacy szedł ulicami zupełnie pustego miasta. Tu i ówdzie paliło się światło, lecz nie było tam nikogo. Był tego pewien jak mroku, który objął swym władaniem nie tylko ulice Charleston ale i serce Nosferatu. Lęk rósł w nim coraz bardziej więc postanowił poszukać spokoju, tam gdzie zawsze czuł się najbezpieczniej. Ciężka, metalowa pokrywa prowadząca w głąb kanałów ze zgrzytem szurnęła po asfalcie, kiedy zamykał wejście za sobą.
Zeskoczył. Cichy plusk kiedy stopy zanurzyły się w brudnozielonej brei płynącej pod miastem. Kanały pchały przez siebie cały miejski syf z fikcyjnego życia na górze. Te podziemne rzeki wszystkiego co odrzucone, Szczurowi zawsze trochę przypominały gnijące arterie u trupa. Ale nie tylko dlatego je lubił.
Tym razem jednak coś mu tu nie grało. Ten dziwny poddźwięk jaki niósł się po kanałach i jeszcze coś... Nie lubił tego stanu kiedy miast uspokojenia, cierpła skóra na ciele, podnosiły się włoski, a na karku czuł czarny lód. Powiew zgniłego powietrza i ruch szat. Błysnęło delikatne światło latarki na szyi Nosferatu.
[center]
[/center]
Spokojnie Szczurze, za dużo miejskich legend się osłuchałeś o tym co może kryć się w tej plątaninie labiryntów i korytarzy. To tylko to i nic wię...
Myśl uwięzła w umyśle jak zmrożona. W marnym odblasku, tuż na granicy widoczności zobaczył ruch. Zbyt niedokładny, jednak również aż nazbyt mu znajomy...
- Rusty...? - wyrzucił niepewnie, czując nagle nienaturalną suchość w ustach.
Cokolwiek tam było przemieściło się. Powoli ruszył w mrok. Światło latarki zamigotało dyndając u jego szyi kiedy robił kolejne niepewne kroki w stronę gdzie jeszcze chwilę temu stała postać. Korytarz był pusty, jednak Horac był pewien, że słyszał cichy plusk toni.
Kroki. Nie odchodź.
Przyspieszył.
Światło gibało się coraz szybciej jakby miało się zaraz urwać z rzemieni na szyi. Pół biegnąc uświadomił sobie, że zupełnie nie kojarzy tej części podziemnego świata. Niemożliwe, przecież znał wszystko co było pod całym tym cholernym miastem. Plątanina korytarzy jednak coraz mniej przypominała mu kanały. Korytarz zrobił się lekko owalny i jakby wykonany z jakiegoś czarnego materiału. Stawał się też śliski. Z każdym swoim krokiem, Nosferatu uzmysławiał sobie że coraz mniej przypominał mu kanał, a coraz bardziej... jakby gardziel. Droga wiła się jak wąż.
-Ojcze?!
Głucho. Choć był pewien, że przez chwilę widział go znowu. Poruszał się z coraz większym trudem, po posadzce zaczęły się walać połamane kości, fragmenty małych czaszek...
Za tym zakrętem, już za moment. Zaraz, co to za dźwięki. To... jakiś, jakby śpiew.
[center]Podkład: Credo [/center]
W nozdrza uderzyła ostra woń kaganków w których prócz ognia paliły się jakieś zioła. Wszedł do szerokiej komnaty z podwyższeniem w najdalszej jej części. Była wysoka, wypełniona w dużej mierze ludźmi którzy zniknęli z nadziemnego miasta. Większość czołgała się powarkując jak zwierzęta, paznokciami zszarpywali z siebie okrycia jakie im zostały. Zrywali je czasami wraz z fragmentami swej skóry. Ci którzy byli już bez ubrań, szli na kolanach i wyrzucali ręce w kierunku piedestału. Na ich twarzach panował nastój religijnej ekstazy.
Niektórzy z nich niesieni religijnym amokiem śpiewali. Dziwne znaki jakie mieli wymalowane krwią na swych nagich ciałach przypominały te, które zajarzyły się w sanktuarium kiedy Goratrix czynił tam swe bluźniercze arkana.
Na zakrwawionym piedestale stał on. Patrzył wyniośle na swój nowy lud, który ponownie czcił go jako boga. Tak jak tysiąclecia wcześniej, na długo, długo przed Kartaginą. Jego prawica spoczywała na łysej głowie Rustyego, który dobiegł do niego i przywarł jak pies do jego nóg. Skamlał próbując powiedzieć o Horacym, jednak jego usta wyrzucały tylko falę brudnej krwi za falą. Miał wyrwany język. Nieco z tyłu stał Democritus odziany w płaszcz z czarnych jak noc piór. Z wielkim skupieniem podnosił koronę nad głowę swego pana i władcy. Na ten ruch półnadzy muzycy zaczęli uderzać miarowo ludzkimi kośćmi w swe bębny ze skóry niemowląt.
Za piedestałem była zaś rzecz najbardziej przerażająca Horacego, Brama.
[center]
[/center]
- Ingres już się zaczął. Spóźniliście się jak zwykle... - powiedział czołgający się w kierunku piedestału Shreckt i zachichotał cichutko.
Szczur z przerażeniem stwierdził, że Brama była już lekko otwarta. Sączyło się stamtąd czerwonawe światło. Było tam też coś jeszcze...
[center]Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=OagjQhtgaws[/center]
Horacy szedł ulicami zupełnie pustego miasta. Tu i ówdzie paliło się światło, lecz nie było tam nikogo. Był tego pewien jak mroku, który objął swym władaniem nie tylko ulice Charleston ale i serce Nosferatu. Lęk rósł w nim coraz bardziej więc postanowił poszukać spokoju, tam gdzie zawsze czuł się najbezpieczniej. Ciężka, metalowa pokrywa prowadząca w głąb kanałów ze zgrzytem szurnęła po asfalcie, kiedy zamykał wejście za sobą.
Zeskoczył. Cichy plusk kiedy stopy zanurzyły się w brudnozielonej brei płynącej pod miastem. Kanały pchały przez siebie cały miejski syf z fikcyjnego życia na górze. Te podziemne rzeki wszystkiego co odrzucone, Szczurowi zawsze trochę przypominały gnijące arterie u trupa. Ale nie tylko dlatego je lubił.
Tym razem jednak coś mu tu nie grało. Ten dziwny poddźwięk jaki niósł się po kanałach i jeszcze coś... Nie lubił tego stanu kiedy miast uspokojenia, cierpła skóra na ciele, podnosiły się włoski, a na karku czuł czarny lód. Powiew zgniłego powietrza i ruch szat. Błysnęło delikatne światło latarki na szyi Nosferatu.
[center]
[/center]Spokojnie Szczurze, za dużo miejskich legend się osłuchałeś o tym co może kryć się w tej plątaninie labiryntów i korytarzy. To tylko to i nic wię...
Myśl uwięzła w umyśle jak zmrożona. W marnym odblasku, tuż na granicy widoczności zobaczył ruch. Zbyt niedokładny, jednak również aż nazbyt mu znajomy...
- Rusty...? - wyrzucił niepewnie, czując nagle nienaturalną suchość w ustach.
Cokolwiek tam było przemieściło się. Powoli ruszył w mrok. Światło latarki zamigotało dyndając u jego szyi kiedy robił kolejne niepewne kroki w stronę gdzie jeszcze chwilę temu stała postać. Korytarz był pusty, jednak Horac był pewien, że słyszał cichy plusk toni.
Kroki. Nie odchodź.
Przyspieszył.
Światło gibało się coraz szybciej jakby miało się zaraz urwać z rzemieni na szyi. Pół biegnąc uświadomił sobie, że zupełnie nie kojarzy tej części podziemnego świata. Niemożliwe, przecież znał wszystko co było pod całym tym cholernym miastem. Plątanina korytarzy jednak coraz mniej przypominała mu kanały. Korytarz zrobił się lekko owalny i jakby wykonany z jakiegoś czarnego materiału. Stawał się też śliski. Z każdym swoim krokiem, Nosferatu uzmysławiał sobie że coraz mniej przypominał mu kanał, a coraz bardziej... jakby gardziel. Droga wiła się jak wąż.
-Ojcze?!
Głucho. Choć był pewien, że przez chwilę widział go znowu. Poruszał się z coraz większym trudem, po posadzce zaczęły się walać połamane kości, fragmenty małych czaszek...
Za tym zakrętem, już za moment. Zaraz, co to za dźwięki. To... jakiś, jakby śpiew.
[center]Podkład: Credo [/center]
W nozdrza uderzyła ostra woń kaganków w których prócz ognia paliły się jakieś zioła. Wszedł do szerokiej komnaty z podwyższeniem w najdalszej jej części. Była wysoka, wypełniona w dużej mierze ludźmi którzy zniknęli z nadziemnego miasta. Większość czołgała się powarkując jak zwierzęta, paznokciami zszarpywali z siebie okrycia jakie im zostały. Zrywali je czasami wraz z fragmentami swej skóry. Ci którzy byli już bez ubrań, szli na kolanach i wyrzucali ręce w kierunku piedestału. Na ich twarzach panował nastój religijnej ekstazy.
Niektórzy z nich niesieni religijnym amokiem śpiewali. Dziwne znaki jakie mieli wymalowane krwią na swych nagich ciałach przypominały te, które zajarzyły się w sanktuarium kiedy Goratrix czynił tam swe bluźniercze arkana.
Na zakrwawionym piedestale stał on. Patrzył wyniośle na swój nowy lud, który ponownie czcił go jako boga. Tak jak tysiąclecia wcześniej, na długo, długo przed Kartaginą. Jego prawica spoczywała na łysej głowie Rustyego, który dobiegł do niego i przywarł jak pies do jego nóg. Skamlał próbując powiedzieć o Horacym, jednak jego usta wyrzucały tylko falę brudnej krwi za falą. Miał wyrwany język. Nieco z tyłu stał Democritus odziany w płaszcz z czarnych jak noc piór. Z wielkim skupieniem podnosił koronę nad głowę swego pana i władcy. Na ten ruch półnadzy muzycy zaczęli uderzać miarowo ludzkimi kośćmi w swe bębny ze skóry niemowląt.
Za piedestałem była zaś rzecz najbardziej przerażająca Horacego, Brama.
[center]
- Ingres już się zaczął. Spóźniliście się jak zwykle... - powiedział czołgający się w kierunku piedestału Shreckt i zachichotał cichutko.
Szczur z przerażeniem stwierdził, że Brama była już lekko otwarta. Sączyło się stamtąd czerwonawe światło. Było tam też coś jeszcze...
Ostatnio zmieniony 25 stycznia 2017, 00:18 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, sanktuarium, wnętrze sarkofagu Terry'ego oraz jego głowy, 12.08.1993
Klub "Fanaberie" tego wieczoru odwiedziło sporo osób, nie było jednak tłoczno. Głośna muzyka kołysała osobami na parkiecie i przeszkadzała w rozmowach tym, którzy chwilowo nie byli w nastroju do tańca. Czerwono fioletowe światło nadawało niektórym twarzom upiorne oblicze, podczas gdy inne traktowało łagodniej i wydobywało wcześniej niedostrzegalne piękno. Terry stał przy barze, opierając się o niego plecami. Kiedy podszedł do niego uśmiechnięty młody mężczyzna w przyciemnianych okularach i przedstawił się jako Alex, wiedział, jakie zada mu pytanie. Nie pierwszy raz spotkał się ze zdziwieniem na widok koloratki w nocnym klubie.
Po krótkiej wymianie wykrzyczanych uprzejmości, Alex zaproponował rozmowę w bardziej sprzyjających warunkach. Przenieśli się więc do jednego z bocznych, wygłuszanych pomieszczeń, gdzie muzyka nie odbierała im możliwości spokojnego dialogu. Młodzian raczył się jednym z tych jaskrawozielonych drinków, które w Malkavianie wywoływały mieszane uczucia, zaś przed duchownym postawił kieliszek czerwonego wina.
Alex był zagorzałym ateistą, z ambicją krzewienia swojego punktu widzenia i jak sam powiedział, nie mógł przepuścić takiej okazji. Nie był jednak wulgarny, jak wielu jemu podobnych. Dyskusja w której się pogrążyli sprawiała więc Terryemu radość, a ponieważ poglądy młodego człowieka były przezeń mocno przemyślane, musiał przyznać, że była również wymagająca. Czas mijał, a rozmowa nabierała tempa i do gry zaczęły wchodzić coraz cięższe argumenty.
Nic nie zapowiadało tego co miało się stać za chwilę, kiedy Alex zdjął okulary i przetarł dłonią oczy. A kiedy podniósł wzrok, głos Terryego zamilkł w pół zdania, bowiem tęczówki jego rozmówcy znacznie różniły się od siebie i nawet w panującym w pokoju półmroku, było to wyraźnie dostrzegalne. Aż nadto znajomy dreszcz przebiegł po plecach Malkaviana. W pierwszej chwili nie umiał odgadnąć czy ten gest spowodowany był śmiałością czy też naiwnością młodziana. Bez względu jednak na prawdziwy tego powód, nie mógł sobie pozwolić na kolejną chwilę zwłoki. Spoglądając w znienawidzone przez siebie zjawisko heterochronii, wspomógł swe słowa mocą dominacji.
- Nie ruszaj się i nie odzywaj. Nie krzycz i słuchaj.
Następnie wytłumaczył Alexowi, że to nie jego wina, że został jednym z agentów jego mściwego stwórcy. Oraz że go kocha i daje mu pełne rozgrzeszenie. A potem już nie zwlekał ani chwili. Unosząc delikatnie wargi obnażył kły i wgryzł się w szyję młodego ateisty. Kiedy zaś poczuł, że wraz z ostatnimi kroplami Vitae wyssał z niego resztki życia, chwycił go za twarz a z jednej ze swych licznych kieszeni wyjął srebrną łyżeczkę. Unosząc martwe powieki wybrał oko jaśniejszej barwy i bezceremonialnie wydłubał je, dbając przy tym by go nie uszkodzić. Uśmiechnął się do siebie, przyglądając się swemu dziełu, następnie zaś uniósł głowę w poszukiwaniu jakiegoś naczynia, w którym mógłby je umieścić.
Lecz zamiast zaciemnionego pomieszczenia w Fanaberiach, zobaczył sanktuarium w posiadłości Czerwonego Mędrca. Oraz wszystkich pozostałych członków koterii Reda, stojących wkoło i z zaskoczeniem śledzących jego poczynania. Spojrzał w dół, ale ciało Alexa nie zniknęło, a jego gałka oczna wciąż spoczywała na srebrnej łyżeczce, którą zawsze nosił przy sobie.
Nie miał śmiałości spojrzeć im w oczy. Od pierwszego wieczoru swojego pobytu w Zachodniej Virginii bał się tej chwili. Mógł jedynie domyślać się emocji które malują się na twarzach jego towarzyszy. Wstyd i zakłopotanie sprawiły, że skulił się jeszcze bardziej. Zacisnął mocno powieki, chciał zniknąć, albo żeby oni zniknęli. Żeby stało się cokolwiek, co pozwoliło by mu uniknąć rozmowy o której wiedział, że teraz nastąpi.
W końcu podniósł głowę, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą. Jego wzrok nie napotkał jednak spojrzenia żadnego z nich. Zamiast tego, spostrzegł, że stoi na brukowanym dziedzińcu swego klasztoru, mokrego od deszczu i krwi jego Braci leżących bez ruchu dokoła. Naprzeciw niego stał Aurin Spiro, z tym samym nikczemnym uśmiechem, który spędzał mu sen z powiek przez ostatnie trzy stulecia.
- Możesz ukrywać się przede mną, zasłaniać swoim śniadym ochroniarzem, chować pod spódnicą swojej LaSombra. Możesz pożyczyć maskę od tego waszego Nosferatu i uciec w iluzje niewzruszonego mistyka. Na nic ci się to jednak zda, bowiem zrodzonyś z mojej krwi, a krwi nie oszukasz. Zawsze będę wiedział gdzie jesteś. A kiedy czas nadejdzie, ty sam pójdziesz w moje ślady. I nic nie zmieni twojej natury, ani twoje śmieszne modlitwy, ani twoje chore przekonanie, że to ja z naszej dwójki jestem większym potworem. Ale coś ci powiem, bezlitosny morderco. Ja nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego. - wycedził przez zęby Spiro, wyciągniętym ramieniem pokazując zasłany trupami dziedziniec.
Terry nie umiał rozluźnić ramion, ściśniętych w kleszczach strachu. Dostrzegł jednak, że w dłoni wciąż trzyma łyżeczkę z turlającą się po niej leniwie gałką oczną młodego Alexa. W tym samym momencie usłyszał szyderczy śmiech stojącego naprzeciw niego potwora.
Rozluźnił uścisk i pozwolił, by łyżeczka wyśliznęła się mu z palców. Nie ujrzał jednak jak upada ona na ziemię, bowiem utkwił spojrzenie w swoim stwórcy.
- Kłamiesz. To ty zabiłeś ich wszystkich. A także wszystkich potem. To ty zabiłeś każdego ze swych agentów, których wysyłałeś przez lata by mnie dręczyli. Nie jestem taki jak ty. I już nigdy nie będę. Ciebie już nie ma i nic już nie możesz mi zrobić.
- Czyżby? - zapytał Spiro wybuchając szyderczym śmiechem. - Myślisz, że nie zostawiłem za sobą zastępów takich Alexów? Myślisz, że nie zaplanowałem tego wszystkiego, kiedy zastawiłem na ciebie pułapkę w Charleston? Naprawdę myślisz, że ktoś taki jak Atrahasis wyznaczyłby takie nic jak ty na swego rycerza, gdyby nie moja ingerencja? A może myślisz, że nie wrócę? Oj, Terry, moje naiwne dziecię. Spotkamy się już wkrótce i tym razem już mi nie uciekniesz! - wykrzyczał, a jego demoniczny śmiech zagłuszył deszcz i odgłosy grzmiącego nad nimi nieba.
[center]* * *[/center]
Terry otworzył oczy. Dłonią natrafił na wieko sarkofagu. Zanim je odsunął, poświęcił kilka chwil by się uspokoić. Modlitwą pomógł wygonić ze swojej głowy niecichnący rechot swojego wieloletniego prześladowcy i ku swemu zdziwieniu musiał sam siebie przekonywać, że był to tylko sen.
Klub "Fanaberie" tego wieczoru odwiedziło sporo osób, nie było jednak tłoczno. Głośna muzyka kołysała osobami na parkiecie i przeszkadzała w rozmowach tym, którzy chwilowo nie byli w nastroju do tańca. Czerwono fioletowe światło nadawało niektórym twarzom upiorne oblicze, podczas gdy inne traktowało łagodniej i wydobywało wcześniej niedostrzegalne piękno. Terry stał przy barze, opierając się o niego plecami. Kiedy podszedł do niego uśmiechnięty młody mężczyzna w przyciemnianych okularach i przedstawił się jako Alex, wiedział, jakie zada mu pytanie. Nie pierwszy raz spotkał się ze zdziwieniem na widok koloratki w nocnym klubie.
Po krótkiej wymianie wykrzyczanych uprzejmości, Alex zaproponował rozmowę w bardziej sprzyjających warunkach. Przenieśli się więc do jednego z bocznych, wygłuszanych pomieszczeń, gdzie muzyka nie odbierała im możliwości spokojnego dialogu. Młodzian raczył się jednym z tych jaskrawozielonych drinków, które w Malkavianie wywoływały mieszane uczucia, zaś przed duchownym postawił kieliszek czerwonego wina.
Alex był zagorzałym ateistą, z ambicją krzewienia swojego punktu widzenia i jak sam powiedział, nie mógł przepuścić takiej okazji. Nie był jednak wulgarny, jak wielu jemu podobnych. Dyskusja w której się pogrążyli sprawiała więc Terryemu radość, a ponieważ poglądy młodego człowieka były przezeń mocno przemyślane, musiał przyznać, że była również wymagająca. Czas mijał, a rozmowa nabierała tempa i do gry zaczęły wchodzić coraz cięższe argumenty.
Nic nie zapowiadało tego co miało się stać za chwilę, kiedy Alex zdjął okulary i przetarł dłonią oczy. A kiedy podniósł wzrok, głos Terryego zamilkł w pół zdania, bowiem tęczówki jego rozmówcy znacznie różniły się od siebie i nawet w panującym w pokoju półmroku, było to wyraźnie dostrzegalne. Aż nadto znajomy dreszcz przebiegł po plecach Malkaviana. W pierwszej chwili nie umiał odgadnąć czy ten gest spowodowany był śmiałością czy też naiwnością młodziana. Bez względu jednak na prawdziwy tego powód, nie mógł sobie pozwolić na kolejną chwilę zwłoki. Spoglądając w znienawidzone przez siebie zjawisko heterochronii, wspomógł swe słowa mocą dominacji.
- Nie ruszaj się i nie odzywaj. Nie krzycz i słuchaj.
Następnie wytłumaczył Alexowi, że to nie jego wina, że został jednym z agentów jego mściwego stwórcy. Oraz że go kocha i daje mu pełne rozgrzeszenie. A potem już nie zwlekał ani chwili. Unosząc delikatnie wargi obnażył kły i wgryzł się w szyję młodego ateisty. Kiedy zaś poczuł, że wraz z ostatnimi kroplami Vitae wyssał z niego resztki życia, chwycił go za twarz a z jednej ze swych licznych kieszeni wyjął srebrną łyżeczkę. Unosząc martwe powieki wybrał oko jaśniejszej barwy i bezceremonialnie wydłubał je, dbając przy tym by go nie uszkodzić. Uśmiechnął się do siebie, przyglądając się swemu dziełu, następnie zaś uniósł głowę w poszukiwaniu jakiegoś naczynia, w którym mógłby je umieścić.
Lecz zamiast zaciemnionego pomieszczenia w Fanaberiach, zobaczył sanktuarium w posiadłości Czerwonego Mędrca. Oraz wszystkich pozostałych członków koterii Reda, stojących wkoło i z zaskoczeniem śledzących jego poczynania. Spojrzał w dół, ale ciało Alexa nie zniknęło, a jego gałka oczna wciąż spoczywała na srebrnej łyżeczce, którą zawsze nosił przy sobie.
Nie miał śmiałości spojrzeć im w oczy. Od pierwszego wieczoru swojego pobytu w Zachodniej Virginii bał się tej chwili. Mógł jedynie domyślać się emocji które malują się na twarzach jego towarzyszy. Wstyd i zakłopotanie sprawiły, że skulił się jeszcze bardziej. Zacisnął mocno powieki, chciał zniknąć, albo żeby oni zniknęli. Żeby stało się cokolwiek, co pozwoliło by mu uniknąć rozmowy o której wiedział, że teraz nastąpi.
W końcu podniósł głowę, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą. Jego wzrok nie napotkał jednak spojrzenia żadnego z nich. Zamiast tego, spostrzegł, że stoi na brukowanym dziedzińcu swego klasztoru, mokrego od deszczu i krwi jego Braci leżących bez ruchu dokoła. Naprzeciw niego stał Aurin Spiro, z tym samym nikczemnym uśmiechem, który spędzał mu sen z powiek przez ostatnie trzy stulecia.
- Możesz ukrywać się przede mną, zasłaniać swoim śniadym ochroniarzem, chować pod spódnicą swojej LaSombra. Możesz pożyczyć maskę od tego waszego Nosferatu i uciec w iluzje niewzruszonego mistyka. Na nic ci się to jednak zda, bowiem zrodzonyś z mojej krwi, a krwi nie oszukasz. Zawsze będę wiedział gdzie jesteś. A kiedy czas nadejdzie, ty sam pójdziesz w moje ślady. I nic nie zmieni twojej natury, ani twoje śmieszne modlitwy, ani twoje chore przekonanie, że to ja z naszej dwójki jestem większym potworem. Ale coś ci powiem, bezlitosny morderco. Ja nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego. - wycedził przez zęby Spiro, wyciągniętym ramieniem pokazując zasłany trupami dziedziniec.
Terry nie umiał rozluźnić ramion, ściśniętych w kleszczach strachu. Dostrzegł jednak, że w dłoni wciąż trzyma łyżeczkę z turlającą się po niej leniwie gałką oczną młodego Alexa. W tym samym momencie usłyszał szyderczy śmiech stojącego naprzeciw niego potwora.
Rozluźnił uścisk i pozwolił, by łyżeczka wyśliznęła się mu z palców. Nie ujrzał jednak jak upada ona na ziemię, bowiem utkwił spojrzenie w swoim stwórcy.
- Kłamiesz. To ty zabiłeś ich wszystkich. A także wszystkich potem. To ty zabiłeś każdego ze swych agentów, których wysyłałeś przez lata by mnie dręczyli. Nie jestem taki jak ty. I już nigdy nie będę. Ciebie już nie ma i nic już nie możesz mi zrobić.
- Czyżby? - zapytał Spiro wybuchając szyderczym śmiechem. - Myślisz, że nie zostawiłem za sobą zastępów takich Alexów? Myślisz, że nie zaplanowałem tego wszystkiego, kiedy zastawiłem na ciebie pułapkę w Charleston? Naprawdę myślisz, że ktoś taki jak Atrahasis wyznaczyłby takie nic jak ty na swego rycerza, gdyby nie moja ingerencja? A może myślisz, że nie wrócę? Oj, Terry, moje naiwne dziecię. Spotkamy się już wkrótce i tym razem już mi nie uciekniesz! - wykrzyczał, a jego demoniczny śmiech zagłuszył deszcz i odgłosy grzmiącego nad nimi nieba.
[center]* * *[/center]
Terry otworzył oczy. Dłonią natrafił na wieko sarkofagu. Zanim je odsunął, poświęcił kilka chwil by się uspokoić. Modlitwą pomógł wygonić ze swojej głowy niecichnący rechot swojego wieloletniego prześladowcy i ku swemu zdziwieniu musiał sam siebie przekonywać, że był to tylko sen.
Ostatnio zmieniony 26 stycznia 2017, 14:02 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, piwnica, 12.08.1993, w Świecie Snu.
Viktoria patrzyła się wprost na wielkie lustro zawieszone przed nią w przepastnej, zdobionej drewnem i złotem ramie. Było czarne i nieskazitelne, jak czysty obsydian. Nie odbijało żadnego światła, żadnego obrazu, żadnego kształtu. Mogła by jednak przysiąść, że wydobywają się z niego smugi dymu. Patrzyła się na jego powierzchnię, zapadając powoli w trans...
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=dUNOfNad59Q[/youtube]
Nagły odgłos grzmotu wyrwał ją z zapatrzenia. Walcujący, niespodziewany rytm akordeonu dotarł do jej uszu. Odwróciła się. Przed nią znajdowała się ogromna sala balowa z dziesiątkami par tańczących w rytm muzyki. Wszyscy ubrani byli w piękne, gustowne stroje, wyglądające na XVIII w, choć nie do końca zgodne z ówczesna modą. Może jednak bardziej wiktoriański? Nie... nie wiem... coś tu nie pasuje. Pomyślała. Stoły rozstawione po bokach uginały się od dekoracji z kwiatów, kosztownych świeczników i kielichów wypełnionych czerwoną cieczą. Coś jednak było złe w tym obrazie. Inne. Niepokojące. Nie na miejscu. Zaczęła powoli rozglądać się po sali.
Wielkie obsydianowe lustro wisiało za nią na ścianie. Hipnotyzowało, kazało na siebie patrzeć.
Spojrzała także na siebie i zobaczyła, że sama jest ubrana w balową suknie, całą czarną, gustowną... Pokiwała głową z aprobatą.
[center]
[/center]
... Jednak jako jedyna z całej sali nie nosiła maski... każdy z pozostałych miał zakrytą twarz lecz ich maski nie były tak misternie zdobionymi dziełami sztuki jak te w Elizjum Starszych. Choć gustowne stroje, wyglądały jak arcydzieła, to maski były ohydne... zmieniające proporcje twarzy, powykrzywiane, brzydkie... jakby pokazujące ich zepsute dusze ... Pomyślała odruchowo. Na domiar tego ich głowy zdawały się być niewyraźnie, zasmużone. Tak, jakby byli postaciami z obrazu, a ich malarz i twórca zdecydował, że weźmie pędzel i rozmaże im wszystkim z jakiegoś powodu twarze.
Gdy spostrzegła ten fakt, atmosfera w sali balowej zmieniła się, zrobiło się ciemniej, światła świec migotały stłumionym blaskiem. Wiktoria poczuła dotyk strachu pełzającego jej po karku. Czuła się niepewnie. Obnażona przez swą inność. Czuła, że nikt nie chce by tu była. Że coś jej grozi. Coś czemu nie jest w stanie stawić czoła. Coś o wiele potężniejszego od wszystkiego co znała.
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=En1dfFxfGSQ[/youtube]
Teraz zrozumiała co było jeszcze nie tak z obrazem przed jej oczyma. Wszystko było odwróconym odbiciem lustrzanym. Czy była więc po drugiej stronie lustra?
Nagle zobaczyła członków koterii, snujących się z nieobecnym wzrokiem po sali. Próbowała zwrócić ich uwagę, lecz nie reagowali na jej obecność. Ani na swoją nawzajem. I jako jedyni także... nie mieli masek.
Postanowiła spróbować wyjść z sali balowej i zobaczyć czy istnieje jakiś świat poza. Za wielkimi zdobionymi drzwiami znalazła labirynt innych pokoi i drzwi. Każde bogato zdobione. Wszędzie jednak panował półmrok i tak dziwna... atmosfera. Wiktoria nie była nawet pewna, co tak właściwie czuje. Pewien rodzaj grozy pomieszanej uczuciem ekscytacji, gdy ktoś jest w zakazanym dla siebie miejscu. Miała wrażenie że jest też bardzo stare. I nie do końca realne. Może stworzone przez kogoś... i tak zdecydowanie było lustrzanym odbiciem. Każda rzecz. Czuła się dziwnie... bardzo dziwnie.
Postanowiła zajrzeć do jednej z sal w labiryncie. Do niektórych drzwi były otwarte, do niektórych uchylone, do innych zaś zupełnie zamknięte. Pierwsze otwarte drzwi więc. Postanowiła.
Nie zdążyła nawet dobiec, a wyniosła kobieta ubrana w białą suknie, o treflowanych włosach i rozmazanej pędzlem twarzy zamknęła przed nią wejście z głośnym hukiem. Kolejne drzwi podobnie... i następne... i następne. W końcu udało się jej dotrzeć do innych wrót i wepchną niemal że siłą, walcząc z odźwiernym ... lecz to co tam zobaczyła...
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=haZ8hGi2i3o[/youtube]
Kolejny tłum par lecz nikt tym razem nie tańczył. Każdy coś robił lecz ich ruchy były pozbawione sensu. Nielogiczne, nieprowadzące do niczego. Wyglądało to jak pozbawiony jakiegokolwiek celu chaos. Patrząc na tłum gości z oddali, miała wrażenie, że kręcili się jak jak karuzela, tłum błądzących w koło głupców. Maniaków. Niektórzy byli dość przerażający i obsesyjni. Nie którzy po prostu śmieszni. Jeśli kiedykolwiek miałabym sobie wyobrazić bal towarzyski u Malkavian... to nie opisała bym tego lepiej . Podsumowała.
Wybiegła stamtąd nie znajdując sensu w pozostaniu dłużej w tej sali, nie zaglądała już do innych. Jedne uchylone drzwi przykuły jednak jej uwagę. Weszła do środka... nie było tam nikogo. Odetchnęła z ulgą. Naglę za plecami usłyszała jak drzwi zamknęły się za nią z wielkim hukiem. Odwróciła się. Nie była już sama. Za nią stał on. To jego czuła cały czas... to permanentne uczucie grozy... nie miała pojęcia kim jest. Zamazana, zasłonięta maską twarz nie powiedziała by jej też nic. Poczuła jednak, że patrzy się na nią. Naprawdę patrzy. Przez wszystkie poziomu snu i jawy. Przez wszystkie warstwy światów, luster i zasłon. Zadrżała ze strachu. Gardło ścisnęło się jej w panice. Nie miała gdzie uciec..
[center]
[/center]
Obudziła się nie mal uderzając głową o wieko trumny. Szybko, nie mal w panice wydostała się ze swojego wampirzego łoża i usiadła na skraju, próbując się uspokoić.
Kim on był? ... Kim? Patrzył się na mnie, widział mnie, tam w śnie, na prawdę.... Potęga jego krwi... nie mal czułam jak gotuje moją własną przez samą bliskość jego osoby... co nas czeka?
Viktoria patrzyła się wprost na wielkie lustro zawieszone przed nią w przepastnej, zdobionej drewnem i złotem ramie. Było czarne i nieskazitelne, jak czysty obsydian. Nie odbijało żadnego światła, żadnego obrazu, żadnego kształtu. Mogła by jednak przysiąść, że wydobywają się z niego smugi dymu. Patrzyła się na jego powierzchnię, zapadając powoli w trans...
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=dUNOfNad59Q[/youtube]
Nagły odgłos grzmotu wyrwał ją z zapatrzenia. Walcujący, niespodziewany rytm akordeonu dotarł do jej uszu. Odwróciła się. Przed nią znajdowała się ogromna sala balowa z dziesiątkami par tańczących w rytm muzyki. Wszyscy ubrani byli w piękne, gustowne stroje, wyglądające na XVIII w, choć nie do końca zgodne z ówczesna modą. Może jednak bardziej wiktoriański? Nie... nie wiem... coś tu nie pasuje. Pomyślała. Stoły rozstawione po bokach uginały się od dekoracji z kwiatów, kosztownych świeczników i kielichów wypełnionych czerwoną cieczą. Coś jednak było złe w tym obrazie. Inne. Niepokojące. Nie na miejscu. Zaczęła powoli rozglądać się po sali.
Wielkie obsydianowe lustro wisiało za nią na ścianie. Hipnotyzowało, kazało na siebie patrzeć.
Spojrzała także na siebie i zobaczyła, że sama jest ubrana w balową suknie, całą czarną, gustowną... Pokiwała głową z aprobatą.
[center]
[/center]... Jednak jako jedyna z całej sali nie nosiła maski... każdy z pozostałych miał zakrytą twarz lecz ich maski nie były tak misternie zdobionymi dziełami sztuki jak te w Elizjum Starszych. Choć gustowne stroje, wyglądały jak arcydzieła, to maski były ohydne... zmieniające proporcje twarzy, powykrzywiane, brzydkie... jakby pokazujące ich zepsute dusze ... Pomyślała odruchowo. Na domiar tego ich głowy zdawały się być niewyraźnie, zasmużone. Tak, jakby byli postaciami z obrazu, a ich malarz i twórca zdecydował, że weźmie pędzel i rozmaże im wszystkim z jakiegoś powodu twarze.
Gdy spostrzegła ten fakt, atmosfera w sali balowej zmieniła się, zrobiło się ciemniej, światła świec migotały stłumionym blaskiem. Wiktoria poczuła dotyk strachu pełzającego jej po karku. Czuła się niepewnie. Obnażona przez swą inność. Czuła, że nikt nie chce by tu była. Że coś jej grozi. Coś czemu nie jest w stanie stawić czoła. Coś o wiele potężniejszego od wszystkiego co znała.
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=En1dfFxfGSQ[/youtube]
Teraz zrozumiała co było jeszcze nie tak z obrazem przed jej oczyma. Wszystko było odwróconym odbiciem lustrzanym. Czy była więc po drugiej stronie lustra?
Nagle zobaczyła członków koterii, snujących się z nieobecnym wzrokiem po sali. Próbowała zwrócić ich uwagę, lecz nie reagowali na jej obecność. Ani na swoją nawzajem. I jako jedyni także... nie mieli masek.
Postanowiła spróbować wyjść z sali balowej i zobaczyć czy istnieje jakiś świat poza. Za wielkimi zdobionymi drzwiami znalazła labirynt innych pokoi i drzwi. Każde bogato zdobione. Wszędzie jednak panował półmrok i tak dziwna... atmosfera. Wiktoria nie była nawet pewna, co tak właściwie czuje. Pewien rodzaj grozy pomieszanej uczuciem ekscytacji, gdy ktoś jest w zakazanym dla siebie miejscu. Miała wrażenie że jest też bardzo stare. I nie do końca realne. Może stworzone przez kogoś... i tak zdecydowanie było lustrzanym odbiciem. Każda rzecz. Czuła się dziwnie... bardzo dziwnie.
Postanowiła zajrzeć do jednej z sal w labiryncie. Do niektórych drzwi były otwarte, do niektórych uchylone, do innych zaś zupełnie zamknięte. Pierwsze otwarte drzwi więc. Postanowiła.
Nie zdążyła nawet dobiec, a wyniosła kobieta ubrana w białą suknie, o treflowanych włosach i rozmazanej pędzlem twarzy zamknęła przed nią wejście z głośnym hukiem. Kolejne drzwi podobnie... i następne... i następne. W końcu udało się jej dotrzeć do innych wrót i wepchną niemal że siłą, walcząc z odźwiernym ... lecz to co tam zobaczyła...
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=haZ8hGi2i3o[/youtube]
Kolejny tłum par lecz nikt tym razem nie tańczył. Każdy coś robił lecz ich ruchy były pozbawione sensu. Nielogiczne, nieprowadzące do niczego. Wyglądało to jak pozbawiony jakiegokolwiek celu chaos. Patrząc na tłum gości z oddali, miała wrażenie, że kręcili się jak jak karuzela, tłum błądzących w koło głupców. Maniaków. Niektórzy byli dość przerażający i obsesyjni. Nie którzy po prostu śmieszni. Jeśli kiedykolwiek miałabym sobie wyobrazić bal towarzyski u Malkavian... to nie opisała bym tego lepiej . Podsumowała.
Wybiegła stamtąd nie znajdując sensu w pozostaniu dłużej w tej sali, nie zaglądała już do innych. Jedne uchylone drzwi przykuły jednak jej uwagę. Weszła do środka... nie było tam nikogo. Odetchnęła z ulgą. Naglę za plecami usłyszała jak drzwi zamknęły się za nią z wielkim hukiem. Odwróciła się. Nie była już sama. Za nią stał on. To jego czuła cały czas... to permanentne uczucie grozy... nie miała pojęcia kim jest. Zamazana, zasłonięta maską twarz nie powiedziała by jej też nic. Poczuła jednak, że patrzy się na nią. Naprawdę patrzy. Przez wszystkie poziomu snu i jawy. Przez wszystkie warstwy światów, luster i zasłon. Zadrżała ze strachu. Gardło ścisnęło się jej w panice. Nie miała gdzie uciec..
[center]
[/center]Obudziła się nie mal uderzając głową o wieko trumny. Szybko, nie mal w panice wydostała się ze swojego wampirzego łoża i usiadła na skraju, próbując się uspokoić.
Kim on był? ... Kim? Patrzył się na mnie, widział mnie, tam w śnie, na prawdę.... Potęga jego krwi... nie mal czułam jak gotuje moją własną przez samą bliskość jego osoby... co nas czeka?
Wiktoria jest wyraźnie poruszona. Nie trzeba nawet się starać, żeby odgadnąć że miała jakiś ciężki sen
Ostatnio zmieniony 26 stycznia 2017, 14:35 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Poza ludzką czasoprzestrzenią, 12.08.1993, tuż przed zmierzchem w Charleston VW
Kainita skłonił się nisko, wychodząc z komnaty. Dwóch stojących na straży ghuli bez słowa zamknęło ogromne wrota. Mężczyzna był pewien, że straże są o wiele mocniejsze, niż to co dostrzegał empirycznie. Nikt nie wiedział, jakie prastare rytuały, jacy tajemni sprzymierzeńcy strzegą zawieszonego w czasoprzestrzeni miejsca. Po ostatnich wydarzeniach, które zszokowały lokalnych rezydentów, ochrona uległa zaostrzeniu i Spokrewniony mógł się jedynie domyślać, jakie środki zostały ku temu użyte.
Wampirzyca, która czekała na niego na korytarzu kiwnęła głową. Mężczyzna odpowiedział tym samym znakiem i ruszył za Spokrewnioną nieco szybszym od niej krokiem. Gdy zrównał się, ta uśmiechnęła się karykaturalnie, odsłaniając rząd ostrych jak brzytwy kłów, które pewnie w niejednym śmiertelniku wzbudziłyby dreszcz przerażenia. Kainita dobrze wiedział, że ten widok stanowił dla wielu ostatnią rzecz jaką dane im było ujrzeć. Spokrewnieni tego klanu musieli oddawać się praktyce spożywania mięsa, aby móc przetrwać. Szanował ich za zrozumienie śmierci, magyi i za brzemię, które musieli nieść.
- Gdzie życzysz sobie się udać? - spytała powoli wypowiadając słowa.
- Czy pomożesz mi dostać się do domeny Artahasisa z krwi Prawdziwych Brujah w Charleston w Zachodniej Virginii? Będę dłużny - odpowiedział nie ukrywając perfekcyjnego brytyjskiego akcentu, typowego dla wyższych klas.
- Tak, skoro tego chcesz. Będę pamiętać o twoim zobowiązaniu - wyszczerzyła znów zęby - Ruszajmy zatem.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna; 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Spodziewał się kogo zastanie w domenie. Pamiętał ducha Pulhu Imela. Wiedział, że nie spotka Artahasisa. Od kilku nocy w willi rezydował Miecz Zagłady: wytypowana przez Czerwonego Mędrca koteria, powołana do życia aby rozwiązać zagadkę śmierci samego jej stworzyciela.
Cień Spokrewnionej oddalał się coraz bardziej. Rozpływał we mgle Umbry. Wkraczał znów w znany mu dużo lepiej świat, rządzący się prawidłami jakże dobrze znanego mu czasu i przestrzeni.
- Jest dwudziesta trzydzieści trzy i dwadzieścia pięć sekund dwunastego sierpnia 1993 roku, dokładnie trzy minuty po zachodzie słońca. Przybyłem idealnie o czasie - zdążył pomyśleć, gdy w nozdrza uderzyła go mocna nuta haszyszu. Wrażenie zapachu dotarło do niego szybciej niż cokolwiek innego. Dopiero po sekundzie półmrok Umbry zamienił się w całkowitą ciemność, co pozwoliło kainicie zorientować się, że dotarł na miejsce.
[center]
[/center]
Instynktownie wyostrzył zmysły, lecz ciemność była nieprzenikniona. Nim zdołał zrobić coś więcej, poczuł mocny ucisk na klatce piersiowej. Ktoś, kto najwyraźniej poruszał się bezgłośnie w tej wszechogarniającej czerni, unieruchomił go fachowym chwytem. Jednocześnie jakiś ostry przedmiot - co niemal instynktownie rozpoznał jako kołek - wbił mu się boleśnie pod lewą łopatkę, sugerując, iż wszelki opór nie ma przyszłości.
- Fajnie, że wpadłeś. Potrzebowałem krwi - odezwał się spokojnie ktoś tuż przy jego uchu. - Powiesz mi kim jesteś i jak się tu dostałeś, czy mam wbić kołek i od razu przejść do skonsumowania naszej krótkiej znajomości? - głos zdawał się niemal przyjazny, jednak jakaś niepokojąca nuta, skryta pod powierzchnią słów nakazywała domyślać się, iż mówiący bardzo poważnie traktuje fragment dotyczący konsumpcji.
Gość, jak na kogoś z czubkiem kołka dotykającym serca, zachował się bardzo spokojnie. Nie próbował stawiać oporu, nie wykonał żadnego głupiego, prowokującego ruchu. Jedynie cieknąca z rany stróżka vitae swoim apetycznym zapachem mogła wyzywająco kusić Assamitę, ale na to nie miał najmniejszego wpływu. Głupota, bezsensowna walka stały wysoko w hierarchii grzechów ścieżki jaką podążał. Rozważał wcześniej taki obrót sprawy, lecz miał nadzieję pojawić w domu Artahaisa w sposób jaki nie sprowokuje nikogo do instynktownych czynów. Niemniej jednak stało się i nie miał zamiaru dawać Mordercy powodu do wprowadzenia zabójczego planu w życie. Odezwał się powoli, niemal wyżutym z emocji głosem, akcentując poprawną angielszczyznę:
- Mniemam iż nie zajdzie potrzeba mej diabolizacji. Jestem Sir Bernard John Wellington krwi Brujah, potomek Gitmalu, prawnuk Artahasisa, wnuk Ethrici Moriq, syn Williama Harveya. Pulhu Imel może potwierdzić kim jestem. Przybyłem tu z Albionu, podróżując przez Umbrę. Wnioskuję iż mam przyjemność z Namtarem, sławnym synem Tiamat. - bardziej stwierdził niż spytał.
Słowa przebrzmiały w ciszy i zgasły. A milczenie, które pojawiło się po nich, przedłużało się niebezpiecznie...
- Tak, Strażnik potwierdził twoją tożsamość - odezwał się wreszcie Morderca, rozluźniając chwyt. - As-salamu alayka.* Jesteś jednym z niewielu, który może uznać spotkanie ze mną za przyjemność.
Wyszczerzył zęby w ciemności, choć nieznajomy nie mógł tego widzieć. I zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy czuje ulgę, rozmawiając z jednym z Niewiernych. To było realne doświadczenie: słowa, dotyk, zapach krwi... Nie miało nic wspólnego z cieniem z jego koszmarów. Odsunął się, by pozwolić tamtemu przejść.
- Zgaduję, że wiesz, gdzie jest wyjście? - zapytał z arabskim akcentem. Zabawne, bo Bernard mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą nie słyszał go w wypowiedziach Mordercy. - Nie szukaj kontaktu, wykręciłem żarówki w piwnicy... Koteria Atra-hasisa zechce porozmawiać z tobą. TafaDDal,** zaprowadzę cię. Tak będzie lepiej. Mniej nerwowych sytuacji.
Morderca zaskoczył go. Spodziewał się kogoś, kogo uznać można było za osobę co najmniej niemiłą, tymczasem Namtar wydawał się całkiem sympatyczny, wbrew opiniom jakie o nim usłyszał. Nie mógł mieć mu przecież za złe, że prawie wbił mu kołek w serce. Zasadniczo, to cieszyła go profesjonalna reakcja Assamity, a niewielki krwotok jaki był skutkiem? Drobna niedogodność, bardziej przeszkadzać mogła dziura w skrojonym na miarę garniturze i koszuli.
- Tak, pamiętam gdzie było wyjście Namtarze. nemase te daeva. - Pozdrowił także Pulhu Imela jedynymi słowami starożytnego języka którego nawet nie znał. Zapamiętał jednak charakterystyczny zwrot.
Ruszył ostrożnie w kierunku, gdzie jak pamiętał były drzwi. Poinstruowany wcześniej nie próbował nawet zlokalizować włącznika światła. Postanowił się podzielić z Assamitą swoimi obserwacjami:
- Twoja reakcja na moje niespodziewane pojawienie się była imponująca Synu Tiamat, twój klan musi być dumny mając w ciebie w swych szeregach. Czy wszyscy już wstali?
- Shukran. Sądzę, że każdy z mych braci uczyniłby podobnie - odparł wymijająco Morderca. Starał się mówić obojętnie, mimo wszystko, całość zabrzmiała dość sztywno. Nie umiał jednak nic na to poradzić. Z zasady nie był przyzwyczajony do komplementów ze strony Kuffrów - Nie wiem. Ale zwykle budzę się szybciej, niż Niewierni.
Mówiąc naciągnął glany i pospiesznie zasznurował je. Po chwili wyszli z pomieszczenia i skierowali się ku schodom na parter.
Brujah słysząc skromność bijącą z wypowiedzi Assamity skłonił się z szacunkiem i pozwolił się poprowadzić Namtarowi. Mimo iż znał rozkład pomieszczeń, to nie wypadało uchybiać etykiecie i czuć się zbyt swobodnie w rezydencji Czerwonego Mędrca, nawet jeśli było się jego progeniturą. Domostwo wyglądało niemal tak samo jak je zapamiętał, a czas jakby nie odciął tu swego piętna. Zresztą czymże był czas dla Prawdziwych Brujah? Czasem Plancka? Eonami? Sekundami? Uporządkowanym chronologicznie ciągiem zdarzeń? Każdy Elois postrzegał czas innaczej i potrafił nagiąć jego zdawałoby się nienaruszalne filary wedle swojej woli. Nawet pomiot Troile'a znał podstawy Akceleracji.
- Skoro wstałeś wcześniej i wygląda iż reszta domowników jest jeszcze w objęciach Sandmana może dasz się namówić na filiżankę herbaty? Nic tak nie orzeźwia i nie umila niezobowiązującej rozmowy jak filiżanka Earl Grey lub selekcjonowanego Darjeling.
Morderca zatrzymał się i spojrzał na niego. Bernard nie mógł dostrzec wyrazu jego oczu, ponieważ skryte były za ciemnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych. Mimo to miał nieodparte wrażenie, że nie ujrzałby w nich zrozumienia. Właściwie przez chwilę poczuł się nieco absurdalnie. Tak, jakby zaproponował herbatę rekinowi. Albo murenie... Zdecydowanie murena była tu bardziej na miejscu...
- Wiesz, ja nie żyję - odparł Namtar po kilkunastu sekundach ciszy, przekrzywiając lekko głowę co tylko upodobniło go bardziej do drapieżnej ryby. - Piję krew. Najchętniej Niewiernych. Nie prowadzę niezobowiązujących rozmów. I nie mam nawet co wspominać by móc podtrzymać iluzje przeszłości. Więc może darujmy sobie tę część? Tak po prostu?
Kainta zdziwił się słowami Łowcy. Przeanalizował szybko w myślach swoją ostatnią wypowiedź i w przeciągu około dziesiątej części sekundy zorientował się, że wyraził się niezbyt precyzyjnie. Namtar miał zupełną rację w świetle tego, co powiedział Bernard.
- Przepraszam Namtarze, że wprowadziłem Cię w błąd swoją wypowiedzią sprzed czternastu sekund. Nie różnię się fizycznie od innych Spokrewnionych. Picie tradycyjnego naparu z herbaty, nieważnie czy zalanych wrzącą wodą liści, czy parzonej metodą japońską wywołałyby u mnie natychmiastowe torsje, podobnie jak u około dziewięćdziesięciu dziewięciu procent kainitów. Miałem na myśli odpowiednio spreparowaną wedle mojej metody vitae. Nie mogę zagwarantować, że krew pochodzi od niewiernych, ale szansę iż spełnia twoje kryteria wstępnie oceniam na około siedemdziesiąt procent. Jeśli nadal reflektujesz na odrobinę vitae, możemy wypić ją w zupełnej ciszy. Lubię medytować przy filiżance nie tylko pożywnej, ale także odpowiednio smakującej krwi. Nie będę żywił żadnej urazy jeśli odmówisz. Zresztą jak słychać, dzięki naszym niewielkim różnicom kulturowym, odmiennym punktom widzenia już chyba prowadzimy ciekawą i niezobowiązującą rozmowę, nieprawdaż? - Brujah mówił powoli, tonem brzmiącym jak wyprana z emocji informacja.
- Dużo mówisz, Kafir - Odparł spokojnie Assamita. - Musisz kochać słowa. Ale dla mnie nie ma czegoś takiego, jak niezobowiązująca rozmowa. Mężczyzna jest zawsze odpowiedzialny za to, co mówi. Mimo wszystko, jeśli częstujesz, niegrzecznie byłoby odmówić - wyszczerzył zęby w sposób, który tylko w teorii można było nazwać uśmiechem.
Bernard skierował kroki do kuchni. Namtar ruszył za nim wciąż czujnie obserwując gościa. Brujah idąc starał się rozgryźć w myślach Łowcę.
Kocham słowa? Miłość to ten typ relacji społecznych... - wyjaśnił sobie w myślach. Ciekawe o jaką mu chodzi? Romantyczną, Agape czy platoniczną? Kiedyś się zastanowię nad jego słowami... Jest w nim coś dziwnego. Niemal brak u niego mimiki. Wydaje się przyjacielski, ale zarazem ma w sobie coś strasznego. Może on nic nie czuje? Chyba powinienem mu współczuć, tak mi się wydaje. Bestia jest w nim bardzo mocna... Diabolista? To prawie pewne, jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent, biorąc pod uwagę specyfikę klanu Łowców...Nie zaprzątaj sobie tym głowy, herbata...
Wellington skupił się, otworzył swoją podróżną torbę i w powoli rozłożył na kuchennym blacie utensylia, tak jakby był to starannie wyuczony rytuał, ledwo dostrzegał bacznie obserwującego go Assamitę. Wystudiowanymi przez dekady ruchami sięgał po przygotowane zawczasu ekstrakty. Otworzył kilka z nich uwalniając bogaty aromat herbacianych liści ze Sri Lanki, Ceylonu i Yunanu. Doprowadzony prawie do temperatury wrzenia dekokt odstawił na bok, po czym sięgnął do kuchennej szafki po porcelanowe filiżanki. Z małej przegródki w torbie wyciągnął dwie folki, których zawartość od razu przykuła wzrok Namtara. Bernard tego nie widział, ale Łowca nerwowo przełknął ślinę. Wellington tymczasem z pietyzmem mieszał w filiżankach gorący wywar z krwią rozsiewając wokół słodki i kuszący zapach bardzo specyficznego napoju. Po chwili odwrócił się do Mordercy ze stojącymi na spodkach dwiema filiżankami pełnymi ciepłego, brunatnego wywaru.
- Gotowe Dziecię Tiamiat. Proszę,mam nadzieję, że zasmakujesz w mym wyrobie - rzekł podając Namtarowi porcelanową zastawę.
Assamita niemal z przesadną ostrożnością wziął naczynie, tak jakby miał coś takiego w rękach po raz pierwszy. W zasadzie nie widział potrzeby udawać, że jest inaczej... Czul się tak cholernie idiotycznie, stojąc w tej pieprzonej, jasno oświetlonej kuchni... Twarzą w twarz z rozgadanym Niewiernym... Biorąc udział w jakimś dziwnym rytuale, którego znaczenia nie potrafił pojąć... El Khara Dah?*** Na cholerę zabijać zapach krwi...? Mimo wszystko ta woń przypomniała mu na moment inną kuchnię i dwa parujące kubki stojące na stole... Dłoń Mordercy zacisnęła się na cienkim, złotym łańcuszku, ukrytym w kieszeni. Palce rozpoznały krzywiznę zawieszonego na nim serduszka... Jest Brujah... Potomkiem Klienta. To całe dziwactwo ma dla niego jakieś fashkh**** znaczenie. Neik. Nie mogę zhańbić Klanu... Dobra, bez spiny. Liczy się krew...
Uświadamiając sobie, że robi to po raz pierwszy, pociągnął łyk z filiżanki. I prawie się zakrztusił.
- 'Afwan Kufr***** - wykrztusił, zmuszając się, by przełknąć. - Ja po prostu nigdy nie piłem nic innego, niż krew.
[center]
[/center]
*arab. - Pokój z Tobą.
** arab. - Proszę (zaproszenie jakim się zwraca do gościa)
*** arab. - Co do kurwy?
**** arab. - pieprzone
***** arab. Przepraszam, Niewierny
Kainita skłonił się nisko, wychodząc z komnaty. Dwóch stojących na straży ghuli bez słowa zamknęło ogromne wrota. Mężczyzna był pewien, że straże są o wiele mocniejsze, niż to co dostrzegał empirycznie. Nikt nie wiedział, jakie prastare rytuały, jacy tajemni sprzymierzeńcy strzegą zawieszonego w czasoprzestrzeni miejsca. Po ostatnich wydarzeniach, które zszokowały lokalnych rezydentów, ochrona uległa zaostrzeniu i Spokrewniony mógł się jedynie domyślać, jakie środki zostały ku temu użyte.
Wampirzyca, która czekała na niego na korytarzu kiwnęła głową. Mężczyzna odpowiedział tym samym znakiem i ruszył za Spokrewnioną nieco szybszym od niej krokiem. Gdy zrównał się, ta uśmiechnęła się karykaturalnie, odsłaniając rząd ostrych jak brzytwy kłów, które pewnie w niejednym śmiertelniku wzbudziłyby dreszcz przerażenia. Kainita dobrze wiedział, że ten widok stanowił dla wielu ostatnią rzecz jaką dane im było ujrzeć. Spokrewnieni tego klanu musieli oddawać się praktyce spożywania mięsa, aby móc przetrwać. Szanował ich za zrozumienie śmierci, magyi i za brzemię, które musieli nieść.
- Gdzie życzysz sobie się udać? - spytała powoli wypowiadając słowa.
- Czy pomożesz mi dostać się do domeny Artahasisa z krwi Prawdziwych Brujah w Charleston w Zachodniej Virginii? Będę dłużny - odpowiedział nie ukrywając perfekcyjnego brytyjskiego akcentu, typowego dla wyższych klas.
- Tak, skoro tego chcesz. Będę pamiętać o twoim zobowiązaniu - wyszczerzyła znów zęby - Ruszajmy zatem.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna; 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Spodziewał się kogo zastanie w domenie. Pamiętał ducha Pulhu Imela. Wiedział, że nie spotka Artahasisa. Od kilku nocy w willi rezydował Miecz Zagłady: wytypowana przez Czerwonego Mędrca koteria, powołana do życia aby rozwiązać zagadkę śmierci samego jej stworzyciela.
Cień Spokrewnionej oddalał się coraz bardziej. Rozpływał we mgle Umbry. Wkraczał znów w znany mu dużo lepiej świat, rządzący się prawidłami jakże dobrze znanego mu czasu i przestrzeni.
- Jest dwudziesta trzydzieści trzy i dwadzieścia pięć sekund dwunastego sierpnia 1993 roku, dokładnie trzy minuty po zachodzie słońca. Przybyłem idealnie o czasie - zdążył pomyśleć, gdy w nozdrza uderzyła go mocna nuta haszyszu. Wrażenie zapachu dotarło do niego szybciej niż cokolwiek innego. Dopiero po sekundzie półmrok Umbry zamienił się w całkowitą ciemność, co pozwoliło kainicie zorientować się, że dotarł na miejsce.
[center]
[/center]Instynktownie wyostrzył zmysły, lecz ciemność była nieprzenikniona. Nim zdołał zrobić coś więcej, poczuł mocny ucisk na klatce piersiowej. Ktoś, kto najwyraźniej poruszał się bezgłośnie w tej wszechogarniającej czerni, unieruchomił go fachowym chwytem. Jednocześnie jakiś ostry przedmiot - co niemal instynktownie rozpoznał jako kołek - wbił mu się boleśnie pod lewą łopatkę, sugerując, iż wszelki opór nie ma przyszłości.
- Fajnie, że wpadłeś. Potrzebowałem krwi - odezwał się spokojnie ktoś tuż przy jego uchu. - Powiesz mi kim jesteś i jak się tu dostałeś, czy mam wbić kołek i od razu przejść do skonsumowania naszej krótkiej znajomości? - głos zdawał się niemal przyjazny, jednak jakaś niepokojąca nuta, skryta pod powierzchnią słów nakazywała domyślać się, iż mówiący bardzo poważnie traktuje fragment dotyczący konsumpcji.
Gość, jak na kogoś z czubkiem kołka dotykającym serca, zachował się bardzo spokojnie. Nie próbował stawiać oporu, nie wykonał żadnego głupiego, prowokującego ruchu. Jedynie cieknąca z rany stróżka vitae swoim apetycznym zapachem mogła wyzywająco kusić Assamitę, ale na to nie miał najmniejszego wpływu. Głupota, bezsensowna walka stały wysoko w hierarchii grzechów ścieżki jaką podążał. Rozważał wcześniej taki obrót sprawy, lecz miał nadzieję pojawić w domu Artahaisa w sposób jaki nie sprowokuje nikogo do instynktownych czynów. Niemniej jednak stało się i nie miał zamiaru dawać Mordercy powodu do wprowadzenia zabójczego planu w życie. Odezwał się powoli, niemal wyżutym z emocji głosem, akcentując poprawną angielszczyznę:
- Mniemam iż nie zajdzie potrzeba mej diabolizacji. Jestem Sir Bernard John Wellington krwi Brujah, potomek Gitmalu, prawnuk Artahasisa, wnuk Ethrici Moriq, syn Williama Harveya. Pulhu Imel może potwierdzić kim jestem. Przybyłem tu z Albionu, podróżując przez Umbrę. Wnioskuję iż mam przyjemność z Namtarem, sławnym synem Tiamat. - bardziej stwierdził niż spytał.
Słowa przebrzmiały w ciszy i zgasły. A milczenie, które pojawiło się po nich, przedłużało się niebezpiecznie...
- Tak, Strażnik potwierdził twoją tożsamość - odezwał się wreszcie Morderca, rozluźniając chwyt. - As-salamu alayka.* Jesteś jednym z niewielu, który może uznać spotkanie ze mną za przyjemność.
Wyszczerzył zęby w ciemności, choć nieznajomy nie mógł tego widzieć. I zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy czuje ulgę, rozmawiając z jednym z Niewiernych. To było realne doświadczenie: słowa, dotyk, zapach krwi... Nie miało nic wspólnego z cieniem z jego koszmarów. Odsunął się, by pozwolić tamtemu przejść.
- Zgaduję, że wiesz, gdzie jest wyjście? - zapytał z arabskim akcentem. Zabawne, bo Bernard mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą nie słyszał go w wypowiedziach Mordercy. - Nie szukaj kontaktu, wykręciłem żarówki w piwnicy... Koteria Atra-hasisa zechce porozmawiać z tobą. TafaDDal,** zaprowadzę cię. Tak będzie lepiej. Mniej nerwowych sytuacji.
Morderca zaskoczył go. Spodziewał się kogoś, kogo uznać można było za osobę co najmniej niemiłą, tymczasem Namtar wydawał się całkiem sympatyczny, wbrew opiniom jakie o nim usłyszał. Nie mógł mieć mu przecież za złe, że prawie wbił mu kołek w serce. Zasadniczo, to cieszyła go profesjonalna reakcja Assamity, a niewielki krwotok jaki był skutkiem? Drobna niedogodność, bardziej przeszkadzać mogła dziura w skrojonym na miarę garniturze i koszuli.
- Tak, pamiętam gdzie było wyjście Namtarze. nemase te daeva. - Pozdrowił także Pulhu Imela jedynymi słowami starożytnego języka którego nawet nie znał. Zapamiętał jednak charakterystyczny zwrot.
Ruszył ostrożnie w kierunku, gdzie jak pamiętał były drzwi. Poinstruowany wcześniej nie próbował nawet zlokalizować włącznika światła. Postanowił się podzielić z Assamitą swoimi obserwacjami:
- Twoja reakcja na moje niespodziewane pojawienie się była imponująca Synu Tiamat, twój klan musi być dumny mając w ciebie w swych szeregach. Czy wszyscy już wstali?
- Shukran. Sądzę, że każdy z mych braci uczyniłby podobnie - odparł wymijająco Morderca. Starał się mówić obojętnie, mimo wszystko, całość zabrzmiała dość sztywno. Nie umiał jednak nic na to poradzić. Z zasady nie był przyzwyczajony do komplementów ze strony Kuffrów - Nie wiem. Ale zwykle budzę się szybciej, niż Niewierni.
Mówiąc naciągnął glany i pospiesznie zasznurował je. Po chwili wyszli z pomieszczenia i skierowali się ku schodom na parter.
Brujah słysząc skromność bijącą z wypowiedzi Assamity skłonił się z szacunkiem i pozwolił się poprowadzić Namtarowi. Mimo iż znał rozkład pomieszczeń, to nie wypadało uchybiać etykiecie i czuć się zbyt swobodnie w rezydencji Czerwonego Mędrca, nawet jeśli było się jego progeniturą. Domostwo wyglądało niemal tak samo jak je zapamiętał, a czas jakby nie odciął tu swego piętna. Zresztą czymże był czas dla Prawdziwych Brujah? Czasem Plancka? Eonami? Sekundami? Uporządkowanym chronologicznie ciągiem zdarzeń? Każdy Elois postrzegał czas innaczej i potrafił nagiąć jego zdawałoby się nienaruszalne filary wedle swojej woli. Nawet pomiot Troile'a znał podstawy Akceleracji.
- Skoro wstałeś wcześniej i wygląda iż reszta domowników jest jeszcze w objęciach Sandmana może dasz się namówić na filiżankę herbaty? Nic tak nie orzeźwia i nie umila niezobowiązującej rozmowy jak filiżanka Earl Grey lub selekcjonowanego Darjeling.
Morderca zatrzymał się i spojrzał na niego. Bernard nie mógł dostrzec wyrazu jego oczu, ponieważ skryte były za ciemnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych. Mimo to miał nieodparte wrażenie, że nie ujrzałby w nich zrozumienia. Właściwie przez chwilę poczuł się nieco absurdalnie. Tak, jakby zaproponował herbatę rekinowi. Albo murenie... Zdecydowanie murena była tu bardziej na miejscu...
- Wiesz, ja nie żyję - odparł Namtar po kilkunastu sekundach ciszy, przekrzywiając lekko głowę co tylko upodobniło go bardziej do drapieżnej ryby. - Piję krew. Najchętniej Niewiernych. Nie prowadzę niezobowiązujących rozmów. I nie mam nawet co wspominać by móc podtrzymać iluzje przeszłości. Więc może darujmy sobie tę część? Tak po prostu?
Kainta zdziwił się słowami Łowcy. Przeanalizował szybko w myślach swoją ostatnią wypowiedź i w przeciągu około dziesiątej części sekundy zorientował się, że wyraził się niezbyt precyzyjnie. Namtar miał zupełną rację w świetle tego, co powiedział Bernard.
- Przepraszam Namtarze, że wprowadziłem Cię w błąd swoją wypowiedzią sprzed czternastu sekund. Nie różnię się fizycznie od innych Spokrewnionych. Picie tradycyjnego naparu z herbaty, nieważnie czy zalanych wrzącą wodą liści, czy parzonej metodą japońską wywołałyby u mnie natychmiastowe torsje, podobnie jak u około dziewięćdziesięciu dziewięciu procent kainitów. Miałem na myśli odpowiednio spreparowaną wedle mojej metody vitae. Nie mogę zagwarantować, że krew pochodzi od niewiernych, ale szansę iż spełnia twoje kryteria wstępnie oceniam na około siedemdziesiąt procent. Jeśli nadal reflektujesz na odrobinę vitae, możemy wypić ją w zupełnej ciszy. Lubię medytować przy filiżance nie tylko pożywnej, ale także odpowiednio smakującej krwi. Nie będę żywił żadnej urazy jeśli odmówisz. Zresztą jak słychać, dzięki naszym niewielkim różnicom kulturowym, odmiennym punktom widzenia już chyba prowadzimy ciekawą i niezobowiązującą rozmowę, nieprawdaż? - Brujah mówił powoli, tonem brzmiącym jak wyprana z emocji informacja.
- Dużo mówisz, Kafir - Odparł spokojnie Assamita. - Musisz kochać słowa. Ale dla mnie nie ma czegoś takiego, jak niezobowiązująca rozmowa. Mężczyzna jest zawsze odpowiedzialny za to, co mówi. Mimo wszystko, jeśli częstujesz, niegrzecznie byłoby odmówić - wyszczerzył zęby w sposób, który tylko w teorii można było nazwać uśmiechem.
Bernard skierował kroki do kuchni. Namtar ruszył za nim wciąż czujnie obserwując gościa. Brujah idąc starał się rozgryźć w myślach Łowcę.
Kocham słowa? Miłość to ten typ relacji społecznych... - wyjaśnił sobie w myślach. Ciekawe o jaką mu chodzi? Romantyczną, Agape czy platoniczną? Kiedyś się zastanowię nad jego słowami... Jest w nim coś dziwnego. Niemal brak u niego mimiki. Wydaje się przyjacielski, ale zarazem ma w sobie coś strasznego. Może on nic nie czuje? Chyba powinienem mu współczuć, tak mi się wydaje. Bestia jest w nim bardzo mocna... Diabolista? To prawie pewne, jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent, biorąc pod uwagę specyfikę klanu Łowców...Nie zaprzątaj sobie tym głowy, herbata...
Wellington skupił się, otworzył swoją podróżną torbę i w powoli rozłożył na kuchennym blacie utensylia, tak jakby był to starannie wyuczony rytuał, ledwo dostrzegał bacznie obserwującego go Assamitę. Wystudiowanymi przez dekady ruchami sięgał po przygotowane zawczasu ekstrakty. Otworzył kilka z nich uwalniając bogaty aromat herbacianych liści ze Sri Lanki, Ceylonu i Yunanu. Doprowadzony prawie do temperatury wrzenia dekokt odstawił na bok, po czym sięgnął do kuchennej szafki po porcelanowe filiżanki. Z małej przegródki w torbie wyciągnął dwie folki, których zawartość od razu przykuła wzrok Namtara. Bernard tego nie widział, ale Łowca nerwowo przełknął ślinę. Wellington tymczasem z pietyzmem mieszał w filiżankach gorący wywar z krwią rozsiewając wokół słodki i kuszący zapach bardzo specyficznego napoju. Po chwili odwrócił się do Mordercy ze stojącymi na spodkach dwiema filiżankami pełnymi ciepłego, brunatnego wywaru.
- Gotowe Dziecię Tiamiat. Proszę,mam nadzieję, że zasmakujesz w mym wyrobie - rzekł podając Namtarowi porcelanową zastawę.
Assamita niemal z przesadną ostrożnością wziął naczynie, tak jakby miał coś takiego w rękach po raz pierwszy. W zasadzie nie widział potrzeby udawać, że jest inaczej... Czul się tak cholernie idiotycznie, stojąc w tej pieprzonej, jasno oświetlonej kuchni... Twarzą w twarz z rozgadanym Niewiernym... Biorąc udział w jakimś dziwnym rytuale, którego znaczenia nie potrafił pojąć... El Khara Dah?*** Na cholerę zabijać zapach krwi...? Mimo wszystko ta woń przypomniała mu na moment inną kuchnię i dwa parujące kubki stojące na stole... Dłoń Mordercy zacisnęła się na cienkim, złotym łańcuszku, ukrytym w kieszeni. Palce rozpoznały krzywiznę zawieszonego na nim serduszka... Jest Brujah... Potomkiem Klienta. To całe dziwactwo ma dla niego jakieś fashkh**** znaczenie. Neik. Nie mogę zhańbić Klanu... Dobra, bez spiny. Liczy się krew...
Uświadamiając sobie, że robi to po raz pierwszy, pociągnął łyk z filiżanki. I prawie się zakrztusił.
- 'Afwan Kufr***** - wykrztusił, zmuszając się, by przełknąć. - Ja po prostu nigdy nie piłem nic innego, niż krew.
[center]
[/center]*arab. - Pokój z Tobą.
** arab. - Proszę (zaproszenie jakim się zwraca do gościa)
*** arab. - Co do kurwy?
**** arab. - pieprzone
***** arab. Przepraszam, Niewierny
Post powstał przy współpracy z Sigilem.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Kainici znajdujący się w Sanktuarium zaraz po przebudzeniu, zaczęli przygotowywać się do wyjścia. Przez pierwsze minuty wszyscy milczeli, skupiając się na własnych myślach i obrazach jakie jeszcze przed chwilą milei w swoich umysłach. Niewątpliwie odetchnęli z ulgą zdając sobie sprawę, że był to tylko sen, lecz niewytłumaczalny lęk jeszcze przez chwilę był obecny w ich sercach. Cisze przerwał głos Strażnika Sankturium:
- Do domu przybył potomek Atrahasisa, czeka na dole wraz z Namtarem. Proszą abyście jak najszybciej dołączyli do nich. Są w kuchni.
Informacja ożywiła każdego i zaciekawieni niespodziewaną wizytą ruszyli na spotkanie.
[center]***[/center]
Gdy zeszli na dół dosięgnął ich głuchy dźwięk telefonu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt że dźwięk dochodził z łazienki. Natychmiast rozpoznali dzwonek - był to telefon komórkowy, którym posługiwał się Gavin.
Kainici znajdujący się w Sanktuarium zaraz po przebudzeniu, zaczęli przygotowywać się do wyjścia. Przez pierwsze minuty wszyscy milczeli, skupiając się na własnych myślach i obrazach jakie jeszcze przed chwilą milei w swoich umysłach. Niewątpliwie odetchnęli z ulgą zdając sobie sprawę, że był to tylko sen, lecz niewytłumaczalny lęk jeszcze przez chwilę był obecny w ich sercach. Cisze przerwał głos Strażnika Sankturium:
- Do domu przybył potomek Atrahasisa, czeka na dole wraz z Namtarem. Proszą abyście jak najszybciej dołączyli do nich. Są w kuchni.
Informacja ożywiła każdego i zaciekawieni niespodziewaną wizytą ruszyli na spotkanie.
[center]***[/center]
Gdy zeszli na dół dosięgnął ich głuchy dźwięk telefonu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt że dźwięk dochodził z łazienki. Natychmiast rozpoznali dzwonek - był to telefon komórkowy, którym posługiwał się Gavin.
Jesteście wszyscy na parterze. Możecie ze sobą rozmawiać etc. Telefon Gavina nie dzwonił od czasu, gdy Ravnos zarobił kołkiem. Leży razem z jego zniszczonymi ubraniami po rytuale, jaki przeprowadził Goratrix.
Co robicie?
Co robicie?
Gratuluję świetnych opisów jeżeli chodzi o wasze sny. Są naprawę niezłe i budują klimat, za co jeszcze raz dziękuję. Zgodnie z zasadami nie powinienem pozwolić na odzyskanie 1 punktu Siły Woli, po takim koszmarze, ale tutaj zrobię wyjątek.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Kuchnia; 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Zachowanie Namtara, ksztuszącego się naparem w pierwszej chwili wytraszyło Bernarda. Byłoby wielkim wstydem, gdyby okazało się, że jego herbata nie była przygotowana z zachowaniem najwyższej staranności. Szybko spróbował poczęstunku jaki sprawił Łowcy i z ulgą stwierdził, że była równie doskonała jak jego jego własna filiżanka. Skłonił się lekko, zrozumiawszy, że Morderca nie ma podobnego smaku jak Bernard:
- Przepraszam Namtarze, że nieopatrznie namówiłem cię do picia mej mikstury. Gustibus non est disputantum. Nie powinienem był nalegać.
- Ma fi mushkila* - odpowiedział po prostu Morderca, opróżniając naczynie jednym haustem. Tym razem na jego twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień.
- Krew to krew - dodał, odstawiając filiżankę na stole denkiem do góry - Shurkan.**
Chwilę później do kuchni zaczęli schodzić kolejni członkowie koterii pradziada. Wellington kłaniał się każdemu wchodzącemu Spokrewnionemu z szacunkiem, bezbłędnie rozpoznając tożsamości domowników i wymieniając powitalne grzeczności. Zachowywał się grzecznie i wytwornie, starając się ustawiać się z rozmówcami w sposób, aby nie widać było w garniturze okropnej dziury po kołku Namtara.
Takie faux paus na już na dobry wieczór... Zamiast robić herbatę mogłeś się przebrać... Jak mogłeś tak zlekceważyć członków koterii...
Nie wypadało mu się odzywać nie pytanym, więc wypowiedzi ograniczał do względnego minimum określonego etykietą. Strażnik domu zapewne zaanonsował go wcześniej i BJ wiedział, że wiedzą z kim mają do czynienia. Spodziewał się, że będą mieli do niego mnóstwo pytań.
* arab. Nie ma sprawy.
** arab. Dziękuję.
Zachowanie Namtara, ksztuszącego się naparem w pierwszej chwili wytraszyło Bernarda. Byłoby wielkim wstydem, gdyby okazało się, że jego herbata nie była przygotowana z zachowaniem najwyższej staranności. Szybko spróbował poczęstunku jaki sprawił Łowcy i z ulgą stwierdził, że była równie doskonała jak jego jego własna filiżanka. Skłonił się lekko, zrozumiawszy, że Morderca nie ma podobnego smaku jak Bernard:
- Przepraszam Namtarze, że nieopatrznie namówiłem cię do picia mej mikstury. Gustibus non est disputantum. Nie powinienem był nalegać.
- Ma fi mushkila* - odpowiedział po prostu Morderca, opróżniając naczynie jednym haustem. Tym razem na jego twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień.
- Krew to krew - dodał, odstawiając filiżankę na stole denkiem do góry - Shurkan.**
Chwilę później do kuchni zaczęli schodzić kolejni członkowie koterii pradziada. Wellington kłaniał się każdemu wchodzącemu Spokrewnionemu z szacunkiem, bezbłędnie rozpoznając tożsamości domowników i wymieniając powitalne grzeczności. Zachowywał się grzecznie i wytwornie, starając się ustawiać się z rozmówcami w sposób, aby nie widać było w garniturze okropnej dziury po kołku Namtara.
Takie faux paus na już na dobry wieczór... Zamiast robić herbatę mogłeś się przebrać... Jak mogłeś tak zlekceważyć członków koterii...
Nie wypadało mu się odzywać nie pytanym, więc wypowiedzi ograniczał do względnego minimum określonego etykietą. Strażnik domu zapewne zaanonsował go wcześniej i BJ wiedział, że wiedzą z kim mają do czynienia. Spodziewał się, że będą mieli do niego mnóstwo pytań.
Nie wiem, czy członkowie koterii schodzą do kuchni razem, ale jeśli tak, to z pewnością zauważą, że Bernard wita się z zasadami etykiety, najpierw z Victorią, a potem wedle "starszeństwa". Każdemu okazuje respekt.
* arab. Nie ma sprawy.
** arab. Dziękuję.
Ostatnio zmieniony 27 stycznia 2017, 22:44 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Horacy obudził się jak zwykle jako jeden z ostatnich. Sen mu nie posłużył, delikatnie rzecz ujmując. Nie sprawił też jednak, iż zaraz po obudzeniu trząsł się w jak w febrze ze strachu. Nie, lęk był silny jednak takich nocy przez ostatnie dwieście lat było sporo i stary Nosferatu nauczył się sobie z tym radzić. Bo musiał. Gdyby nie to, wówczas to życie w ciągłym stresie jakie prowadził wykończyło by go już dawno temu. Najazdy Sabatu, obawa o Otta i najgorsze... nieustająca konkurencja tych cholernych wyrostków z klanu Róży.
Rzeźbiarze, też mi. Taka tam chałtura. Tak jak oni to każdy by potrafił. No Szurze dyskoteka z bębenkami tez przecież taka straszna nie jest. A czy coś innego teraz robi młodzież? To ich cholerne... jak oni na to mówią. Disco. Kamery przy wejściu, aparaty fotograficzne wszędzie. Pstryk, pstryk. Jeden głupi ruch i mnie nie ma. Nagram się w końcu gdzieś i dupa zbita. A jak wchodzisz do środka to łomot, że słuch siada. Święcące kule przypominające słońce, brrr. Aż strach. Nie ta impreza z bębnami w moim śnie wcale nie była najgorsza, za to te dzisiejsze imprezownie dla gówniarzy...
Schodząc do kuchni wspominał swoje pierwsze przeżycie z dyskoteką. Obiecał sobie wówczas że więcej takiego błędu nie zrobi nie polezie tam z podkręconymi zmysłami za pomocą dyscypliny nadwrażliwości. Za duża trauma. Idąc w kierunku kuchni szybko przybrał nową maskę z tysięcy swoich ulubionych twarzy.
Szczur zamarł kiedy zobaczył scenkę w kuchni. Nowy i Namtar pili sobie tak po prostu herbatkę, przy małym tete-a-tete.
Horacemu patrzącemu ze zdziwieniem na napar przygotowany przez Brenda przypominał się od razu pewien stary dowcip powtarzany przez Rodzinę ze Stanów*. Pił on w oczywisty i brzydki sposób do Krewnych zza wielkiej wody, która przesiadywała na Wyspach. Horacy uważał ów dowcip za nieco żenujący dowód na poziom kultury własnej tej strony oceanu skrywający zwykłą zazdrość. Jednak nawet jemu wydała się cała ta scena z jednej strony nieco zabawna. Z drugiej zaś, spowodowała zaświecenie czerwonej lampki.
A co by się stało jakby ktoś, tego przyjaznego biedaka potraktował Dominacją by nafaszerował naszego ochroniarza jakimś specyfikiem? Nawet mógłby sobie nie zdawać sprawy co robi... Merde, będę musiał bardziej na siebie uważać.
Odczekał na swoją kolej z przywitaniem i podał delikatnie jak na artystę przystało dłoń.
- Witam, jestem Horace. - zasunął porcelanową maskę jaką zwykł nosić pokazując oblicze.
Cóż za Impertynencja, żeby próbować wprowadzić mnie w błąd. - pomyślał Brujah: Kultura za oceanem pozostawia wiele do życzenia. To zapewne kleopatra, jeśli przedstawia się mi w masce. Tylko oni wstydzą się swoich oblicz. Ciekawe czy była to postać bardzo piękna przed przemianą, czy skrywa jakiś defekt. Muszę go o to kiedyś spytać, ale było grubiaństwem uczynić to teraz.
- Witaj - Bernard odezwał się szorstko i uścisnął dłoń Szczura w sposób jaki robią to mężczyźni. Nie miał w sobie złości, raczej był nieco zdzwiony brakiem ogłady i wychowania, ale wiedział też, że Nosferatu rzadko przywiązują do tego wage. Brak konwenansów też należało uszanować. I najwyraźniej nie zrozumiał dowcipu jaki próbował mu spłatać wampir. Ciekawiła go też jedna kwestia. Dla Brytyjczyka mnogość różnych akcentów była czymś najnormalniejszym, toteż chciał wiedzieć jedno: - Miło cię poznać. Przepraszam, że pytam, ale czy Zachodniej Virginii Horacy wymawia się Horace?
- To mój pseudonim artystyczny, wiesz jak Princa czy coś... Ale możesz też mi mówić Horacy, potomku Atra-Hasisa.
Dzwonek. Czy do cholery nikt go nie słyszy? No dobra, trudno. Zresztą i tak jestem ciekawy kto tak po chamsku o samym poranku...
-Przepraszam na moment.
Szczur przeprosił zdawkowo i szybko wycofał się w głąb domu. Powrócił bardzo szybko. Śpieszył się, nie chcąc ominąć niczego ważnego z rozmowy w kuchni.
Komórka Gavina brzęczała mu w ręce. Spojrzał wymownie na pozostałych członków koterii i nie doczekawszy się sprzeciwu położył ją na stoliku. Miał złe przeczucia. Włączył tryb głośnomówiący.
- Halo? - zapytał nieco niezdecydowanie.
- Miałam zadzwonić pod ten numer... - odezwał się miękki kobiecy głos. - Z kim mam przyjemność?
-Pani Regent, jak miło...
Lekko zaspany głos kobiety ze słuchawki powiedział.
- To chyba do ciebie mój drogi...
Rzeczywistość w tym samym czasie zafalowała to Szczur zmieniał wszystkich za wyjątkiem siebie w Gavina.
Horacy obudził się jak zwykle jako jeden z ostatnich. Sen mu nie posłużył, delikatnie rzecz ujmując. Nie sprawił też jednak, iż zaraz po obudzeniu trząsł się w jak w febrze ze strachu. Nie, lęk był silny jednak takich nocy przez ostatnie dwieście lat było sporo i stary Nosferatu nauczył się sobie z tym radzić. Bo musiał. Gdyby nie to, wówczas to życie w ciągłym stresie jakie prowadził wykończyło by go już dawno temu. Najazdy Sabatu, obawa o Otta i najgorsze... nieustająca konkurencja tych cholernych wyrostków z klanu Róży.
Rzeźbiarze, też mi. Taka tam chałtura. Tak jak oni to każdy by potrafił. No Szurze dyskoteka z bębenkami tez przecież taka straszna nie jest. A czy coś innego teraz robi młodzież? To ich cholerne... jak oni na to mówią. Disco. Kamery przy wejściu, aparaty fotograficzne wszędzie. Pstryk, pstryk. Jeden głupi ruch i mnie nie ma. Nagram się w końcu gdzieś i dupa zbita. A jak wchodzisz do środka to łomot, że słuch siada. Święcące kule przypominające słońce, brrr. Aż strach. Nie ta impreza z bębnami w moim śnie wcale nie była najgorsza, za to te dzisiejsze imprezownie dla gówniarzy...
Schodząc do kuchni wspominał swoje pierwsze przeżycie z dyskoteką. Obiecał sobie wówczas że więcej takiego błędu nie zrobi nie polezie tam z podkręconymi zmysłami za pomocą dyscypliny nadwrażliwości. Za duża trauma. Idąc w kierunku kuchni szybko przybrał nową maskę z tysięcy swoich ulubionych twarzy.
Szczur zamarł kiedy zobaczył scenkę w kuchni. Nowy i Namtar pili sobie tak po prostu herbatkę, przy małym tete-a-tete.
Horacemu patrzącemu ze zdziwieniem na napar przygotowany przez Brenda przypominał się od razu pewien stary dowcip powtarzany przez Rodzinę ze Stanów*. Pił on w oczywisty i brzydki sposób do Krewnych zza wielkiej wody, która przesiadywała na Wyspach. Horacy uważał ów dowcip za nieco żenujący dowód na poziom kultury własnej tej strony oceanu skrywający zwykłą zazdrość. Jednak nawet jemu wydała się cała ta scena z jednej strony nieco zabawna. Z drugiej zaś, spowodowała zaświecenie czerwonej lampki.
A co by się stało jakby ktoś, tego przyjaznego biedaka potraktował Dominacją by nafaszerował naszego ochroniarza jakimś specyfikiem? Nawet mógłby sobie nie zdawać sprawy co robi... Merde, będę musiał bardziej na siebie uważać.
Odczekał na swoją kolej z przywitaniem i podał delikatnie jak na artystę przystało dłoń.
- Witam, jestem Horace. - zasunął porcelanową maskę jaką zwykł nosić pokazując oblicze.
Cóż za Impertynencja, żeby próbować wprowadzić mnie w błąd. - pomyślał Brujah: Kultura za oceanem pozostawia wiele do życzenia. To zapewne kleopatra, jeśli przedstawia się mi w masce. Tylko oni wstydzą się swoich oblicz. Ciekawe czy była to postać bardzo piękna przed przemianą, czy skrywa jakiś defekt. Muszę go o to kiedyś spytać, ale było grubiaństwem uczynić to teraz.
- Witaj - Bernard odezwał się szorstko i uścisnął dłoń Szczura w sposób jaki robią to mężczyźni. Nie miał w sobie złości, raczej był nieco zdzwiony brakiem ogłady i wychowania, ale wiedział też, że Nosferatu rzadko przywiązują do tego wage. Brak konwenansów też należało uszanować. I najwyraźniej nie zrozumiał dowcipu jaki próbował mu spłatać wampir. Ciekawiła go też jedna kwestia. Dla Brytyjczyka mnogość różnych akcentów była czymś najnormalniejszym, toteż chciał wiedzieć jedno: - Miło cię poznać. Przepraszam, że pytam, ale czy Zachodniej Virginii Horacy wymawia się Horace?
- To mój pseudonim artystyczny, wiesz jak Princa czy coś... Ale możesz też mi mówić Horacy, potomku Atra-Hasisa.
Dzwonek. Czy do cholery nikt go nie słyszy? No dobra, trudno. Zresztą i tak jestem ciekawy kto tak po chamsku o samym poranku...
-Przepraszam na moment.
Szczur przeprosił zdawkowo i szybko wycofał się w głąb domu. Powrócił bardzo szybko. Śpieszył się, nie chcąc ominąć niczego ważnego z rozmowy w kuchni.
Komórka Gavina brzęczała mu w ręce. Spojrzał wymownie na pozostałych członków koterii i nie doczekawszy się sprzeciwu położył ją na stoliku. Miał złe przeczucia. Włączył tryb głośnomówiący.
- Halo? - zapytał nieco niezdecydowanie.
- Miałam zadzwonić pod ten numer... - odezwał się miękki kobiecy głos. - Z kim mam przyjemność?
-Pani Regent, jak miło...
Lekko zaspany głos kobiety ze słuchawki powiedział.
- To chyba do ciebie mój drogi...
Rzeczywistość w tym samym czasie zafalowała to Szczur zmieniał wszystkich za wyjątkiem siebie w Gavina.
Spoiler!
* http://www.dowcipy.jeja.pl/2526,trzy-wa ... -baru.html
Ostatnio zmieniony 03 lutego 2017, 08:49 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Wiktoria przyjęła z zaskoczeniem wiaomość o przybyciu potomka Reda. Czyżby była to ta sama osoba, która znalazła ją we śnie? Nie... raczej nie.
Dzwonek telefonu Gavina zelektryzował ją. Czy mógł być to ktoś z rodziny, jego rodziny, pytający o niego. Zapewne tak.... a może?
Zeszła pogrążona w myślach na dół do kuchni. Zlustrowała wzrokiem przybysza... nie, to na pewno nie był on... Pomyślała. Bernard, jak też się przedstawił, ujął ją od razu znajomością dobrych manier i taktem, który mogli zrozumieć tylko potomkowie szlacheckich, dobrych domów. W wypadku koterii... była to więc tylko ona. Szybko podjęła jego pełne szarmancji powitanie.
- To zaszczyt poznać potomka Atrahasisa. Widzę, że znasz nas dobrze i wiesz kim jesteśmy. Jednak by oddać honor zwyczajom, moje imię to Viktoria Evangeline z klanu Lasombra, córka i siostrzenica przez więzy ludzkiej krwi dla Richarda von Tier Lasombry z domu Valois-Anjou - ukłoniła się z taktem przed nowo przybyłym. Nie wiedziała z jak dobrego rodu pochodzi. Przez obserwację tylko jednak mogła stwierdzić, że zapewne ma jakieś arystokratyczne korzenie, nie tylko w krwi wampirzej ale przez ludzkie konotacje. Lepiej wiec było zachować się z pełną etykietą.
Bernard, poczuł się jak ryba w wodzie, grzecznie przywitany przez Lasombrę. Etykietę rozumiał i potrafił się poruszać pośród jej meandrów. To było coś zrozumiałego i prostego, nie to co zawiłe gry uczuć i emocji. Oddał ukłon, nie nazbyt głęboko, ale dokładnie tak jak wypadało ukłonić się poważnej damie z bardzo dobrego domu. Pocałował wyuczonym szarmanckim gestem dłoń szlachcianki. Sam nie pochodził z byle jakiej śmiertelnej rodziny, jego wuj pokonał Napoleona pod Waterloo, ale z daleko mu było do drzewa genealogicznego Victorii. Odpowiedział tak jak należało przywitać się z damą: prawiąc ładny, lecz nie nazbyt wyniosły komplement:
- Sir Bernard John Wellington krwi Brujah, potomek Gitmalu, prawnuk Artahasisa, wnuk Ethrici Moriq, syn Williama Harveya. - powtórzył swą linię krwi po raz drugi: - Cała przyjemność po mojej stronie pani. Tylko twoja mądrość i piękno wyprzedzają twe imponujące korzenie rodzinne Victorio. Rad jestem cię poznać. - Bernarda ucieszyło, że nie musiał kłamać. Wampirzyca ludzką miarą musiała być uważana za piękną, a mądrość? Cóż, niewielu głupków przeżywało stulecia. Na dłuższą rozmowę nie było czasu.
Telefon dzwonił i Horacy po swoim krótkim wystąpieniu nacisnął słuchawkę:
- Halo? - zapytał nieco niezdecydowanie.
- Miałam zadzwonić pod ten numer... - odezwał się miękki kobiecy głos. - Z kim mam przyjemność?
Tego się nie spodziewała...
Wiktoria przyjęła z zaskoczeniem wiaomość o przybyciu potomka Reda. Czyżby była to ta sama osoba, która znalazła ją we śnie? Nie... raczej nie.
Dzwonek telefonu Gavina zelektryzował ją. Czy mógł być to ktoś z rodziny, jego rodziny, pytający o niego. Zapewne tak.... a może?
Zeszła pogrążona w myślach na dół do kuchni. Zlustrowała wzrokiem przybysza... nie, to na pewno nie był on... Pomyślała. Bernard, jak też się przedstawił, ujął ją od razu znajomością dobrych manier i taktem, który mogli zrozumieć tylko potomkowie szlacheckich, dobrych domów. W wypadku koterii... była to więc tylko ona. Szybko podjęła jego pełne szarmancji powitanie.
- To zaszczyt poznać potomka Atrahasisa. Widzę, że znasz nas dobrze i wiesz kim jesteśmy. Jednak by oddać honor zwyczajom, moje imię to Viktoria Evangeline z klanu Lasombra, córka i siostrzenica przez więzy ludzkiej krwi dla Richarda von Tier Lasombry z domu Valois-Anjou - ukłoniła się z taktem przed nowo przybyłym. Nie wiedziała z jak dobrego rodu pochodzi. Przez obserwację tylko jednak mogła stwierdzić, że zapewne ma jakieś arystokratyczne korzenie, nie tylko w krwi wampirzej ale przez ludzkie konotacje. Lepiej wiec było zachować się z pełną etykietą.
Bernard, poczuł się jak ryba w wodzie, grzecznie przywitany przez Lasombrę. Etykietę rozumiał i potrafił się poruszać pośród jej meandrów. To było coś zrozumiałego i prostego, nie to co zawiłe gry uczuć i emocji. Oddał ukłon, nie nazbyt głęboko, ale dokładnie tak jak wypadało ukłonić się poważnej damie z bardzo dobrego domu. Pocałował wyuczonym szarmanckim gestem dłoń szlachcianki. Sam nie pochodził z byle jakiej śmiertelnej rodziny, jego wuj pokonał Napoleona pod Waterloo, ale z daleko mu było do drzewa genealogicznego Victorii. Odpowiedział tak jak należało przywitać się z damą: prawiąc ładny, lecz nie nazbyt wyniosły komplement:
- Sir Bernard John Wellington krwi Brujah, potomek Gitmalu, prawnuk Artahasisa, wnuk Ethrici Moriq, syn Williama Harveya. - powtórzył swą linię krwi po raz drugi: - Cała przyjemność po mojej stronie pani. Tylko twoja mądrość i piękno wyprzedzają twe imponujące korzenie rodzinne Victorio. Rad jestem cię poznać. - Bernarda ucieszyło, że nie musiał kłamać. Wampirzyca ludzką miarą musiała być uważana za piękną, a mądrość? Cóż, niewielu głupków przeżywało stulecia. Na dłuższą rozmowę nie było czasu.
Telefon dzwonił i Horacy po swoim krótkim wystąpieniu nacisnął słuchawkę:
- Halo? - zapytał nieco niezdecydowanie.
- Miałam zadzwonić pod ten numer... - odezwał się miękki kobiecy głos. - Z kim mam przyjemność?
Tego się nie spodziewała...
Ostatnio zmieniony 30 stycznia 2017, 21:17 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Od momentu kiedy ruszyli na spotkanie z nowym gościem, Terry próbował sobie wyobrazić jak też może wyglądać ktoś, z linii Atuahasisa. Spodziewał się oczywiście czerwieni. Oraz siwej, gęstej brody, podobnie jak u samego Reda. Właściwie to miał wiele wyobrażeń, zanim dotarli do kuchni, żadne z nich jednak nie pokrywało się z prawdziwym obliczem Bernarda, popijającego spokojnie krew z filiżanki. No, może z wyjątkiem gęstej brody, ale nawet ta była podejrzanie ciemniejsza niż w oczekiwaniach braciszka.
Nie pozwolił jednak by te drastyczne niezgodności z jego wyobrażeniem zaburzyły opracowaną również po drodze formułkę powitania. Kiedy więc nadeszła jego kolej, ze szczerym uśmiechem na twarzy i wyciągnięta w powitalnym geście podszedł do Bernarda.
- Witaj, drogi gościu. Jestem Brat Terry, z klanu Xiężyca. Kapłan w służbie Boga Najwyższego, siewca słowa Jego i zamętu w zastępach złego. Zaprawdę miło mi cię poznać, jako żeś z krwi mojego serdecznego przyjaciela zrodzony - Potrząsnął dłonią brodatego młodzieńca, jak nazwał go w myślach. - Przyjmij również moje szczere kondolencje w ten smutny czas.
Czemu on mi współczuje śmierci Artahasisa? Przecież nie jestem tu po to żeby go opłakiwać? Czemu się uśmiecha? - przemknęło przez głowę Bernarda.
Brujah nie był pewien co tak naprawdę myślał Malkavian. Z jednej strony składał mu kondolencje ale równocześnie się uśmiechał. To jakoś nie grało ze sobą. Nie potrafił zrozumieć czemu śmierć mędrca budzi wesołość. Z jego obserwacji wynikało, że w podobnych sytuacjach zarówno śmiertelnicy, jak i Spokrewnieni najczęściej pogrążeni byli w smutku. Ale to był przecież Malkavian. Nie miał czasu tego roztrząsać teraz. Spyta go o to kiedyś.
Bernard nie mógł jednak odmówić Terremu grzeczności i kultury, bo sam nie bardzo rozumiał sens kondolencji, dla Wellingotna tak po prostu wypadało powiedzieć. Bez względu na motyw jaki kierował zakonnikiem wypadało jednak odpowiedzieć grzecznością na grzeczność. Starał się wypaść przyjacielsko, ale chyba szło mu to dość sztucznie a głos BJ'a nie zdradzał żadnych emocji:
-Rad jestem cię poznać i dziękuję Bracie Terry. Mniemam, że ostateczna śmierć Artahasisa to też strata dla Ciebie ze względu na łączącą was nić przyjaźni.
[center]***[/center]
Kiedy zaś formalnościom stało się zadość, a w telefonie Gavina uprowadzonego przez Goratrixa odezwał się kobiecy głos, Horacy ponownie zrobił coś, co nie do końca wpasowywało się w wizję Terry'ego na temat tego jak powinni rozwiązać tę sytuację. Właściwie to w pewien sposób przyzwyczaił się już do dziwactw Nosferatu i chociaż pamiętał o swoich wątpliwościach względem tego, komu tak naprawdę jest on lojalny, to właśnie jako takie dziwactwo wybrał postrzegać maskę pod jaką ukazał się Bernardowi. Szkoda tylko, że Regent zamiast głosu Gavina usłyszała głos niewiasty.
W zasadzie kiedy sobie to uzmysłowił, zastygł w bezruchu. Oznaczało to bowiem, że prawdopodobnie Arneta nic już im nie powie. A był cholernie ciekawy, skąd Regent miała ten numer i dlaczego kontaktuje się z Gavinem.
Od momentu kiedy ruszyli na spotkanie z nowym gościem, Terry próbował sobie wyobrazić jak też może wyglądać ktoś, z linii Atuahasisa. Spodziewał się oczywiście czerwieni. Oraz siwej, gęstej brody, podobnie jak u samego Reda. Właściwie to miał wiele wyobrażeń, zanim dotarli do kuchni, żadne z nich jednak nie pokrywało się z prawdziwym obliczem Bernarda, popijającego spokojnie krew z filiżanki. No, może z wyjątkiem gęstej brody, ale nawet ta była podejrzanie ciemniejsza niż w oczekiwaniach braciszka.
Nie pozwolił jednak by te drastyczne niezgodności z jego wyobrażeniem zaburzyły opracowaną również po drodze formułkę powitania. Kiedy więc nadeszła jego kolej, ze szczerym uśmiechem na twarzy i wyciągnięta w powitalnym geście podszedł do Bernarda.
- Witaj, drogi gościu. Jestem Brat Terry, z klanu Xiężyca. Kapłan w służbie Boga Najwyższego, siewca słowa Jego i zamętu w zastępach złego. Zaprawdę miło mi cię poznać, jako żeś z krwi mojego serdecznego przyjaciela zrodzony - Potrząsnął dłonią brodatego młodzieńca, jak nazwał go w myślach. - Przyjmij również moje szczere kondolencje w ten smutny czas.
Czemu on mi współczuje śmierci Artahasisa? Przecież nie jestem tu po to żeby go opłakiwać? Czemu się uśmiecha? - przemknęło przez głowę Bernarda.
Brujah nie był pewien co tak naprawdę myślał Malkavian. Z jednej strony składał mu kondolencje ale równocześnie się uśmiechał. To jakoś nie grało ze sobą. Nie potrafił zrozumieć czemu śmierć mędrca budzi wesołość. Z jego obserwacji wynikało, że w podobnych sytuacjach zarówno śmiertelnicy, jak i Spokrewnieni najczęściej pogrążeni byli w smutku. Ale to był przecież Malkavian. Nie miał czasu tego roztrząsać teraz. Spyta go o to kiedyś.
Bernard nie mógł jednak odmówić Terremu grzeczności i kultury, bo sam nie bardzo rozumiał sens kondolencji, dla Wellingotna tak po prostu wypadało powiedzieć. Bez względu na motyw jaki kierował zakonnikiem wypadało jednak odpowiedzieć grzecznością na grzeczność. Starał się wypaść przyjacielsko, ale chyba szło mu to dość sztucznie a głos BJ'a nie zdradzał żadnych emocji:
-Rad jestem cię poznać i dziękuję Bracie Terry. Mniemam, że ostateczna śmierć Artahasisa to też strata dla Ciebie ze względu na łączącą was nić przyjaźni.
[center]***[/center]
Kiedy zaś formalnościom stało się zadość, a w telefonie Gavina uprowadzonego przez Goratrixa odezwał się kobiecy głos, Horacy ponownie zrobił coś, co nie do końca wpasowywało się w wizję Terry'ego na temat tego jak powinni rozwiązać tę sytuację. Właściwie to w pewien sposób przyzwyczaił się już do dziwactw Nosferatu i chociaż pamiętał o swoich wątpliwościach względem tego, komu tak naprawdę jest on lojalny, to właśnie jako takie dziwactwo wybrał postrzegać maskę pod jaką ukazał się Bernardowi. Szkoda tylko, że Regent zamiast głosu Gavina usłyszała głos niewiasty.
W zasadzie kiedy sobie to uzmysłowił, zastygł w bezruchu. Oznaczało to bowiem, że prawdopodobnie Arneta nic już im nie powie. A był cholernie ciekawy, skąd Regent miała ten numer i dlaczego kontaktuje się z Gavinem.
Ostatnio zmieniony 08 lutego 2017, 17:36 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
- Halo? - zapytał nieco niezdecydowanie.
- Miałam zadzwonić pod ten numer... - odezwał się miękki kobiecy głos. - Z kim mam przyjemność?
-Pani Regent, jak miło...
Lekko zaspany głos kobiety ze słuchawki powiedział.
- To chyba do ciebie mój drogi...
Rzeczywistość w tym samym czasie zafalowała to Szczur zmieniał wszystkich za wyjątkiem siebie w Gavina. Głos w słuchawce milczał, a zaskoczeni sytuacją kainici stali sparaliżowani nie wiedząc co dalej zrobić. Mijały kolejne sekundy podczas których członkowie koterii patrzyli na siebie, czekając aż ktoś pierwszy odezwie się jako Gavin. Tak się jednak nie stało.
W końcu w słuchawce odezwał się głos:
- To jakiś żart... - powiedział miękki głos Regentki Tremere, po czym zebrani usłyszeli dźwięk zrywanego połączenia.
Telefon Gavina zamilkł. Horacy rzucił okiem, czy uda się odczytać numer z którego dzwoniła pani Regent. Niestety był to numer zastrzeżony.
- Halo? - zapytał nieco niezdecydowanie.
- Miałam zadzwonić pod ten numer... - odezwał się miękki kobiecy głos. - Z kim mam przyjemność?
-Pani Regent, jak miło...
Lekko zaspany głos kobiety ze słuchawki powiedział.
- To chyba do ciebie mój drogi...
Rzeczywistość w tym samym czasie zafalowała to Szczur zmieniał wszystkich za wyjątkiem siebie w Gavina. Głos w słuchawce milczał, a zaskoczeni sytuacją kainici stali sparaliżowani nie wiedząc co dalej zrobić. Mijały kolejne sekundy podczas których członkowie koterii patrzyli na siebie, czekając aż ktoś pierwszy odezwie się jako Gavin. Tak się jednak nie stało.
W końcu w słuchawce odezwał się głos:
- To jakiś żart... - powiedział miękki głos Regentki Tremere, po czym zebrani usłyszeli dźwięk zrywanego połączenia.
Telefon Gavina zamilkł. Horacy rzucił okiem, czy uda się odczytać numer z którego dzwoniła pani Regent. Niestety był to numer zastrzeżony.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Bernard z zaciekawieniem obserwował jak na członków koterii opadają maski mocy Niewidoczności zamieniając niemal wszystkich w jedną i tę samą męską postać, w której szybko rozpoznał opisywanego mu po krótce Gavina.
Wiedział, że Ravnos był członkiem koterii, przez okres około trzydziestu godzin. Nie znał dokładnego czasu, gdy Gavin oficjalnie stał się jednym z wampirów Artahasisa i nie wiedział też kiedy go wykluczono, ale tak szacował z pewnym marginesem błędu. Jakby nie patrzeć była to chwila tak efemeryczna dla nieśmiertelnego, że wręcz nieuchwytna. Wiedział jednak, że wiele zdarzyło się w tym czasie, a Zachodnia Virginia, choć dobrze znana z wielu anomalii, niczym nie przypominała Stanu USA sprzed ósmego sierpnia 1993 roku.
Zachowanie jakie zaobserwował, nie napawało optymizmem. Nie wiedział dlaczego nikt nie zareagował, choć domyślał się, że musiało mieć to jakiś związek z Gavinem, skoro Nosferatu zadał sobie trud przemiany koterii w Ravnosa.
Nikt nie zareagował... Nie są skupieni na tym co czynią. Mam nadzieję, że to nie ja jestem powodem ich rozproszenia...
Sam nic nie zrobił, tak jak i inni, ale był na ten czas w pozycji do tego go nie upoważniającej i mógłby uczynić o wiele więcej złego niż dobrego swoim nieroztropnym zachowaniem. Postanowił działać, gdy tylko uzna, że nadszedł odpowiedni moment do tego aby się odezwać. Spodziewał się, że uznawana za liderkę Victoria będzie chciała na forum koterii wyciągnąć wnioski z rozmowy telefonicznej, jaka skończyła się dokładnie dwanaście sekund wcześniej.
Bernard z zaciekawieniem obserwował jak na członków koterii opadają maski mocy Niewidoczności zamieniając niemal wszystkich w jedną i tę samą męską postać, w której szybko rozpoznał opisywanego mu po krótce Gavina.
Wiedział, że Ravnos był członkiem koterii, przez okres około trzydziestu godzin. Nie znał dokładnego czasu, gdy Gavin oficjalnie stał się jednym z wampirów Artahasisa i nie wiedział też kiedy go wykluczono, ale tak szacował z pewnym marginesem błędu. Jakby nie patrzeć była to chwila tak efemeryczna dla nieśmiertelnego, że wręcz nieuchwytna. Wiedział jednak, że wiele zdarzyło się w tym czasie, a Zachodnia Virginia, choć dobrze znana z wielu anomalii, niczym nie przypominała Stanu USA sprzed ósmego sierpnia 1993 roku.
Zachowanie jakie zaobserwował, nie napawało optymizmem. Nie wiedział dlaczego nikt nie zareagował, choć domyślał się, że musiało mieć to jakiś związek z Gavinem, skoro Nosferatu zadał sobie trud przemiany koterii w Ravnosa.
Nikt nie zareagował... Nie są skupieni na tym co czynią. Mam nadzieję, że to nie ja jestem powodem ich rozproszenia...
Sam nic nie zrobił, tak jak i inni, ale był na ten czas w pozycji do tego go nie upoważniającej i mógłby uczynić o wiele więcej złego niż dobrego swoim nieroztropnym zachowaniem. Postanowił działać, gdy tylko uzna, że nadszedł odpowiedni moment do tego aby się odezwać. Spodziewał się, że uznawana za liderkę Victoria będzie chciała na forum koterii wyciągnąć wnioski z rozmowy telefonicznej, jaka skończyła się dokładnie dwanaście sekund wcześniej.
Ponieważ BJ nie jest członkiem koterii, to dobre wychowanie nakaże mu nie przysłuchiwać się bezczelnie dyskusji jaka może się zawiązać, po niefortunnym telefonie. Jeśli tak się stanie, to Brujah grzecznie przeprosi i oddali się do biblioteki.
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Viktoria z niekłamanym zdumieniem zaobserwowała, że nagle wszyscy członkowie koterii przywdziali aparycję Gavina, z nią włącznie. Zanim jednak, pośród ogólnego zaskoczenia i konsternacji telefonem zdołała zareagować, niespodziewany rozmówca rozłączył nagle.
- No cóż - powiedziała głosem Gavina - Jak mniemam, już się nie dowiemy jakie układy miała pani regent z Ravnosem... - Sama jednak wiedza, że owe układy były jest pouczająca - Muszę przyznać, że jestem w dość dużym szoku. Mieliśmy podobno ufać tylko członkom koterii... jak widać, nasz Ravnos miał swoją teorię na ten temat.
- Horacy możesz już zdjąć ze mnie tą mało przyjemną powłokę cygańskiej iluzji? Dziękuję bardzo... - Lasombra wyraźnie była niezadowolona ze swojego wyglądu.
- Jako że za dużo na ten temat już nie uzyskamy, proponuje zebrać się powoli w podróż, póki noc jeszcze młoda. Nie długo przybędzie Goratrix, miał być 2 h po zachodzie... Zostały nam dwa kruki: jeden na ziemiach Sabatu a drugi u Lupnów. O wilkołakach niewiele wiemy, nie wiem na razie jak ich podejś by pozwolili nam przejść przez ich ziemie... Pomogliśmy odzyskać bęben i mam nadzieje, że wygraliśmy tym chociaż jakąś mglistą przychylność. Myślę, że lepiej udać się na ziemie Sabatu... Szczególnie teraz, gdy mamy takiego sojusznika. Liczę na pomoc Goratrixa, w końcu obiecał nam jakieś wsparcie... być może będzie nas w stanie skierować do kogoś, podać hasło, pokierować jakąś radą... Jego przychylność w tej kwestii wiele nam ułatwi...
- Jednak zanim to się zdarzy mam jeszcze jedno zasadnicze pytanie... I jest ono skierowane do Ciebie Bernardzie - Lasombra zwróciła się w stronę potomka Mędrca w Czerwieni - Czy możesz nam powiedzieć czemu zawdzięczamy twoją wizytę? Dlaczego teraz? Czy masz dla nas jakieś istotne informacje? Muszę przyznac, że jestem dość zaskoczona Twoim przybyciem. Nie mniej mam nadzieje, że twoja obecność będzie nam błogosławieństwem nie klątwą - Victoria patrzyła się badawczo na przybysza i zamilkła w oczekiwaniu na odpowiedź gościa.
Viktoria z niekłamanym zdumieniem zaobserwowała, że nagle wszyscy członkowie koterii przywdziali aparycję Gavina, z nią włącznie. Zanim jednak, pośród ogólnego zaskoczenia i konsternacji telefonem zdołała zareagować, niespodziewany rozmówca rozłączył nagle.
- No cóż - powiedziała głosem Gavina - Jak mniemam, już się nie dowiemy jakie układy miała pani regent z Ravnosem... - Sama jednak wiedza, że owe układy były jest pouczająca - Muszę przyznać, że jestem w dość dużym szoku. Mieliśmy podobno ufać tylko członkom koterii... jak widać, nasz Ravnos miał swoją teorię na ten temat.
- Horacy możesz już zdjąć ze mnie tą mało przyjemną powłokę cygańskiej iluzji? Dziękuję bardzo... - Lasombra wyraźnie była niezadowolona ze swojego wyglądu.
- Jako że za dużo na ten temat już nie uzyskamy, proponuje zebrać się powoli w podróż, póki noc jeszcze młoda. Nie długo przybędzie Goratrix, miał być 2 h po zachodzie... Zostały nam dwa kruki: jeden na ziemiach Sabatu a drugi u Lupnów. O wilkołakach niewiele wiemy, nie wiem na razie jak ich podejś by pozwolili nam przejść przez ich ziemie... Pomogliśmy odzyskać bęben i mam nadzieje, że wygraliśmy tym chociaż jakąś mglistą przychylność. Myślę, że lepiej udać się na ziemie Sabatu... Szczególnie teraz, gdy mamy takiego sojusznika. Liczę na pomoc Goratrixa, w końcu obiecał nam jakieś wsparcie... być może będzie nas w stanie skierować do kogoś, podać hasło, pokierować jakąś radą... Jego przychylność w tej kwestii wiele nam ułatwi...
- Jednak zanim to się zdarzy mam jeszcze jedno zasadnicze pytanie... I jest ono skierowane do Ciebie Bernardzie - Lasombra zwróciła się w stronę potomka Mędrca w Czerwieni - Czy możesz nam powiedzieć czemu zawdzięczamy twoją wizytę? Dlaczego teraz? Czy masz dla nas jakieś istotne informacje? Muszę przyznac, że jestem dość zaskoczona Twoim przybyciem. Nie mniej mam nadzieje, że twoja obecność będzie nam błogosławieństwem nie klątwą - Victoria patrzyła się badawczo na przybysza i zamilkła w oczekiwaniu na odpowiedź gościa.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown
H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 12.08.1993, tuż po zmierzchu
Nie do końca zrozumiał wymianę zdań, między Szczurem i potomkiem Klienta. Dla niego Horacy wyglądał równie paskudnie, co zwykle. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy. Telefon, przyniesiony przez Nosferatu szybko wybawił go z konieczności rozważania społecznych niuansów. Korzystając z okazji, wycofał się pod ścianę, skąd mógł obserwować pozostałych. A zwłaszcza gościa... Palące się w kuchni światło, było zdecydowanie zbyt jasne. Seledynowe kafelki odbijały blask żarówek, zwielokrotniając go i rozpraszając w całym pomieszczeniu, zmuszając Mordercę do ciągłego mrużenia oczu, pomimo tego, iż osłonięte były ciemnymi okularami. Nie znosił takich miejsc. Źle mu się kojarzyły.
Głos Regentki w słuchawce nie zaskoczył go. Od dawna już podejrzewał Gavina o podobne krętactwa. Zdziwiła go jedynie reakcja Kuffrów, stojących w milczeniu wokół telefonu. Po krótkiej chwili jednak uznał, iż zdrada Oszusta musiała wstrząsnąć nimi do tego stopnia, że zaniemówili. Sam nie odezwał się także, nie sądził bowiem by rozmowa z Munafiqun należała do jego obowiązków. Poza tym jego głos był z pewnością ostatnim, który powinna usłyszeć Regentka w tej sytuacji. Pozwolił swym myślom powrócić do opcji, które wydawały się o wiele bardziej przyszłościowe. Do Cygana i jego krwi. Jayed - pomyślał, oblizując kły. Kuffrowie nie będą robić problemów, gdy upomnę się o swoje. Goratrix... Z nim zawsze zdołam się dogadać... Przywołał się do porządku uświadamiając sobie, że szczerzy zęby jak jakiś psychol. Miał jednak nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi... W końcu w pokoju znajdowała się przynajmniej jedna bardziej zajmująca od niego osoba.
Nie do końca zrozumiał wymianę zdań, między Szczurem i potomkiem Klienta. Dla niego Horacy wyglądał równie paskudnie, co zwykle. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy. Telefon, przyniesiony przez Nosferatu szybko wybawił go z konieczności rozważania społecznych niuansów. Korzystając z okazji, wycofał się pod ścianę, skąd mógł obserwować pozostałych. A zwłaszcza gościa... Palące się w kuchni światło, było zdecydowanie zbyt jasne. Seledynowe kafelki odbijały blask żarówek, zwielokrotniając go i rozpraszając w całym pomieszczeniu, zmuszając Mordercę do ciągłego mrużenia oczu, pomimo tego, iż osłonięte były ciemnymi okularami. Nie znosił takich miejsc. Źle mu się kojarzyły.
Głos Regentki w słuchawce nie zaskoczył go. Od dawna już podejrzewał Gavina o podobne krętactwa. Zdziwiła go jedynie reakcja Kuffrów, stojących w milczeniu wokół telefonu. Po krótkiej chwili jednak uznał, iż zdrada Oszusta musiała wstrząsnąć nimi do tego stopnia, że zaniemówili. Sam nie odezwał się także, nie sądził bowiem by rozmowa z Munafiqun należała do jego obowiązków. Poza tym jego głos był z pewnością ostatnim, który powinna usłyszeć Regentka w tej sytuacji. Pozwolił swym myślom powrócić do opcji, które wydawały się o wiele bardziej przyszłościowe. Do Cygana i jego krwi. Jayed - pomyślał, oblizując kły. Kuffrowie nie będą robić problemów, gdy upomnę się o swoje. Goratrix... Z nim zawsze zdołam się dogadać... Przywołał się do porządku uświadamiając sobie, że szczerzy zęby jak jakiś psychol. Miał jednak nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi... W końcu w pokoju znajdowała się przynajmniej jedna bardziej zajmująca od niego osoba.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]