Calli, 15 Pani Trzcin (Iparu), 1599 Eonu Ilaxoul[/center]
Słońce stało już wysoko na niebie gdy Mezxtli zmierzał w kierunku rezydencji jednego z najznakomitszych Aruan. W pośpiechu mijał kolejne, zakręcające niczym serpentyny uliczki potrącając spacerujących godnie Alinur. Część jego umysłu zanotowała jeszcze oddalający się dźwięk ich kąśliwych uwag i złorzeczeń, komentujących jego jakże niegodne zachowanie. Myślami jednak był gdzie indziej. Mimo braku snu, dwie godziny spędzone w pracowni ożywiły jego umysł niczym kąpiel w chłodnym wodospadzie. Całą drogę analizował wnikliwie pozyskane z rozszyfrowanego listu informacje.
[center]***[/center]
Ehecatlem jak szybko tylko mógł, pomógł zanieść pozbawione ducha dzieci do umiejscowionego w pobliżu rzeki lazaretu. Jego wzrok co rusz padał na wyznaczający pory dnia słoneczny glob, wspinający się wolno po lazurowym niebie. Pora była jeszcze młoda, lecz wiedział, że należy wykorzystać sytuację. Wróg był wyraźnie osłabiony, bluźnierca, który dopuścił się postawić swoją stopę w Calli, leżał teraz martwy gdzieś na dnie Ivit. Kobieta będzie próbowała zapewne uciec, znaleźć protekcję w sobie tylko znanym miejscu. Była jednak oficjalnie stracona w tym mieście... i możliwe, że w kilku okolicznych.
[center]
[/center]Nie tracąc czasu na zbędne kluczenie, obrał najkrótszą sobie znaną drogę do rezydencji brata. Minąwszy co raz głośniejszą i ożywioną dzielnicę kupiecką, wspiął się po ciosanych w kamieniu stopniach na wyższy taras. Nie minął nawet kwadrans, gdy przekroczył bramy dzielnicy Aruan i dostrzegł wysokie mury siedziby Oroni An'harata. Nikogo z wybranych do tajnego zadania jeszcze nie było. Miejsce zdawało się w pewien sposób inne, choć tak dobrze je znał. Okolica zdawała się nieprawdopodobnie cicha, niemal jak wymarła. O tej porze zwykle służba uwijała się pod nawałem przydzielonych obowiązków, pod boczne bramy przyjeżdżały chronione przez straż wozy dostarczające najświeższą żywność. Teraz nie było niemalże nikogo, poza milczącymi sylwetkami gwardzistów przed główną bramą i na murach rezydencji. Coś było nie tak. Syn Słońca przyspieszył kroku. Wartę miał akurat znany mu młody tiba, pochodzący z jednego ze starszych rodów. Zobaczywszy Ehecatlema, gwardzista momentalnie zasalutował. Nie zdawał się jednak skłonny do przepuszczenia mężnego wojownika i brata swego chlebodawcy. Co dopiero, aby otworzyć przed nim bramy pałacu An'harata.
- Z rozkazu samego Jaśniejącego, nikt nie może wejść. Znam was dobrze Panie i wiem, że sprawy, które chcecie omówić z szacownym Oronim są wielkiej wagi. - mężczyzna mówił z wyraźnym spokojem i szacunkiem względem Syna Słońca. Jednak przez jego głos przebijała również stanowczość otrzymanych rozkazów - Ktoś jednak próbował otruć naszego pana. Z samego rana zdjęła go choroba i nie może was przyjąć. Takie są rozkazy.
Po około dwóch godzinach od rozstania się przed siedzibą Bentaresh, Stratis, Zyanya, Khem oraz Mezxtli również znajdą się pod bramami pałacu oroni. Ehecatlem przyjdzie pierwszy, a pół godziny później dołączy do niego reszta.
[/center]