Przebrany w zwyczajny skórzany kaftan i opadający na oczy czepiec, Eco przedostał się bez większego trudu do Południowej Dzielnicy. Służąc w straży miejskiej znał doskonale labirynt Chłopskiego Krocza, wiedział doskonale, w który zaułek wejść bez lęku, a który zdecydowanie omijać po zmroku. Na brukowanych ulicach Południowej Dzielnicy mężczyzna przyśpieszył kroku, z zazdrością łowiąc uchem odgłosy wydawane przez parzące się gdzieś na dachu koty. Noc objęła we władanie Ostrogar, chociaż na wyrastających na północy ogromnych murach Pałacu Katana lśniły nieprzeliczone pochodnie, konkurujące z powodzeniem z blaskiem gwiazd.
Ruch na ulicach zanikał wraz z coraz późniejszą porą, żyjące z handlu i usług drobne mieszczaństwo kładło się do spoczynku przed kolejnym pracowitym dniem. Eco wiedział, że żądni całonocnych uciech Ostrogarczycy gromadzili się teraz na Placu Karczemnym, w wibrujących śmiechem i muzyką ścianach rozlicznych karcz, tawern i jadłodajni.
Rozstanie ze zgrają futrzastych przyjaciół wprawiło gwardzistę w ponury nastrój i nawet perspektywa poswawolenia ze zmarłą elfką nie poprawiała Eco humoru. Kregen ewidentnie kopał pod nim dołki, ten tłusty skurczybyk! Ani chybi kradł sakiewki ofiarom zbrodni, a przed Fleituhem zwalał winę na Eco. Mężczyzna zamierzał odpłacić się towarzyszowi służby pięknym za nadobne, ale wpierw musiał obmyślić jakiś chytry plan.
Zza rogu ulicy dobiegały coraz głośniejsze dźwięki złorzeczeń, ciskanych z imponującym rozmachem przez jakąś rozwścieczoną niewiastę. Eco zastrzygł natychmiast uszami, uśmiechnął się w bardzo nieprzyjemny sposób. Łaska Sureliona w końcu na niego spłynęła: pod postacią awanturującej się po zmroku białogłowy, wręcz proszącej się o to, by ją sponiewierać w majestacie prawa.