PBF - Okna Duszy
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Nie zabardzo wiem, co napisać. Dlatego Eco pozwoli pociągnąć rozmowę Fleituhowi. Staram się omijać moją wizytę w Kaplicy Czaskogłowych. Jestem przerażony obecnością kapłana, Eco kolejnej części rozmowy postara dowiedzieć się czego on tu szuka? Jednakże jakby sprawy przybrały bardzo zły obrót szukam drogi ucieczki!
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Wystarczyło jedno wypowiedziane przez Milcarra słowo, by wszyscy natychmiast sięgnęli po broń i skoczywszy w stronę niewidomego druha otoczyli go ciasnym kordonem.
- Do chaty, a żwawo! - zakomenderował ciągnięty pod pachy Ślepak - Tam najłatwiej będzie nam stawić odpór temu paskudnemu bydlęciu!
Idąc za radą towarzysza, pozostali zbiegowie szybko wprowadzili go do cuchnącego stęchlizną ciemnego wnętrza największej chaty, potykając się o jakieś próchniejące deski i kawałki stropu, które odpadły od belek dachu. Wnikające do środka przez dziury promyki słońca ożywiały w jakiś magiczny sposób drobiny unoszącego się w powietrzu kurzu przydając im wyglądu złotego pyłu.
- Tam jest! - syknął kucający za progiem Otlaf, asekurowany przez ściskającego włócznię Rokko - Przy szopie!
Potężny bury wilk zatrzymał się kilkanaście kroków od wejścia do chaty, spojrzał wprost na nieruchomego mieszańca. Złodziej przełknął ślinę dostrzegając dziwnie rozumny błysk w wielkich ślepiach zwierzęcia, wyszczerzył bezwiednie swe orkowe kły.
Wilk przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jakby w zamierzony sposób prezentował swą własną siłę i drapieżny majestat. Spoglądający na niego Otlaf zauważył starą bliznę przecinającą bok pyska zwierzęcia, a także kosmyk siwej sierści porastający jedno z wilczych uszu.
Znudziwszy się widocznie wzrokową konfrontacją, bestia podbiegła bezgłośnie do miejsca, w którym chwilę wcześniej siedział na ziemi oparty o ścianę szopy Milcarr. Zerkając co chwila w stronę Otlafa wilk obwąchał starannie ślady pozostawione przez Ślepaka, a potem ku niewysłowionemu zdumieniu złodzieja najzwyczajniej w świecie oddał tam mocz.
Kiedy znikał w zielonej gęstwie, raz jeszcze spojrzał w stronę chaty i ukrytych za progiem dwunożnych intruzów, a wówczas półork nie zdołał się oprzeć absurdalnemu wrażeniu, że wywalony jęzor zwierzęcia mógł uchodzić za wyraz złośliwej wesołości.
- Poszedł sobie - Rokko westchnął z ulgą i odstąpił od pleców złodzieja przysiadając na klepisku chaty.
Wystarczyło jedno wypowiedziane przez Milcarra słowo, by wszyscy natychmiast sięgnęli po broń i skoczywszy w stronę niewidomego druha otoczyli go ciasnym kordonem.
- Do chaty, a żwawo! - zakomenderował ciągnięty pod pachy Ślepak - Tam najłatwiej będzie nam stawić odpór temu paskudnemu bydlęciu!
Idąc za radą towarzysza, pozostali zbiegowie szybko wprowadzili go do cuchnącego stęchlizną ciemnego wnętrza największej chaty, potykając się o jakieś próchniejące deski i kawałki stropu, które odpadły od belek dachu. Wnikające do środka przez dziury promyki słońca ożywiały w jakiś magiczny sposób drobiny unoszącego się w powietrzu kurzu przydając im wyglądu złotego pyłu.
- Tam jest! - syknął kucający za progiem Otlaf, asekurowany przez ściskającego włócznię Rokko - Przy szopie!
Potężny bury wilk zatrzymał się kilkanaście kroków od wejścia do chaty, spojrzał wprost na nieruchomego mieszańca. Złodziej przełknął ślinę dostrzegając dziwnie rozumny błysk w wielkich ślepiach zwierzęcia, wyszczerzył bezwiednie swe orkowe kły.
Wilk przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jakby w zamierzony sposób prezentował swą własną siłę i drapieżny majestat. Spoglądający na niego Otlaf zauważył starą bliznę przecinającą bok pyska zwierzęcia, a także kosmyk siwej sierści porastający jedno z wilczych uszu.
Znudziwszy się widocznie wzrokową konfrontacją, bestia podbiegła bezgłośnie do miejsca, w którym chwilę wcześniej siedział na ziemi oparty o ścianę szopy Milcarr. Zerkając co chwila w stronę Otlafa wilk obwąchał starannie ślady pozostawione przez Ślepaka, a potem ku niewysłowionemu zdumieniu złodzieja najzwyczajniej w świecie oddał tam mocz.
Kiedy znikał w zielonej gęstwie, raz jeszcze spojrzał w stronę chaty i ukrytych za progiem dwunożnych intruzów, a wówczas półork nie zdołał się oprzeć absurdalnemu wrażeniu, że wywalony jęzor zwierzęcia mógł uchodzić za wyraz złośliwej wesołości.
- Poszedł sobie - Rokko westchnął z ulgą i odstąpił od pleców złodzieja przysiadając na klepisku chaty.
Wilk sobie poszedł, zniknął w gęstwinie. Jeśli chcecie, możecie w chacie odpocząć, coś zjeść i wypić. Szabrowanie nic nie da, tutaj naprawdę nie ma niczego wartościowego. Jakieś deklaracje?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Dziesiętnik stał z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, w oczach struchlałego Eco jawiąc się jedynym ratunkiem dla sureliańskiego wyznawcy, jedyną przeszkodą stojącą na drodze zwyrodniałego Angano i jego potwornych sług.
- Niechaj zgadnę, skąd to nasze spotkanie - zaproponował ork przekrzywiając w bok głowę - Nie tylko straż miejska korzysta z usług alchemików, prawda? Daliście waszą strzałkę do zbadania, prawda, świątobliwy? I tak dowiedzieliście się o pomurniku i tym tutaj Burat-arze?
- Jestem pod wrażeniem, szczerze powiadam - morglithiański kapłan kiwnął lekko głową - Rzadko kiedy mam sposobność natrafić na równie rzutki umysł w ciele orka... oczywiście bez urazy dla twych krewniaków, dziesiętniku. To prawda, mamy własnych alchemików na usługach świątyni. Trucizna znaleziona na strzałce pochodzi z okolic tej osady. Niezależnie od siebie doszliśmy do tych samych wniosków i zjawiliśmy się tutaj prawie w tym samym czasie.
- Myśmy jednak mieli spokojniejszą podróż - Fleituh przeciągnął znaczącym spojrzeniem po ubrudzonych nie swoją krwią ograch - Gobliny?
- Leśni grasanci - kthan wzruszył obojętnie ramionami, najwyraźniej nie uważając za istotne rozwodzić się nad szczegółami sprawy - Pan Umarłych srogo ich pokarał. Cóż zatem odkryło prowadzone tu śledztwo? Czy znacie już tożsamość zbrodniarza?
- Kupował wywar od miejscowych, wszelako to nie jeden z nich, a przynajmniej tak tutejsi twierdzą. Uważają, że to ostrogarski alchemik, który nigdy im się nie przedstawił. Znają go jedynie z wyglądu, w szczególności z rudych włosów.
- Interesujące - kapłan splótł dłonie palcami i przybrał minę człowieka głęboko zamyślonego - Tedy śmiało można rzec, że śledztwo stanęło w miejscu. Jak odnaleźć w stolicy świata kogoś wiedząc jedynie tyle, że ma rude włosy i aparycję alchemika?
Kleryk tkwił przez chwilę w milczeniu, a obserwujący go z wysokości posłania Eco próbował jak najdłużej wstrzymywać oddech, by w żaden sposób nie zwrócić na siebie uwagi gościa.
- Ty tam, jesteś naczelnikiem? - kapłan Czaszkogłowego przywołał do siebie wciśniętego w kąt izby Męczywora - Ten człowiek, który kupował truciznę. Dawał wam jakieś przedmioty, które były jego własnością?
- Tylko monety, świątobliwy - wbrew oczekiwaniom Angano odpowiedział nie wsparty na kosturze starzec, tylko drugi obecny w izbie rybak, smagłoskóry młodzieniec o naznaczonej tatuażami twarzy - Płacił za wywar złotem.
- Monety to kiepski przekaźnik - kapłan zmarszczył nos w wyrazie ewidentnego rozczarowania - Wszelako lepsze one niż nic. Przynieście je czym prędzej, wszystkie.
Stary naczelnik i jego przybrany syn wymienili między sobą spojrzenia, najwyraźniej nie chcąc zbyt łatwo przyjąć do wiadomości wygłoszonego stanowczym tonem rozkazu.
Dziesiętnik stał z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, w oczach struchlałego Eco jawiąc się jedynym ratunkiem dla sureliańskiego wyznawcy, jedyną przeszkodą stojącą na drodze zwyrodniałego Angano i jego potwornych sług.
- Niechaj zgadnę, skąd to nasze spotkanie - zaproponował ork przekrzywiając w bok głowę - Nie tylko straż miejska korzysta z usług alchemików, prawda? Daliście waszą strzałkę do zbadania, prawda, świątobliwy? I tak dowiedzieliście się o pomurniku i tym tutaj Burat-arze?
- Jestem pod wrażeniem, szczerze powiadam - morglithiański kapłan kiwnął lekko głową - Rzadko kiedy mam sposobność natrafić na równie rzutki umysł w ciele orka... oczywiście bez urazy dla twych krewniaków, dziesiętniku. To prawda, mamy własnych alchemików na usługach świątyni. Trucizna znaleziona na strzałce pochodzi z okolic tej osady. Niezależnie od siebie doszliśmy do tych samych wniosków i zjawiliśmy się tutaj prawie w tym samym czasie.
- Myśmy jednak mieli spokojniejszą podróż - Fleituh przeciągnął znaczącym spojrzeniem po ubrudzonych nie swoją krwią ograch - Gobliny?
- Leśni grasanci - kthan wzruszył obojętnie ramionami, najwyraźniej nie uważając za istotne rozwodzić się nad szczegółami sprawy - Pan Umarłych srogo ich pokarał. Cóż zatem odkryło prowadzone tu śledztwo? Czy znacie już tożsamość zbrodniarza?
- Kupował wywar od miejscowych, wszelako to nie jeden z nich, a przynajmniej tak tutejsi twierdzą. Uważają, że to ostrogarski alchemik, który nigdy im się nie przedstawił. Znają go jedynie z wyglądu, w szczególności z rudych włosów.
- Interesujące - kapłan splótł dłonie palcami i przybrał minę człowieka głęboko zamyślonego - Tedy śmiało można rzec, że śledztwo stanęło w miejscu. Jak odnaleźć w stolicy świata kogoś wiedząc jedynie tyle, że ma rude włosy i aparycję alchemika?
Kleryk tkwił przez chwilę w milczeniu, a obserwujący go z wysokości posłania Eco próbował jak najdłużej wstrzymywać oddech, by w żaden sposób nie zwrócić na siebie uwagi gościa.
- Ty tam, jesteś naczelnikiem? - kapłan Czaszkogłowego przywołał do siebie wciśniętego w kąt izby Męczywora - Ten człowiek, który kupował truciznę. Dawał wam jakieś przedmioty, które były jego własnością?
- Tylko monety, świątobliwy - wbrew oczekiwaniom Angano odpowiedział nie wsparty na kosturze starzec, tylko drugi obecny w izbie rybak, smagłoskóry młodzieniec o naznaczonej tatuażami twarzy - Płacił za wywar złotem.
- Monety to kiepski przekaźnik - kapłan zmarszczył nos w wyrazie ewidentnego rozczarowania - Wszelako lepsze one niż nic. Przynieście je czym prędzej, wszystkie.
Stary naczelnik i jego przybrany syn wymienili między sobą spojrzenia, najwyraźniej nie chcąc zbyt łatwo przyjąć do wiadomości wygłoszonego stanowczym tonem rozkazu.
Jeśli Eco chciałby zabłysnąć w oczach kleryka, to może to dobry moment na zerwanie się z posłania i zmuszenie wieśniaków do oddania świątobliwemu mężowi złota!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Eco od zawsze zachodził w głowę, który z jego druhów był większym skąpcem i dusigroszem: Ketras czy Saar Sansar. Lecz teraz, patrząc z kąta pomieszczenia na odliczającego monety ze zbolałą miną Męczywora, strażnik uznał w myślach, że jego współwyznawcy mogli śmiało stawać do rywalizacji ze skąpymi wieśniakami z Burat-aru. Naczelnik stękał i wzdychał nad każdym pieniążkiem, a towarzyszący mu w trakcie rozmowy Zager piorunował gości wzrokiem na tyle, na ile pozwalała mu śmiałość.
- Skoro już chcecie nas ograbić z całego złota, szlachetni panowie, to naliczcie je aby na ten zaległy podatek - zaproponował równie co Zager młody rybak w prostym odzieniu kleryka Piana, zwący się jakoby Gusłkiem. Jego przybycie mocno zirytowało ostrogarskich stróżów prawa, albowiem ani Gusłek ani inni towarzyszący mu chłopi nie poprosili o pozwolenie na wejście do izby, tylko od razu do niej wleźli.
- Bacz, bym cię nie skarcił bykowcem, rybaku - warknął dziesiętnik, lecz wbrew oczekiwaniom Eco nie położył dłoni na szabli; być może przez wzgląd na stojących za plecami mówcy Trzęsikęska i Łamignata.
- Przemawiasz do kapłana, zechciej zatem zachować odpowiedni szacunek - odpowiedział Gusłek prostując swe szczupłe ciało i marszcząc gniewnie nos, a jego zuchwałe słowa dosłownie odebrały surelianinowi mowę - Jam jest sługą Piana, Kielicha Wspaniałości, który otacza niebiańską opieką tę osadę.
Fleituh przeniósł spojrzenie na Angano, a kleryk wzruszył w odpowiedzi ramionami.
- Podle prawa człowiekowi temu należy się tytuł kthana - powiedział obojętnie prześladowca Eco - Być może nawet pewien szacunek, proporcjonalny do potęgi i wpływów jego patrona. Proponuję nie wchodzić w prawne dysputy, ich złożoność mogłaby doprowadzić szacownych miejscowych do potwornego bólu głowy. Niechaj zostanie odnotowane, że ten oto majątek, w wysokości osiemdziesięciu sztuk złota, został przekazany przedstawicielom katańskiej władzy jako podatek. Zadowoleni?
Dziesiętnik ewidentnie nie był zadowolony, Eco wyczytał to natychmiast w gniewnym spojrzeniu orka. Strażnik podejrzewał, że Fleituh zamierzał przejąć zapłatę od alchemika jako dowód w sprawie, a zaległy podatek wydusić od rybaków dodatkowo, ale Angano pokrzyżował mu plany... być może z czystej złośliwości.
Kiedy złote monety spoczęły bezpiecznie w mieszku z jeleniej skóry, Fleituh wyciągnął po sakiewkę rękę, wtedy jednak kapłan ubiegł go z niebywałą zwinnością i odebrawszy Męczyworowi kieskę przekazał ją pod opiekę jednego z ogrów.
- Jesteście pewni, że ten człowiek już w tym roku nie powróci? - zapytał raz jeszcze Angano.
- Po nic byłoby mu tu przypływać, świątobliwy - wycedził gniewną odpowiedź Zager, który nawet na chwilę nie spuszczał oczu z zabranej Męczyworowi sakiewki - Następne zbiory dopiero za rok.
Eco od zawsze zachodził w głowę, który z jego druhów był większym skąpcem i dusigroszem: Ketras czy Saar Sansar. Lecz teraz, patrząc z kąta pomieszczenia na odliczającego monety ze zbolałą miną Męczywora, strażnik uznał w myślach, że jego współwyznawcy mogli śmiało stawać do rywalizacji ze skąpymi wieśniakami z Burat-aru. Naczelnik stękał i wzdychał nad każdym pieniążkiem, a towarzyszący mu w trakcie rozmowy Zager piorunował gości wzrokiem na tyle, na ile pozwalała mu śmiałość.
- Skoro już chcecie nas ograbić z całego złota, szlachetni panowie, to naliczcie je aby na ten zaległy podatek - zaproponował równie co Zager młody rybak w prostym odzieniu kleryka Piana, zwący się jakoby Gusłkiem. Jego przybycie mocno zirytowało ostrogarskich stróżów prawa, albowiem ani Gusłek ani inni towarzyszący mu chłopi nie poprosili o pozwolenie na wejście do izby, tylko od razu do niej wleźli.
- Bacz, bym cię nie skarcił bykowcem, rybaku - warknął dziesiętnik, lecz wbrew oczekiwaniom Eco nie położył dłoni na szabli; być może przez wzgląd na stojących za plecami mówcy Trzęsikęska i Łamignata.
- Przemawiasz do kapłana, zechciej zatem zachować odpowiedni szacunek - odpowiedział Gusłek prostując swe szczupłe ciało i marszcząc gniewnie nos, a jego zuchwałe słowa dosłownie odebrały surelianinowi mowę - Jam jest sługą Piana, Kielicha Wspaniałości, który otacza niebiańską opieką tę osadę.
Fleituh przeniósł spojrzenie na Angano, a kleryk wzruszył w odpowiedzi ramionami.
- Podle prawa człowiekowi temu należy się tytuł kthana - powiedział obojętnie prześladowca Eco - Być może nawet pewien szacunek, proporcjonalny do potęgi i wpływów jego patrona. Proponuję nie wchodzić w prawne dysputy, ich złożoność mogłaby doprowadzić szacownych miejscowych do potwornego bólu głowy. Niechaj zostanie odnotowane, że ten oto majątek, w wysokości osiemdziesięciu sztuk złota, został przekazany przedstawicielom katańskiej władzy jako podatek. Zadowoleni?
Dziesiętnik ewidentnie nie był zadowolony, Eco wyczytał to natychmiast w gniewnym spojrzeniu orka. Strażnik podejrzewał, że Fleituh zamierzał przejąć zapłatę od alchemika jako dowód w sprawie, a zaległy podatek wydusić od rybaków dodatkowo, ale Angano pokrzyżował mu plany... być może z czystej złośliwości.
Kiedy złote monety spoczęły bezpiecznie w mieszku z jeleniej skóry, Fleituh wyciągnął po sakiewkę rękę, wtedy jednak kapłan ubiegł go z niebywałą zwinnością i odebrawszy Męczyworowi kieskę przekazał ją pod opiekę jednego z ogrów.
- Jesteście pewni, że ten człowiek już w tym roku nie powróci? - zapytał raz jeszcze Angano.
- Po nic byłoby mu tu przypływać, świątobliwy - wycedził gniewną odpowiedź Zager, który nawet na chwilę nie spuszczał oczu z zabranej Męczyworowi sakiewki - Następne zbiory dopiero za rok.
Luźna konwersacja w chacie Męczywora...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Wilk zniknął chyba na dobre, chociaż wędrowcy czujnie rozglądali się wokół i sztywnieli przy każdym podejrzanym szeleście dobiegającym z chaszczy. Porastający brzeg jeziora las szumiał łagodnie, woda chlupotała na piaszczystych płyciznach. Idący gęsiego mężczyźni wytrwale maszerowali nie narzekając na trudy i starając się nie okazywać towarzyszom coraz większego zmęczenia. Zwłaszcza Ostrogarczycy mieli w tym względzie spory kłopot, bo mieszkający od zawsze w wielkim mieście, nie byli przyzwyczajeni do tak forsownych podróży.
Kiedy Rokko okrzyknął ponownie kompanów wskazując grotem włóczni na przezierające między drzewami zabudowania, zbiegowie zbili się w kupkę naradzając się pośpiesznie.
- Więcej chat i dymy się nad nimi unoszą - przekazał Milcarrowi Otlaf - Tym razem to zamieszkana sadyba. Skarpą pójdziemy, nie potknij się na stromiźnie. Potem podejdziemy powoli do opłotków. Widać ludzi, czystej krwi. To na pewno duża rybacka wioska.
Pomagając na zmiany ślepcowi, uciekinierzy jęli się przedzierać przez kolczaste zarośla porastające niewielką skarpę na brzegu jeziora.
- Stójcie, parszywe skurwysyny! - spomiędzy drzew huknął bez ostrzeżenia gromki głos, w gęstwie zaszeleściło w kilku miejscach. Łapiący za broń zbiegowie stanęli czym prędzej w szyku, promienie słońca zalśniły na ich dobytej stali.
- Gadajcie, po co leziecie do Burat-aru? - zakrzyknął ponownie posiadacz gromkiego głosu.
- Gadajcie wpierw, czyście z Ostrogaru przybyli! - zażądał drugi z nieznajomych, ukryty za pniem drzewa.
Wilk zniknął chyba na dobre, chociaż wędrowcy czujnie rozglądali się wokół i sztywnieli przy każdym podejrzanym szeleście dobiegającym z chaszczy. Porastający brzeg jeziora las szumiał łagodnie, woda chlupotała na piaszczystych płyciznach. Idący gęsiego mężczyźni wytrwale maszerowali nie narzekając na trudy i starając się nie okazywać towarzyszom coraz większego zmęczenia. Zwłaszcza Ostrogarczycy mieli w tym względzie spory kłopot, bo mieszkający od zawsze w wielkim mieście, nie byli przyzwyczajeni do tak forsownych podróży.
Kiedy Rokko okrzyknął ponownie kompanów wskazując grotem włóczni na przezierające między drzewami zabudowania, zbiegowie zbili się w kupkę naradzając się pośpiesznie.
- Więcej chat i dymy się nad nimi unoszą - przekazał Milcarrowi Otlaf - Tym razem to zamieszkana sadyba. Skarpą pójdziemy, nie potknij się na stromiźnie. Potem podejdziemy powoli do opłotków. Widać ludzi, czystej krwi. To na pewno duża rybacka wioska.
Pomagając na zmiany ślepcowi, uciekinierzy jęli się przedzierać przez kolczaste zarośla porastające niewielką skarpę na brzegu jeziora.
- Stójcie, parszywe skurwysyny! - spomiędzy drzew huknął bez ostrzeżenia gromki głos, w gęstwie zaszeleściło w kilku miejscach. Łapiący za broń zbiegowie stanęli czym prędzej w szyku, promienie słońca zalśniły na ich dobytej stali.
- Gadajcie, po co leziecie do Burat-aru? - zakrzyknął ponownie posiadacz gromkiego głosu.
- Gadajcie wpierw, czyście z Ostrogaru przybyli! - zażądał drugi z nieznajomych, ukryty za pniem drzewa.
...
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
Wilk oszczawszy zapach Milcara znikną gdzieś w lesie, czy na pewno, a może tylko nas zwodzi. Przyszło mi do głowy, że powinienem sam załatwić potrzebę na wilczy zapach. Chyba oszalałem, dając się wciągnąć w niedorzeczną grę prymatu uryny. A jednak, ochota pozostała i tłukła się z tyłu czaszki, nie dając o sobie zapomnieć, ale jak wyglądałbym w oczach towarzyszy.
By odgonić zwierzęce instynkty, postanowiłem cicho zagrać. Już gładziłem drewno fletu. Czy na prawdę można nim zrobić krzywdę, cóż za szalona myśl, powstała w głowie szpetnego najemnika.
Zagrałem.
Posililiśmy się i już w lepszych nastrojach ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Stary Rokko szedł przodem, dużo lepiej radząc sobie w dzikiej okolicy, niż którykolwiek z uczniów Kielicha. Już miałem go dogonić, by wypytać o fach i przyczynę, która postawiła go w tej sytuacji, kiedy przystanął i wskazał na wyłaniające się wzdłuż plaży zabudowania.
-To musi być Burat-ar pomyślałem
Uśmiechy, ledwo pączkujące na naszych twarzach, szybko zmieniły się w wąskie kreski ściągniętych warg, kiedy okrzyknięto nas wulgarnie z pobliskich zarośli. Ukryci strażnicy zasypali nas wręcz trudnymi pytaniami. Towarzysze moi obnażyli groźne ostrza, dając do zrozumienia, że nie są byłe łachami do obicia, i moja ręka powędrowała do miecza, w porę się jednak zmitygowałem, odrzuciłem barbarzyńską chęć zdominowania chwili. Spokojnie schowałem broń.
-Czy to się nieświeżych ryb najadłem i z borem gadam, czy się ktoś w owej gęstwie kryje? Wyjdźcie dobrzy ludzie, nie stanie wam się krzywda.
By dowieść swych pokojowych zamiarów, wyjdę przed towarzyszy, unosząc ręce w geście przyjaźni.
-Prawdziwie raduję się na to spotkanie, już myśleliśmy że okolica wyludła. Że jeno zbóje i bestyje oną puszczę zasiedlają. Przed jednymi i drugimi cudem uszliśmy, a teraz zagubieni w lesie okrutnym, dymy i chaty ujrzawszy, pomocy szukamy.
-Jestem stolarzem spod stolicy, chcieliśmy szukać tu dobrego drewna, a znaleźliśmy dzicz i rozbój, błogosławieni bądźcie dobrzy ludzie, może by się gościna znalazła, to i może interesu jakiego dobijemy na przyszłość.
-Jak mówiliście zwie się osada wasza, Burut-ar? Prowadźcie.
Ciekawe, dlaczego tak ważne jest, czy przybyliśmy z Ostragaru?
By odgonić zwierzęce instynkty, postanowiłem cicho zagrać. Już gładziłem drewno fletu. Czy na prawdę można nim zrobić krzywdę, cóż za szalona myśl, powstała w głowie szpetnego najemnika.
Zagrałem.
Posililiśmy się i już w lepszych nastrojach ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża. Stary Rokko szedł przodem, dużo lepiej radząc sobie w dzikiej okolicy, niż którykolwiek z uczniów Kielicha. Już miałem go dogonić, by wypytać o fach i przyczynę, która postawiła go w tej sytuacji, kiedy przystanął i wskazał na wyłaniające się wzdłuż plaży zabudowania.
-To musi być Burat-ar pomyślałem
Uśmiechy, ledwo pączkujące na naszych twarzach, szybko zmieniły się w wąskie kreski ściągniętych warg, kiedy okrzyknięto nas wulgarnie z pobliskich zarośli. Ukryci strażnicy zasypali nas wręcz trudnymi pytaniami. Towarzysze moi obnażyli groźne ostrza, dając do zrozumienia, że nie są byłe łachami do obicia, i moja ręka powędrowała do miecza, w porę się jednak zmitygowałem, odrzuciłem barbarzyńską chęć zdominowania chwili. Spokojnie schowałem broń.
-Czy to się nieświeżych ryb najadłem i z borem gadam, czy się ktoś w owej gęstwie kryje? Wyjdźcie dobrzy ludzie, nie stanie wam się krzywda.
By dowieść swych pokojowych zamiarów, wyjdę przed towarzyszy, unosząc ręce w geście przyjaźni.
-Prawdziwie raduję się na to spotkanie, już myśleliśmy że okolica wyludła. Że jeno zbóje i bestyje oną puszczę zasiedlają. Przed jednymi i drugimi cudem uszliśmy, a teraz zagubieni w lesie okrutnym, dymy i chaty ujrzawszy, pomocy szukamy.
-Jestem stolarzem spod stolicy, chcieliśmy szukać tu dobrego drewna, a znaleźliśmy dzicz i rozbój, błogosławieni bądźcie dobrzy ludzie, może by się gościna znalazła, to i może interesu jakiego dobijemy na przyszłość.
-Jak mówiliście zwie się osada wasza, Burut-ar? Prowadźcie.
Ciekawe, dlaczego tak ważne jest, czy przybyliśmy z Ostragaru?
Cóż, zagram znowu kupca drzewnego, albo inszego mądrale ze świtą.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Spomiędzy chaszczy wychynął płowowłosy młodzian w skórzanej kurcie nabijanej mosiężnymi guzami, uzbrojony we włócznię i przytroczony do boku topór. Trzymając się na bezpieczną odległość obejrzał uważnie przybyszów, potem zacmokał znacząco i na dźwięk ów spomiędzy drzew wychynęli inni ludzie, wszyscy bez wyjątku czystej krwi i noszący skromne odzienia.
Na ich prostych zasępionych obliczach malowała się wielka podejrzliwość, przechodząca u niektórych wręcz we wrogość.
- To Burat-ar, wszelako drewnem się tu nie kupczy - sarknął płowowłosy młodzian z włócznią - Złą żeście obrali drogę, panie kupcze. My tu ryby łowimy, nie drwa rąbiemy.
- Daj spokój, Pchełek, możeli zapłacą złotem za gościnę? - odezwał się inny z przyczajonych wśród drzew rybaków - My biedni niemożebnie, panie kupcze. Nakarmimy was, ale macie czym za tę gościnę zapłacić?
Spomiędzy chaszczy wychynął płowowłosy młodzian w skórzanej kurcie nabijanej mosiężnymi guzami, uzbrojony we włócznię i przytroczony do boku topór. Trzymając się na bezpieczną odległość obejrzał uważnie przybyszów, potem zacmokał znacząco i na dźwięk ów spomiędzy drzew wychynęli inni ludzie, wszyscy bez wyjątku czystej krwi i noszący skromne odzienia.
Na ich prostych zasępionych obliczach malowała się wielka podejrzliwość, przechodząca u niektórych wręcz we wrogość.
- To Burat-ar, wszelako drewnem się tu nie kupczy - sarknął płowowłosy młodzian z włócznią - Złą żeście obrali drogę, panie kupcze. My tu ryby łowimy, nie drwa rąbiemy.
- Daj spokój, Pchełek, możeli zapłacą złotem za gościnę? - odezwał się inny z przyczajonych wśród drzew rybaków - My biedni niemożebnie, panie kupcze. Nakarmimy was, ale macie czym za tę gościnę zapłacić?
Zwyczajowe negocjacje z tubylcami...
-
Nanatar
- Reactions:
- Posty: 641
- Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 155 times
- Been thanked: 116 times
Mimowolnie uśmiechnąłem się słysząc o zapłacie, nie byli brudnymi zbieraczami, porządne odzienie i metalowa broń, sugerowały wręcz pewien dobrobyt. Tu i ówdzie, tkwiące w brodzie rybie łuski, potwierdzały zajęcie. Mieliśmy za gospodarzy chciwych rybaków. Uśmiechem obdarzyłem i towarzyszy, unosząc pytająco brwi.
-Wiele ze sobą nie mamy,ale skoro bogowie postawili nas na swojej drodze, to mają ku temu powód. Nie igrajmy z ich wyrokami, zasiądźmy przy ogniu i uściśnijmy sobie prawicę. Goście pewnikiem rzadko tu bywają, a my rzadko uczciwych ludzi spotykamy, kiedy się taka okazja nadarza, nie trzeba jej marnować.
Spoglądnę na jezioro.
-Sieci gęsto rozstawione, na pewno ryb Wam zbywa, a o tam, zatoczka nagrzana i glonów dużo, tam się pewnikiem sandacz gnieździ. A wiecie są tacy co w porcie wolą łowić, że transport tańszy, ale mi się zdaje, że tam sandacza nie uświadczą.
I raz jeszcze tęsknym wzrokiem po tafli jeziora powiodę.
-A wypływacie dziś jeszcze?
-Wiele ze sobą nie mamy,ale skoro bogowie postawili nas na swojej drodze, to mają ku temu powód. Nie igrajmy z ich wyrokami, zasiądźmy przy ogniu i uściśnijmy sobie prawicę. Goście pewnikiem rzadko tu bywają, a my rzadko uczciwych ludzi spotykamy, kiedy się taka okazja nadarza, nie trzeba jej marnować.
Spoglądnę na jezioro.
-Sieci gęsto rozstawione, na pewno ryb Wam zbywa, a o tam, zatoczka nagrzana i glonów dużo, tam się pewnikiem sandacz gnieździ. A wiecie są tacy co w porcie wolą łowić, że transport tańszy, ale mi się zdaje, że tam sandacza nie uświadczą.
I raz jeszcze tęsknym wzrokiem po tafli jeziora powiodę.
-A wypływacie dziś jeszcze?
Wiem że towarzysze woleliby zapomnieć o srebrze, aż do powrotu do stolicy, ale trochę srebra mamy. Jeśli zapłata będzie konieczna, możemy ją uiścić z mojej części.
Wolałbym naturalnie wprosić się na wieczerzę w imieniu bogów, ładnie zagrać, pochlebiać nienatarczywie, wypytać o handel rybami, pochwalić oręż, czujność. Liczę że dowiem się jak często ktoś po ryby przypływa, czym, jak płaci, a może sami je do warownych wiosek transportują.
Wolałbym naturalnie wprosić się na wieczerzę w imieniu bogów, ładnie zagrać, pochlebiać nienatarczywie, wypytać o handel rybami, pochwalić oręż, czujność. Liczę że dowiem się jak często ktoś po ryby przypływa, czym, jak płaci, a może sami je do warownych wiosek transportują.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Dzika knieja, 26 orakt-ran
Zaprzężony w parę wołów wóz toczył się leniwie po wąskiej leśnej drodze, podskakując na wybojach i skrzypiąc ośkami. Siedzący za zatrwożonym osobą kapłana chłopem w baranicy, kthan Angano kontemplował pełnym zadumy spojrzeniem zieloną gęstwę, w szczególności zaś rozlożyste konary wiekowych dębów splatające się ponad głowami wędrowców na podobieństwo liściastego dachu.
Oprócz kleryka Morglitha i furmana wozem podróżowała niewielka człekokształtna postać w czarnym płaszczu, budząca w Eco strach jeszcze większy niż Angano i jego ogry razem wzięci. Mgliste wspomnienia koszmaru w Czarnej Krypcie powracały natrętnie do umysłu miejskiego strażnika i chociaż spora ich część była niekompletna przez wzgląd na wywołane wówczas zgrozą omdlenie mężczyzny, skowyczący z trwogi instynkt ostrzegał surelianina, żeby się trzymać jak najdalej od tego tajemniczego milkliwego stworzenia.
To nie było jednak łatwym zadaniem. Fleituh i Eco maszerowali bez słowa tuż za zaprzęgiem, pilnowani przez idącego na samym końcu ogra. Eco czuł nieprzerwanie na karku łakome spojrzenie stwora, po kręgosłupie cały czas harcowały mu lodowate ciarki, a posapywanie wielkiej istoty utrzymywało u Eco stan permanentnej gęsiej skórki. Drugi z ogrów szedł przodem, kilkanaście kroków przed wołami, w towarzystwie dwóch rybaków tworząc szpicę niewielkiej kawalkady.
Trzęsikęsek miał nietęgą minę, widać to było w chwilach, kiedy oglądał się na poły skrycie w kierunku jadącego w tyle wozu. Idący obok w milczeniu Zager nie okazywał żadnych emocji, obserwując na przemian to jedną, to drugą stronę lasu. Męczywór wyjątkowo długo protestował, kiedy kapłan Pana Umarłych zażądał tych dwóch w roli eskorty i umilkł dopiero po groźbie surowej kary w wykonaniu dziesiętnika. Szczęśliwi czy nie, obaj rybacy dołączyli bez słowa skargi do eskorty kthana Angano, wiodąc go z powrotem do Atakar-kiru.
Zaprzężony w parę wołów wóz toczył się leniwie po wąskiej leśnej drodze, podskakując na wybojach i skrzypiąc ośkami. Siedzący za zatrwożonym osobą kapłana chłopem w baranicy, kthan Angano kontemplował pełnym zadumy spojrzeniem zieloną gęstwę, w szczególności zaś rozlożyste konary wiekowych dębów splatające się ponad głowami wędrowców na podobieństwo liściastego dachu.
Oprócz kleryka Morglitha i furmana wozem podróżowała niewielka człekokształtna postać w czarnym płaszczu, budząca w Eco strach jeszcze większy niż Angano i jego ogry razem wzięci. Mgliste wspomnienia koszmaru w Czarnej Krypcie powracały natrętnie do umysłu miejskiego strażnika i chociaż spora ich część była niekompletna przez wzgląd na wywołane wówczas zgrozą omdlenie mężczyzny, skowyczący z trwogi instynkt ostrzegał surelianina, żeby się trzymać jak najdalej od tego tajemniczego milkliwego stworzenia.
To nie było jednak łatwym zadaniem. Fleituh i Eco maszerowali bez słowa tuż za zaprzęgiem, pilnowani przez idącego na samym końcu ogra. Eco czuł nieprzerwanie na karku łakome spojrzenie stwora, po kręgosłupie cały czas harcowały mu lodowate ciarki, a posapywanie wielkiej istoty utrzymywało u Eco stan permanentnej gęsiej skórki. Drugi z ogrów szedł przodem, kilkanaście kroków przed wołami, w towarzystwie dwóch rybaków tworząc szpicę niewielkiej kawalkady.
Trzęsikęsek miał nietęgą minę, widać to było w chwilach, kiedy oglądał się na poły skrycie w kierunku jadącego w tyle wozu. Idący obok w milczeniu Zager nie okazywał żadnych emocji, obserwując na przemian to jedną, to drugą stronę lasu. Męczywór wyjątkowo długo protestował, kiedy kapłan Pana Umarłych zażądał tych dwóch w roli eskorty i umilkł dopiero po groźbie surowej kary w wykonaniu dziesiętnika. Szczęśliwi czy nie, obaj rybacy dołączyli bez słowa skargi do eskorty kthana Angano, wiodąc go z powrotem do Atakar-kiru.
Stróżowie prawa, ich świątobliwy kompan oraz eskorta opuścili już Burat-ar zmierzając z powrotem do Ahra-kiru. Angano zażyczył sobie dodatkowo Trzęsikęska i Zagera jako eskorty, więc Eco podróżuje w dużej kompanii - cóż za miła odmiana po niedawnej niemal samotnej przeprawie przez knieję. Kapłan uradził z dziesiętnikiem, że wspólnie powrócą z Atakar-kiru statkiem prosto do Ostrogaru.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Uboga rybacka osada znajdowała się w stanie oczywistego wrzenia, co w pierwszej chwili mogło ujść jedynie uwadze Ślepaka. Pozostali przybysze, otoczeni przez gromadę wyjątkowo złowieszczych wieśniaków, zostali doprowadzeni błotnistymi uliczkami pod największą w sadybie chatę, tak czy owak przerażająco nędzną nawet w oczach mieszkańców Chłopskiego Krocza.
Stojący przed chatą sędziwy mąż wspierał się na sękatym kosturze, spozierając na wędrowców pełnymi złości kaprawymi oczkami.
- Jestem Męczywór, naczelnik tej zacnej wioski - oznajmił złym głosem - W czarnej dla nas przybywacie godzinie, albowiem spadły na nas wielkie nieszczęścia. Jeśli zatem dachu nad głowami szukacie, strawy i odpoczynku, nie możemy was ugościć z dobrego serca, a musimy zażądać zapłaty. Okradzeni zostaliśmy, obrabowani przez zbójców bez krzty miłosierdzia.
Stojący u boku starca młody człowiek w prostych szatach nie mógł być nikim innym jak miejscowym klerykiem Piana, Eszar i Otlaf poznali to od razu po wyszytych na koszuli rybaka znakach. Tenże młodzian szepnął coś do ucha czcigodnego Męczywora, przysparzając mu natychmiast dodatkowych bruzd zmarszczek na czole.
- Jak słusznie powiada Gusłek, nasz kapłan, jeden z was nosi na czole znamię niewolnika - oznajmił srogo starzec, celując przy tym kosturem w zalęknionego Karhuana - Jest on waszą własnością alboście może leśni zbóje, zbiegli niewolni, co na puszczańskich traktach grasują, a chłopów łupią? Nas tak łacno nie złupicie, choć na groźnych rębajłów wyglądacie i źle wam z oczu patrzy. Gadajcie, coście za jedni, bo na drzewnych kupców nic a nic nie wyglądacie!
- Jam jest kupcem, to zaś ma eskorta, zaufani słudzy - odpowiedział opanowanym tonem Eszar, kłaniając się przy tym dwornie swemu rozmówcy - Wierzę, że ostrogarscy kupcy inakszyj się wam kojarzą, najpewniej z tłustymi wielmożami w lektykach i w otoczeniu strojnej świty. Takich właśnie na szlakach zbójcy łupią, na takich polują, nie zaś na grupkę wędrowców, co wyglądają na zahartowanych wojaków. Stąd też nasza skromna prezencja, a oręż w rękach wszystkich. Im mniej na szlaku wie, żem jest kupcem, tym lepiej dla mego zdrowia.
Młodzieniec w szatach kleryka ponownie szepnął coś do ucha naczelnika, tym razem przykuwając jego uwagę na nieco dłużej.
- Jeśliście prawdziwie praworządni wędrowcy i dobrych bogów wyznajecie, zapewnimy wam strawę i dach nad głową, wszelako nie za srebro, a za pomoc w potrzebie. Zechcecie jej udzielić, a długo będziemy wam wdzięczni. Pozwólcie do mej chaty, tam rozmówimy się na spokojnie, przysiądziemy wpierw na zydlach. Jeno niewolnik niech zostanie za progiem, jam jest naczelnikiem Burat-aru, nie będzie się jakiś niewolny po mej posiadłości kręcił.
Uboga rybacka osada znajdowała się w stanie oczywistego wrzenia, co w pierwszej chwili mogło ujść jedynie uwadze Ślepaka. Pozostali przybysze, otoczeni przez gromadę wyjątkowo złowieszczych wieśniaków, zostali doprowadzeni błotnistymi uliczkami pod największą w sadybie chatę, tak czy owak przerażająco nędzną nawet w oczach mieszkańców Chłopskiego Krocza.
Stojący przed chatą sędziwy mąż wspierał się na sękatym kosturze, spozierając na wędrowców pełnymi złości kaprawymi oczkami.
- Jestem Męczywór, naczelnik tej zacnej wioski - oznajmił złym głosem - W czarnej dla nas przybywacie godzinie, albowiem spadły na nas wielkie nieszczęścia. Jeśli zatem dachu nad głowami szukacie, strawy i odpoczynku, nie możemy was ugościć z dobrego serca, a musimy zażądać zapłaty. Okradzeni zostaliśmy, obrabowani przez zbójców bez krzty miłosierdzia.
Stojący u boku starca młody człowiek w prostych szatach nie mógł być nikim innym jak miejscowym klerykiem Piana, Eszar i Otlaf poznali to od razu po wyszytych na koszuli rybaka znakach. Tenże młodzian szepnął coś do ucha czcigodnego Męczywora, przysparzając mu natychmiast dodatkowych bruzd zmarszczek na czole.
- Jak słusznie powiada Gusłek, nasz kapłan, jeden z was nosi na czole znamię niewolnika - oznajmił srogo starzec, celując przy tym kosturem w zalęknionego Karhuana - Jest on waszą własnością alboście może leśni zbóje, zbiegli niewolni, co na puszczańskich traktach grasują, a chłopów łupią? Nas tak łacno nie złupicie, choć na groźnych rębajłów wyglądacie i źle wam z oczu patrzy. Gadajcie, coście za jedni, bo na drzewnych kupców nic a nic nie wyglądacie!
- Jam jest kupcem, to zaś ma eskorta, zaufani słudzy - odpowiedział opanowanym tonem Eszar, kłaniając się przy tym dwornie swemu rozmówcy - Wierzę, że ostrogarscy kupcy inakszyj się wam kojarzą, najpewniej z tłustymi wielmożami w lektykach i w otoczeniu strojnej świty. Takich właśnie na szlakach zbójcy łupią, na takich polują, nie zaś na grupkę wędrowców, co wyglądają na zahartowanych wojaków. Stąd też nasza skromna prezencja, a oręż w rękach wszystkich. Im mniej na szlaku wie, żem jest kupcem, tym lepiej dla mego zdrowia.
Młodzieniec w szatach kleryka ponownie szepnął coś do ucha naczelnika, tym razem przykuwając jego uwagę na nieco dłużej.
- Jeśliście prawdziwie praworządni wędrowcy i dobrych bogów wyznajecie, zapewnimy wam strawę i dach nad głową, wszelako nie za srebro, a za pomoc w potrzebie. Zechcecie jej udzielić, a długo będziemy wam wdzięczni. Pozwólcie do mej chaty, tam rozmówimy się na spokojnie, przysiądziemy wpierw na zydlach. Jeno niewolnik niech zostanie za progiem, jam jest naczelnikiem Burat-aru, nie będzie się jakiś niewolny po mej posiadłości kręcił.
Męczywór i Gusłek chyba coś tam knują...
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Burat-ar, 26 orakt-ran
Goście przysiedli w największej izbie chaty, na drewnianych zydlach wrytych nogami w ubite klepisko. Żona Męczywora i kilka towarzyszących jej kobiet - najpewniej córek albo wnuczek starego naczelnika - zatroszczyło się pośpiesznie o strawę dla gości, chociaż kasza bez omasty i suszone ryby nie mogły uchodzić w opinii Eszara za frykasy. Podczas gdy uciekinierzy jedli popijając posiłek wodą czerpaną najpewniej prosto z jeziora, miejscowi przyglądali im się przez obciągnięte rybimi błonami okna.
- Wielce wdzięczni jesteśmy za ten obfity i zróżnicowany pokarm - oznajmił uprzejmym tonem bard, kiedy skończył już wylizywać glinianą miseczkę - Jak zatem możemy was wspomóc, rzeknijcie.
Męczywór splótł dłonie na brzuchu, przybierając wyjątkowo nieszczęśliwą minę. Stojący u jego boku Gusłek spozierał na gości badawczym spojrzeniem, coś sobie tam w milczeniu obmyślając.
- Podobnie jak ty, szacowny kupcze, my również staramy się unikać zbójców i rzezimieszków, wszelako czasami nawet najczujniejsi z czujnych padają ofiarą wyszukanego podstępu - rozpoczął smętnym tonem naczelnik, co chwila ciężko wzdychając i przewracając znacząco oczami - I tak się niedawno stało, ku wielkiej rozpaczy nas wszystkich. Złupili nas okrutnicy, którzy mieli dość buty i zuchwałości, aby podawać się za kapłanów i stróżów prawa! A myśmy nie zdołali przejrzeć na czas ich fałszywych uśmiechów!
Eszar słuchał słów Męczywora w skupieniu, z pełnym współczucia wyrazem oblicza i złym przeczuciem w sercu.
- Nie dość, że odarli nas ze złota i srebra, cośmy je na podatek katański odłożyli, to jeszcze porwali dwóch naszych krewniaków, ani chybi po to, by złożyć ich w ofierze jakiemu wyrodnemu bóstwu. My właśnie wyprawę gotowimy, coby śladem tych zbrodzieniów ruszyć i odzyskać, co nasze, ale w kupie siła.
- Zwłaszcza w kupie Eszara - do ucha barda dobiegł ledwie słyszalny pomruk Otlafa.
- Wyście zaś, zacny kupcze, wyraźnie obyci w orężu, wszyscy z waszym niewolnikiem do kupy - ciągnął dalej Męczywór - Gdybyście z nami połączyli siły, niechybnie wyrżnęlibyśmy tych przebrzydłych zbójców w pień. Co na to rzekniecie, mości kupcze?
Goście przysiedli w największej izbie chaty, na drewnianych zydlach wrytych nogami w ubite klepisko. Żona Męczywora i kilka towarzyszących jej kobiet - najpewniej córek albo wnuczek starego naczelnika - zatroszczyło się pośpiesznie o strawę dla gości, chociaż kasza bez omasty i suszone ryby nie mogły uchodzić w opinii Eszara za frykasy. Podczas gdy uciekinierzy jedli popijając posiłek wodą czerpaną najpewniej prosto z jeziora, miejscowi przyglądali im się przez obciągnięte rybimi błonami okna.
- Wielce wdzięczni jesteśmy za ten obfity i zróżnicowany pokarm - oznajmił uprzejmym tonem bard, kiedy skończył już wylizywać glinianą miseczkę - Jak zatem możemy was wspomóc, rzeknijcie.
Męczywór splótł dłonie na brzuchu, przybierając wyjątkowo nieszczęśliwą minę. Stojący u jego boku Gusłek spozierał na gości badawczym spojrzeniem, coś sobie tam w milczeniu obmyślając.
- Podobnie jak ty, szacowny kupcze, my również staramy się unikać zbójców i rzezimieszków, wszelako czasami nawet najczujniejsi z czujnych padają ofiarą wyszukanego podstępu - rozpoczął smętnym tonem naczelnik, co chwila ciężko wzdychając i przewracając znacząco oczami - I tak się niedawno stało, ku wielkiej rozpaczy nas wszystkich. Złupili nas okrutnicy, którzy mieli dość buty i zuchwałości, aby podawać się za kapłanów i stróżów prawa! A myśmy nie zdołali przejrzeć na czas ich fałszywych uśmiechów!
Eszar słuchał słów Męczywora w skupieniu, z pełnym współczucia wyrazem oblicza i złym przeczuciem w sercu.
- Nie dość, że odarli nas ze złota i srebra, cośmy je na podatek katański odłożyli, to jeszcze porwali dwóch naszych krewniaków, ani chybi po to, by złożyć ich w ofierze jakiemu wyrodnemu bóstwu. My właśnie wyprawę gotowimy, coby śladem tych zbrodzieniów ruszyć i odzyskać, co nasze, ale w kupie siła.
- Zwłaszcza w kupie Eszara - do ucha barda dobiegł ledwie słyszalny pomruk Otlafa.
- Wyście zaś, zacny kupcze, wyraźnie obyci w orężu, wszyscy z waszym niewolnikiem do kupy - ciągnął dalej Męczywór - Gdybyście z nami połączyli siły, niechybnie wyrżnęlibyśmy tych przebrzydłych zbójców w pień. Co na to rzekniecie, mości kupcze?
Łupy, sława, pedeki i wdzięczność pięknych młodych rybaczek! Chyba nie odmówicie, co? 