Zaraz po porwaniu przez obcych, osuszeniu gnojownika, utraty przyjaciół i zbiorowym gwałcie przez zmutowane delfiny rzeczą, której toksyk obawiał się najbardziej było zdemaskowanie jego osobliwego apetytu. Toteż kiedy znudzonym krokiem przestąpił próg jak się wydawało pustej jeszcze o tej porze knajpy Slammera, wycelowany w niego palec obcego zidentyfikowanego dość lotnie jako stróża prawa zdawał się wystrzelić w umyśle toksyka przeszywając jego serce niewidzialną kulą.
- Stój, gdzie się cofasz?! Chodź tu bliżej, sprawa jest.
Roztrzęsiony z wrażenia Śmierdziel zagulgotał coś niezrozumiale, próbując negować jakoby był tym poszukiwanym Śmierdzielem. Szeryf rzecz jasna kompletnie to zignorował. Jednakże intruz nie rzucił się na mutanta od razu, nie sięgnął też po broń, ani nie wykrzyczał jakichkolwiek zarzutów. Toksyk jednak na okoliczność aresztowania zmitrężył kiedyś sporo czasu przed lustrem. Wiedział, że w takich chwilach znaczenie ma pewność siebie i charyzmatyczna postawa i chociaż nie miał w sobie nic z tych obu, to starał się owym aktorskim treningiem nadrobić braki, a teraz właśnie nadeszła chwila weryfikacji nabytych umiejętności. Trudno powiedzieć jak długo trwał pojedynek spojrzeń między mężczyznami, ponieważ z punktu widzenia toksyka było to pewnie kilkadziesiąt minut zawziętej walki twardych, niewzruszonych spojrzeń, dla szeryfa zaś ten moment upłynął w nierejestrowalnych nanosekundach. Tak, czy owak Śmierdziel przegrał ową batalię z kretesem, westchnął i z poczuciem klęski opuścił wzrok na podłogę.
- Mam cię doprowadzić na zewnętrzny posterunek strażniczy przy międzystanówce - oznajmił stróż prawa - Ten przy drodze na Hedlar. Tam dowiesz się wszystkiego.
Wychudzony opiekun wonnych mieszanin zgarbił się jeszcze bardziej po czym wskazał na wiaderko i kierunek, w którym znajdowała się jego szopa, mimo że z tego punktu była niewidoczna. Błagalnym gestem wytłumaczył dość zrozumiale, że potrzebuje tylko chwili na zabranie kilku drobiazgów. Choć cierpienie zdawało się być wyrazem twarzy, który mutant nosił naprzemiennie z ekstatycznym rozentuzjazmowaniem dla znających go dłużej obecny grymas wskazywał na głęboką rozpacz.
- Masz trzy minuty- bez szczególnych emocji zgodził się szeryf- Tylko, żebym Cię nie musiał za kark z tego Twojego kiblo-basenu wyciągać. Będę Cię miał na oku młody.
Mimo ponurej sytuacji Śmierdziel musiał sam przed sobą przyznać, że funkcjonariusz okazał się bardziej miły, niż można by się tego w tej sytuacji spodziewać. Generalnie większość obcych, nawet Ci, którzy zdawali się nie zwracać najmniejszej uwagi na rozrysowany regulamin zazwyczaj uprzejmie i grzecznie stosowali się do jego punktów. Szambiarz nie lubił, jak się jacyś nie będący personelem obcy (czyli wszyscy za wyjątkiem jego) kręcili w okolicy gnojówki, lecz rozwieszony wszędzie wokół Śmiergulamin wyraźnie wskazywał jak należy się zachowywać, jeśli ktoś się tam już znalazł w wypadku niezaprzeczalnej i najwyższej konieczności. Tudzież w wypadku przyjacielskiej wizyty, do jakiej to kilka osób posiadało upoważnienie. Niemniej jednak nawet niepiśmienne przybłędy wiedziały, że całkowicie szubrawe i złodziejskie w swej naturze byłoby wchłaniać unoszące się w powietrzu bezcenne aplikacje, toteż znakomita większość zatykała nos lub starała się oddychać przez jakąś szmatę, czy chustkę, którą niejeden z gości porzucał potem przy płocie złorzecząc przy tym głośno (najpewniej ze wstydu, że coś w postaci suchego półproduktu mogliby przypadkiem wynieść z posesji). Co bardziej wrażliwi na prawo własności nadto mrużyli podczas takowych wizyt oczy, najwyraźniej rozumiejąc, że najszlachetniejsze i zarazem trudne do wyekstraktowania wonie potrafiłą przeniknąć głęboko do spojówek i nawet usilne wyciskanie ich za pomocą silnej woli i łez mija się potem z celem albowiem nie do końca przywraca uprzednie właściwości.
Toksyk przeglądał swoje graty na szybko. W zasadzie wrzucał do wiaderka dowody własnej winy, opróżniając z pamiątek wszelkie skrytki. Kolejno leciały do pojemnika wstydu elementy kolekcji, jak urwany palec pewnej wdowy, amputowana stopa sparaliżowanego bezdomnego, słoiczek z tym, co zostało z zaginionych bliźniaczek Olsen, pierś pewnej gnijącej na prerii damy, kilka jeszcze trochę już nieprzydatnych z racji przeterminowania pozostałości po nieostrożnych klientkach Slammera, ręka odcięta awanturującemu się....
Co?!?!- gdyby Śmierdziel miał się kiedykolwiek w życiu przełamać i przemówić byłby to zapewne ten moment. Zamknął oczy, po czym powoli je otworzył. Zaimpregnowana ręka wciąż tkwiła w skrytce, co nasuwało ocean (
chociaż zasrany- poprawił się w myślach mutant) możliwości. Czyżby Osa się zawstydziła rozlaniem zawartości rondelka i przyniosła z powrotem rękę? Czyżby nie ukradziono nigdy ręki? A może Gura doniósł na złodzieji i dostarczono odszkodowanie? Czerwony od napływającej do głowy krwi mutant pochylił się nad znaleziskiem. Nie musiał długo myśleć, by rozpoznać swój styl oporządzania ludziny.
Co robić? Co robić?!
- Ej Ty tam. Zagęszczaj ruchy!- z zewnątrz dało się słyszeć zniecierpliwiony ton stróża prawa, który najwyraźniej zapędził się jednak za nim na posesję. Głos pozostawał nieco zgłuszony, co niejako wzbudziło chwilowe uznanie mutanta, bowiem najwyraźniej szeryf przestrzegał Śmiergulaminu krzycząc przez jakiś materiałowy izolator. Tymczasem toksyk sterczał pośrodku szopy ze wszystkimi (prawie) dowodami swoich przewinień w dłoni.
Czyżby wszystko to było ukartowaną pułapką? Czyżby dał się tak łatwo przyłapać? Niewiele dłużej myśląc ubił i ugniótł szpadlem całą zawartość wiaderka nie zważając na kilka oderwanych przy tej gwałtownie wykonywanej czynności drobiazgów. Objął wiadro dwoma rękami, mocno przytulił do piersi i z impetem wybiegł na podwórko rzucając się wraz z całą zawartością wprost do gnojowiska. Dał nura najgłębiej, jak tylko potrafił w krytycznym zanurzeniu starając się wytarmosić pod powierzchnią zawartość wiaderka. Wierzył, że gęstość mieszanki zagwarantuje pozostanie owych dowodów rzeczowych poniżej poziomu widoczności. Chwilę później usatysfakcjonowany wykazaną przebiegłością wynurzył się tuż przy odległej od miejsca ukrycia pamiątek krawędzi, niezdarnie wygramolił się na brzeg. Otrzepawszy się z nadmiaru wszędobylskiej teraz zawartości zbiornika stanął na baczność i zasalutował przed trzymającym się w dziwny sposób za głowę szeryfem sterczącym nieopodal.
Zakładam, że się szeryf za łeb w szoku trzyma, bo przyjdzie mu eskortować gównianego golema. Tak po prawdzie to musiał gość coś nielicho przeskrobać, że dali mu taką misję.
Na egzekucję Śmierdziel zabiera ze sobą tylko puste wiaderko. Wyrysowany testament znajdziecie przetrząsając chatkę.