[center]Brodata Puszcza, 06 Trawień (Ignia), 360 rok Ery Silniri[/center]
Rodan i Kallan biegli przez las, niczym pomykające rączo jelenie. Przed nimi, długimi susami sadził Amasis, a jego wzniesiony w górę ogon powiewał niczym zwycięski sztandar. Wkrótce, do rytmu bębnów dołączyły głosy piszczałek i fletni, wypełniające leśną ciszę cudowną muzyką. Ponad nimi wzbijały się dźwięczne, kobiece głosy, tkające pieśń o niesłychanej urodzie i sile. I choć nie rozumieli słów, czuli, iż serca ich trzepoczą niczym ptaki, pragnąc ulecieć z jej tonami. Przed sobą, między drzewami dostrzegali już lśnienie ognia. Jeszcze kilka chwil i zziajani wypadli zza zasłony ogromnych paproci, prosto na rozległą, ukwieconą polanę.
Zatrzymali się, rozglądając wkoło ze zdumieniem, było bowiem co podziwiać! Przed nimi, na środku łęgu płonęło galantne ognisko. Igrające płomienie rzucały złociste bryzgi na stojące wokoło, milczące chojory. Polana spowita była welonem srebrzystych mgieł nocnych. Tu i ówdzie wzlatywały roje świetlików, krążące ponad ogromnymi kielichami bladych kwiatów. Przy ogniu zaś... Ach, przy ogniu tańcowały najbardziej urodziwe niewiasty, jakie Kallan i Rodan kiedykolwiek widzieli. Odziane były jedynie w wieńce i bransolety z ziół i kwiecia. Resztę ich szat stanowiły długie, rozpuszczone włosy. Pomiędzy nimi podskakiwali rogaci czarci, przygrywając sobie na piszczałkach i fletniach. Duże, przypominające omszały kamień stworzenie, siedziało z boku ognia, uderzając w obły bęben, podobny kształtem do małego czółna. Dalej, w kręgu, wirowały postacie zdecydowanie mniej ludzkie: żółtookie licha i cierniste biesy, lisuny o rozłożystym porożu i zmieniające swą postać, długonogie ptaszyska.
[center]

[/center]
Ledwo wszak nasi bohaterowie zdołali złapać oddech, gdy całe zaczarowane towarzystwo zatrzymało się nagle. Muzyka wszakże nie zamilkła, lecz weszła na inny poziom, tkając sieć delikatną i mocną, niczym jedwab, która powoli opadała na dusze i umysły śmiertelników.
[center]
Podkład: Dance of the Wild Faeries[/center]
Z ciżby driad wysunęła się nagle nadobna dziewoja i lekkim krokiem podeszła ku nowo przybyłym.
[center]

[/center]
- Witam was pięknie w naszym kręgu! - ozwała się miodopłynnym głosem, wyciągając dłonie ku obu młodzieńcom - Proszę, zatańczcie z nami! Czekaliśmy na was! A i ty, Amasisie, nie lękaj się naszych czarów - zaśmiała się.
- Mamy tu jadło i napitek. Mamy wesołe pieśni i tańce, które radują serce!
Z tymi słowami poprowadziła wędrowców ku pozostałym. Kallan poczuł, jak w drugą rękę, ktoś wtyka mu róg z trunkiem, a na jego ramieniu zaciska się jakaś dłoń, drobna i delikatna. Rodanowi zaś inna dziewoja narzuciła wieniec kwiatów na głowę.
- Ach, zagraj nam, zagraj! - prosiła wdzięcznie, rozpinając mu jednocześnie guziki od koszuli.
Amasis zwęszył pyszną woń pieczonego mięsiwa. Tuż obok niego zaś pojawiła się zręczna, podobna do kota istota, o futrze gładkim i miękkim, niczym pierwszy śnieg. Wkrótce krąg zawirował ponownie. Ponad korony lasu wzbiła się pieśń duchów lasu:
[center]
Czy to rozkosz, czy pułapka?
Zgubny czar, czy słodycz gładka?
To odkryjesz o poranku
Wrogu Driad lub Driad kochanku![/center]
[center]***[/center]
Śladów nie było widać, chowaniec także zniknął. Cóż było robić? Vagar przewiesił przez ramię pas z mieczem Rodana, na plecy zaś zarzucił jego łuk i sakwę z ekwipunkiem. Nętką zaś wzięła kociołek, torbę Kallana i resztę sprawunków. Za czym puścili się spiesznie przez las, w poszukiwaniu towarzyszy.
[center]
Podkład: Isis, Astrate[/center]
Na szczęście dźwięk bębnów wskazywał nieomylnie drogę. A idąc w jego stronę, odkryli rychło, iż na nic zdał się mech, którym zatkali uszy. Tętno czarodziejskiej muzyki przenikało ich bowiem na wylot, wibrując w kościach i przyśpieszając bieg serca. A gdy ujrzeli odblask dalekiego ognia, Vagar przyśpieszył raźno kroku, pojmując, iż trwa tam jakowaś wesołą zabawa, w której on, nie wiedzieć czemu, nie bierze udziału.
Wstyd to - pomyślał sobie -
Sami poszli, a nas tu zostawili... Nie chcąc przeto tracić więcej czasu, począł biec, nie dbając na ostrzegawcze nawoływania Nętki ni chłoszczące go po twarzy gałęzie. Zresztą czarodziejskie bębny i tak skutecznie zagłuszały głos czarownicy. Utra przyspieszyła także nieco, nie chcąc zostać w lesie sama. Z drugiej strony jednakoż, nie uśmiechało jej się wybiegać na jaśniejącą za szpalerem pni polanę.
Vagar przedarł się przez ogromne paprocie i stanął na łące, spowitej srebrzystym, mgielnym oparem. Przed nim jaśniało ogromne ognisko, wokoło którego tańczyły bajeczne istoty. Były tam i cudowne niewiasty, okryte jeno wieńcami z kwiecia i zasłonami długich włosów, i rogaci czarci, błyskające ślepiami biesy, i zmieniające wiecznie postać, skrzydlate zwiduny. A wśród korowodu tych dziwów rozpoznał także swych druhów, próbujących ust czarownych dziewoi leśnych.
[center]

[/center]
Nętka także patrzyła na to wszystko rozszerzonymi ze zdziwienia oczami, przezornie jednak ukryła się w paprociach, nie zdradzając swej obecności. Teraz czuła obecność Iglita, któren także musiał tu być, zwabiony czarami driad:
- Pospieszaj! Pospieszaj! Idź w tan! Idź w tan! - zachęcał ją radośnie, podczas gdy Vagar, niczym we śnie, ruszył ku tańczącym poprzez ostrowia nocnego kwiecia i roje wirujących świetlików. Idąc, upuścił niesione ciężary, nie chcąc by spowalniały go w tańcu.