Uliczki Lucatore, 1 lipca 2595
Starając się nie zdradzić spojrzeniem, że wie o pilnującym go dyskretnie strażniku - w głębi duszy Leon Thibaut obstawiał Lodovica - frankański szlachcic przemierzył szybkim krokiem dystans dzielący go od miejskich murów, skręcił za bramą w kierunku niemrawego przez wzgląd na czas żałoby targowiska dla biedoty. Niewielu tam było ludzi zainteresowanych wymianą towarów, jedynie kilkudziesięciu pielgrzymów, którzy z racji krótkiego pobytu w mieście nie mogli albo nie chcieli odłożyć tego rodzaju aktywności na kiedy indziej.
Liche kramy i ich oferta - w większości wyroby skórzane, proste narzędzia z metalu i płody rolne - nie wzbudziły większego zainteresowania Franka. Szlachcic postał chwilę dłużej na stoiskach handlarzy lodem, którzy wprawnymi ruchami ciosali bloki zamarzniętej wody sprowadzanej z gór. Szybkość i precyzja ich ruchów zafascynowały Leona Thibauta, była to bowiem praca wymagająca szczególnego refleksu. Lodowe bloki, już zapewne skurczone do połowy swego oryginalnego rozmiaru, topniały z każdą chwilą, toteż rzemieślnicy musieli się przy nich uwijać w szaleńczym tempie, oddając równe czworokąty lodu w ręce karczmarzy i co zamożniejszych mieszczan. Świadomy trudności, jakie klimat delty Rhone przysparzał ludziom trudniącym się przechowywaniem żywności, Leon nie omieszkał skomplementować w duchu zaradnych Purgaryjczyków - umieszczany w głębokich piwnicach, pocięty w kostki lód pozwalał na dłużej zachować zdatną do spożycia żywność, zwłaszcza mięso.
Otrząsnąwszy się z przelotnego oczarowania, wynalazca przeszedł pomiędzy warsztatami i magazynami stolarzy, kamieniarzy i kopaczy torfu. Również w tej części Lucatore ruch w interesie praktycznie stanął w miejscu na czas tygodniowej żałoby. Rzemieślnicy nie handlowali, w zamian zaś wiedli długie i posępne rozmowy z przybyłymi do miasteczka żałobnikami. Spacerujący pomiędzy nimi wynalazca bywał obrzucany podejrzliwymi spojrzeniami, ale przez wzgląd na swój stonowany ubiór nie wyróżniał się z tłumu dość wyraziście, by skupiać na sobie ustawiczną uwagę.
Usytuowany na wzniesieniu ponad Lucatore klasztor co chwila przezierał pomiędzy budynkami miasteczka, w hipnotyczny sposób przyciągając uwagę Leona Thibauta. Szlachcic podejrzewał, że jeśli plotki o wyrobie cudownych olejków w Lucatore nie mijały się z prawdą, anabaptyści wytwarzali je właśnie w tej fascynująco ponurej budowli o szarych ścianach. Elyzjańskie oleje były źródłem wielu fantastycznych opowieści znanych również w krainach Franków; przypisywano im rozmaite nadnaturalne właściwości, od zdolności leczenia wielu chorób, przez zwiększanie płodności, zapewnianie umiejętności czytania w myślach czy wprawiania wojowników w szał bitewnej niepoczytalności. Ich receptury pozostawały znane wyłącznie anabaptystom i Leon Thibaut gotów był uwierzyć, że wejście w ich posiadanie wbrew woli twórców mogło oznaczać dla szpiega pewną śmierć.
To czyniło misję szlachcica znacznie trudniejszą, ale bynajmniej nie niewykonalną.
Skarbnik delegacji wspomniał wcześniejszego wieczoru, że w miejscowym przytułku - zwanym Domem Olejów - anabaptyści namaszczali czasami ubogich, by tymi aktami miłosierdzia zaskarbiać sobie przychylność współwyznawców. Namyśliwszy się chwilę, Leon Thibaut postanowił tam właśnie skierować swe kroki, istniała bowiem pewna niewielka szansa, że w obliczu takiego napływu żałobników mieszkańcy klasztoru zechcą udzielić swym gościom podobnego namaszczenia. I być może obdarzą swą łaską również cudzoziemskiego pielgrzyma.
To moja sugestia dla gracza. Dom Olejów wydaje się na tę chwilę najlepszym pomysłem w kwestii owych specyfików, ale jeśli Leon chce, może się na razie pokręcić po innych ulicach, zajrzeć na miejsce zamordowania Altaira albo najpierw popytać ludzi na ulicach o zakup olejów (na tę chwilę przyjąłem, że nie chcąc zwracać na siebie zbytniej uwagi kuzyn z nikim nie rozmawia). Co zamierzasz, Nanatarze?