Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, sanktuarium, miasto i elizjum starszych 11.08.1993, tuż przed świtem.
Horacy opuścił sanktuarium i skierował się w cichy jego kąt w realnym świecie, tak jak zaproponował Namtar. Ułożył się na poduszce, na tyle wygodnie jak potrafił i założył maskę z elizjum. Potem przykrył się kocem i pozwolił by cicha jak noc dyscyplina niewidzialności okryła jego ciało nim je opuścił. Bał się.Wyprawa była sporym ryzykiem, wszyscy to wiedzieli.
Jakoś kurde wcale nie czuję się bezpieczniej wiedząc, że nade mną czuwa on...
Ten lęk kosztował go lekkie rozkojarzenie przez co ledwo udało mu się wyjść z ciała. Obraz zafalował kiedy stanął nad samym sobą. Teraz tylko cieniutka pobłyskująca w ciemności linia łączyła go z ciałem. Kiedy przypomniał sobie jak słabe jest to połączenie zawahał się. Przez chwile, chciał zmienić zdanie i wrócić ale ostatecznie przemógł się. Znów ciekawość przełamał lęk i nie tylko ona, było coś jeszcze, było...
Powoli zaczął się wznosić nad budynek. Lubił ten moment. Stan w którym był wolny od swojego zepsutego ciała. Stan w którym mógł przemieszczać się gdzie chciał, porzuciwszy wprzódy kotwicę składającą się kości i mięsa.
W końcu z dla od tego materialnego gówna, od polityki, od zła. Ciekawe czy tak wygląda ostateczna śmierć. Ciekawe czy jest się tak prawdziwie wolnym jak teraz.
Zachichotał w myślach przypominając sobie kiedy sporo lat temu wyszedł z ciała po raz pierwszy.
Myślałem wtedy, że mnie wykończyły te dranie z Sabatu i że jestem martwy, prawdziwie i ostatecznie. Mało się nie posrałem wtedy...
Lekki uśmiech przebiegł mu po twarzy na wspomnienie kiedy powoli przechodził przez kolejne warstwy sufitów i w końcu przez dach.
Wzrok przyzwyczaił się do nowej formy oglądania świata zewnętrznego. Coś jednak było nie tak. Aur, które powinien widzieć nie świeciły blaskiem. Wznosząc się wyżej i wyżej stwierdził, że nie widzi ani jednej. Miasto było nienaturalnie ciche. Nie słyszał też tego dziwnego zewu z podziemi. Nikt nie śpiewał do jego duszy.
https://www.youtube.com/watch?v=7psOw0i ... ilJl4#t=16
Puste od ludzi ulice, porzucone w nieładzie auta. Wygaszone światła domów, w których powinno tlić się światło żywej aury.To wszystko zaczęło napawać go solidnym niepokojem.
Ni żywych ni martwych, ni duchów, niczego...
Zanotował w myślach, że podobna pustka dotyczy też świata za Rękawicą. To nie świadczyło o niczym dobrym. Pełen narastającego lęku wzniósł się wyżej i wyżej.
Miasto, które tak bardzo kochał było praktycznie wymarłe. Tylko w kilku miejscach paliło się światło, co jak sprawdził wcale nie znaczyło, że ktoś tam był.
[center]

[/center]
Mimo wszytko zdecydował się kontynuować podróż. Obrał kurs i przyspieszył mknąc przez noc. Czuł przygnębiające uczucie pustki i samotności. Tylko smuga cienkiego światła zostawianego za sobą świadczyła, że gdzieś tam daleko za nim był jeszcze jakiś materialny świat do którego mógł powrócić. Rzeczywistość jaką widział wyglądała jak koszmar. Pusty, przybijający samotnością koszmar.
Zwolnił nieco docierając do miejsca po drodze, które po prostu musiał odwiedzić tej nocy. Niewielki kilkopiętrowy budynek, pamiętający zdecydowanie lepsze czasy. Na parterze jakieś nikłe światło.
W końcu...
Wśliznął się do pomieszczenia. Był tam co prawda jedynie jakiś cieć. Ale, był i to było ważne. Horacy mało go nie ucałował z radości. Spał w ubraniu, spał płytko, nerwowo, zwinięty w kłębek niczym zlęknione dziecko. Obok wezgłowia stał nabity karabin. W pomieszczeniu roznosił się zapach przetrawionego alkoholu.
Horacy cmoknął, nie była to ta osoba której szukał ale przynajmniej choć jedne żywy. Znaczyło to, że w mieście zapewne było jeszcze kilku mieszkańców.
Przeniknął wyżej. Niewielkie pomieszczenie. Lekki zapach kobiecych perfum. Mieszkanie wyglądało na opuszczone w pośpiechu. Tu stojąca na kuchni zupa, nie schowana do lodówki, nie wyjęte ubrania z pralki, luźno rzucone pończochy.
Znał ją od ponad roku. Przez ten czas dała mu się poznać bardzo dobrze i bez żadnego skrępowania więc lubił myśleć że zna ją już bardzo dobrze. Jej nawyki, kaprysy i humory. Poznał wszystkie jej kapelusze, sukienki i rozmiar butów. Nie potrafił zapomnieć zapachu kręconych rudych włosów, oraz woni jej ulubionych pachnideł. Znał dokładnie każdy cal jej bladej delikatnej skóry, pod którą w cudowny sposób pulsowało życie. Patrzył kiedy się rozbierała i kiedy wracała z kąpieli. A kiedy śniła, siedział koło niej. W ciszy podziwiał absolutne dzieło sztuki. Przychodził regularnie, chociaż ona o tym nic nie wiedziała.
Wślizgiwał się przez okno cicho niczym śmierć i napawał się tym młodym życiem. Kiedy spała nie miała pojęcia jak blisko niej znajduje się śmierć. Kobieta i potwór siedzący koło niej. Jakie to banalne. Myślał czasami nad tym dlaczego nadal tutaj wracał, czy to rzeczywiście dzieło sztuki czy tylko przypominała mu kogoś.
Tak to prawda pragnął ją... wyrzeźbić. Ale nigdy tego nie zrobił. Na tej ziemi nie mogło być bowiem kopii Jej. Każda była by bowiem niedoskonała.
Teraz mieszkanie było puste. Zostały tylko jej ulubione fotografie, porzucone samym sobie w półotwartej szufladzie.
[center]


[/center]
Nosferatu powiódł wzorkiem jeszcze raz po ciemnym mieszkaniu.
Miałem takie długowieczne plany wobec niej. A teraz... A co jeśli już tu nigdy nie wróci...
Horacy poczuł nagle jakby mu sam Namtar nożem wyciął mu kawałek serca. Nie, to nie było oddziaływanie magii na jego astralną formę, a przynajmniej nie takiej jaką znają czarownicy i wiedźmy. Było to coś bardziej bolesnego.
Może by i tak było lepiej. Dla niej...
Pomyślał po raz ostatni wciągając jej zapach. Potem, nie bez smutku pomknął dalej.
Zwolnił przed elizjum. Zrobił parę okrążeń aż się upewnił. Obserwował. Lecz nie było nikogo. Dziura w ścianie była zastawiona czymś na szybko ale jednak bardzo pieczołowicie. Wszedł do elizjum i wyskoczył zaraz. Nic się jednak nie stało. Odczekał jeszcze chwilę, krążąc wokół. Nic, pustka. W końcu przeniknął do środka.
Elizjum dla starszych było tak samo opuszczone jak całe miasto. Może nawet bardziej. Szczur wyczuł tu rękę profesjonalisty, który uprzątnął wszystko na co liczył że może znajdzie. Wszystkie ruchome przedmioty, a wśród nich także prywatne ubrania i drobnostki. Sala Sępów była równie pusta.
Jakby nigdy tu nic nie było. Ani tej nocy ani nigdy wcześniej.
Przemierzył szybko raz jeszcze Elizjum w nadziei, że coś znajdzie ale nie. Zatrzymał się na chwilę w miejscu gdzie siedział opiekun kiedy ich przywitał. Gładził przez moment miejsce przy użyciu nadwrażliwości. Potem zniechęcony wyszedł.
Na zewnątrz poczuł coraz większą senność i przygnębienie. Wracał po błyszczącej linii z powrotem do ciała.
A jakby tak spojrzeć słońcu w twarz. Mieć w dupie to wszystko. Niee, nie Horacy. Zaczynasz myśleć jak wówczas kiedy pierwszy raz spotkałeś Reda. Ale teraz jest inaczej, teraz masz przecież dla kogo żyć. Wracaj, wracaj. To tylko zmęczenie, ta wycieczka sporo cię kosztowała. Nie myśl tak głupio więcej. Jutro noc przyniesie siłę, choć dziś jej brak. Musisz powiedzieć wszystko pozostałym . Powiedzieć, że krwi może być mało, że...
Opadł w swe ciało. Zdawało się takie ciężkie i nieporadne teraz. Może takie było zawsze, a może to była już senność. Powoli przeniósł się do sanktuarium z zamysłem, że powie im o wszystkim jeszcze tej nocy lub z wieczora następnej.