Post
autor: Trihikilius » 04 lutego 2013, 11:26
- Nasz przyjaciel się rwie niby jak człowieczy podlotek do hulanki, phii, Dwalinie - szeptem zagadnął Ulfhedin - Galdor pewnie się tak nakręca jakby do chuci się co najmniej szykował - Ulfhedin splunął na twarde klepisko po czym rzekł - z chęcią sam bym te ogóreczki zielone ze skórki obrał.
Olbrzym klęcząc za przykładem zwiadowcy, omiatał ogrom przestrzeni, jaki matka natura wraz z istotami wszelakimi, które na świat wydało jej łono, gwałtem zmienili te czeluści masywu. Przytłoczonemu sytuacją zmiennokształtnemu nie przychodziło do głowy jak mogą się wydostać z tego labiryntu jaskiniowych korytarzy, pełnych wrogiego ludku. Nie dawał jednak poznać po sobie zwątpienia. Ufał bez miary w obecnej chwili swemu druhowi Dwalinowi, który stał się jeszcze bardziej niezastąpiony. Jedynie zimna ocena sytuacji Dwalina dodawała otuchy Ulfhedinowi. Zaufanie wielkoluda do niskiego, krępego towarzysza paradoksalnie niosło się również z tego, iż Dwalin nawet z błotnej brei potrafił zrobić czekoladowy budyń, co jednak zasmucało niezmiernie, ponieważ, jak tu znaleźć kobietę, która dorównałaby krasnoludowi w kuchni.
- Dwalinie, jakie masz plany wyjścia z tych czeluści - rzekł Ulfhedin spoglądając na przyjaciela - uwolnienie biedaków obmyślimy później, teraz jednak uspokój mnie planem ucieczki, masz chyba jakiś prawda..., tylko nie mów, że nie...