PBF - Charleston by Night
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Skąd też im się to wszystkim bierze że uważają że ciągle komuś grożę. Ja nadal jedynie informuje. Jakbym groził to najpierw dałbym w mordę a potem kazał coś zrobić Horacy potrząsnął głową, nie ogarniał tego.
Kiedy wsiedli do samochodu przez chwilę milczał wpatrzony w miasto które mijali. Potem jednak z pewną wyczuwalną niechęcią przerwał milczenie. Jego głos był chłodny i wyrachowany, niepodobny do Horacego. A jednak Victoria była pewna że to właśnie w tym momencie, a nie wczoraj, spadły wszystkie jego maski.
- Mimo wszystko imponujące podzielić się takim sekretem. Nie miałbym nic co byłoby równie cenne by położyć Coraxom na stół, więc jak zwykle chciałem za złamanego szeląga kupić skarb. Dzisiaj udowodniłaś, że Red Wisdom nie wybrał cię bez powodu. Wieżę w to co powiedziałaś i kiedy będziesz miała problemy z sabatem - zawahał się zanim skończył - pomogę ci, obiecuję.
Nie wiem tylko dlaczego nie posłużyłaś się kartą w postaci uratowano życia żeby zbić cenę. Poza tym to były tylko pieniądze. Nie, ty po prostu chciałaś to zrobić. To również taki drobny rewanżyk po trzystu latach, tylko tego nie przyznasz. W końcu do cholery Ameryki nie odkryłaś tylko to odkrycie chcesz nagłośnić. A póki Namtar jest przy boku, zagrożenie raczej niewielkie.
Samochód mknął ulicami pustego miasta. Horacy wrócił do podziwiania oświetlonych reklam sklepów, rażących oczy blichtrem i tandetą. W tym mieście tak właśnie najczęściej się handlowało. Transakcja z tego wieczoru była wyjątkiem.
Kiedy wsiedli do samochodu przez chwilę milczał wpatrzony w miasto które mijali. Potem jednak z pewną wyczuwalną niechęcią przerwał milczenie. Jego głos był chłodny i wyrachowany, niepodobny do Horacego. A jednak Victoria była pewna że to właśnie w tym momencie, a nie wczoraj, spadły wszystkie jego maski.
- Mimo wszystko imponujące podzielić się takim sekretem. Nie miałbym nic co byłoby równie cenne by położyć Coraxom na stół, więc jak zwykle chciałem za złamanego szeląga kupić skarb. Dzisiaj udowodniłaś, że Red Wisdom nie wybrał cię bez powodu. Wieżę w to co powiedziałaś i kiedy będziesz miała problemy z sabatem - zawahał się zanim skończył - pomogę ci, obiecuję.
Nie wiem tylko dlaczego nie posłużyłaś się kartą w postaci uratowano życia żeby zbić cenę. Poza tym to były tylko pieniądze. Nie, ty po prostu chciałaś to zrobić. To również taki drobny rewanżyk po trzystu latach, tylko tego nie przyznasz. W końcu do cholery Ameryki nie odkryłaś tylko to odkrycie chcesz nagłośnić. A póki Namtar jest przy boku, zagrożenie raczej niewielkie.
Samochód mknął ulicami pustego miasta. Horacy wrócił do podziwiania oświetlonych reklam sklepów, rażących oczy blichtrem i tandetą. W tym mieście tak właśnie najczęściej się handlowało. Transakcja z tego wieczoru była wyjątkiem.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
lightstorm
- Reactions:
- Posty: 882
- Rejestracja: 25 października 2014, 09:40
Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 Po północy
Podkład muzyczny: https://www.youtube.com/watch?v=RyT2Th5-CV4
Victoria i Horacy stali przez chwilę osłupiali, nie do końca wiedząc jak zareagować na to co ujrzeli. Pokój zmienił swój wygląd i przypominał teraz wnętrze kościoła gotyckiego, na końcu którego tuż przed ołtarzem stał Ojciec Terry, w bogatych szatach kapłańskich, a także Lucjan ubrany jak przystało na prawdziwego pana młodego. Zapach świeżych kwiatów wypełnił nozdrza zebranych, gdy płatki czarnych róż delikatnie zaczęły opadać na członków koterii. Między ławami spoczywał karmazynowy dywan, na którego krawędziach po lewej i prawej stronie leżały czarne róże. Nagle zebrani spostrzegli, że wszyscy posiadają stroje wieczorowe, a Victoria ubrana jest w szkarłatną suknię ślubną z powłóczystym welonem. Z lewej strony nagle pojawił się biały gołąb, który w dziobie trzymał złotą obrączkę. Ptak podleciał do Victorii podając jej pierścionek w taki sposób, że nawet Lasombra była zaskoczona jego sprytem. Kilkanaście kroków dalej stojący Frater Terry ubrany w szaty arcybiskupa, odezwał się:
- Zbliż się córko, już czas byś wstąpiła w święty związek małżeński.
[center]
[/center]
Testy polowania wszystkim udały się. Namtar, Victoria i Gavin mają pełny zasób krwi w sobie.
Gavin spotkał się z Horacym, Victorią i Namtarem przed domem. Rozpoczęli wyminę zdań na temat powodzenia ich misji i rozmowy z Coraxami. Gdy weszli do posiadłości, odkryli, iż w środku oczekuje ich zaskakująca niespodzianka. Otóż zaraz po wejściu do biblioteki na parterze, runął na nich dźwięk Marsza Weselnego.Podkład muzyczny: https://www.youtube.com/watch?v=RyT2Th5-CV4
Victoria i Horacy stali przez chwilę osłupiali, nie do końca wiedząc jak zareagować na to co ujrzeli. Pokój zmienił swój wygląd i przypominał teraz wnętrze kościoła gotyckiego, na końcu którego tuż przed ołtarzem stał Ojciec Terry, w bogatych szatach kapłańskich, a także Lucjan ubrany jak przystało na prawdziwego pana młodego. Zapach świeżych kwiatów wypełnił nozdrza zebranych, gdy płatki czarnych róż delikatnie zaczęły opadać na członków koterii. Między ławami spoczywał karmazynowy dywan, na którego krawędziach po lewej i prawej stronie leżały czarne róże. Nagle zebrani spostrzegli, że wszyscy posiadają stroje wieczorowe, a Victoria ubrana jest w szkarłatną suknię ślubną z powłóczystym welonem. Z lewej strony nagle pojawił się biały gołąb, który w dziobie trzymał złotą obrączkę. Ptak podleciał do Victorii podając jej pierścionek w taki sposób, że nawet Lasombra była zaskoczona jego sprytem. Kilkanaście kroków dalej stojący Frater Terry ubrany w szaty arcybiskupa, odezwał się:
- Zbliż się córko, już czas byś wstąpiła w święty związek małżeński.
[center]
[/center]
Dla Namtara: Użycie zalety Clear Sight = Udany. Jako jedyny widzisz bibliotekę, nie słyszysz żadnej muzyki i nie czujesz zapachu kwiatów. Nie jesteś świadomy użycia Iluzji w tym miejscu.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]
Ravnos był pewien że tej nocy nie będzie więcej przygód. Wszechświat jednak znów postanowił pokazać mu jak głęboko był w błędzie. Po wejściu do domeny Victorii, szczęka Gavina opadła do ziemi. Gdyby jego serce nadal biło, prawdopodobnie zszedłby na zawał.
Ma rozmach skurwysyn, zawsze miał ale teraz to już przegiął pałę do entej potęgi... Łożesz qrwa, gołab?!
Gavin przyglądał się dziełu swego brata, chłonął doznania i szczegóły w sposób, w jaki koteria podziwiała wystawę w Elizjum. Ilość energii i skrupulatność robiły na Gavinie piorunujące wrażenie. Kątem oka dostrzegł że drzwi przez które przeszli zniknęły, zastąpione przez pokaźnych rozmiarów wazon czarnych róż z napisem "Szczęśliwi Nowożeńcy".
Ciekawe czy w miejscu okien są ściany a w miejscu ścian są okna... Gdyby panna młoda próbowała uciekać... Czy ten biskup jest prawdziwy? Terry??
Ma rozmach skurwysyn, zawsze miał ale teraz to już przegiął pałę do entej potęgi... Łożesz qrwa, gołab?!
Gavin przyglądał się dziełu swego brata, chłonął doznania i szczegóły w sposób, w jaki koteria podziwiała wystawę w Elizjum. Ilość energii i skrupulatność robiły na Gavinie piorunujące wrażenie. Kątem oka dostrzegł że drzwi przez które przeszli zniknęły, zastąpione przez pokaźnych rozmiarów wazon czarnych róż z napisem "Szczęśliwi Nowożeńcy".
Ciekawe czy w miejscu okien są ściany a w miejscu ścian są okna... Gdyby panna młoda próbowała uciekać... Czy ten biskup jest prawdziwy? Terry??
Ravnos jest po pierwsze pod wrażeniem sztuki jaką Lucjan tu zaprezentował.
Po drugie jest w szoku jak bardzo musiało mu odbić na punkcie Victorii.
Po trzecie, obraz mógłby być dopełniony tylko przez Biskupa Sabatu trzymającego nadmuchany balonik... Poziom zaskoczenia, zniszczenia i nawet nie wiem czego, osiągnął apogeum.
Po drugie jest w szoku jak bardzo musiało mu odbić na punkcie Victorii.
Po trzecie, obraz mógłby być dopełniony tylko przez Biskupa Sabatu trzymającego nadmuchany balonik... Poziom zaskoczenia, zniszczenia i nawet nie wiem czego, osiągnął apogeum.
Do dowcipów Gavina dołancza właśnie opowieść pt: "Pierwsze małżeństwo Lucjana: czyli jak sobie pościelesz tak się wyśpisz".
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 20 kwietnia 2015, 13:04 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.
Pierwszym, co opanowało zmysły Voctorii był zapach róż. Delikatny i słodki, rozbudzający głęboko schowane nuty nostalgii i wspomnień, które tak usilnie z z wielką skrupulatnością starała się zepchnąć w najdalsze zakamarki podświadomości. Ale ten zapach... niczym trzask bicza, otworzył tajemne wrota, zalewając falą emocji umysł i duszę Lasombry. Dopiero po chwili zarejestrowała dźwięki Mendelsona, rozbrzmiewające echem po wysokich sklepieniach kościoła. Szok i niedowierzanie na widok, który roztaczał się przed jej oczyma był niewyobrażalny, a czas nagle zwolnił... Trzepot skrzydeł gołębia, płatki opadające w wirujących wzorach, czerwień sukni, którą miała na sobie... Wszystko to w dziwaczny sposób napierało na jej umysł, który starał się bronić przed tym, czego nie rozumiał i czego w istocie nie mogło być tutaj.
[center]
[/center]
Victoria, będąc wciąż w szoku, rozglądała się po całym pomieszczeniu z fascynacją i podziwem, któremu nawet przemiana kruka nie mogła się równać... Iluzja, ta potężna dyscyplina Ravnosów w tej właśnie chwili okazywała swą potęgę i piękno. Kunszt i szczegóły, tak dopracowane nie mogły stanowić jedynie efektu prezencji. Jak zahipnotyzowana, ruszyła wolnym i chwiejnym krokiem w kierunku ołtarza, podnosząc z ziemi jedną z Róż. Kiedy jej palce delikatnie objęły czarny pąk, rozkoszowała się jego fakturą. Aksamitny, chłodny dotyk płatków na skórze wywoływał mrowienie w całym jej ciele, drażniąc każdy ze zmysłów. Zamknęła oczy i zbliżyła kwiat do twarzy, zaciągając się jego mistycznym zapachem...
Black roses. D'o il savait...? Pas plus beaux que ceux-ci, me si c'est juste une illusion.... merci pour cette espce, bien que vous n'avez aucune idée de combien blesse mon coeur*... Żaden z was nie ma pojęcia, czym są owe kwiaty dla mnie. I żaden z was nigdy się tego nie dowie...
Wspomnienia powróciły do Victorii z siłą huraganu, który porywa wszystko na swej drodze, nie pozostawiając złudzeń ani litości...
Zapach morza, daleko daleko stąd. Wielki, trupio blady księżyc, zawieszony nad spokojnym czarnym oceanem... Chłodna bryza, szarpiąca i targająca jej włosy... Dotyk jego zimnych palców na policzku i chiche słowa, szeptane w noc... Tak dawno... Przecież to było tak dawno, a wciąż te wspomnienia tak żywe wracają, niosąc ze sobą ból i cierpienie. Dlaczego?... Dlaczego mnie nie zabiłeś wtedy? Byłoby lepiej dla ciebie, gdybym zginęła wraz ze swoim ojcem. Czas zemsty jest bliski, czuję to... A za twoją zdradę odpłacę po tysiąckroć...
Gorący gniew wywołany przeszłością, zalał szkarłatem jej umysł... Ruszyła wolnym krokiem w stronę ołtarza, przy którym stali Terry i Lucjan. Jej wzburzenie i złość rosły z każdym krokiem osiągając punkt kulminacyjny. Wtedy czerwień stopniowo przerodziła się w stalowy i lodowaty błękit. Wiedziała, że właśnie w tej chwili przekroczyła granicę, za którą nie było odwrotu, a zaistniała sytuacja jedynie wyzwoliła ten stan. Jej twarz momentalnie stała się zimną maską determinacji, a chłód bijący od całej jej postaci przywoływał na myśl lodowe pustkowia, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek ciepło. Echo jej kroków rozbrzmiewało głośno na kamiennej posadzce, a nawet czerwony dywan nie mógł stłumić gwałtownego rytmu jej obcasów...
Strażniku, obecnośc jakichkolwiek iluzji na terenie tego domu jest wielce niepożądana. Czy możesz ją rozproszyć?... Jeśli tak, zrób to natychmiast, proszę...
Potwierdzenie i spełnienie jej prośby przyszły nagle i niespodziewanie, właśnie w chwili, kiedy stanęła przed Lucjanem. Dokładnie w chwili, Kiedy misternie utkana złuda pękła, niczym mydlana bańka, uderzenie Victorii rzuciło Lucjana na kolana...
- Jak śmiesz!!! - wykrzyczała mu prosto w twarz - Dopuściłeś się złamania Drugiej Tradycji i prawa Domeny, choć za pewne dla kogoś takiego jak Ty niewiele to znaczy. Miałam zamiar potraktować cię jak gościa, z uwagi na Gavina i waszą relację, jednak brak szacunku, jaki okazałeś w naszej Domenie jest karygodny i nie do zaakceptowania. Nie będę tolerować takiego zachowania. Zastanowię się, co z Tobą zrobić. Czekaj na górze. A teraz precz! - ostatnie słowa rzuciła z lodowatą wściekłością.
Rozejrzała się po zdumionych i zszokowanych członkach koterii, zastanawiając się, co właściwie teraz myślą.
- A my musimy porozmawiać. Na górze. Coraxy były przydatne i chcę omówić dalsze plany.
Odwróciła się od pozostałych, udając się bezpośrednio do Sanktuarium.
[center]***[/center]
* Czarne róże. Skąd on wiedział...? Nie ma piękniejszych ponad te, choć to tylko iluzja.... dziękuję za ten widok, choć nie masz pojęcia, jak bardzo rani me serce...
[center]
[/center]Victoria, będąc wciąż w szoku, rozglądała się po całym pomieszczeniu z fascynacją i podziwem, któremu nawet przemiana kruka nie mogła się równać... Iluzja, ta potężna dyscyplina Ravnosów w tej właśnie chwili okazywała swą potęgę i piękno. Kunszt i szczegóły, tak dopracowane nie mogły stanowić jedynie efektu prezencji. Jak zahipnotyzowana, ruszyła wolnym i chwiejnym krokiem w kierunku ołtarza, podnosząc z ziemi jedną z Róż. Kiedy jej palce delikatnie objęły czarny pąk, rozkoszowała się jego fakturą. Aksamitny, chłodny dotyk płatków na skórze wywoływał mrowienie w całym jej ciele, drażniąc każdy ze zmysłów. Zamknęła oczy i zbliżyła kwiat do twarzy, zaciągając się jego mistycznym zapachem...
Black roses. D'o il savait...? Pas plus beaux que ceux-ci, me si c'est juste une illusion.... merci pour cette espce, bien que vous n'avez aucune idée de combien blesse mon coeur*... Żaden z was nie ma pojęcia, czym są owe kwiaty dla mnie. I żaden z was nigdy się tego nie dowie...
Wspomnienia powróciły do Victorii z siłą huraganu, który porywa wszystko na swej drodze, nie pozostawiając złudzeń ani litości...
Zapach morza, daleko daleko stąd. Wielki, trupio blady księżyc, zawieszony nad spokojnym czarnym oceanem... Chłodna bryza, szarpiąca i targająca jej włosy... Dotyk jego zimnych palców na policzku i chiche słowa, szeptane w noc... Tak dawno... Przecież to było tak dawno, a wciąż te wspomnienia tak żywe wracają, niosąc ze sobą ból i cierpienie. Dlaczego?... Dlaczego mnie nie zabiłeś wtedy? Byłoby lepiej dla ciebie, gdybym zginęła wraz ze swoim ojcem. Czas zemsty jest bliski, czuję to... A za twoją zdradę odpłacę po tysiąckroć...
Gorący gniew wywołany przeszłością, zalał szkarłatem jej umysł... Ruszyła wolnym krokiem w stronę ołtarza, przy którym stali Terry i Lucjan. Jej wzburzenie i złość rosły z każdym krokiem osiągając punkt kulminacyjny. Wtedy czerwień stopniowo przerodziła się w stalowy i lodowaty błękit. Wiedziała, że właśnie w tej chwili przekroczyła granicę, za którą nie było odwrotu, a zaistniała sytuacja jedynie wyzwoliła ten stan. Jej twarz momentalnie stała się zimną maską determinacji, a chłód bijący od całej jej postaci przywoływał na myśl lodowe pustkowia, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek ciepło. Echo jej kroków rozbrzmiewało głośno na kamiennej posadzce, a nawet czerwony dywan nie mógł stłumić gwałtownego rytmu jej obcasów...
Strażniku, obecnośc jakichkolwiek iluzji na terenie tego domu jest wielce niepożądana. Czy możesz ją rozproszyć?... Jeśli tak, zrób to natychmiast, proszę...
Potwierdzenie i spełnienie jej prośby przyszły nagle i niespodziewanie, właśnie w chwili, kiedy stanęła przed Lucjanem. Dokładnie w chwili, Kiedy misternie utkana złuda pękła, niczym mydlana bańka, uderzenie Victorii rzuciło Lucjana na kolana...
- Jak śmiesz!!! - wykrzyczała mu prosto w twarz - Dopuściłeś się złamania Drugiej Tradycji i prawa Domeny, choć za pewne dla kogoś takiego jak Ty niewiele to znaczy. Miałam zamiar potraktować cię jak gościa, z uwagi na Gavina i waszą relację, jednak brak szacunku, jaki okazałeś w naszej Domenie jest karygodny i nie do zaakceptowania. Nie będę tolerować takiego zachowania. Zastanowię się, co z Tobą zrobić. Czekaj na górze. A teraz precz! - ostatnie słowa rzuciła z lodowatą wściekłością.
Rozejrzała się po zdumionych i zszokowanych członkach koterii, zastanawiając się, co właściwie teraz myślą.
- A my musimy porozmawiać. Na górze. Coraxy były przydatne i chcę omówić dalsze plany.
Odwróciła się od pozostałych, udając się bezpośrednio do Sanktuarium.
[center]***[/center]
* Czarne róże. Skąd on wiedział...? Nie ma piękniejszych ponad te, choć to tylko iluzja.... dziękuję za ten widok, choć nie masz pojęcia, jak bardzo rani me serce...
Spoiler!
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Terry zastygł wstrząśnięty reakcją Victorii, chociaż zdawał sobie sprawę, że można było ją przewidzieć. Odprowadził ją wzrokiem, po czym pochylił się nad zdziwionym Lucjanem i pomógł mu wstać. Poprawił mu ubranie i przyjacielskim gestem poklepał po ramieniu. Pochylił się jeszcze nad nim, szepcąc mu do ucha.
- Nie przejmuj się, pójdę z nią pomówić. Póki co zrób jak kazała i poczekaj cierpliwie.
Ksiądz smutnym wzrokiem omiótł wnętrze biblioteki, które jeszcze przed chwilą prezentowało się znacznie dostojniej. Nie chcąc tracić czasu ruszył w ślady zdenerwowanej Victorii.
[center]***[/center]
Wbiegł do sanktuarium w ślad za LaSombra. Nie czekał na resztę, nie zwrócił nawet uwagi na to czy ktoś do nich dołącza czy nie. Odezwał się jak tylko znalazł się tam gdzie ona.
- Czcigodna Mroczna Pani. Muszę powiedzieć, że jestem niestety niemiło zaskoczony twoją postawą. To była twoja decyzja żeby go w sobie rozkochać. I jak dało się zauważyć, udało ci się wyśmienicie. Tylko w takim razie powiedz, czego się spodziewałaś. Że Lucjusz usiądzie w kącie i z cicha będzie do ciebie wzdychał? Będzie nosił wisiorek z twoim wizerunkiem i pisał wiersze na twą cześć? Owszem, może i jego reakcja była na wyrost, jednakże po pierwsze wiedziałaś, że masz do czynienia z Ravnosem, a po drugie była wynikiem twojego bezpośredniego działania. Przeto uważam, że powinnaś zmierzyć się z tym co sama sobie zgotowałaś a nie zrzucać winę na tego nieszczęśnika. Nie uważasz, że i tak wiele przeszedł ostatnimi nocy? Absolutnie sobie nie zasłużył na twój policzek, bo tak naprawdę to wszystko co przed chwilą widzieliśmy na dole, było twoją zasługą.
Był zarówno zdenerwowany jak i przestraszony, jednak tym razem irytacja brała górę. Minęło niewiele czasu od kiedy zaczęli ze sobą współpracować, a ona już zaczęła podkopywać jego zaufanie. Na różne możliwe sposoby. I Terry wiedział, że nie może tego tak zostawić, bo w ten sposób to będzie jedynie się nasilać. Kontynuował więc, nie dając jej czasu na odpowiedź.
- Kolejna rzecz na którą pragnę zwrócić uwagę, to twój absolutny brak szacunku. I w sumie nie było by w tym nic złego, gdyby nie to, że sama go od nas oczekujesz. Nie mniej, kiedy byliśmy na spotkaniu u Księcia, bardzo wyraźnie zaznaczyłem, że pragnę pozostać anonimowy. A tobie zajęło zaledwie jedną wypowiedź by zwrócić uwagę wszystkich tam zebranych na moją osobę. Kiedy czekaliśmy na zewnątrz, myśląc, że Darth Namtar poległ, zaproponowałem modlitwę. Rozumiem, że nie każdy musi kroczyć ścieżką Pana, jednak mówienie do osoby duchownej "twoje modlitwy na nic się nie zdadzą", można określić jedynie jako pogardę dla jego wiary.
- Albo sprawa z Lucjuszem. Wraz z Gavinem mieliśmy wyciągnąć od niego informacje. Tylko powiedz mi, jak przepytać kogoś kto na zadawane pytania odpowiada "Victorio, Czarna Victorio"? Przecież musisz być świadoma działania swych mocy, skoro ich używasz. Dla mnie wyglądało to trochę, jakbyś nie chciała by nam się udało.
- Gdyby nie Czerwony Mędrzec, który powiedział mi, że mogę ci zaufać, po tych wszystkich wydarzeniach byłbym przekonany, że pracujesz dla kogoś z zewnątrz i chcesz zaszkodzić naszemu dochodzeniu. A i tak jestem o krok od tego by tak zacząć myśleć. I miej na względzie, że jednak jeszcze cię o to nie oskarżam. I miej w pamięci, że cię obserwuję, gdyby jednak tak było.
- Nie przejmuj się, pójdę z nią pomówić. Póki co zrób jak kazała i poczekaj cierpliwie.
Ksiądz smutnym wzrokiem omiótł wnętrze biblioteki, które jeszcze przed chwilą prezentowało się znacznie dostojniej. Nie chcąc tracić czasu ruszył w ślady zdenerwowanej Victorii.
[center]***[/center]
Wbiegł do sanktuarium w ślad za LaSombra. Nie czekał na resztę, nie zwrócił nawet uwagi na to czy ktoś do nich dołącza czy nie. Odezwał się jak tylko znalazł się tam gdzie ona.
- Czcigodna Mroczna Pani. Muszę powiedzieć, że jestem niestety niemiło zaskoczony twoją postawą. To była twoja decyzja żeby go w sobie rozkochać. I jak dało się zauważyć, udało ci się wyśmienicie. Tylko w takim razie powiedz, czego się spodziewałaś. Że Lucjusz usiądzie w kącie i z cicha będzie do ciebie wzdychał? Będzie nosił wisiorek z twoim wizerunkiem i pisał wiersze na twą cześć? Owszem, może i jego reakcja była na wyrost, jednakże po pierwsze wiedziałaś, że masz do czynienia z Ravnosem, a po drugie była wynikiem twojego bezpośredniego działania. Przeto uważam, że powinnaś zmierzyć się z tym co sama sobie zgotowałaś a nie zrzucać winę na tego nieszczęśnika. Nie uważasz, że i tak wiele przeszedł ostatnimi nocy? Absolutnie sobie nie zasłużył na twój policzek, bo tak naprawdę to wszystko co przed chwilą widzieliśmy na dole, było twoją zasługą.
Był zarówno zdenerwowany jak i przestraszony, jednak tym razem irytacja brała górę. Minęło niewiele czasu od kiedy zaczęli ze sobą współpracować, a ona już zaczęła podkopywać jego zaufanie. Na różne możliwe sposoby. I Terry wiedział, że nie może tego tak zostawić, bo w ten sposób to będzie jedynie się nasilać. Kontynuował więc, nie dając jej czasu na odpowiedź.
- Kolejna rzecz na którą pragnę zwrócić uwagę, to twój absolutny brak szacunku. I w sumie nie było by w tym nic złego, gdyby nie to, że sama go od nas oczekujesz. Nie mniej, kiedy byliśmy na spotkaniu u Księcia, bardzo wyraźnie zaznaczyłem, że pragnę pozostać anonimowy. A tobie zajęło zaledwie jedną wypowiedź by zwrócić uwagę wszystkich tam zebranych na moją osobę. Kiedy czekaliśmy na zewnątrz, myśląc, że Darth Namtar poległ, zaproponowałem modlitwę. Rozumiem, że nie każdy musi kroczyć ścieżką Pana, jednak mówienie do osoby duchownej "twoje modlitwy na nic się nie zdadzą", można określić jedynie jako pogardę dla jego wiary.
- Albo sprawa z Lucjuszem. Wraz z Gavinem mieliśmy wyciągnąć od niego informacje. Tylko powiedz mi, jak przepytać kogoś kto na zadawane pytania odpowiada "Victorio, Czarna Victorio"? Przecież musisz być świadoma działania swych mocy, skoro ich używasz. Dla mnie wyglądało to trochę, jakbyś nie chciała by nam się udało.
- Gdyby nie Czerwony Mędrzec, który powiedział mi, że mogę ci zaufać, po tych wszystkich wydarzeniach byłbym przekonany, że pracujesz dla kogoś z zewnątrz i chcesz zaszkodzić naszemu dochodzeniu. A i tak jestem o krok od tego by tak zacząć myśleć. I miej na względzie, że jednak jeszcze cię o to nie oskarżam. I miej w pamięci, że cię obserwuję, gdyby jednak tak było.
Terry jest mocno wzburzony. I na skraju utraty zaufania względem Victorii. W dużej części przez wszystko co jej wypunktował, ale również przez rozwianie iluzji owej wspaniałej katedry. Już pewnie nigdy nie będzie miał okazji nosić tak wspaniałych szat w tak pięknym wnętrzu.
Spoiler!
Ostatnio zmieniony 21 kwietnia 2015, 12:37 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
Scena, której był świadkiem w bibliotece stanowiła dla niego zagadkę. Nie miał pojęcia, czym Ravnos tak rozwścieczył Victorię. Jednak niczym rekin, który zwietrzył w wodzie woń krwi - instynktownie wyczuwał emanującą z Lasombry agresję. Podobało mu się to. Jej gniew pobudzał go i dawał nadzieje na nieco (krwi) urozmaicenia tego wieczoru...
Na wszelki wypadek więc stanął obok Victorii, gdy wymierzała Oszustowi policzek. Tak po prostu - gdyby Lucjusz miał ochotę postawić się lub oddać... Może nie rozumiał do końca o co chodzi, ale możliwość złamania komuś ręki zawsze stanowiła miłą perspektywę i nie chciał jej przegapić.
Podejrzewał, że sprawa musiała chyba dotyczyć naruszenia jakiejś zasady Camarilli, pogwałcenia etykiety lub... Zresztą, kogo, na Ahrymana, to obchodziło? To była ziemia Niewiernych i tylko demony raczyły wiedzieć jakich absurdalnych zachowań wymagali od siebie nawzajem. Myślenie nad tym byłoby stratą czasu...
Gdy Lasombra opuściła bibliotekę, udał się za nią do Sanktuarium. Tej nocy było wiele ważniejszych spraw do omówienia niż ten incydent. Miał jednak nadzieję, że jej gniew nie wygaśnie łatwo i że później będzie mógł zając się Lucjuszem... Uśmiechnął się lekko do tej myśli...
Tuż za nimi do Sanktuarium wpadł Terry. Świr wydawał się mocno wzburzony a potok słów jaki się z niego wylał tylko udowodnił Łowcy, że miał absolutną rację: nie był w stanie pojąć Kuffrów. Nawet za tysiąc lat. Niemniej jakoś nie czuł, by mu na tym specjalnie zależało. Wolał skupić się na Kontrakcie. On był istotny. A wszystkie te słowa i społeczne gierki miały przy nim tyle samo wartości, co pył niesiony wiatrem.
- Dobra, to jaki jest plan? - zapytał ignorując zupełnie Malkavianina. Wyjął nóż wojskowy i przez chwilę przyjrzał mu się w zamyśleniu, oceniając stan ostrza. - Na Cmentarzu będziemy potrzebowali krwi z Animalizmem. Mogę spuścić trochę z Lucjusza... - trudno było nie zauważyć nuty perwersyjnej przyjemności, obecnej w ostatnim zdaniu Mordercy. Zresztą zdawało się, że wcale nie próbował jej ukryć.
- Nie martw się Terry - dodał po chwili, gdy dotarł do niego sens ostatnich zdań Świra. - Jeśli ktoś zdradzi sprawę, będzie trupem. Własnoręcznie o to zadbam. - uśmiechnął się do zgromadzonych w sposób, sugerujący, iż będzie się przy tym także znakomicie bawił.
Na wszelki wypadek więc stanął obok Victorii, gdy wymierzała Oszustowi policzek. Tak po prostu - gdyby Lucjusz miał ochotę postawić się lub oddać... Może nie rozumiał do końca o co chodzi, ale możliwość złamania komuś ręki zawsze stanowiła miłą perspektywę i nie chciał jej przegapić.
Podejrzewał, że sprawa musiała chyba dotyczyć naruszenia jakiejś zasady Camarilli, pogwałcenia etykiety lub... Zresztą, kogo, na Ahrymana, to obchodziło? To była ziemia Niewiernych i tylko demony raczyły wiedzieć jakich absurdalnych zachowań wymagali od siebie nawzajem. Myślenie nad tym byłoby stratą czasu...
Gdy Lasombra opuściła bibliotekę, udał się za nią do Sanktuarium. Tej nocy było wiele ważniejszych spraw do omówienia niż ten incydent. Miał jednak nadzieję, że jej gniew nie wygaśnie łatwo i że później będzie mógł zając się Lucjuszem... Uśmiechnął się lekko do tej myśli...
Tuż za nimi do Sanktuarium wpadł Terry. Świr wydawał się mocno wzburzony a potok słów jaki się z niego wylał tylko udowodnił Łowcy, że miał absolutną rację: nie był w stanie pojąć Kuffrów. Nawet za tysiąc lat. Niemniej jakoś nie czuł, by mu na tym specjalnie zależało. Wolał skupić się na Kontrakcie. On był istotny. A wszystkie te słowa i społeczne gierki miały przy nim tyle samo wartości, co pył niesiony wiatrem.
- Dobra, to jaki jest plan? - zapytał ignorując zupełnie Malkavianina. Wyjął nóż wojskowy i przez chwilę przyjrzał mu się w zamyśleniu, oceniając stan ostrza. - Na Cmentarzu będziemy potrzebowali krwi z Animalizmem. Mogę spuścić trochę z Lucjusza... - trudno było nie zauważyć nuty perwersyjnej przyjemności, obecnej w ostatnim zdaniu Mordercy. Zresztą zdawało się, że wcale nie próbował jej ukryć.
- Nie martw się Terry - dodał po chwili, gdy dotarł do niego sens ostatnich zdań Świra. - Jeśli ktoś zdradzi sprawę, będzie trupem. Własnoręcznie o to zadbam. - uśmiechnął się do zgromadzonych w sposób, sugerujący, iż będzie się przy tym także znakomicie bawił.
Weźcie pod uwagę, drodzy współgracze, że Namtar ma na pewno mniej cech społecznych niż Terry, więc nie sądzę, by się umiał w tym momencie skutecznie przebić przez wzburzenie Świra i zmienić kierunek rozmowy.
Ostatnio zmieniony 21 kwietnia 2015, 19:29 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Robiło wrażenie. Cały ten spektakl. a właściwie jego mistrzowsko dopracowane szczegóły, robiły porażające wrażenie na Horacym. Przez chwilę naprawę dał się zaskoczyć. Rozdziawił więc tylko usta i patrzył na wszystko z nieukrywanym zaskoczeniem. Ocknął się jednak niemal równocześnie z Victorią. Tyle że, gdy ona ruszyła w kierunku ołtarza on cofnął się w głęboko w siebie, w zakamarki własnego umysłu, które nadal jeszcze skrywały okruchy wspomnienie o ceremonii, kiedy to Horacy stał na ślubnym kobiercu. Pamięć ożyła przynosząc falę uczuć o tyleż bolesnych, co odległych i wyblakłych. Przez chwilę zadało mu się jakby to nie on był tym człowiekiem ze swoich wspomnień. Jakby to był jakiś inny Horacy, odległy tak jakby ktoś z zupełnie innej alternatywnej czasoprzestrzeni lub z jakiegoś melodramatycznego spektaklu granego przez aktora bez doświadczenia.
Śmieszny, ja. Młody głupi ja. A jednak, tak szczęśliwy jak już nigdy potem.
Głośnie plaśniecie w twarz zakończyło przedstawienie szybciej niż się spodziewał.
No i dobrze, bo smutek zaczynał brać górę. Mamy robotę do wykonania.
Victoria porozdawała role i ruszyła do sanktuarium. Obok Horacego szybko, niczym strzała Kupidyna, przemknął Terry. Śpieszył zapewne nieść kolejną malkawiańską posługę potrzebującym.
Wszedł mniej więcej w połowie wypowiedzi braciszka. Załapał jednak w lot, o co mu szło. Właściwie to rozumiał ich oboje - Terrego i Victorię, wszystko to jednak wydawało mu się jakoś mało istotne. Iluzja chcąc nie chcąc pchnęła go bowiem do w rozmyślania o sobie samym. A raczej o swoim stosunku do wizyty, jaką miał przyjemność sprawić... sobie. Ważył w myślach własne emocje. Ten dziwny zbieg okoliczności wydał mu się mało przypadkowy. Czy naprawdę był skazany na wieczność w samotności? Nie licząc oczywiście tego pokurcza Otta i zgryźliwego Rustego, który dbał o to by uprzykrzać mu egzystencję. Czy może jednak miał prawo do odrobiny szczęścia. Wszak nieśmiertelność takiej sytuacji bardziej zakrawał na karę niźli na dar. Cóż, miał do wyboru albo dalszą egzystencję w tej formie jaką miał albo zapolować na odrobinę szczęścia. I być może, być może... sparzyć się jak piękna Victoria. Ale Horacy nie był nią i był absolutnie pewien, że potrafiłby sprytnie zadbać by nie zniszczało takie piękno, taki dar jakim ona wzgardzała. No i cóż, szczerze musiał przed sobą przyznać, że jako kawalerowi do wzięcia niczego mu nie brakowało by być dobrą partią. Oczywiście, jeśli nie spojrzeć w lustro.
Z rozważań wytrącił go Namtar, gaduła na którego zdanie postanowił Horacy ostatnio nieco bardziej uważać. Odczekał aż skończą dyskusje mariażowe po czym rzekł.
- Jeśli, chodzi o cmentarz gdzie zbierają się kruki to mogę tłumaczyć to co chcecie im powiedzieć i odwrotnie. Kiedy chcecie tam jechać? Co robimy z naszym malarzem od starca w czerwieni oraz z tym przeklętym pierścieniem?
Śmieszny, ja. Młody głupi ja. A jednak, tak szczęśliwy jak już nigdy potem.
Głośnie plaśniecie w twarz zakończyło przedstawienie szybciej niż się spodziewał.
No i dobrze, bo smutek zaczynał brać górę. Mamy robotę do wykonania.
Victoria porozdawała role i ruszyła do sanktuarium. Obok Horacego szybko, niczym strzała Kupidyna, przemknął Terry. Śpieszył zapewne nieść kolejną malkawiańską posługę potrzebującym.
Wszedł mniej więcej w połowie wypowiedzi braciszka. Załapał jednak w lot, o co mu szło. Właściwie to rozumiał ich oboje - Terrego i Victorię, wszystko to jednak wydawało mu się jakoś mało istotne. Iluzja chcąc nie chcąc pchnęła go bowiem do w rozmyślania o sobie samym. A raczej o swoim stosunku do wizyty, jaką miał przyjemność sprawić... sobie. Ważył w myślach własne emocje. Ten dziwny zbieg okoliczności wydał mu się mało przypadkowy. Czy naprawdę był skazany na wieczność w samotności? Nie licząc oczywiście tego pokurcza Otta i zgryźliwego Rustego, który dbał o to by uprzykrzać mu egzystencję. Czy może jednak miał prawo do odrobiny szczęścia. Wszak nieśmiertelność takiej sytuacji bardziej zakrawał na karę niźli na dar. Cóż, miał do wyboru albo dalszą egzystencję w tej formie jaką miał albo zapolować na odrobinę szczęścia. I być może, być może... sparzyć się jak piękna Victoria. Ale Horacy nie był nią i był absolutnie pewien, że potrafiłby sprytnie zadbać by nie zniszczało takie piękno, taki dar jakim ona wzgardzała. No i cóż, szczerze musiał przed sobą przyznać, że jako kawalerowi do wzięcia niczego mu nie brakowało by być dobrą partią. Oczywiście, jeśli nie spojrzeć w lustro.
Z rozważań wytrącił go Namtar, gaduła na którego zdanie postanowił Horacy ostatnio nieco bardziej uważać. Odczekał aż skończą dyskusje mariażowe po czym rzekł.
- Jeśli, chodzi o cmentarz gdzie zbierają się kruki to mogę tłumaczyć to co chcecie im powiedzieć i odwrotnie. Kiedy chcecie tam jechać? Co robimy z naszym malarzem od starca w czerwieni oraz z tym przeklętym pierścieniem?
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Gavin prawdopodobnie wybuchnąłby śmiechem w momencie spoliczkowania brata, gdyby nie nieszczęsna postawa Assamity. Pozwolił więc by reszta koterii się oddaliła. Podszedł do brata, po czym klepnął go w ramie.
- Zawsze miałeś szczęście jeżeli chodzi o wybór trunków, ale tak gorzkiego jeszcze nie piłeś. Moim zdaniem nie znajdziesz miodu w tej butelce, aczkolwiek kimże ja jestem by znać Nieokiełznane Szlaki Miłości - Uśmiechnął się, widząc zmieszanie brata ale i determinacje. Sprawiło mu przyjemność dogryzienie bratu, jednak wiedział że w tej grze Lucjan postara się wykazać że to ON wygra wojnę.
Im większy afekt Lucjana tym większym poczuciem winy będę mógł obarczyć Lasombre. Szmaciane zagranie, aczkolwiek wierze że kiedyś mi wybaczysz bracie. Nigdy nie myślałem że zwrot "chroń swoją rodzinę" obejmować będzie ochronę ich przed nimi samymi.
- Terry ma jednak racje. Gra nie jest skończona póki toczą się kości. - Rzucił na pocieszenie bratu po czym udał się do Sanktuarium. Stąpał niczym kot, bawiąc się balansem własnego ciała. Dołączył do koterii w momencie gdy Assamita, z nożem w ręku, deklarował chęć upuszczenia krwi jego bratu. Znowu...
- Nikt nie będzie upuszczał krwi nikomu, jeżeli nie ma takiej potrzeby. Twoja ścieżka Assamito jest opcją, nie potrzebą. Zwłaszcza że w tym momencie wystarczy skinienie Viktorii by ta przysługa była dla niego rozkoszą.
Tą wypowiedzią Ravnos dołączył do dyskusji jaką prowadziła koteria. Przez chwile przyglądał się nożowi Assamity, który pomimo nadziei Ravnosa, nie zniknął w pochwie. Ravnos zanotował w pamięci ten szczegół, zwłaszcza że sugestia była dość wyraźna. Postanowił jednak kontynuować, obdarzając zebranych uśmiechem.
- Moglibyście zacząć od opowieści, co powiedziały Coraxy, co to za pierścień, jaki malarz? Myślę że drobne wprowadzenie byłoby jak najbardziej na miejscu. - Zasugerował Ravnos, rozsiadając się wygodnie na najbliższym sarkofagu. Zakładał że opowieść będzie trochę trwała.
W głowie Gavin ustalił kolejność śledztwa, które będą prowadzić śmiertelnicy....
- Zawsze miałeś szczęście jeżeli chodzi o wybór trunków, ale tak gorzkiego jeszcze nie piłeś. Moim zdaniem nie znajdziesz miodu w tej butelce, aczkolwiek kimże ja jestem by znać Nieokiełznane Szlaki Miłości - Uśmiechnął się, widząc zmieszanie brata ale i determinacje. Sprawiło mu przyjemność dogryzienie bratu, jednak wiedział że w tej grze Lucjan postara się wykazać że to ON wygra wojnę.
Im większy afekt Lucjana tym większym poczuciem winy będę mógł obarczyć Lasombre. Szmaciane zagranie, aczkolwiek wierze że kiedyś mi wybaczysz bracie. Nigdy nie myślałem że zwrot "chroń swoją rodzinę" obejmować będzie ochronę ich przed nimi samymi.
- Terry ma jednak racje. Gra nie jest skończona póki toczą się kości. - Rzucił na pocieszenie bratu po czym udał się do Sanktuarium. Stąpał niczym kot, bawiąc się balansem własnego ciała. Dołączył do koterii w momencie gdy Assamita, z nożem w ręku, deklarował chęć upuszczenia krwi jego bratu. Znowu...
- Nikt nie będzie upuszczał krwi nikomu, jeżeli nie ma takiej potrzeby. Twoja ścieżka Assamito jest opcją, nie potrzebą. Zwłaszcza że w tym momencie wystarczy skinienie Viktorii by ta przysługa była dla niego rozkoszą.
Tą wypowiedzią Ravnos dołączył do dyskusji jaką prowadziła koteria. Przez chwile przyglądał się nożowi Assamity, który pomimo nadziei Ravnosa, nie zniknął w pochwie. Ravnos zanotował w pamięci ten szczegół, zwłaszcza że sugestia była dość wyraźna. Postanowił jednak kontynuować, obdarzając zebranych uśmiechem.
- Moglibyście zacząć od opowieści, co powiedziały Coraxy, co to za pierścień, jaki malarz? Myślę że drobne wprowadzenie byłoby jak najbardziej na miejscu. - Zasugerował Ravnos, rozsiadając się wygodnie na najbliższym sarkofagu. Zakładał że opowieść będzie trochę trwała.
W głowie Gavin ustalił kolejność śledztwa, które będą prowadzić śmiertelnicy....
Po zakończeniu sceny w Sanktuarium, chce korzystając z kontaktów wynająć kilku detektywów by zebrali informacje odnośnie informacji które przekazał mi Lucjan.
Sposób w jaki Gavin będzie musiał lawirować w relacjach z koterią jak i swoim bratem wywołuje u niego zniesmaczenie. Miał nadzieje uniknąć tego typu relacji z swoimi współpracownikami, jednak postrzega to teraz jako nieuniknioną konieczność.
Morderca skrzywił się lekko, słuchając słów Gavina i wzruszył ramionami. Nie wydawało się jednak, by naprawdę przejął się jego protestem. Ten skurwysyn się z nami bawi - skonkludował z zaskoczeniem Ravnos, w nagłym przebłysku olśnienia. Robi to ponieważ się nudzi. Cholera, całe to gadanie o krwi i torturowaniu innych... To dla niego po prostu forma rozrywki. Gra, którą uprawia dla zabicia czasu... Nie wiedział skąd ta myśl przyszła mu do głowy, jednak był pewien że jest prawdziwa. Wzdrygnął się czując nagły chłód. Nie umiał powstrzymać tego odruchu.
Ostatnio zmieniony 23 kwietnia 2015, 12:21 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
Kiedy Lasombra wchodziła na piętro, kierując się do Sanktuarium, promieniujący od niej chłód i agresja stopniowo zaczęły słabnąć... głownie dzięki możliwości jej wyładowania. Jednak opanowanie się i wyciszenie zajęło jej więcej czasu, niż chciałaby przyznać. Zaraz za nią do pomieszczenia wkroczył Terry. Musiała przyznać, że w dość spokojny i zrównoważony sposób wyrażał swoje wątpliwości i niezadowolenie z jej działań. Rozumiała jego wzburzenie. Dzisiejsza noc doświadczyła go bardziej, niż kogokolwiek z ich wszystkich i Victoria starała się wyobrazić sobie chaos i pustkę, która pojawiła się w miejscu paranoi i strachu, w którym egzystował tyle lat... Zazdrościła mu. Zazdrościła wolności i faktu, że już nie będzie musiał więcej uciekać. Śmierć jego ojca kończy koszmar w którym tkwił, jednak wspomnienia pozostaną... Zawsze zostają.
Kiedy zaraz po nim zjawiła się reszta koterii rozpoczynając dyskusję o sprawach Reda, Victoria postanowiła odłożyć ich rozmowę na później. W istocie, należało wyjaśnić kilka rzeczy między nimi, ale do tego niepotrzebni byli świadkowie.
- Terry, jeśli pozwolisz, dokończymy naszą rozmowę, gdy już ustalimy dalszy plan działania... - spojrzała na ojczulka, który skinieniem głowy potwierdził jej słowa.
Rozejrzała się po wszystkich zebranych, wolnym krokiem podchodząc do postumentu, przed którym zeszłej nocy każdy z nich składał przysięgę i wylewał swoją krew, łącząc ich we wspólnym dziele Reda. Ostrożnie, przez jedwabną, białą chusteczkę wyjęła pierścień od Coraxów z kieszeni w czarnej marynarce i delikatnie położyła go na kamiennym blacie. Dźwięk metalu dotykającego marmurowej powierzchni wydal się jej złowrogi, jakby obecność tej przeklętej błyskotki stanowiła świętokradztwo... A jednak był tu i trzeba go zbadać. Odwróciła się do pozostałych, rozpoczynając dość obszerną, logiczną i skupioną na faktach relację ze spotkania. Nie pomijała żadnych szczegółów, dzieląc się z nimi każdą informacją. Kiedy skończyła, zwróciła ich uwagę na pierścień.
- Zatem jak widzicie, ten przeklęty pierścionek mógłby nam powiedzieć coś więcej o tych, którzy są odpowiedzialni za kradzież krwi wczoraj. Poza tym, można go wykorzystać na wiele innych sposobów... - zamyśliła się na chwilę, po czym zapytała:
- Terry, czy mógłbyś sprawdzić i powiedzieć nam coś więcej o jego magii?
- Poza tym, zdecydujmy, kiedy chcecie ruszać na cmentarz po kruka? Horacy, Gavin i Namtar idą z pewnością, to oczywiste. Moja obecność tam wydaje się zbędna, mam do załatwienia sprawy tutaj, więc wolałabym zostać. Chcę zebrać więcej informacji o Atrahasisie i potrzebuję czasu w swojej Bibliotece. Zresztą, przyda mi się pomoc Terrego... Chyba, że macie ciekawsze pomysły. W takim przypadku potraktujcie to jedynie jako propozycję. Jeśli chodzi o krew z Animalizmem... raczej nie będzie większego problemu ze jej zdobyciem - uśmiechnęła się zdawkowo.
- Sprawa tego tego malarza... myślę Horacy, że teraz twoja kolej na podzielenie się z nami swoją wiedzą. Twój powrót do Elizjum i informacje na temat Klausa... - zastanowiła się przez chwilę, składając przed sobą ramiona i stając w wyprostowanej pozycji, patrząc na Horacego. - Powiedziałeś, że nie możemy go ruszać. Dlaczego? Kim on jest?
Kiedy zaraz po nim zjawiła się reszta koterii rozpoczynając dyskusję o sprawach Reda, Victoria postanowiła odłożyć ich rozmowę na później. W istocie, należało wyjaśnić kilka rzeczy między nimi, ale do tego niepotrzebni byli świadkowie.
- Terry, jeśli pozwolisz, dokończymy naszą rozmowę, gdy już ustalimy dalszy plan działania... - spojrzała na ojczulka, który skinieniem głowy potwierdził jej słowa.
Rozejrzała się po wszystkich zebranych, wolnym krokiem podchodząc do postumentu, przed którym zeszłej nocy każdy z nich składał przysięgę i wylewał swoją krew, łącząc ich we wspólnym dziele Reda. Ostrożnie, przez jedwabną, białą chusteczkę wyjęła pierścień od Coraxów z kieszeni w czarnej marynarce i delikatnie położyła go na kamiennym blacie. Dźwięk metalu dotykającego marmurowej powierzchni wydal się jej złowrogi, jakby obecność tej przeklętej błyskotki stanowiła świętokradztwo... A jednak był tu i trzeba go zbadać. Odwróciła się do pozostałych, rozpoczynając dość obszerną, logiczną i skupioną na faktach relację ze spotkania. Nie pomijała żadnych szczegółów, dzieląc się z nimi każdą informacją. Kiedy skończyła, zwróciła ich uwagę na pierścień.
- Zatem jak widzicie, ten przeklęty pierścionek mógłby nam powiedzieć coś więcej o tych, którzy są odpowiedzialni za kradzież krwi wczoraj. Poza tym, można go wykorzystać na wiele innych sposobów... - zamyśliła się na chwilę, po czym zapytała:
- Terry, czy mógłbyś sprawdzić i powiedzieć nam coś więcej o jego magii?
- Poza tym, zdecydujmy, kiedy chcecie ruszać na cmentarz po kruka? Horacy, Gavin i Namtar idą z pewnością, to oczywiste. Moja obecność tam wydaje się zbędna, mam do załatwienia sprawy tutaj, więc wolałabym zostać. Chcę zebrać więcej informacji o Atrahasisie i potrzebuję czasu w swojej Bibliotece. Zresztą, przyda mi się pomoc Terrego... Chyba, że macie ciekawsze pomysły. W takim przypadku potraktujcie to jedynie jako propozycję. Jeśli chodzi o krew z Animalizmem... raczej nie będzie większego problemu ze jej zdobyciem - uśmiechnęła się zdawkowo.
- Sprawa tego tego malarza... myślę Horacy, że teraz twoja kolej na podzielenie się z nami swoją wiedzą. Twój powrót do Elizjum i informacje na temat Klausa... - zastanowiła się przez chwilę, składając przed sobą ramiona i stając w wyprostowanej pozycji, patrząc na Horacego. - Powiedziałeś, że nie możemy go ruszać. Dlaczego? Kim on jest?
Dla Terrego i Gavina: znacie wszystkie szczegóły spotkania z Coraxami, łącznie z tajemnicą Klanu Lasombra, która zapewne w tej chwili przestaje nią być.
Asamita usiadł na swoim sarkofagu i oparł się ścianę. Jedną ręką nadal bawił się nożem podrzucając go i łapiąc w leniwym rytmie. Dobre samopoczucie po diabolizacji nie opuszczał go i podejrzewał, że raczej utrzyma się tej nocy... Lekki uśmiech błądził po jego wargach, gdy przyglądał się Niewiernym. Ich dyskusje, zwykle mętne i chaotyczne, zdawały się wreszcie dryfować w kierunku tematu. Wciąż jednak brakowało im skupienia na celu, co zdradzało, że ma do czynienia z bandą rozkapryszonych cywili. W sumie jednak czuł się aktualnie na tyle dobrze, że nie przeszkadzało mu to tak bardzo. Nawet perspektywa rozmowy z nimi była do zniesienia... W pewnych granicach oczywiście. Poza tym było kilka spraw, które powinni wiedzieć, niezależnie od tego, jak niekomfortowo się z tym poczują.
- Zanim pojedziemy dalej, zbierzmy dane do kupy - rzekł nagle. Pozostali zamilkli na chwilę i spojrzeli na niego, najwyraźniej zaskoczeni tym, że się odezwał.
- Ktoś w tym mieście robi rytuał, aby zdobyć duża ilość krwi - głos Asamity jak zwykle był pozbawiony emocji, niemal mechaniczny. Tak jakby nie mówił, lecz odczytywał z góry przygotowaną kwestię. - Jeśli wierzyć w wizje Terrego, które jak dotąd się sprawdziły, są w to zamieszani Baali i śmiertelni Magowie. Kradzież odbywa się za pomocą przeklętych przedmiotów, które zostały rozprowadzone w społeczności Nieumarłych, na przestrzeni kilku ostatnich lat. Z tego co wiemy, przynajmniej dwóch. Wszystko to wskazuje na zorganizowaną grupę osób: jakiś kult lub sektę infernalistów. Zbadanie tego pierścienia, może dać nam nieco informacji - wskazał na zaprezentowaną przez Victorię obrączkę. - Takich przedmiotów jest pewnie więcej. Warto ustalić źródło ich pochodzenia.
- Yalla.* Krew może posłużyć do przebudzenia Matuzalema. Hipotetycznie, na razie - uśmiechnął się zimno. - Niemniej wyjaśnia to, dlaczego Atra-hasis, legendarny król Akadyjski, osiedlił się na ziemi Niewiernych. Jeśli przebudzeniem tej osoby zainteresowani są Baali, musi ona być jakiś sposób związana z ich linią lub wierzeniami. Co więcej, Klient wyraźnie zastrzegł, iż wymienianie imienia, którego strzegą kruki może sprowadzić na nas śmierć. Sam ukrył je rozdzielając na pięć części. Jest to zabieg magiczny, który ma na celu zabezpiecznie przed demonem. A także osłabienie go. Tylko demon bowiem jest w stanie wykryć osobę, która wymówi jego imię. Tak więc zgaduję, że poszukujemy Matuzalema Baali, będącego inkarnacją jakiegoś demona.
Trochę to komplikuje sprawę - pomyślał. Opętani rzadko nadawali się do diabolizacji... Tawakkaltu ala' Haqim.** Trzeba będzie uważać... Niemniej musiał przyznać, że sama perspektywa rozdeptania robala była kusząca.
- Matuzalem śpi, o tym wiemy - kontynuował beznamiętnie, nie zwracając uwagi na dziwną ciszę, która zaległą w sanktuarium po jego ostatnim stwierdzeniu. - Gdyby nie spał bylibyśmy martwi. Jednak jego moce mogą pozwalać mu na kontrolę wielu wampirów w mieście. Co sprawia, iż porada by nikomu nie ufać ma bardzo dużo sensu. Sugeruję, byście ją zapamiętali.
Uśmiechał się lekko i złapał nóż dwoma palcami za ostrze. Przez chwilę spoglądał na niego w zamyśleniu, obserwując grające na klindze rozbłyski światła.
- Idąc dalej - rzekł wreszcie, wracając do rzeczywistości. - wspomniany kult zamierza wykonać niedługo swój plan. W tym celu muszą wyeliminować inne konkurencyjne grupy w mieście. Dlatego wynajęli dwóch Ravnosów, do znalezienia informacji na temat Arcanum, IOMEG i innych zainteresowanych. Nie zdziwię się, jeśli złodzieje mieli szukać tutaj informacji pozwalających na identyfikację członków tych zgromadzeń. Zapewne kolejnym punktem planu jest eliminacja wytypowanych osób. Trzeba się zainteresować tym, kto ostatnio zginął lub zginie w mieście... Lucjusz może mieć istotne dane na temat swoich byłych pracodawców. Mam nadzieję, że to sprawdziliście? -zwrócił się do Terrego i Gavina.
- Dobra, o tym za chwilę - przerwał Terremu, który już otwierał usta, aby coś powiedzieć. - Daj mi skończyć. Nienawidzę się powtarzać. - skrzywił się lekko.
- Groźba wojny z Garou jest zasłoną dymną, uniemożliwiającą władzom miasta zauważenie prawdziwego problemu - podrzucił nóż, wracając do dawnego rytmu zabawy. - Wojna pozwoli spokojnie rozprawić się z wrogami zwalając winę na Zmiennokształtnych i wprowadzi odpowiednio dużo chaosu, aby plan kultystów mógł się udać. A jeśli Matuzalem powstanie wojna i tak nie będzie miała znaczenia. Hal kuntu mukhta?***
- Tak więc - podsumował. - Wydaje się, że jesteśmy jedynymi osobami, zdolnymi do powstrzymania tego cyrku. Co oczywiście automatycznie czyni z nas najlepsze cele. Zapewne niedługo ktoś spróbuje nas usunąć. Co będzie całkiem miłe z ich strony, bowiem zaoszczędzi nam poszukiwań i zdradzi informacje o możliwościach i umiejętnościach przeciwnika. - zakończył uśmiechając się nieprzyjemnie.
Ciekawe, co z tym teraz zrobicie? Hal tusaednni fil aamali?**** Czy też będziecie przeżywać emocje? - pomyślał przez chwilę z rozbawieniem. Wiedział, że zapewne nie spodziewali się takiej analizy sytuacji i to padającej z jego ust. Ale miał to gdzieś. Ktoś musiał tutaj zacząć myśleć, nim wszyscy będą martwi. Ostatecznie. A on nie miał ochoty płacić za błędy Niewiernych dołączając do przegranych...
* arab. Dalej.
** arab. Formuła oznacza pełną ufność pokładaną w Haqimie, zwłaszcza w przypadku nieszczęścia.
*** arab Nie mylę się?
**** arab. Pomożecie mi w pracy?
- Zanim pojedziemy dalej, zbierzmy dane do kupy - rzekł nagle. Pozostali zamilkli na chwilę i spojrzeli na niego, najwyraźniej zaskoczeni tym, że się odezwał.
- Ktoś w tym mieście robi rytuał, aby zdobyć duża ilość krwi - głos Asamity jak zwykle był pozbawiony emocji, niemal mechaniczny. Tak jakby nie mówił, lecz odczytywał z góry przygotowaną kwestię. - Jeśli wierzyć w wizje Terrego, które jak dotąd się sprawdziły, są w to zamieszani Baali i śmiertelni Magowie. Kradzież odbywa się za pomocą przeklętych przedmiotów, które zostały rozprowadzone w społeczności Nieumarłych, na przestrzeni kilku ostatnich lat. Z tego co wiemy, przynajmniej dwóch. Wszystko to wskazuje na zorganizowaną grupę osób: jakiś kult lub sektę infernalistów. Zbadanie tego pierścienia, może dać nam nieco informacji - wskazał na zaprezentowaną przez Victorię obrączkę. - Takich przedmiotów jest pewnie więcej. Warto ustalić źródło ich pochodzenia.
- Yalla.* Krew może posłużyć do przebudzenia Matuzalema. Hipotetycznie, na razie - uśmiechnął się zimno. - Niemniej wyjaśnia to, dlaczego Atra-hasis, legendarny król Akadyjski, osiedlił się na ziemi Niewiernych. Jeśli przebudzeniem tej osoby zainteresowani są Baali, musi ona być jakiś sposób związana z ich linią lub wierzeniami. Co więcej, Klient wyraźnie zastrzegł, iż wymienianie imienia, którego strzegą kruki może sprowadzić na nas śmierć. Sam ukrył je rozdzielając na pięć części. Jest to zabieg magiczny, który ma na celu zabezpiecznie przed demonem. A także osłabienie go. Tylko demon bowiem jest w stanie wykryć osobę, która wymówi jego imię. Tak więc zgaduję, że poszukujemy Matuzalema Baali, będącego inkarnacją jakiegoś demona.
Trochę to komplikuje sprawę - pomyślał. Opętani rzadko nadawali się do diabolizacji... Tawakkaltu ala' Haqim.** Trzeba będzie uważać... Niemniej musiał przyznać, że sama perspektywa rozdeptania robala była kusząca.
- Matuzalem śpi, o tym wiemy - kontynuował beznamiętnie, nie zwracając uwagi na dziwną ciszę, która zaległą w sanktuarium po jego ostatnim stwierdzeniu. - Gdyby nie spał bylibyśmy martwi. Jednak jego moce mogą pozwalać mu na kontrolę wielu wampirów w mieście. Co sprawia, iż porada by nikomu nie ufać ma bardzo dużo sensu. Sugeruję, byście ją zapamiętali.
Uśmiechał się lekko i złapał nóż dwoma palcami za ostrze. Przez chwilę spoglądał na niego w zamyśleniu, obserwując grające na klindze rozbłyski światła.
- Idąc dalej - rzekł wreszcie, wracając do rzeczywistości. - wspomniany kult zamierza wykonać niedługo swój plan. W tym celu muszą wyeliminować inne konkurencyjne grupy w mieście. Dlatego wynajęli dwóch Ravnosów, do znalezienia informacji na temat Arcanum, IOMEG i innych zainteresowanych. Nie zdziwię się, jeśli złodzieje mieli szukać tutaj informacji pozwalających na identyfikację członków tych zgromadzeń. Zapewne kolejnym punktem planu jest eliminacja wytypowanych osób. Trzeba się zainteresować tym, kto ostatnio zginął lub zginie w mieście... Lucjusz może mieć istotne dane na temat swoich byłych pracodawców. Mam nadzieję, że to sprawdziliście? -zwrócił się do Terrego i Gavina.
- Dobra, o tym za chwilę - przerwał Terremu, który już otwierał usta, aby coś powiedzieć. - Daj mi skończyć. Nienawidzę się powtarzać. - skrzywił się lekko.
- Groźba wojny z Garou jest zasłoną dymną, uniemożliwiającą władzom miasta zauważenie prawdziwego problemu - podrzucił nóż, wracając do dawnego rytmu zabawy. - Wojna pozwoli spokojnie rozprawić się z wrogami zwalając winę na Zmiennokształtnych i wprowadzi odpowiednio dużo chaosu, aby plan kultystów mógł się udać. A jeśli Matuzalem powstanie wojna i tak nie będzie miała znaczenia. Hal kuntu mukhta?***
- Tak więc - podsumował. - Wydaje się, że jesteśmy jedynymi osobami, zdolnymi do powstrzymania tego cyrku. Co oczywiście automatycznie czyni z nas najlepsze cele. Zapewne niedługo ktoś spróbuje nas usunąć. Co będzie całkiem miłe z ich strony, bowiem zaoszczędzi nam poszukiwań i zdradzi informacje o możliwościach i umiejętnościach przeciwnika. - zakończył uśmiechając się nieprzyjemnie.
Ciekawe, co z tym teraz zrobicie? Hal tusaednni fil aamali?**** Czy też będziecie przeżywać emocje? - pomyślał przez chwilę z rozbawieniem. Wiedział, że zapewne nie spodziewali się takiej analizy sytuacji i to padającej z jego ust. Ale miał to gdzieś. Ktoś musiał tutaj zacząć myśleć, nim wszyscy będą martwi. Ostatecznie. A on nie miał ochoty płacić za błędy Niewiernych dołączając do przegranych...
Z uwagi na bezpieczeństwo biorę do ręki pierścień, zanim Terry go dotknie. Jeśli nic się mi nie stanie złego, oddaję go Świrowi, niech go bada. Po tym, jak go obejrzy, sam chcę się mu przyjrzeć też. Używam do tego Nadwrażliwości.
* arab. Dalej.
** arab. Formuła oznacza pełną ufność pokładaną w Haqimie, zwłaszcza w przypadku nieszczęścia.
*** arab Nie mylę się?
**** arab. Pomożecie mi w pracy?
Ostatnio zmieniony 22 kwietnia 2015, 23:00 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Frater_Terry
- Reactions:
- Posty: 352
- Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19
Kiedy słuchał analizy dokonywanej przez Łowcę, miał wrażenie jakby słuchał alfabetu morse'a. Wyzute z wszelkich ocen i emocji fakty, ostrym dźwiękiem wwiercające się w umysł. Nic poza czystym przekazem. W milczeniu wysłuchał Mrocznego Jedi. Kiedy ten skończył, podszedł do postumentu i podnosząc pierścień przyjrzał mu się. Po chwili odłożył go na miejsce i wrócił na swoją wcześniejszą pozycję.
Wtedy Terry zwrócił się do zebranych.
- Kiedy was nie było, rozmawialiśmy z Lucjuszem. Na początku nie było to łatwe - tu posłał Mrocznej Pani Wiele Mówiące Spojrzenie - jednak poniewczasie udało nam się przekonać go, że informacje te bardzo pomogą Victorii. Wtedy ochoczo zaczął współpracować.
- Ustaliliśmy, że Lucjusz wraz z fałszywym Gavinem poruszali się zielonym Fordem Ranger'em z 89 roku. Zatrzymywali się w trzech różnych motelach, wiemy w których. Wygląda na to, że partner Lucjusza dbał o to by trzymać go w nieświadomości, bo reszta informacji nie ma więkrzego znaczenia.
- Oprócz jednej. Otóż ów udawany Ravnos często odwiedzał magazyn na 212 Maccorkle Ave SE, zaraz przy rzece. I trzymał to w tajemnicy. Lucjusz wie o tym, bo któregoś razu śledził go tam pod postacią sowy. - kończąc ostatnie zdanie, Terry wyciągnął rękę i chwycił leżący na piedestale pierścień.
Był piękny. Malkavian obracał go przez chwilę w dłoniach, podziwiając doskonałe wykonanie błyskotki. Nie dostrzegł żadnej magicznej aury wokół przedmiotu. Jeśli ta rzecz była w istocie połączona z wczorajszym atakiem, teraz jej moc pozostawała uśpiona. Nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że wciąż w jakiś sposób działa i poczuł silne pragnienie jak najszybszego odłożenia go na miejsce. Wstrzymał się jednak jeszcze przez chwilę, wciąż skupiając się na feralnym kawałku biżuterii. Trzymając go, wciąż miał odczucie, że pierścień jest głodny niczym Matuzalem po letargu. Odłożył go w końcu i podniósł głowę.
- W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć zbyt wiele, gdyż magia przedmiotu jest uśpiona. Musiałbym przyjrzeć mu się kiedy będzie aktywny. Wiem jednak, że bardzo głupim pomysłem było by nosić go przy sobie, bo prędzej czy później źle się to skończy. Mimo, że uśpiona, jego moc wciąż działa, a on sam sprawia silne wrażenie "głodnego". Najchętniej pozbył bym się tego ustrojstwa.
Następnie zwrócił się bezpośrednio do Mrocznej Pani.
- Myślę, że powinniśmy wyjaśnić sprawy między sobą jak najszybciej. Najlepiej teraz. Po prostu zostańmy we dwójkę i porozmawiajmy. Reszta na moment wyjdzie i za 2, 3 minuty wróci, nam natomiast wystarczy czasu by rozwiązać nasz problem. A mi pozwoli się to skupić na naszych planach i rozmowach, bo na tą chwilę wisi to nade mną i mocno drażni.
Victoria skinęła głową potwierdzająco.
- Wybaczcie nam, to zajmie naprawdę moment. - dodała na głos, po czym gestem poprosiła Koterię o opuszczenie sanktuarium.
[center]***[/center]
Kiedy zostali sami, Terry oparł się o swój sarkofag, zwiesił głowę, jakby zastanawiając się co powiedzieć. Miał kilka wątpliwości, które go rozpraszały i wiedział, że musi się z nimi uporać. Zacisnął zęby, spojrzał Victorii w oczy i zaczął mówić.
- słyszałaś me słowa. zostaliśmy sami, jak chciałaś. co mas mi do powiedzenia? Z moim zdaniem się nie liczysz i traktujesz mnie jak narzędzie, chociażby sytuacja w muzeum o której wspomniałem wcześniej.
Mroczna Pani wytrzymała jego spojrzenie, spokojnym, rytmicznym głosem zaczęła mówić.
- Jak już powiedziałam wcześniej. Rozumiem twoje wzburzenie i brak zaufania do mojej osoby. Dzisiejsza noc doświadczyła cię bardziej, niż kogokolwiek z nas wszystkich. - Victoria podeszła spokojnie do Terrego. Jej umysł, w tej chwili wolny już od destrukcyjnych emocji, skupił się na jego osobie.
- Owszem, na spotkaniu u Księcia świadomie i z premedytacją postawiłam cię oko w oko z twoim największym koszmarem. Mogłabym to oczywiście zrobić delikatniej i bardziej taktownie, nie naruszając tej twojej tak skrupulatnie pielęgnowanej paranoi. Tylko czy wtedy cokolwiek by się zmieniło? Czy gdyby nie konieczność konfrontacji, zmierzyłbyś się z tym co cię prześladuje? Jak długo byś na to czekał? Milczysz? Więc powiem ci coś Terry... Wątpię, czy sam zdobyłbyś się na odwagę i zmierzenie się ze swoją przeszłością. Uciekałbyś dalej, zasłaniając twarz i udając, że ona nie istnieje.
- Musisz zrozumieć, że sprawę Reda traktuję śmiertelnie poważnie i mam zamiar doprowadzić ją do końca... chociaż będzie prawdopodobnie moją ostatnią. - na chwilę jej wzrok powędrował daleko w przestrzeń, którą tylko ona widziała. Po chwili znów zaczęła mówić. - Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebujemy siły, by się z tym zmierzyć. Litość jest dla słabych Terry, a dzisiaj udowodniłeś mi, że jesteś silny i można na tobie polegać. I cenię cię za to. Potrafiłeś zrobić to co konieczne, pomimo bólu i strachu, który w tobie tkwił. Mogę ci współczuć, ale nie oczekuj ode mnie litości, bo jej nie dostaniesz. Pchnęłam cię w przepaść, ale teraz jesteś wolny. Pusty i przerażony chaosem w twojej egzystencji... ale jednak wolny. I tego ci zazdroszczę Terry... chociaż wspomnienia zostaną już z Tobą na zawsze.
Jej słowa działały niby uspokajająco. Niby, bo mimo, że do niego trafiały, on uparcie wybierał się im sprzeciwiać. To nie był koniec, miał jeszcze kilka spraw do wygarnięcia.
- Dlaczego kpisz z mojej wiary? To błogosławieństwo Pana Najwyższego zesłało na mnie wizje dzięki którym wiemy kto był odpowiedzialny za wczorajszy atak.
- Mówisz, że nie szanuję twojej wiary... No cóż, jest twoja i nic mi do tego. Jednak zważ na to, iż jestem odpowiedzialna za was wszystkich i w chwili, kiedy jedno z nas może mieć kłopoty, nie będę przysłowiowo klęczeć i czekać na zbawienie, nie wiedząc co tak naprawdę się dzieje, tylko działać. Działać Terry! - Victoria wspomniała sytuację, kiedy zniecierpliwieni i wystraszeni czekali na powrót Namtara. - I to dotyczy każdego z was. Nie postawię na nikim krzyżyka, póki będę mogła zrobić cokolwiek.
Zła i dobra odpowiedź. Modlitwa właśnie jest działaniem, moja droga. I pomaga. A w tamtej sytuacji nie byliśmy w stanie nic zrobić. Jeśli by się okazało, że Darth Namtar przegrał, najlepszy wśród nas wojownik, nie mielibyśmy żadnych szans z jego przeciwnikiem.
- Dlaczego jesteś tak okrutną istotą? Chodzi mi o to, jak traktujesz innych. Rozkochałaś w sobie Lucjusza i teraz go za to karzesz. W dodatku przez to ledwie nam się udało czegoś dowiedzieć. Nie możesz używać mocy dominacji w takich chwilach? jak już kogoś używasz, nie musisz się nad nim pastwić.
- Nie jestem szlachetna jak Ventrue Terry. Nie gram czysto i jeszcze wiele razy się o tym przekonasz. Czasami subtelność i manipulacja jest pomocna i pożądana. Innym razem brak skrupułów jest jedyną metodą, by tańczyć na granicy... Jednak by to robić umiejętnie, trzeba owe granice poznać. I oczywiście konsekwentnie je poszerzać. Moja bezwzględność może ci się nie podobać, jednak twierdzę, że między innymi z jej powodu starzec mnie wezwał tutaj. Mogę być wyrachowaną zimną suką, jeśli tego wymaga sprawa, jednak każdy z nas ma jakąś przeszłość. Pamiętaj o tym.
Myśli Mrocznej Pani pobiegły na chwilę do całego magicznego Charleston. Przez chwilę w jej głowie pojawiła się wizja starego i wysłużonego kotła czarownicy, w którym mieszają się wibracje i energie, tworząc unikalną i jedyną w swoim rodzaju mieszankę. Pięknie nieludzką i przerażająco doskonałą. Jak w baśniach opowiadanych w dawnych czasach dzieciom przez stare kobiety.
- Udowodniłeś swoją siłę i szanuję cię za to. Jednak sprawę Lucjana zostaw w spokoju. Rozumiem twoją małą zemstę na mnie, jednak potrzebuję Ravnosów do własnych... celów. Później...
Terry zastanowił się chwilę, po czym skinął głową na znak akceptacji.
Nie chcesz, to nie będę cię zmuszał. Ale powrócę do tego tematu, jeśli dalej będziesz go tak traktować.
Odepchnął się od swojego legowiska, i wyszedł z sanktuarium by zawołać resztę Koterii. Po chwili wszyscy na powrót zgromadzili się w swojej tajemnej komnacie narad.
Wtedy Terry zwrócił się do zebranych.
- Kiedy was nie było, rozmawialiśmy z Lucjuszem. Na początku nie było to łatwe - tu posłał Mrocznej Pani Wiele Mówiące Spojrzenie - jednak poniewczasie udało nam się przekonać go, że informacje te bardzo pomogą Victorii. Wtedy ochoczo zaczął współpracować.
- Ustaliliśmy, że Lucjusz wraz z fałszywym Gavinem poruszali się zielonym Fordem Ranger'em z 89 roku. Zatrzymywali się w trzech różnych motelach, wiemy w których. Wygląda na to, że partner Lucjusza dbał o to by trzymać go w nieświadomości, bo reszta informacji nie ma więkrzego znaczenia.
- Oprócz jednej. Otóż ów udawany Ravnos często odwiedzał magazyn na 212 Maccorkle Ave SE, zaraz przy rzece. I trzymał to w tajemnicy. Lucjusz wie o tym, bo któregoś razu śledził go tam pod postacią sowy. - kończąc ostatnie zdanie, Terry wyciągnął rękę i chwycił leżący na piedestale pierścień.
Był piękny. Malkavian obracał go przez chwilę w dłoniach, podziwiając doskonałe wykonanie błyskotki. Nie dostrzegł żadnej magicznej aury wokół przedmiotu. Jeśli ta rzecz była w istocie połączona z wczorajszym atakiem, teraz jej moc pozostawała uśpiona. Nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że wciąż w jakiś sposób działa i poczuł silne pragnienie jak najszybszego odłożenia go na miejsce. Wstrzymał się jednak jeszcze przez chwilę, wciąż skupiając się na feralnym kawałku biżuterii. Trzymając go, wciąż miał odczucie, że pierścień jest głodny niczym Matuzalem po letargu. Odłożył go w końcu i podniósł głowę.
- W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć zbyt wiele, gdyż magia przedmiotu jest uśpiona. Musiałbym przyjrzeć mu się kiedy będzie aktywny. Wiem jednak, że bardzo głupim pomysłem było by nosić go przy sobie, bo prędzej czy później źle się to skończy. Mimo, że uśpiona, jego moc wciąż działa, a on sam sprawia silne wrażenie "głodnego". Najchętniej pozbył bym się tego ustrojstwa.
Następnie zwrócił się bezpośrednio do Mrocznej Pani.
- Myślę, że powinniśmy wyjaśnić sprawy między sobą jak najszybciej. Najlepiej teraz. Po prostu zostańmy we dwójkę i porozmawiajmy. Reszta na moment wyjdzie i za 2, 3 minuty wróci, nam natomiast wystarczy czasu by rozwiązać nasz problem. A mi pozwoli się to skupić na naszych planach i rozmowach, bo na tą chwilę wisi to nade mną i mocno drażni.
Victoria skinęła głową potwierdzająco.
- Wybaczcie nam, to zajmie naprawdę moment. - dodała na głos, po czym gestem poprosiła Koterię o opuszczenie sanktuarium.
[center]***[/center]
Kiedy zostali sami, Terry oparł się o swój sarkofag, zwiesił głowę, jakby zastanawiając się co powiedzieć. Miał kilka wątpliwości, które go rozpraszały i wiedział, że musi się z nimi uporać. Zacisnął zęby, spojrzał Victorii w oczy i zaczął mówić.
- słyszałaś me słowa. zostaliśmy sami, jak chciałaś. co mas mi do powiedzenia? Z moim zdaniem się nie liczysz i traktujesz mnie jak narzędzie, chociażby sytuacja w muzeum o której wspomniałem wcześniej.
Mroczna Pani wytrzymała jego spojrzenie, spokojnym, rytmicznym głosem zaczęła mówić.
- Jak już powiedziałam wcześniej. Rozumiem twoje wzburzenie i brak zaufania do mojej osoby. Dzisiejsza noc doświadczyła cię bardziej, niż kogokolwiek z nas wszystkich. - Victoria podeszła spokojnie do Terrego. Jej umysł, w tej chwili wolny już od destrukcyjnych emocji, skupił się na jego osobie.
- Owszem, na spotkaniu u Księcia świadomie i z premedytacją postawiłam cię oko w oko z twoim największym koszmarem. Mogłabym to oczywiście zrobić delikatniej i bardziej taktownie, nie naruszając tej twojej tak skrupulatnie pielęgnowanej paranoi. Tylko czy wtedy cokolwiek by się zmieniło? Czy gdyby nie konieczność konfrontacji, zmierzyłbyś się z tym co cię prześladuje? Jak długo byś na to czekał? Milczysz? Więc powiem ci coś Terry... Wątpię, czy sam zdobyłbyś się na odwagę i zmierzenie się ze swoją przeszłością. Uciekałbyś dalej, zasłaniając twarz i udając, że ona nie istnieje.
- Musisz zrozumieć, że sprawę Reda traktuję śmiertelnie poważnie i mam zamiar doprowadzić ją do końca... chociaż będzie prawdopodobnie moją ostatnią. - na chwilę jej wzrok powędrował daleko w przestrzeń, którą tylko ona widziała. Po chwili znów zaczęła mówić. - Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebujemy siły, by się z tym zmierzyć. Litość jest dla słabych Terry, a dzisiaj udowodniłeś mi, że jesteś silny i można na tobie polegać. I cenię cię za to. Potrafiłeś zrobić to co konieczne, pomimo bólu i strachu, który w tobie tkwił. Mogę ci współczuć, ale nie oczekuj ode mnie litości, bo jej nie dostaniesz. Pchnęłam cię w przepaść, ale teraz jesteś wolny. Pusty i przerażony chaosem w twojej egzystencji... ale jednak wolny. I tego ci zazdroszczę Terry... chociaż wspomnienia zostaną już z Tobą na zawsze.
Jej słowa działały niby uspokajająco. Niby, bo mimo, że do niego trafiały, on uparcie wybierał się im sprzeciwiać. To nie był koniec, miał jeszcze kilka spraw do wygarnięcia.
- Dlaczego kpisz z mojej wiary? To błogosławieństwo Pana Najwyższego zesłało na mnie wizje dzięki którym wiemy kto był odpowiedzialny za wczorajszy atak.
- Mówisz, że nie szanuję twojej wiary... No cóż, jest twoja i nic mi do tego. Jednak zważ na to, iż jestem odpowiedzialna za was wszystkich i w chwili, kiedy jedno z nas może mieć kłopoty, nie będę przysłowiowo klęczeć i czekać na zbawienie, nie wiedząc co tak naprawdę się dzieje, tylko działać. Działać Terry! - Victoria wspomniała sytuację, kiedy zniecierpliwieni i wystraszeni czekali na powrót Namtara. - I to dotyczy każdego z was. Nie postawię na nikim krzyżyka, póki będę mogła zrobić cokolwiek.
Zła i dobra odpowiedź. Modlitwa właśnie jest działaniem, moja droga. I pomaga. A w tamtej sytuacji nie byliśmy w stanie nic zrobić. Jeśli by się okazało, że Darth Namtar przegrał, najlepszy wśród nas wojownik, nie mielibyśmy żadnych szans z jego przeciwnikiem.
- Dlaczego jesteś tak okrutną istotą? Chodzi mi o to, jak traktujesz innych. Rozkochałaś w sobie Lucjusza i teraz go za to karzesz. W dodatku przez to ledwie nam się udało czegoś dowiedzieć. Nie możesz używać mocy dominacji w takich chwilach? jak już kogoś używasz, nie musisz się nad nim pastwić.
- Nie jestem szlachetna jak Ventrue Terry. Nie gram czysto i jeszcze wiele razy się o tym przekonasz. Czasami subtelność i manipulacja jest pomocna i pożądana. Innym razem brak skrupułów jest jedyną metodą, by tańczyć na granicy... Jednak by to robić umiejętnie, trzeba owe granice poznać. I oczywiście konsekwentnie je poszerzać. Moja bezwzględność może ci się nie podobać, jednak twierdzę, że między innymi z jej powodu starzec mnie wezwał tutaj. Mogę być wyrachowaną zimną suką, jeśli tego wymaga sprawa, jednak każdy z nas ma jakąś przeszłość. Pamiętaj o tym.
Myśli Mrocznej Pani pobiegły na chwilę do całego magicznego Charleston. Przez chwilę w jej głowie pojawiła się wizja starego i wysłużonego kotła czarownicy, w którym mieszają się wibracje i energie, tworząc unikalną i jedyną w swoim rodzaju mieszankę. Pięknie nieludzką i przerażająco doskonałą. Jak w baśniach opowiadanych w dawnych czasach dzieciom przez stare kobiety.
- Udowodniłeś swoją siłę i szanuję cię za to. Jednak sprawę Lucjana zostaw w spokoju. Rozumiem twoją małą zemstę na mnie, jednak potrzebuję Ravnosów do własnych... celów. Później...
Terry zastanowił się chwilę, po czym skinął głową na znak akceptacji.
Nie chcesz, to nie będę cię zmuszał. Ale powrócę do tego tematu, jeśli dalej będziesz go tak traktować.
Odepchnął się od swojego legowiska, i wyszedł z sanktuarium by zawołać resztę Koterii. Po chwili wszyscy na powrót zgromadzili się w swojej tajemnej komnacie narad.
Ostatnio zmieniony 23 kwietnia 2015, 23:37 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- Oczywiście Victorio. Nie chciałem wszystkiego mówić na górze z oczywistych względów. Tutaj szansa że nas podsłuchują jest zdecydowanie mniejsza. Jeśli chodzi o malarza. Ten obraz w wejścia do elizjum malowany krwią wykonał Johan. To ten chłystek co stał przy nim i opowiadał. Taki średniego wzrostu z wyglądu po trzydziestce. Malował go przy inspiracji Spiro, i tak mi się wydaję że nie bez celu Bali pomagał mu w twórczości. Czy nie warto zatem odwiedzić go i podpytać? Może natkniemy się na ślad czegoś istotnego. Nie wiem też, czy nie trzeba szybko zabrać tej maziaji ze ściany elizjum. Tyle że wtedy na prowadzilibyśmy innych na ślad i mogli by nas ubiec... - Horacy zamyślił się postukując komórką w podbródek - Mógłbym w sumie zadzwonić do Furii i poprosić żeby go zdjęła ale to chyba to jeszcze zbyt wcześnie. Dla mnie by to zrobiła. Nie mówiłem tego wcześniej ale ona ostatnio zaczyna do mnie odczuwać silną miętę. Na pewno kilkoro z was bardziej spostrzegawczych to od razu zauważała. Ale błagam zachowajcie to dla siebie. - uśmiechnął się w sposób kryjący drwinę.
Swoją drogą ciekawe czy ona ma vinculum z księciem.
Po namyśle schował jednak telefon z powrotem w poły płaszcza, uznając że sianie paniki gdy jeszcze jedna kara nie została z nich zdjęta nie jest dobrym pomysłem. Postanowił wpierw zebrać dowody poświadczające owo specjalne wykonanie dzieła.
Horacy nie mógł się oprzeć pokusie żeby nie przejść się po sanktuarium wśród tych wszystkich przepięknych staroci. Ruszył więc z wolna, zataczając mały krąg wokół położonego przez Victorię pierścienia i napawając się wyglądem tej cudowności, począł mówić w zamyśleniu.
- Gavinie mam pytanie, czy w momencie kiedy pociągnięto krew miałeś jakiś przedmiot należący do Red Wisdoma? Założyliśmy że to przez księgę co zapewne jest prawdą ale być może nie? Być może chodzi o przedmioty które albo zostały wykonane przez jakąś konkretną osobę, albo w ramach jakiegoś konkretnego rytuału, albo zawierają jakiś składnik np. krew, albo należały do kogoś konkretnego. Może gdy tu byłeś coś przypadkiem przykleiło ci się coś do ręki i zupełnie zapomniałeś wspomnieć o tak nie istotnym fakcie. Czy ktoś coś dostał od Red Wisdoma i miał gdy magia zadziała? Jeśli tak i nie stracił krwi jedno przypuszczenie możemy przekreślić.
- Dlaczego Klaus ma żyć? Być może wam to umknęło, ale przecież też musiał coś posiadać co umożliwiło zadziałanie klątwy. Czy my go przeszukaliśmy wtedy? A być może dlatego, że jest synem primogena Brujah w tym mieście. Ten kainita, który był pod wrażeniem sposobu w jaki Klaus zabił Setytę, ten który go w nagrodę za to przemienił to Max Damage.
Spojrzał po pozostałych obserwując reakcje. Po czym jego wzrok znowu przykuł wygląd świecącego cacuszka.
- Co do pierścienia to być może więcej światła na niego rzuci ojciec Martina Schacklera czyli Richard. Tylko pytanie kto zlecił mord. Jeśli to Richard właśnie to będziemy mieli kłopoty jeśli jednak nie on to również możemy niepotrzebnie namieszać. Oczywiście wówczas gdyby rozgoryczony Richard zapragnął pomsty.
Swoją drogą ciekawe czy ona ma vinculum z księciem.
Po namyśle schował jednak telefon z powrotem w poły płaszcza, uznając że sianie paniki gdy jeszcze jedna kara nie została z nich zdjęta nie jest dobrym pomysłem. Postanowił wpierw zebrać dowody poświadczające owo specjalne wykonanie dzieła.
Horacy nie mógł się oprzeć pokusie żeby nie przejść się po sanktuarium wśród tych wszystkich przepięknych staroci. Ruszył więc z wolna, zataczając mały krąg wokół położonego przez Victorię pierścienia i napawając się wyglądem tej cudowności, począł mówić w zamyśleniu.
- Gavinie mam pytanie, czy w momencie kiedy pociągnięto krew miałeś jakiś przedmiot należący do Red Wisdoma? Założyliśmy że to przez księgę co zapewne jest prawdą ale być może nie? Być może chodzi o przedmioty które albo zostały wykonane przez jakąś konkretną osobę, albo w ramach jakiegoś konkretnego rytuału, albo zawierają jakiś składnik np. krew, albo należały do kogoś konkretnego. Może gdy tu byłeś coś przypadkiem przykleiło ci się coś do ręki i zupełnie zapomniałeś wspomnieć o tak nie istotnym fakcie. Czy ktoś coś dostał od Red Wisdoma i miał gdy magia zadziała? Jeśli tak i nie stracił krwi jedno przypuszczenie możemy przekreślić.
- Dlaczego Klaus ma żyć? Być może wam to umknęło, ale przecież też musiał coś posiadać co umożliwiło zadziałanie klątwy. Czy my go przeszukaliśmy wtedy? A być może dlatego, że jest synem primogena Brujah w tym mieście. Ten kainita, który był pod wrażeniem sposobu w jaki Klaus zabił Setytę, ten który go w nagrodę za to przemienił to Max Damage.
Spojrzał po pozostałych obserwując reakcje. Po czym jego wzrok znowu przykuł wygląd świecącego cacuszka.
- Co do pierścienia to być może więcej światła na niego rzuci ojciec Martina Schacklera czyli Richard. Tylko pytanie kto zlecił mord. Jeśli to Richard właśnie to będziemy mieli kłopoty jeśli jednak nie on to również możemy niepotrzebnie namieszać. Oczywiście wówczas gdyby rozgoryczony Richard zapragnął pomsty.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
Myśli Bękartów Khayyina miały w sobie bezwład lawiny. Warto było jednak wiedzieć, że wystarczy je kopnąć we właściwą stronę, aby się tam potoczyły. Nie przerywał im więc dalszej wymiany zdań. Skupiał się raczej na wychwyceniu istotnych informacji. Malarz... Tak, to zdecydowanie był dobry trop.
Przez chwilę przed oczyma stanęły mu znów obrazy widziane w galerii. Rozbryzgi szkarłatu i purpury, zatrzymane niczym anatomia ostatniego krzyku. Uśmiechnął się. A więc dobrze odczytał to zdarzenie. Wystawa była znakiem. Dla niego. A teraz los po raz kolejny kierował go na ten tor. Mektub. Być może po to by umiał zachować to, co cenne, gdy Niewierni zniszczą dzieła, których nie są w stanie pojąć. Być może po to, by mógł przekształcić tą pracę w coś więcej... Nie wiedział jeszcze dokładnie jak. Ale to zrozumienie czekało na niego... W ciemności...Krew...Krew była kluczem i pieczęcią wtajemniczenia...
[center]
[/center]
Zauważył, że traci koncentrację na rozmowie i przywołał się do rzeczywistości. Rozłożył Plan Miasta na trumnie i sprawdził położenie cmentarza, oraz adres, który wymienił Świr. Wpatrywał się w plątaninę powykrzywianych linii stanowiących drogi Charleston. Część jego uwagi powróciła do śledzenia słów Horacego. Klaus... Znów się uśmiechnął. Wiedział, że ten basass* nie był takim śmieciem, za jakiego próbował uchodzić. Richard... Nie interesował go. To nie był jego ogródek. Zostawi tą sprawę Niewiernym - to była ich liga.
- Są trzy cele priorytetowe - odezwał się, gdy Nosferatu skończył. - Cmentarz jest najważniejszy. Sugeruję udać się tam w pierwszej kolejności. Zdobądźcie krew lub ja to zrobię. Podjedziemy z boku, od strony osiedla i tam znajdziemy parking. Dzięki temu nie będziemy rzucać się w oczy. Na otwartej przestrzeni dostaniecie osłonę snajpera.
Każde jego zdanie było jak prosty komunikat, mechaniczny i całkowicie wyprany z emocji.
- Adres, który podał Lucjan możemy sprawdzić jako drugi. Zaparkujemy od tyłu, na Ferry Street. Malarza trzeba będzie dopiero zlokalizować. Zostawiam to wam. Dobrze byłoby go przesłuchać, a to znaczy, że przydałoby się dostarczyć go w jakieś ustronne miejsce. Znam takie miejsca. Jeśli podacie mi namiary na niego, mogę odwalić za was brudną robotę.
Tym razem uważał, aby się nie uśmiechnąć, ponieważ nie chciał się zdradzić... Tak, chciał dopaść malarza sam. Perspektywa rozmowy w cztery oczy była nad wyraz kusząca. Miał do niego wiele pytań, wykraczających nieco poza samo śledztwo... Nie sądził jednak, by miało mu to przeszkodzić w pracy w jakikolwiek sposób. Raczej pomoże mu...Zrozumieć... Kuffrowie jednak nie mogli o tym wiedzieć. Nie potrafiliby pojąć ani uszanować piękna tego, co musiał uczynić.
A kiedy już malarz wtajemniczy go w misteria swych obrazów, pożre jego duszę, tak jak uczynił o ze Spiro. I w ten sposób wchłonie w siebie jego sekrety, talent i tą genialną moc, która pozwoliła mu ożywić krew i sprawić, by zaczęła krzyczeć na płótnie...
- Dobrze byłoby mieć samochód, który się nie rzuca w oczy - dodał jeszcze, tym samym co zwykle tonem. - Ja jestem gotowy. Możemy ruszać.
* arab. kłamca
Przez chwilę przed oczyma stanęły mu znów obrazy widziane w galerii. Rozbryzgi szkarłatu i purpury, zatrzymane niczym anatomia ostatniego krzyku. Uśmiechnął się. A więc dobrze odczytał to zdarzenie. Wystawa była znakiem. Dla niego. A teraz los po raz kolejny kierował go na ten tor. Mektub. Być może po to by umiał zachować to, co cenne, gdy Niewierni zniszczą dzieła, których nie są w stanie pojąć. Być może po to, by mógł przekształcić tą pracę w coś więcej... Nie wiedział jeszcze dokładnie jak. Ale to zrozumienie czekało na niego... W ciemności...Krew...Krew była kluczem i pieczęcią wtajemniczenia...
[center]
[/center]Zauważył, że traci koncentrację na rozmowie i przywołał się do rzeczywistości. Rozłożył Plan Miasta na trumnie i sprawdził położenie cmentarza, oraz adres, który wymienił Świr. Wpatrywał się w plątaninę powykrzywianych linii stanowiących drogi Charleston. Część jego uwagi powróciła do śledzenia słów Horacego. Klaus... Znów się uśmiechnął. Wiedział, że ten basass* nie był takim śmieciem, za jakiego próbował uchodzić. Richard... Nie interesował go. To nie był jego ogródek. Zostawi tą sprawę Niewiernym - to była ich liga.
- Są trzy cele priorytetowe - odezwał się, gdy Nosferatu skończył. - Cmentarz jest najważniejszy. Sugeruję udać się tam w pierwszej kolejności. Zdobądźcie krew lub ja to zrobię. Podjedziemy z boku, od strony osiedla i tam znajdziemy parking. Dzięki temu nie będziemy rzucać się w oczy. Na otwartej przestrzeni dostaniecie osłonę snajpera.
Każde jego zdanie było jak prosty komunikat, mechaniczny i całkowicie wyprany z emocji.
- Adres, który podał Lucjan możemy sprawdzić jako drugi. Zaparkujemy od tyłu, na Ferry Street. Malarza trzeba będzie dopiero zlokalizować. Zostawiam to wam. Dobrze byłoby go przesłuchać, a to znaczy, że przydałoby się dostarczyć go w jakieś ustronne miejsce. Znam takie miejsca. Jeśli podacie mi namiary na niego, mogę odwalić za was brudną robotę.
Tym razem uważał, aby się nie uśmiechnąć, ponieważ nie chciał się zdradzić... Tak, chciał dopaść malarza sam. Perspektywa rozmowy w cztery oczy była nad wyraz kusząca. Miał do niego wiele pytań, wykraczających nieco poza samo śledztwo... Nie sądził jednak, by miało mu to przeszkodzić w pracy w jakikolwiek sposób. Raczej pomoże mu...Zrozumieć... Kuffrowie jednak nie mogli o tym wiedzieć. Nie potrafiliby pojąć ani uszanować piękna tego, co musiał uczynić.
A kiedy już malarz wtajemniczy go w misteria swych obrazów, pożre jego duszę, tak jak uczynił o ze Spiro. I w ten sposób wchłonie w siebie jego sekrety, talent i tą genialną moc, która pozwoliła mu ożywić krew i sprawić, by zaczęła krzyczeć na płótnie...
- Dobrze byłoby mieć samochód, który się nie rzuca w oczy - dodał jeszcze, tym samym co zwykle tonem. - Ja jestem gotowy. Możemy ruszać.
MG czy ja będę mógł odebrać torbę i pokrowiec przed wyruszeniem na cmentarz? Np. w czasie gdy Lasombra będzie namawiać Lucjana, by został Honorowym Dawcą Krwi? Wcześniej już mówiłem, że chciałbym, by mi ją Crimson Rain podrzucił. Odbieram wszystko z parkingu na tej samej ulicy.
* arab. kłamca
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:25 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
jako że Horacy nie posiada swojego przemieszczaka na takie eskapady to chętnie się zabierze z Gavinem . " Motór" raczej odpada. Zacznijmy od kruka bo jest najważniejszy jeśli starczy czasu to wdepniemy na kawę do malarz a. Po drodze zamierzam podzwonić i zorientować się gdzie go w ogóle szukać.
Ostatnio zmieniony 24 kwietnia 2015, 14:08 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein