PBF - Charleston by Night

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 10 marca 2016, 14:45

WV Martinsburg, wody Jeziora Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Dwa jasne punkty zbliżały się w stronę Viktorii z zawrotna prędkością wydając przy tym niezidentyfikowany ryk. Miała tylko jedną myśl: Znaleźli nas, na bogów, któż mógł wiedzieć o tym miejscu?. W tym właśnie momencie silne ramię Assamity wyrwało ją z miejsca, jak delikatny kwiat w ogrodzie i z impetem wrzuciło w wodną toń. Mimo dezorientacji i nagłego przypływu strachu płynącego ze spotkania z ową brutalną siłą mrocznej bestii ze Wschodu, zdała sobie sprawę, że odczuła również przyjemność. Dopiero teraz, na sobie, mogła doświadczyć tak namacalnie fizycznej potęgi Namtara. Nie mogła sobie odmówić dreszczu rozkoszy. Jej rozkojarzone myśli skupione na owej przyjemności skutecznie destabilizowały próby koncentracji Lasombry na nurkowaniu. Jej niesforna wyobraźnia podpowiadała obrazy, które z pewnością zgorszyły by fratra Terrego. Podpowiadała coś jeszcze... Nieopisane poczucie potrzeby... kogoś, w czyich ramionach mogła by się czasem schować przed całym światem... Przed wspomnieniami ognia i zwierzęcych krzyków, krwi rozlanej przez Sabbat, straconych nadziei, spokoju... Była tam też jeszcze jedna myśl. Jeszcze jedno uczucie.

Samotność.

Czuła ją właśnie teraz, w głębinach czarnej toni jak nigdy wcześniej, a wspomnienie czyjegoś silnego uścisku i bądź co bądź pewnego rodzaju troski, wzmocniło całe wrażenie. Rozejrzała się w około. W ciemności nocnych wód nie mogła dostrzec nikogo z jej towarzyszy. Przed jej oczyma wyobraźni wyłoniła się twarz Brujaha, którego do nie dawna darzyła uczuciem gorętszym niż promienie śmiercionośnego słońca. Poczuła ukucie w swym martwym sercu i przypomniała sobie słowa jej ojca... Że każdy zawsze rodzi się, żyje i umiera sam... Nawet jeśli zatopiony w swych iluzjach myśli co innego. Samotność podczas jej egzystencji stała się gorsza nawet niż śmierć, którą jak ten żydowski Mesjasz, również przezwyciężyła... Swoją drogą, to śmieszne. Ciekawe cóż na takie porównanie powiedział by Terry - uśmiechnęła się lekko złośliwie na tę myśl. Lecz znów zdała sobie sprawę, że konfrontuje się i szuka potwierdzenia swej własnej tożsamości w innej istocie, której ... Nie było teraz w pobliżu. Znów rozejrzała się bezradnie za kimkolwiek w około. Nie widziała jednak nikogo. Tylko toń jeziora czarna i cicha jak śmierć, której dzieckiem była.

I tak oto wszyscy jesteśmy skazani na samotność w ciemności
- pomyślała, przepełniona melancholią.

[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]

Lucas stał jak oniemiały. Terror, krzyki ludzi, dym i światło zalały jego wspomnienia. Ryk myśliwca w ułamku sekundy przeniósł go z powrotem, w parną, pełną bolesnych wspomnień noc w Wietnamie, w Szmaragdowej Zatoce Ha Long. Wtedy również stał na łodzi. Ujrzał twarz swojego drogiego przyjaciele, Marcusa, zalaną we krwi. Wśród ryku maszyny i salwy pocisków, znów słyszał jego ochrypły głos:

- Skacz!

- Marcus? - Lucas poruszył prawie bezgłośnie ustami, tak, że próbujący wyrwać go z transu Assamita nie miał nawet szans na zrozumienie jego słów.

Druzgocąca pokład seria z odrzutowca, wyrwała go w końcu ze wspomnień o bolesnej przeszłości. Umysł wracał do "tu i teraz". Wracał nawet szybciej niż Lucas by sobie tego życzył, przez to, co doświadczały oczy ghula. Sposób poruszania się Mordercy ze Wschodu, był dla byłego wojskowego niemal nie do odtworzenia przez nawet najbardziej wytrenowanych żołnierzy Armii Stanów Zjednoczonych. Także tych, którzy zgodzili się na tajne eksperymenty na swych ciałach w tej przeklętej bazie Edgewood. Skulił się ze strachu w pozycję embrionalną i sam nie wiedział, co przeraża go bardziej - F-16 kołujący nad nim czy nieludzki twór tuż przed nim.

- Kim... Kim ty u diabła jesteś? - wyjąkał z siebie.

- Łap! - To była jedyna odpowiedź, jaką uzyskał od potwora przed nim.

Złapał odruchowo nadlatujące w jego stronę zardzewiałe koło ratunkowe.

- Poprzednia lokacja jest spalona. Płyń do przeciwnego brzegu - Dodał Morderca.

Lucas pokiwał niemo głową notując w pamięci podany adres garażu i wskoczył do wody. Wciąż nie wiedział jak udało mu się przeżyć ostatnich kilka chwil. Nie za bardzo chciał się nawet nad tym zastanawiać. Wytrenowane przez armię reakcje na stres i niebezpieczeństwo zaskoczyły w swoje tryby i skoncentrowany jak nigdy, odkąd przeszedł na swą przedwczesną emeryturę, skupił się by dotrzeć w umówione miejsce. Znów czuł się jak ścigający... Bądź też ścigany. I znów czuł to napięcie...

[center]Obrazek[/center]
Ostatnio zmieniony 12 marca 2016, 00:32 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 11 marca 2016, 21:28

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Po słowach Toreadora, zza zasłony mgły odezwał się głos:

- Pułkowniku, jestem tutaj! - Morderca natychmiast rozpoznał głos Lucasa.

- Zaskoczyli nas nocą, zdziesiątkowali nasz pluton... - kontynuował stary żołnierz. - Marcus, John, Steven, Curt nie żyją - wymieniał po kolei swoich martwych towarzyszy. W jego głosie dało się wyczuć desperację. - Wszyscy nie żyją... - powtórzył jeszcze.

- Chłopaki jest wsparcie! - zawołał po chwili. - Lecimy do domu! Kurwa... Lecimy do domu - głos Lucasa dobiegający do uszu ukrytego w cieniach Assamity, załamywał się niebezpiecznie. Morderca postanowił zbliżyć się do panikującego emerytowanego żołnierza i wtedy zobaczył jak Scarface zrzucił linę do wody tuż obok pływającego w kole ratunkowym Ghula Victorii. Pogrążony w wizjach z przeszłości Lucas wołał dalej:

- Dowódca plutonu nie żyje. Podpułkownik Kenneth Cole stracił przytomność, lecz jest ze mną i nadal oddycha. Musicie go zabrać! Ratujcie go na miłość boską!

Helikopter wojskowy wisiał niecałe trzy metry nad powierzchnią jeziora, sprawiając, że woda dookoła zaczęła tworzyć większe kręgi.

- Jebane skurwysyny! Pierdolić Rząd, Waszyngton, Generała i wasze tajne eksperymenty. Tylko Kenneth może mnie teraz ocalić... - Lucas prowadził bardzo cichy monolog, lecz Assamita dzięki wyczulonemu zmysłowi słuchu wyraźnie słyszał każde słowo.
Scarface odpowiedział:

- Łap linę i mów kto jeszcze przeżył. Mamy mało czasu.

- Oni są tutaj... Leżą w błocie, ale żyją!

- Naćpał się yeyo, ale to jedyny świadek - rzucił do osób siedzących w kabinie.

- Zabierz go - odpowiedział kobiecy głos z kabiny pilota.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 11 marca 2016, 21:31

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Lucas złapał linę i zaczął gramolić się z wody, mamrocząc coś niezrozumiale. Zanim jednak zdołał wspiąć się na koło, Morderca zmaterializował się przed nim, stojąc pewnie obiema nogami na pordzewiałej obręczy, która pod wpływem nagłego ciężaru, zanurzyła się głębiej.

- Mam cztery osoby w wodzie - zwołał, w kierunku wiszącego nad jego głową śmigłowca. - Weźmiecie je?

- Jasne. Dawaj ich! - odkrzyknął Scarface.

Assamita skinął głową. Jedną ręką sięgnął w dół, łapiąc za kołnierz przerażonego Lucasa i bez wysiłku podciągając go w górę. Włożył w jego ręce linę, po czym, balansując na kole, ściągnął karabin, kurtkę i szelki z bronią, wręczając je ghulowi.

- Weź to. Idę po resztę. - zakomunikował beznamiętnie.

- Tak jest Sierżancie! - odpowiedział Lucas, najwyraźniej nadal pogrążony w swych koszmarnych wspomnieniach. - Wyciągnijcie ich!

Jedną ręką przycisnął do piersi podane sobie rzeczy, drugą zaś zacisnął kurczowo na sznurze. Assamita sprawnymi ruchami obwiązał go liną i szarpnął, zaciskając węzeł. Ktoś w górze włączył wyciągarkę i wkrótce Lucas uniósł się w powietrze, obracając się wokół własnej osi, niczym przerośnięta ozdoba choinkowa. Morderca odwrócił wzrok. Jasne światła helikoptera przebijały się przez fotoochrony, rezonując w zakończeniach nerwów. Zdjął okulary, włożył je do kieszeni spodni i zanurkował w ciemność.
Staram się znaleźć resztę, przeszukując teren między molem a miejsce, gdzie ich wyrzuciłem. Mam nadzieję, że koteria nie rozpłynęła się chaotycznie po całym jeziorze, bo wtedy z pewnością nikogo nie znajdę. Jak uda mi się kogoś odszukać, przekazuję mu na migi, że na brzegu są przeważające siły wroga, a pomoc jest w górze. Wskazuje kierunek i każe mu płynąc, po czym szukam następnej osoby. Jeśli ktoś wygląda, jakby sam sobie miał nie dać rady, to mu pomagam i go wyciągam.
Ostatnio zmieniony 12 marca 2016, 14:32 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 12 marca 2016, 21:34

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Namtar skoczył do wody w poszukiwaniu członków koterii. Nie miał pojęcia, gdzie mogli się znajdować. Mógł mieć tylko nadzieję, że odnajdzie ich w miarę szybko. Dzięki mocy pozwalającej widzieć w kompletnych ciemnościach, podwodne królestwo było dla niego jasne jak za dnia. Magia zaklęta w pierścieniu dalej wspierała jego zmysły, wyostrzając wzrok, który dodatkowo wzmocniony przez Dyscyplinę Nadwrażliwości pozwolił mu w miarę dokładnie widzieć otoczenie, pomimo unoszących się w wodzie pasm mułu.

Gdy znalazł się na dwa metry pod wodą, rozejrzał się. Ławice ryb pływały chaotycznie zwabione większym ruchem pod wodą, ale nie to interesowało Namtara. Pierwszego zobaczył Darshana, który płynął do brzegu. Popłynął za nim używając Akceleracji. Po prostej wymianie przygotowanych wcześniej znaków migowych, kontynuował poszukiwania. W tym czasie Ravnos zaczął płynąć w stronę helikoptera.

Terrego, Horacego i Victorię znalazł prawie w tym samym momencie. Byli na samym dnie zatopieni w mule, wśród wodorostów. Tutaj było za ciemno, by można było przekazać jakiekolwiek znaki migowe. Nie miał wyjścia, musiał każdego z nich zabrać osobno na górę. Z jakiś niepojętych przyczyn Victoria trzymała się go cały czas kurczowo. Uznał jednak, że to wina szoku.

Na powierzchni czekał na nich Scarface, który po każdego nowego członka koterii zrzucał linę z pasem. Gdy wszyscy znaleźli się w helikopterze kobieta z kokpitu odezwała się:

- Wizzy, lecimy do Charleston.

- Tak jest madame - odpowiedział Nosferatu, po czym odwrócił głowę w stronę Horacego i dodał:

- Witajcie na pokładzie. Horacy, mam dla ciebie złą wiadomość. Blackwater przehandlował zakołkowanego Rusty'ego.
Namtar:
Test Percepcji: ST: 9 - 1 (Nadwrażliwość 1) - 1 (Asbu Ilat 1) = 7. Wyrzucasz 3 sukcesy i bez problemu znajdujesz członków koterii. Nigdzie jednak nie znalazłeś Mallusa.
Spoiler!
Ta kobieta to Belle Boyd. Helikopter to sprzęt kolegi klanowego Wizzy'ego.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 13 marca 2016, 18:36

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Lecąc do wody, Darshan zdziwił się, że nie zdziwił się nagłym zwrotem akcji. Właściwie chwilę zanim to się stało, jakaś część jego umysłu zadawała sobie pytanie, dlaczego spokój trwa tak długo. Było to zaburzenie pewnego rytmu wydarzeń ostatnich kilku nocy i jednego dnia bez słońca.
Kiedy wpadał do wody, poczuł, że wszystko wróciło do normy.

Niemalże z rutynowym podejściem, mechanicznymi, beznamiętnymi ruchami odpływał od łodzi, kierując się głębiej pod taflę wody. Obrał kierunek w stronę brzegu. Później jednak zobaczył światła a ostatecznie dogonił go Assamita więc udał się na powierzchnię, gdzie z wszechogarniającej mokrości wyciągnęła go lina.

Na pokładzie chwiejącego się w nocnym powietrza śmigłowca, patrzyła patrzył na przykuwającego uwagę wampira, który niedawno minął ich w pędzącym samochodzie w towarzystwie kul i pisków opon. Pozdrowił go skinieniem głowy i nie przeszkadzał w dalszych czynnościach, kiedy ten wyciągał przy pomocy liny resztę koterii.

To, że Horacy pojawił się na pokładzie pokryty mułem, też jakoś nie zdziwiło Hindusa. Widok ten wydawał się co najmniej na miejscu. Natomiast do Victorii mniej to pasowało. Przynajmniej do jej powierzchowności. Jej resztki duszy musiały skrywać jakieś mroczne sekrety i fascynacje, których symbolicznym obrazem byłaby ta nieczystość z odmętów.

- Dziękuję.

Powiedział ostatecznie Darshan kiedy już wszyscy byli na pokładzie. Nie chciał mówić wiele więcej, bo nie wiedział czy obecność Ravnosa nie działa na nerwy nowo spotkanym. Starał się więc wyglądać niegroźnie i nie prowokować nikogo. W efekcie więc wyglądał jak zawsze wyprostowany, zdystansowany i rozluźniony. Bez określonego wyrazu twarzy, który mimo swej wspomnianej nieokreśloności miał jednak jakiś niewytłumaczalny charakter życzliwości i zrozumienia.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 14 marca 2016, 08:51

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Śliski dotyk wodorostów na jego skórze przyprawiał go o dreszcze i odrobinę psuł tę chwilę odosobnienia. Zresztą nie tylko wodorostów, miał wrażenie, że zamulona woda ogólnie ma swoją własną, gęstą fakturę i dotyka go nieustannie... wszędzie. Przypomniał sobie słowa Mrocznego Jedi kiedy to on wypłynął z tych oślizgłych, oblepiających ciemności. "Tam, na dnie, nie ma żadnego światła...". I w istocie nie było. O ile jednak zwyczajny brak światła nie stanowił dla Terryego aż takiego problemu, o tyle ta mętna maź, w której teraz przyszło mu czekać na ratunek, znajdował ohydną i wcale ale to wcale nie atrakcyjną. Dotąd wydawało mu się, że rozumie fascynację Mordercy mrokiem i ciemnością. Teraz jednak wątpliwości zmąciły tę pewność. No bo kto przy zdrowych zmysłach mógłby znajdywać te warunki atrakcyjnymi. Nawet krew Malkavian, która płynęła w żyłach Assamity tego nie tłumaczyła...

[center]***[/center]
Poczuł silne szarpnięcie, kiedy Darth Namtar wyciągnął go z tej błotnej kąpieli. Po chwili woda na powrót stała się wodą a wszystkie jego wątpliwości i dyskomfort zostały gdieś na dole, pogrzebane pod warstwą mułu. Któż raczył wiedzieć w jakim towarzystwie.

Ponownie natomiast miał okazję oglądać skupienie na twarzy ochroniarza, który nigdy nie wydawał się być tak spokojnym i opanowanym, jak podczas akcji. Jego ruchy były miarowe i wydajne, nie podejmował zbędnych działań, decyzje podejmował w oparciu o wytyczne kontraktu, czyli w tym przypadku ich bezpieczeństwo. Był po prostu rzeczowy. Owszem jego brak poczucia humoru mógł deprymować, ale to była mała niedogodność. Dużo mniejsza niż brak dystansu do siebie. I wydarzeń dookoła. Terry przypomniał sobie ich pierwszy zgrzyt, kiedy zastąpił mu drogę by ocalić Klausa. Nie żeby to miało jakieś szczególne znaczenie. Po prostu myśl, która jako jedna z wielu nawiedziła jego umysł. Tylko ostatnio jakoś zbyt często dotyczyły one Ducha z Otchłani.

[center]***[/center]
Kiedy znalazł się na pokładzie śmigłowca, szybko zajął miejsce i chwycił się kurczowo siedzenia. Jedną ręką, w drugiej wciąż trzymał zeszyt. Nawet nieszczególnie zwracał uwagę kto prócz niego się tu znajduje. Z przymkniętymi powiekami czekał na rozwój wypadków. i Miał szczerą nadzieję, że ten rozwój wypadków będzie dział się już na ziemi. A nie w powietrzu.

Bo nie bał się wysokości. Nie bał się też latania jako takiego. Po prostu go nie lubił. Myśl, że gdyby Pan chciał by ludzie latali, dał by im skrzydła może i nie do każdego przemawiała, Malkavian jednak znajdował w niej wszystkie wymówki i oparcie jakiego potrzebował. Czekał więc cierpliwie.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 15 marca 2016, 18:42

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca 11.08.1993

Viktoria zaobserwowała jakieś poruszenie wody wokół niej ale nie była w stanie zauważyć, co to dokładnie było. Wyciągnęła przed siebie ręce ale napotkała tylko więcej mułu i wodorosty. Zaczęła badać przestrzeń dookoła siebie i wytężać wzrok gdy poczuła uścisk czyjejś dłoni zaplatający się na jej ramieniu. Odsunęła się odruchowo jak spłoszona syrena, jednak szybko rozpoznała, że jest to dłoń Namtara.

[center]Obrazek[/center]
Hhhh... czyli jest już bezpiecznie... - Pomyślała i pozwoliła się ponieść ramieniowi Assamity, zaplatającemu się wokół jej ciała. Wbiła kurczowo palce w jego tors i przycisnęła głowę do jego ramienia... Cóż chociaż może wykorzystać sytuacje czyjejś bliskości...
Podobała jej się ta chwila. Cisza i ciemność czarnych wód. Nie czuła się już sama i zagubiona. Wprost przeciwnie, poczuła pełnię i bezpieczeństwo. Czuła też, że im mocniej przytula się do ciała ochroniarza, tym bardziej zaciska się jego uchwyt dookoła jej wiotkiej talii. Rozkoszowała się tym momentem. Na nieszczęście nie trwał on zbyt długo. Wkrótce wyłonili się na powierzchnię, a plusk fal przerwał drapieżnie słodką ciszę.

Spojrzała w górę na źródło zwisającej liny... Tego się nie spodziewała. Pomyślała, że płyną do któregoś z brzegów. Któż był w tym helikopterze? Kto i dla czego im pomagał? A przede wszystkim czego chciał w zamian? Namtar wciągnął ją do środka i stała już bezpiecznie na pokładzie lustrując wzrokiem domniemanych wybawców. Nie odczepiła się jednak od jego ramienia. Puściła go dopiero gdy odwracając głowę napotkała jego zdziwiony i zdezorientowany wzrok. Cóż ma racje... tak publicznie, nie wypada...
Może później... gdy znów będą sami w ciemnościach, otuleni mrokiem.

Odsunęła się od niego posyłając nieśmiało słodki uśmiech i poprawiła opadające na twarz mokre włosy. Zorientowała się, że jest cała pokryta mułem i zdecydowanie nie wygląda wyjściowo. Szczególnie gdy ma rozmawiać ze swymi... Zbawcami?. Zaskoczona zauważyła tego, który minął ich ścigany przez Giovannich. Przypomniało jej się, ze nie udzielili mu wtedy pomocy... Wszakże jednak nie za bardzo mieli jak - poprawiła się szybko w myślach. Posłała Torreadorowi krótki, zdenerwowany uśmiech, jako że wiedziała iż w mule jej raczej nie do twarzy, a i pewnie makijaż... och nawet szkoda o tym gadać... czasami cieszyła się, że nie widzi swego odbicia w lustrze.

- Jestem Viktoria Evangeline, lider koterii Arthasisa. Witam cię i dziękuję za pomoc udzieloną nam w niedoli - starała się za wszelką cenę by jej obecna aparycja nie wpływała negatywnie na jej poczucie wartości i nie złamała wewnętrznej charyzmy. - Jak widzisz, mieliśmy pewną niespodziewaną lekcję nurkowania - dodała nerwowo. - Czemu zawdzięczamy twoją łaskawą pomoc?
Ostatnio zmieniony 15 marca 2016, 18:57 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 17 marca 2016, 13:09

Śmigłowiec Wizziego, lot do Charleston, przed północą, 11.08.1993

El Khara Dah?* Co było nie tak z tymi Niewiernymi? W zasadzie zakładał, że każda rozsądna istota, wykazująca choć odrobinę chęci przetrwania, zanurkuje, a następnie popłynie do brzegu. Oni jednak pozostali na dnie, w miejscu, w którym wpadli do wody... Jedynie Darshan okazał się mieć dość rozumu by zatroszczyć się o siebie. Resztę Morderca musiał wyławiać z gęstych galaktyk mułu i wodorostów. Zastanawiał się... Czy gdyby się nie pojawił, tkwiliby tam przez następne sto lat?

Dotychczas sądził, że Kainici mają jakiś instynkt przetrwania. Dowiódł tego zresztą kilkukrotnie eksperymentując na paru (nie)chętnych egzemplarzach. Ich wrzaski i błagania o litość wydawały się całkiem szczere, zasadne i logiczne. Można by rzec - zrozumiałe w sytuacji, która ich spotykała. Swego czasu przetestował nawet czy tonący istotnie chwyta się brzytwy. Co prawda nie mógł zastosować wody, musiała wystarczyć krew, ale obiekt zareagował pozytywnie. Właściwie chwycił się ostrza tak kurczowo, że sam obciął sobie palce...

Ci tutaj musieli być jednak bardziej szaleni niż zakładał. Być może powinien traktować ich trochę jak grupę niepełnosprytnych dzieci? Skrzywił się. To nie była zbyt atrakcyjna perspektywa. Lasombra przyczepiła się do niego niczym pijawka i miał przez chwilę problem, aby się od niej uwolnić. Na szczęście chyba doszła trochę do siebie, bo w końcu puściła go i pozwoliła mu się odsunąć. A już zastanawiał się, czy nie powinien wykręcić jej ręki...

Wziął swoje rzeczy od Lucasa, który także gapił się na niego w jakiś dziwny sposób. No cóż, szaleństwo kuffrów musiało się udzielić także temu nieszczęsnemu śmiertelnikowi. Zanotował jednak w pamięci, że musi z nim zamienić słowo przy najbliższej okazji. Mieli do obgadania jeden temat, pod tytułem: podpułkownik Kenneth Cole. To mogło się okazać nawet ciekawe... Nie, neik...** Nie mógł go przecież pochlastać. Przynajmniej na razie.

Założył ciemne okulary, szelki z kaburą i kurtkę. Koniecznie w tej kolejności. Sprawdził jeszcze położenie broni i usiadł na podłodze pod ścianą. Korzystając z chwili wytchnienia zaczął oglądać karabin. Na szczęście giwera nie ucierpiała. Nie miał jednak przy sobie snajperki co zaczynało go nieco irytować. W zasadzie czuł się trochę tak, jakby nie miał ręki. Brak narzędzia, do którego przyzwyczaił się przez te wszystkie lata pracy działał deprymująco i Assamita zmiął w ustach kolejną porcję arabskich przekleństw. Los ewidentnie znów okazał się dziwką, sprawiając, że połowę swych umiejętności mógł aktualnie wyrzucić za okno. Albo wpieprzyć do tego fashkh*** jeziora, by spoczywała z tymi munafiqun, których nikt nie uratował...

Oglądając broń zastanowił się, jak szybko byłby w stanie wykończyć ekipę ze śmigłowca? Dwóch mężczyzn i kobieta... W sumie powinno to być dość proste. Ale czy wtedy, Lucas da radę z pilotażem? Spojrzał przelotnie na starego żołnierza. Nie, w tej chwili staruszek nie dałby sobie rady nawet z puszczaniem latawca...Neik, neik, neik... Mam nadzieję, że Rain zabrał ze sobą snajperkę...

Zamknął oczy. Był zmęczony. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie. I choć nie chciał zdradzać się z tym, zwłaszcza przed Kufframi, których nie znał, czuł każdą cholerną chwilę spędzoną w tym waa faqri**** bajorze. Wracali teraz do Charleston. Do miasta objętego wojną. Nie mógł wiedzieć, co ich tam czeka... Korzystał więc z tego krótkiego momentu wytchnienia, starając się zregenerować siły. Miał nadzieję, że zdobędzie jakąś broń... Christian Pain był tam gdzieś i zapewne dążył do rozwiązania ich małego spięcia. Obaj dążyli do tego... Czuł to w kościach... Kosma yara...***** Miał nadzieję, że uda mu się wcześniej zdobyć broń...
Assamita nie będzie się odzywał i przyjmując pozycję która pozwala ukryć zmęczenie, postara się trochę odpocząć.
Myślę, że drużyna zna już jednak Namtara na tyle, by zauważyć, że po pierwsze jest nieco wypruty, a po drugie lekko podirytowany.

* arab. Co do kurwy?
** arab. kurwa
*** arab. pierdolonego
**** arab. cholernym
***** arab. Przysięgam, że popłynie krew...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 20 marca 2016, 01:29

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, Po zachodzie słońca, w helikopterze 11.08.1993

Szybka i sprawa akcja. Tak można to było krótko to nazwać. Jeszcze chwilę temu był w wodzie. Zobaczył Namtara, który począł nim szarpać, Horacy pozwolił mu przez chwilę tarmosić do woli. Nie reagował. Psute martwe oczy patrzyły na wskroś przez zabójcę. Na powierzchni poszło już sprawnie. Coś mu przyczepili, bziuuuu i nim się zorientował już siedział w helikopterze. Można powiedzieć, że Asamita w pewien sposób odebrał poród. Płód okazał się martwy.

[center]***[/center]
Na pokładzie już pierwsze zdanie wywołało galop myśli. Słowa Wizzego nie zrobiły na nim emocjonalnego wrażenia. Spodziewał się takiego obrotu sprawy. Śnił o ojcu myślał o ojcu i nie potrafił się pozbyć pewnej myśli. Wiskozja ściągała tok jego rozumowania kiedy powinien się skupić na wykonywaniu testamentu. Wiedział, że jak się nie pospieszy z dotarciem do niego to stanie się coś złego. No i stało. Teraz kiedy dostał to w postaci faktu, poczuł się nawet jakby lepiej. Jakby ktoś zabrał ciężar z jego barków.

Przez chwilę jego myśli popłynęły przez czas do chwili kiedy poznali się z Rustym. A potem odpłynęły w mgłę wraz z wyobrażoną łajbą Blackwatera...

https://www.youtube.com/watch?v=XZA5KTn ... E&index=23

Nie ma nic gorszego nad niepokój. Łudzi cię, że może jednak być dobrze. - pomyślał ucinając szybko wspomnienia.

- Witaj Belle. - Nosferatu skinął głową w pozdrowieniu do Scarface'a - Przehandlował?! No co ty mówisz Wizzy. Kto zabrał Rustyego gadaj Wizzy?

- Nie wiem komu. Teraz Blackwater wykurzył wszystkich z swojej łajby i nie wpuszcza na nią nikogo z naszego klanu. Wiem, że ktoś się z nim spotkał i bardzo tej osobie zależało na dyskrecji.

- A gdzie zacumowana ta jego łajba? I skąd wiesz w takim razie, że przehandlował. Może Rusty tam nadal leży na tej jego starej krypie?

- Anarchistyczna zaraza sparaliżowała działania Camarilli, co utrudnia działania wywiadowcze. Nie wiemy gdzie dokładnie teraz jest jego statek. Odpłynął i nikt nie wie, gdzie się ukrył. Wszystko się sypie jak domek z kart. Pytasz skąd wiem? Street Dog powiedział, że Amanda Broox widziała Ritę Toshevna na łajbie. Opiekun Muzeum u Blackwatera? Przecież to się ma jak kurza noga do WildHearta.
- Stary Nosferatu siedział ze swoimi psami, gdy przyszła do niego roztrzęsiona Amanda i chciała się wyżalić. Kompletnie tego nie rozumiem. Mam nadzieję, że ta seksoholiczka nie wprowadza dezinformacji. Ostatnie czego teraz nam potrzeba to podwójny agent. To prawda, że kiedyś była Ghulem klanu Degereratów?

- Podobno była, nie ogaraniam tego... no z tą kurzą łapką. - Horacy potarł się po czole intensywnie myśląc. Wizzy w ogóle to ty byłeś tam na łajbie kiedy Blackwater zakołkował starego?

- Nieważne... Co do ataku z kołkiem na Rustego to nie było mnie tam, ale mam pewne źródło informacji.

W głowie zadźwięczał mu jaskiś fragment piosenki - Ah sacré papa, Dis-moi où es-tu caché? Ca doit faire au moins mille fois que j'ai, Compté mes doigts, hé!* Horacy potrząsnął głową jakby chcąc strząsnąć z siebie cały muł i jeziorne błoto. Cały ten brud jaki na sobie przyniósł. Jako stary kanalarz wiedział jednak, że to nigdy nie będzie możliwe. Główny syf płynął w jego żyłach przecież.

Och... ojcze mój, co za gnój.

Spojrzał na pozostałych. Trwali sztywno niczym kołki w sercach wampirów z sanktuarium, wbici w swoje myśli. Tylko Namtar wydawał się nie śnić jak pozostali. Wyglądał jakby szykował jakieś kolejne krwawe szelmostwo. Jakby bezkrwawy poród jaki chwilę temu odebrał nie był dla niego w pełni satysfakcjonujący.

- No dobrze...- Horacy westchnął. Zwrócił się ni to do Belle ni to do Scarface'a - Czemu zatem zawdzięczamy tą przyjemną podwózkę? I kto do cholery nas tak mocno polubił, że tyle latarek za nami wysłał? Nie pozwalając nam zostać w mroku, gdzie zresztą jest nasze cholerne miejsce.


* Oh, przeklęty tato
Powiedz mi, gdzie się skryłeś?
Co najmniej tysiąc razy policzyłem moje palce.

Stromae "Papaoutai"
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 23 marca 2016, 23:59

WV Martinsburg, Jezioro Thomas, przed północą, w helikopterze 11.08.1993

- Czemu zawdzięczamy twoją łaskawą pomoc? - zapytała Victoria.

Scarface zajęty słuchaniem rozmowy dwójki Nosferatu odpowiedział:

- Jestem Scarface, Archont z klanu Toreaedor. Muszę was zabrać w bezpieczne miejsce. Zbyt wielu wrogów Camarilli zaczęło się interesować waszym śledztwem. Władze Camarilli zdecydowały o wparciu dla waszej misji... Oczywiście nieoficjalnie - powiedział dając do zrozumienia, że mówi poważnie.

- W Zachodniej Wirginii mamy do czynienia z czymś więcej, niż możecie sobie wyobrazić. To mogą być wasze ostatnie noce i nie mówię tego, by was nastraszyć. Wiemy, że w Charleston starło się przynajmniej trzech starszych, angażując do tego swoje potężne zdolności - przerwał na chwilę ważąc następne słowa.

- Nie lubię was, ani nie podoba mi się wasze zadanie powierzone przez starca. Red celowo wprowadził zamieszanie swoim testamentem i nie jestem do końca przekonany o jego prawdziwej śmierci. Mógł to wszystko dawno temu ukartować, a ja wierzę swoim przeczuciom. Zostaliście wplątani w dużo większą grę, niż wam się to wydawało na początku, ale myślę że zaczynacie powoli rozumieć o czym mówię. Zresztą jestem świadom waszej reputacji i wiem, że czeka was w najlepszym wypadku wykluczenie z klanu za brak realizacji ostatniej woli starego.

Tutaj spojrzał na Assamitę i dodał:

- Ciebie się to oczywiście nie dotyczy, ale ciekawe co zrobisz jak w ekipie zacznie się dezercja? To co wasz czeka w Charleston nie jest tym, co chcielibyście oglądać.

Namtar uśmiechnął się w odpowiedzi w sposób który nie pozostawiał złudzeń.

- No to ktoś wpakował was w niezły kanał... - skwitował Archont, spoglądając na lśniące w półmroku kły Mordercy.

- Scarface, wystarczy... - przerwała mu Belle.

- Sprawa jest poważna. Waszyngton zdecydował wysłać na teren Zachodniej Wirginii wojsko i myśliwce. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że stoi za tym książę stolicy Marcus Vitel z klanu Ventrue. Wiecie może kto mógłby być na tyle potężny, aby sprowadzić w tak krótkim czasie tylu Anarchistów? Mamy wręcz plagę uchodźców z Los Angeles, które jest ich domem.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 28 marca 2016, 16:58

WV Charlestone, Przed Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, Po Północy 11.08.1993

Wylecieli z Martinsburga kierując się prosto do stolicy. Było już po północy i musieli się spieszyć, aby zdążyć załatwić jeszcze jedną sprawę tej nocy. Niebo znów pokrywały czarne chmury, ale te wydawały się być naturalne i nie budziły podświadomego lęku. Ciemność opuściła na dobre Zachodnią Wirginię, co niewątpliwie powinno wpłynąć na wszystkich kainitów jacy znajdowali się na tej ziemi. Maszyna przez całą podróż nie wydawała żadnych dźwięków, jak gdyby była całkowicie wyciszona w jakiś nadnaturalny sposób.

Scarface patrzył podejrzliwie na Assamitę oraz co jakiś czas rzucał okiem na Terrego.

- Lecimy do Charleston, aby spotkać się z Democritusem i omówić aktualną sytuację w Zachodniej Wirginii. Waszej obecności tam nie przewiduję i mam nadzieję, że zajmiecie się swoimi sprawami - Archon odpowiedział nie ukrywając swojego nastawienia do koterii Red'a.

Victoria skinęła głową dając znak, że przyjęła do wiadomości przekaz:

- Prosiłabym, abyśmy mogli wysiąść w bezpiecznym miejscu. Później poradzimy sobie i wiemy jak o siebie zadbać.

Lot trwał dużo krócej niż podróż lądowa. Byli w Charleston dużo wcześniej niż się spodziewali, ale widok z lotu ptaka nie napawał optymizmem. W różnych częściach miasta płonęły budynki, a na większość ulic została zabarykadowana wrakami zniszczonych samochodów. Jednak nie to przykuło największą uwagę wszystkich w helikopterze.

Na ulicy Maccorkle przed Uniwersytetem Charlestone odbywała się walka w której uczestniczyli tylko Kainici. Ilość nieumarłych jaka walczyła była szokiem dla wszystkich, albowiem nigdy wcześniej nie widzieli, by otwarcie walczyło ponad stu Spokrewnionych. Z niewiadomych przyczyn nikt nie przejmował się Maskaradą. Anarchiści pod dowództwem Christiana Paina mieli zdecydowaną przewagę liczebną, lecz w obliczu doskonale uzbrojonych i wyszkolonych członkom Camarilli mieli nikłe szanse na zwycięstwo.

- Podleć bliżej - Belle powiedziała do Wizzy'ego.

Pilot wykonał polecenie i niecałą minutę później mogli doskonale zobaczyć niesamowitą rzeź. Anarchiści padali jeden po drugim nie mając żadnych szans, tylko Pain, Max Damage i kilku silniejszych Brujahów nie odstawiało kroku przeciwnikom posyłając każdego w objęcia Ostatecznej Śmierci. Horacy rozpoznał kilku znajomych z miasta zaangażowanych w starcie po stronie Camarilli, lecz pozostałych nie znał. W końcu zobaczył na własne oczy jak działa wyszkolony oddział Archonów pod dowództwem Justycjariusza. Poziomem przypominali umiejętności jakie prezentował Namtar, byli szybcy, silni, twardzi i wyszkoleni w dyscyplinach bojowych.
Krew i popiół mieszały się razem na ulicy pod stopami tych, którzy przetrwali pierwsze minuty starcia. Nikt nie ukrywał swoich ostrych kłów pozwalając na manifestację swojej wampirze natury. Walka wyzwoliła w nieumarłych pierwotny instynkt jaki posiadają drapieżniki. Bestia rosła w siłę pozwalając na coraz większe nieludzkie zachowanie. Podczas walki nikt nie trzymał się żadnych zasad. Liczyła się tylko śmierć. Z dołu dobiegał głuchy trzask łamanych kości i masakrowanych czaszek. Jako broni użyto wszystkiego co mogło zabić. Od stalowych rurek i noży, po broń palną o silnym rażeniu. Christian wrzeszczał do swoich kompanów uderzając zakrwawioną pięścią w jednego z Achronów:

- Nie pozwólcie im kolejny raz zniewolić nasz klan! Nigdy więcej nie wypijemy waszej krwi! Wyrwijcie im serca i rzućcie psom na pożarcie! Zabić ich! Wolę umrzeć jako wolny Brujah! Za wolność!

Max Damage dorzucał swoje podsycając agresję w anarchistach:

- To noc kiedy Ventrue upadną pod ciężarem swoich kłamstw! Zerwijcie maskę z uzurpatora i zniszczcie jego sługi. Teraz skruszymy kajdany niewoli i wyzwolimy klan spod Więzów Krwi.

W tym czasie Justycjariusz jednym ruchem ręki podpalił sześciu anarchistów eliminując ich z walki. To z kolei sprawiło, że kilkunastu Brujah którzy stali nieopodal, nie wytrzymało i wpadło w Szał, który jak zaraza zaczął przechodzić na kolejnych walczących doprowadzając do masowej eskalacji morderczego obłędu. Anarchiści wykorzystali to co im pozostało, walcząc do samego końca.

[center]Obrazek[/center]
Spoiler!
Test Wiedzy o Rodzinie ST:8 = 2 sukcesy. Nie wiesz dlaczego, ale doznajesz pewnego DejaVu i masz wrażenie, że podobne wydarzenie miało miejsce. Po chwili wiesz... Rok 1968, Chicago... Ludzie wyszli na ulice protestować przeciwko wojnie w Wietnamie. Wtedy także Anarchiści starli się z Camarillą, która pod dowództwem Justycjariusza rozgromiła rewoltę. Mówi się, że jednej nocy zginęło ponad 200 Spokrewnionych.
Test Wiedza Klanowa ST:7 = 6 sukcesów.
Rozpoznajesz natychmiast kim jest Justycjariusz. To Karl Schrekt, Średniowieczny Tremere. To chodząca legenda. Podobno za życia był Łowcą Demonów. Mówi się że facet nic nie czuje, jego twarz nie zdradza żadnych emocji i zawsze wie kiedy ktoś kłamie. Wyjątkowo bestialski skurwysyn i nie mający żadnej litości dla wrogów Camarilli. Podobno został tylko raz upokorzony przez Księcia Berlina, który wbił mu kołek w serce z wyrytym napisem "przepraszam" i odesłał do Wiednia.
Spoiler!
Wiedza Camarilla ST:6 = 4 sukcesy.
Rozpoznajesz natychmiast kim jest Justycjariusz. To Karl Schrekt, Średniowieczny Tremere. To chodząca legenda. Podobno za życia był Łowcą Demonów. Mówi się że facet nic nie czuje, jego twarz nie zdradza żadnych emocji. Wyjątkowo bestialski skurwysyn i nie mający żadnej litości dla wrogów Camarilli.

Test Wiedzy o Rodzinie ST:8 = 1 sukces. Nie wiesz dlaczego, ale doznajesz pewnego DejaVu i masz wrażenie, że podobne wydarzenie miało miejsce gdzieś w USA.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 29 marca 2016, 16:37

WV Charlestone, Przed Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, Po Północy 11.08.1993

Morderca przypatrywał się przez chwilę sytuacji w dole, bez większych emocji. Choć słaba woń krwi, niesiona wiatrem dźwięczała w nim, poruszając ciche struny czerni i szkarłatu. Prawie natychmiast wyłonił wzrokiem muskularną sylwetkę Christiana Paina, wznoszącą się nad tłumem walczących, niczym posąg jakiegoś dawnego, barbarzyńskiego boga... Martwego boga - uśmiechnął się lekko. Tak więc los, choć wciąż ewidentnie był dziwką, nie kazał przynajmniej na siebie zbyt długo czekać...

- Masz pożyczyć długą broń? - zapytał spokojnie, stojącego obok Scarface.

- Nie. Nie będziemy się w to mieszać. - odparł zdecydowanie Torreador.

Assamita obrzucił go obojętnym spojrzeniem, ledwo widocznym zza ciemnych szkieł okularów przeciwsłonecznych. Następnie wzruszył ramionami i sięgnął po karabin. W myślach oceniał odległość i szansę na oddanie skutecznego strzału.

- Powiedziałem do cholery - odezwał się Archont stanowczo. - że nie powinniśmy się mieszać w tą popierdoloną sytuację. To dotyczy też ciebie. Nikt z tego helikoptera nie będzie się w to wtrącał, kapujesz?

Morderca zignorował Torreadora, przyklęknął i przeładował broń.

- Nie mieszam się w żadną waszą sytuację. Ten facet jest zagrożeniem dla zleconej mi misji i zamierzam go wyeliminować. Jeśli chcesz stanąć mi na drodze, będziesz następny.

Wypowiedział te słowa spokojnie, tak jakby informował Archonta o czymś normalnym i naturalnym, jak letni deszcz, podwyżka cen benzyny, czy korek na szosie. Nie miał zresztą czasu ni ochoty zajmować się fanaberiami Torreadora. Miał zadanie do wykonania. Płynnym ruchem uniósł karabin do ramienia, przycelowując w głowę lidera Anarchistów.
Drogi MG: jeśli Scarface chce mnie powstrzymać, niech lepiej poda jakiś bardziej sensowny argument...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 30 marca 2016, 09:59

WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, Po Północy 11.08.1993

Obserwując wydarzenia, Terry spostrzegł w pewnym momencie, że jego martwy mózg wykonuje trzy operacje na raz. Przedewszystkim żarliwie się modlił, chociaż nie używał do tego ani jednego słowa. Nie potrzebował ich jednak, bowiem w tej niemej modlitwie zaklął swą nieskończoną miłość do Pana. I wiedział, że Bóg Ojciec słucha.

Po drugie, współczuł zgłębi serca biorącym udział w masakrze na ulicach pod nimi. I miał wielką nadzieję, że nikomu wewnątrz śmigłowca nie przyjdzie na myśl do nich dołączyć. Na wszelki wypadek obrzucił szybkim spojrzeniem współpasażerów. Większość miała wytrzeszczone oczy i głęboki szok wymalowany na twarzach. Tylko Scarface i Darth Namtar nie okazywali zdziwienia. Dyskutowali na temat słuszności mieszania się w ten pogrom, oraz o granicach rozdzielających mieszanie się i działanie w imieniu sprawy. W istocie więc nie okazywali zdziwienia. No i może Nowy Ravnos, ale on ogólnie miał emocje maszyny, przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Kolejne spojrzenie na pole bitwy uruchomiło tryb trzeci, czyli poszukiwanie przyczyn, dla których ta krwawa jatka wydawała mu się znajoma. Sam nigdy nie brał udziału w żadnej bitwie tego rodzaju, a już na pewno nad nią nie krążył w śmigłowcu. Co nagle przestało mu się wydawać tak dobrą pozycją, bo znając temperament klany Brujah, nie zdziwiłby się, gdyby któryś przytargał tu ze sobą wyrzutnię rakiet...

Kiedy Mroczny Jedi przyłożył się do celowania, Terry zareagował, pchnięty ku temu grozą zawartą w swoim własnym gdybaniu. Delikatnie i ostrożnie dotknął ramienia Mordercy, zwracając na siebie jego uwagę. Gdy tylko uznał, że Łowca na niego spojrzał, pokręcił delikatnie głową, gest ten okraszając słowami, których Assamita zdecydowanie nie chciał teraz słyszeć.

- To nie jest dobry pomysł. Na wszystko jest czas, ale to nie jest chwila na to zabójstwo. Rozumiem dlaczego to robisz, nie sądzę jednak, że tak to powinno wyglądać. Po prostu nie mogę się pozbyć myśli, że stanie się coś strasznego - kiedy skończył, cofnął natychmiast rękę i na powrót usadowił się na swoim miejscu. Nie chciał mówić nic więcej, bo nie chciał zdradzić, że kieruje nim strach w stopniu większym niż rozsądek.

Po czym, by zmienić temat, dodał niemal natychmiast:

- W roku sześćdziesiątym ósmym tego stulecia, podobne wydarzenia miały miejsce w Chicago. Ponad dwustu Spokrewnionych poległo w tamtejszych zamieszkach. To jest straszne, że nie umiemy uczyć się na błędach. Kainici lubią o sobie myśleć, jako o gatunku wyższym, tymczasem jesteśmy tak samo naiwni i niereformowalni jak ludzie, których zwykło się nazywać trzodą. I kogo to czyni z nas?
Ostatnio zmieniony 30 marca 2016, 14:33 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 30 marca 2016, 21:38

WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, Po Północy 11.08.1993

Viktora przez chwilę jakby nie rozumiała co się dzieje. Nie wiedziała po co Scareface im pomógł, skoro nie żywił do koterii pozytywnych uczuć. Nie rozumiała czemu Assamita celuje w Paina mimo że Archont wyraźnie zabronił mieszania jego helikoptera w tą sytuacje. Czy on nie rozumie ... Ach tak. Przecież prawa i zasady a także ukryte gierki Camarilli są mu obce. Jego świat jest prosty, zaczyna się przy spuście, a kończy na celu wycelowanej lufy. Zaczynała już doceniać jego prostotę zasad i wartości. Jego pośmiertna egzystencja musiała być łatwiejsza, o wiele mil kłamstw, półprawd i teatrzyków społeczeństwa spokrewnionych.

Wzięła głęboki wdech szepcząc cicho słowa gnostyckiej modlitwy by opanować drżenie ciała wywołane powagą sytuacji.

...I am strength and I am fear.
I am war and peace.
Give heed to me.
*

Morderca uniósł karabin, mierząc do celu lecz na jego ramieniu zacisnęła się pewnie dłoń Lasombry.

- Namtarze - powiedziała, a jej głos był po raz pierwszy tak skondensowany, opanowany i stanowczy, że reszcie wydawało się jakby przez Lasombrę przemówił zgoła ktoś inny. - Odłóż broń. Mówię do ciebie jako przywódca tej koterii. Pamiętaj, że jesteś na pokładzie helikoptera ważnego Torreadora, Archonta Camarilli, który właśnie uratował nam życie. Nie musiał tego robić, nie za bardzo, jak sam powiedział, nas uwielbia, a jednak dzięki niemu jesteśmy tu wciąż i wypełniamy wolę Mędrca, a ty swój kontrakt. Uszanuj jego słowo jako, że jesteśmy mu dłużni przetrwanie, a w naszej społeczności dług względem przysługi, szczególnie takiej, zobowiązuje. Wiem, że obce są ci zwyczaje i zasady Zachodu, dlatego łatwo ci nie rozumieć zależności i odpowiedzialności pomiędzy kainitami na tych ziemiach. Słowo Archonta jest tu ważniejsza od kogokolwiek z nas, szczególnie jeśli znajdujemy się w jego przestrzeni .To jego maszyna , wszyscy wiedzą do kogo należy i jeśli pocisk stąd wyleci będzie to dla wszystkich oznaczało, że on miesza się w jatkę na dole. Nikt nie będzie zadawał pytań czy był tam Assamita, z koterii Reda, który chciał się rozprawić z jednym Anarchistą. Będzie miał poważne problemy, a z nim i my. Jeśli strzelisz, sprawiając że niejako i my jako koteria sprzeciwimy się woli naszego Starszego, narazisz nasz na większe niebezpieczeństwo niż tylko Christian Pain. Sprawisz, że będziemy musieli odpowiadać przed wyższymi stanem w Camarlili i być może ci, którzy wciąż darzą nas sympatiom przemienią się we wrogów, a tych mamy już pod dostatkiem. Nasze zależności społeczne są poplątane i tak, często nieszczere, często blokujące naszą wolę, ale to teatr w którym żyjemy. Nie musisz tego rozumieć ani uznawać. Rozumiem, że tym gardzisz ale zawierz mi w tej kwestii. To bardzo delikatna sytuacja.

Wzrok Lasombry był spokojny ale skoncentrowany na Assamicie, poważny ale pełen zrozumienia. Jej uścisk wciąż silnie trzymał ramie Mordercy, ale był to uścisk przyjaciela, nie wroga. Przyjaciela, który osłania od niewidzialnego niebezpieczeństwa.

- Rozumiem, że masz teraz czysty strzał i przewagę nad jednym z wrogów, ale jeśli go oddasz w tym helikopterze, przeciw woli jego właściciela, będzie ich o wiele więcej. I będą silniejsi niż Christian Pain. I będą to nasi bracia...

Ostatnie zdanie zawisło na chwile w ciszy mizantropicznym tonem, jak dźwięk dzwonu w opuszczonej gotyckiej katedrze.

*The Thunder, Perfect Mind
Ostatnio zmieniony 31 marca 2016, 22:46 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 30 marca 2016, 22:43

WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, Po Północy 11.08.1993

Scarface uśmiechnął się krzywo i powiedział z przekąsem:

- Jeżeli uważasz, że te karaluchy na dole są zagrożeniem dla twojej misji to znaczy, że kurewsko nie orientujesz się w sytuacji. Jeden strzał z tego helikoptera wpierdoli nas wszystkich na długie nocne rozmowy i chuja na to poradzisz. Więc zejdź ze sceny i zacznij słuchać swoich podopiecznych, bo lepiej grają w tą grę. Bez obrazy, ale jesteś tylko najemnikiem. Nikim więcej... Dlaczego uważasz że rozumiesz wojnę która tutaj się toczy? Chcesz brać w niej udział? Nie ma problemu, wyrzucamy cię w środek tego rozpierdolu i działaj sam. Wtedy on zajmie się tylko tobą. Kapujesz?
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

ODPOWIEDZ