Primm, główna ulica
Dowodzeni przez Nasja Johnsona mieszkańcy Primm szybko rozproszyli się po całym miasteczku, przepatrując swe domostwa w poszukiwaniu ukrywających się gdzieś być może Kajdaniarzy i sprawdzając, co padło w międzyczasie łupem zbiegłych więźniów. Podwładni porucznika Hayesa zabezpieczyli w międzyczasie peryferia głównej części Primm, wystawiając uzbrojonych w M16 wartowników na dachu dymiącego wciąż hotelu, a także na bardziej stabilnych sekcjach górskiej kolejki.
Obserwujący poczynania wojskowych Flanagan nie mógł nie zauważyć jak Kalifornijczycy starają się omijać rdzennych mieszkańców Primm; podobnie zresztą zachowywali się sami osadnicy, przejawiający w stosunku do nieoczekiwanych sojuszników daleko posuniętą ostrożność. W powietrzu unosił się nie tylko swąd spalenizny, ale i wciąż napięta atmosfera, chociaż przedstawiciele obu stron nie obnosili się w prowokacyjny sposób z odbezpieczoną bronią.
Porucznik Hayes opuścił hotel w towarzystwie kaprala Diaza, zbliżył się do skupionych wokół leżącego na ulicy i pojękującego iście męczeńsko Simpsona ludzi spoglądając jednocześnie w stronę nadchodzącego z drugiej strony Nasha Johnsona.
Trzymając ręce z dala od spustu śrutowego Browninga, staruszek zasalutował oficerowi RNK w sposób świadczący o całkowitym braku wojskowego wyszkolenia, ale stanowiący pewną formę przyjacielskiego gestu.
- Piękna akcja, majorze, piękna - oznajmił przywódca społeczności Primm, przywołując na poważne oblicze Hayesa cień uśmiechu - Dorwaliście wszystkich? Jakieś straty?
- Moi ludzie jeszcze sprawdzają piwnice, ale chyba tak - kiwnął głową porucznik - Po naszej stronie obeszło się prawie bezboleśnie, mam jednego lekko draśniętego, szybko wróci do formy.
- Chciałbym podziękować za pomoc, w imieniu całego Primm. Prędzej czy później wzięlibyśmy drani głodem, ale szkoda by było tak długo czekać.
- Nie wątpię - uśmieszek czający się w kącikach ust Hayesa przybrał nieco sardonicznego wyrazu - Myślę, że niebezpieczeństwo mimo wszystko nie minęło. W więzieniu w Jean nadal siedzi reszta buntowników. Macie wobec nich jakieś plany?
- Noga żadnego z nich tutaj nie postanie - Nash położył dłoń na swej strzelbie, skrzywił usta w nieprzyjemnym grymasie.
- Obawiam się, że sami nie dacie rady - Hayes powiódł wzrokiem po kręcących się w obrębie ulicy osadnikach - Sterroryzowały was dwa tuziny. Co zrobicie, kiedy przyjdzie pół setki?
- Myślę, że coś takiego w ogóle nie powinno się zdarzyć - za plecami Johnsona wyrósł jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce - Oni nie powinni byli wydostać się z tego pierdolonego więzienia. Zawaliliście sprawę, oficerze, a my oberwaliśmy rykoszetem. Kiedy zamierzacie zająć się ich kryjówką w Jean?
Względnie przyjazna atmosfera szybko zaczęła ulegać pogorszeniu... uczestniczycie w powyższym spotkaniu, więc czujcie się zobligowani do tego, by dołączyć do konwersacji, w końcu reprezentujecie znajdujące się w podobnej sytuacji Goodsprings!