PBF - Charleston by Night

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 04 lutego 2015, 09:15

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:45
[center]
Obrazek[/center]

Zamykając za sobą drzwi wejściowe, Terry niespokojnym wzrokiem omiótł pomieszczenie, jednocześnie wygładzając rękawy swej sutanny. Nie był to jego typowy strój, lecz chciał by żadna ze spotkanych tu osób nie miała wątpliwości z kim ma do czynienia. Każdemu spośród zebranych poświęcając mniej więcej tę samą ilość czasu próbował się domyślić kto jest kim. Kiedy jego spojrzenie padło na postać siedzącą za biurkiem, szybkim krokiem ruszył w tym kierunku. Zatrzymał się tuż przed ciemnym meblem, skłonił się lekko, z zainteresowaniem spoglądając na kota.
-Jam jest Frater Terry, z krwi Malkava, sługa Pana naszego Wszechmogącego, Jezusa Chrystusa i Ojca Jego i Ducha Świętego, a także przyjacielem Mędrca w Czerwieni na którego wezwanie przybywam, a który w pył się obrócił jako jest napisane że z każdym się stanie - powiedział szybko i przenosząc spojrzenie z kota na księcia dodał - i proszę o udzielenie mi gościny w Twym mieście.
-Możesz pozostać w moim mieście tak długo jak to będzie konieczne - odpowiedział Democritus grobowym głosem i bez emocji na twarzy.

Malkavian mrugnął razy kilka po czym odwrócił się w stronę sali. Z jej zacienionego kąta dobiegł go cichy płacz. Kiedy spojrzał w tę stronę, dojrzał pochlipujący z cicha stolik do kawy, dla którego nie znalazł czasu przy ostatniej wizycie. Zbliżył się do niego dyskretnie i położył na nim dłoń, wsłuchując się w słowa przerywane co rusz cichymi pociągnięciami zapłakanego nosa. Z uwagą wysłuchał żalu niewielkiego mebla, który źle się czuł odstawiony w kąt, tylko dlatego że nie pasował do charakteru spotkania. Wyszeptał parę słów pocieszenia, składając jednocześnie obietnicę znalezienia mu miejsca które bardziej wyeksponuje jego skromne piękno.

Następnie podszedł do księgi, w której bez chwili wahania napisał "Niech tak się stanie", traktując to jako obietnicę wypełnienia woli przyjaciela za którą uznał ostatnie słowa które od niego usłyszał, miast podpisu umieszczając kroplę swej krwi.
Odchodząc od stołu ponownie przyjrzał się zebranym. Miał niejasne wrażenie że atmosfera spotkania dość szybko ulegnie zmianie. Ilekroć wcześniej miał to uczucie natychmiast oddalał się z danego miejsca. I teraz przeszła mu przez głowę ta myśl, ale obejrzał się na karty księgi kondolencyjnej na których jego krew zaczęła już zasychać i zastygł na chwilę w bezruchu, zaciskając pięści. Westchnął ciężko i ruszył w stronę postaci przy gramofonie. Podchodząc, z zaciekawieniem zaczął przyglądać się działaniom mamroczącej osoby.
Ostatnio zmieniony 03 listopada 2015, 04:27 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 04 lutego 2015, 18:30

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:48
[center]
Obrazek[/center]

Atmosfera panująca tej nocy na zgromadzeniu Spokrewnionych udzieliła się Victorii, przywołując wspomnienia. Z daleka wpatrywała się w portret starca... A więc to kolejna repas de funérailles*... Nie lubiła chwil, kiedy przeszłość wracała, a teraz właśnie tak się działo...
Stojąc nieco z boku długie chwile obserwowała w skupieniu otoczenie i zebranych. Ich postawy i zachowanie, ciche rozmowy i sposób, w jaki nieżycie odcisnęło na nich swe piętno... Jesteśmy jak puste kielichy, w iluzjach szukający ukojenia... Jej czarny, elegancki i idealnie dopasowany do figury garnitur wyjątkowo dobrze oddawał nastrój spotkania. Zawsze tak było. Tak wielka różnorodność sprowadzona w jeden mały punkt. Tak, śmierć potrafi jednoczyć... czasami... Przez chwilę pogrążając się w zadumie, zastanawiała się, kim naprawdę był ten, którego żegnali tej nocy...

Kilka chwil wcześniej z ciekawością obserwowała dwóch mężczyzn, przedstawiających się księciu. Nie trwało to długo. Protokoły, etykieta, tak cenione przez niektórych, dla innych są nic nie wartym narzędziem sprawowania władzy... Głupcy... Lubiła tę grę. Wolnym krokiem ruszyła przez salę, łowiąc spojrzenie torreadorki w grafitowej sukni. Skinienie głowy wystarczyło. Kto by pomyślał, że włóczęga okaże tyle taktu... Interesujące...
Dwie kobiety przez chwilę mierzyły się wzrokiem, zbyt dobrze rozumiejąc reguły tej gry, by uchybić jej w najmniejszym stopniu.
- Witam. Nazywam się Victoria Evangeline... - powiedziała, podążając za wzrokiem kobiety utkwionym w pierścieniu z zielonym kamieniem na jej palcu.
- Ach... tak, wiem kim pani jest... Miło mi w końcu panią poznać. Jestem Lizelotta Vigier - odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. - Żałuję, że w tak przykrych dla nas wszystkich okolicznościach się spotykamy. - Emocje malujące się na twarzy kobiety wydały się Victorii autentyczne.
- Proszę za mną.
- Dziękuję. - odpowiedziała Victoria zastanawiając się, jak wiele z jej antyków należało do tej kobiety.
Ruszyły w stronę odległego końca sali, gdzie za biurkiem siedział Democritus. Jego powaga i skupienie skoncentrowały się na postaci kobiety w garniturze, gdy toreadorka oddaliła się w tłum, spełniając z gracją swoje obowiązki.
- Witaj Książę. Jestem Victoria Evangeline z klanu Lasombra. - Wypowiadając te słowa uważnie obserwowała wampira. Nie dostrzegając najmniejszej reakcji czy zaskoczenia na jego twarzy, kontynuowała melodyjnym i spokojnym głosem, przywodzącym na myśl fale oceanu rozbijające się o brzeg. - Przybyłam tu na wezwanie Atrahasisa. Proszę o udzielenie Prawa Gościny w Twym mieście, by móc wypełnić jego ostatnią wolę i uszanować pamięć jego osoby. - Skłoniła lekko głowę, oczekując decyzji księcia.
Niezręczna cisza, która zapanowała, zdawała się trwać w nieskończoność, ważąc na szali decyzje, od których nie ma odwrotu.
- Masz moją zgodę. - odparł zimnym i spokojnym głosem, po czym podniósł się z krzesła i oddalił na bok, wymieniając kilka słów z wampirzycą w czerni.
No to zaczęło się. Kości zostały rzucone...

Victoria zadowolona, że tę część szopki miała już za sobą, udała się we wcześniej upatrzone miejsce. Świr i włóczęga mogą zaczekać. Szczur to szczur. Zagadką był dla niej łowca. Zastanawiała się, czy jest już tutaj... Obserwowała, żegnając w martwym sercu tego, który nauczył ją pieśni żalu w zaginionym języku.



--------
* fr. stypa
Ostatnio zmieniony 24 marca 2015, 22:19 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 04 lutego 2015, 20:19

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:51

Dostanie się na parter nie sprawiło mu żadnych trudności. Poruszał się w mroku, który ukrywał jego obecność i koił zmysły. Kuchnia była jednym z niewielu nieoświetlonych pomieszczeń. Zupełnie go to nie zaskoczyło. Łączyła się krótkim korytarzem z salonem, który zdawał się miejscem spotkania Munafiqun. Wszystkie jendeh* Camarilli zebrane w jednym miejscu...

Zatrzymał się za uchylonymi drzwiami, korzystając z ich osłony. Strzęp ciemności zaczajony w mroku. Czuł dochodzący z pomieszczenia zapach kwiatów, wosku i perfum. Czuł (krew) znienawidzoną obecność Bękartów Kaina. Jakaś kobieta niedaleko drzwi mówiła coś o pamięci i śmierci. A więc to jest pogrzeb? - pomyślał i ucieszyło go to. Lubił pogrzeby. Zawsze żałował, że nie może być obecny w chwilach gdy ziemia pożera ciało jego ofiar. A używając słowa ofiary miał zawsze na myśli śmiertelników. Kainici (niech będą przeklęci) nie byli ofiarami, a jedynie robactwem, które należało wytępić. Śmiertelnicy jednak... Dostarczali mu innych doznań, cennych, pozwalali zrozumieć rzeczy, które zawsze pozostawały za zasłoną... Pozwalali mu na chwilę dotknąć swojego życia...
Tym bardziej więc żałował, że nie mógł być obecny na pogrzebach. Ale miały one miejsce zawsze w dzień. Pamiętał jednak o swoich ofiarach, przychodził na ich groby obserwował, jak z czasem pamięć o nich znika, a miejsce kwiatów i zniczy zajmują jesienne liście. Sam zawsze pamiętał, aby zapalić płomień. Wydawało mu się to w pewien sposób zabawne. To, iż czasami on, morderca, był jedynym, który pamiętał... Niektórzy z nich tak szybko odchodzili w zapomnienie. Na zawsze utkwił mu przed oczyma obraz kobiety, stojącej nad grobem w środku nocy i w deszczu. Kobiety, która była żoną zmarłego. Wtedy, myśląc, że jest całkiem sama, splunęła na grób i odeszła, by nie wrócić więcej... Ale nie była sama. Morderca jej męża widział. I pamiętał za nią...

Wszystkie te obrazy i wspomnienia pojawiły się w jego umyśle na ułamek sekundy, aby zniknąć zmyte przez odczucie odrazy, gdy uświadomił sobie, jak niewiele czasu mu zostało. Zbliżała się północ. Poczekał, aż rozmawiające kobiety oddalą się od drzwi i przyjął materialną formę. Dopiero teraz poczuł jak bardzo jest spięty. Niedobrze, gdy był w takim stanie ludzie i Kuffrowie** zaczynali umierać... Lecz tej nocy nie mógł sobie na to pozwolić... Ponadto czuł się... zakłopotany? Rozważał ten fakt, obracając nowe wrażenie w myślach. Właściwie nigdy nie był w takiej sytuacji i nie do końca wiedział, jak należało się zachować. Zdawał sobie sprawę, że Munafiqun mają na pewno jakiś kodeks savior-vivre. Jednak miał nadzieję, że załatwi sprawę bez potrzeby zagłębiania się w niego.
Kishpu Salamu ina, mush elu, Mumu Tiamat elu.*** Fraza Zir**** pozwoliła mu opanować emocje i odzyskać spokój. Mitrokht, Arashk, elu!***** Polecił i poczuł jak moc demonów pustyni wypełnia jego aurę. Cicho jak kot przeszedł przez uchylone drzwi i rozejrzał się w salonie.

Oczywiście, tak jak oczekiwał, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Kem-na Aharman****** - pomyślał z oddaniem. Objął wzrokiem pomieszczenie i znajdujące się w nim osoby, notując najistotniejsze szczegóły. Z kieszeni kurtki wyjął niewielkie lusterko i rozejrzał się jeszcze raz - tym razem patrząc w widoczne w nim odbicie. Tylko jedna osoba nie była widoczna w lustrze. Podszedł do niej, instynktownie trzymając się blisko okien.
- Victoria Evangeline? - zapytał, stając za kobietą o czarnych włosach.
Victoria odwróciła się zaskoczona, nie miała pojęcia w jaki sposób ten mężczyzna, mówiący z silnym, arabskim akcentem, zdołał podejść tak blisko niej nie zauważony.
- Jestem Namtar Sharur, z Klanu Łowców. Na mocy Kontraktu zawartego z Artahasisem, z krwi Brujah, mam obowiązek Cię chronić. - oczy zabójcy, skryte za ciemnymi sportowymi okularami były całkowicie niewidoczne, a jego twarz i głos nie zdradzały najmniejszego śladu emocji.

[center] Obrazek Obrazek[/center]
Namtar porusza się w sposób, którzy przywodzi na myśl czujnego drapieżnika. Z jego twarzy nie da się zbyt wiele wyczytać, gdyż nie okazuje emocji rozmawiając z Niewiernymi. Oczy ma zasłonięte ciemnymi okularami. Osoby przebywające w pobliżu Zabójcy czują niepokój i pewien dyskomfort, instynkt ostrzega je, że rozmawiają z bardzo niebezpieczną osobą (odczuwa to każdy Kainita), która ma wiele na sumieniu.
Każda osoba, posiadajaca dużą empatię zauważy, że Łowca jest w tym momencie niesamowicie spokojny. Ponadto obserwacja aury ujawni nad wyraz liczne ślady po wielu diabolizacjach.
Spoiler!
Palę punkt Krwi na Echa Nirwany 2, żeby się uspokoić i nie wpaść w szał, na widok Niewiernych. Pozwala mi się to wyciszyć na scenę.
Palę kolejny Punkt Krwi wchodząc do pomieszczenia, aby pozostać niezauważonym wśród zebranych (Wiatr Łowców 3).
* pers. dziwki
** określenie jakim Assamici nazywają wszystkie inne wampiry.
*** sumer. Mroczne Czarostwo wewnątrz, powstań wężu, Matko Tiamat powstań!
**** Wschodnia fraza religijna używana zwykle do osiągania transu po zażyciu haszyszu.
***** sumer. Mitrokht, Arashk, powstańcie!
****** pers. Jakich obrońców dałeś mi, o Ahrymanie!
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:11 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 04 lutego 2015, 20:53

Po pojawieniu się Assamity w sali, wszystkie wampiry spojrzały w miejsce gdzie stoi Namtar. Każdy z was odczuwa olbrzymie zaskoczenie. Atmosfera w pomieszczeniu zgęstniała. Zdajecie sobie sprawę, że niektórzy mogą zareagować bardzo nerwowo. Szczególnie klan Brujah. Na sali oprócz was jest jeszcze 10 innych wampirów, w tym BN przedstawieni w poprzednim poście (wyjątkiem jest Hoqax i Christian Pain)
Ostatnio zmieniony 05 lutego 2015, 00:54 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Rellon
Reactions:
Posty: 90
Rejestracja: 03 stycznia 2015, 08:24

Post autor: Rellon » 04 lutego 2015, 21:26

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:51

Spoiler!
Używam nadwrażliwości poziomu 2 by sprawdzić aure osoby na której nagle koncentruje sie cała sala i... ale meta...
[center][youtube]https://www.youtube.com/watch?v=uaZMQ_B5DA4[/youtube] [/center]

Gavin widząc poruszenie z napięciem oczekuje rozwoju wypadków, spodziewając sie raczej bardzo ognistej wymiany informacji. Nieszczęścia zawsze chodzą parami więc skoro jest jeden diabeler, pewnie zaraz pojawi się więcej. Szybko kalkulował najlepszą drogę ucieczki. Napewno nie do drzwi, okno wydawało sie całkiem dobrą opcją. Teraz należało tylko czekać aż padną pierwsze strzały...
Postać Ravnosa nie wykonuje gwałtownych ruchów, jednak jest świadomy że zaraz może zacząć się gra pod tytułem: "Bieg na śmierć i życie."

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 05 lutego 2015, 16:53

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:51

Terry spojrzał w stronę Assamity. Jego uwagę skupił na sobie dziwny przedmiot przytwierdzony do pasa nowo przybyłego.
Miecz Świetlny! -nie miał co do tego wątpliwości. W połączeniu z napięciem jakie wywołało jego przybycie, wniosek nasuwał się sam - Darth Namtar! Mroczny Jedi, w dodatku z Klanu Łowców! Malkavian przeżegnał się przerażony. I w tym samym momencie przypomniał sobie jak bardzo interesująco prezentowała się powierzchnia blatu stolika do kawy, z którym miał przyjemność niedawno rozmawiać. Niezwłocznie postanowił przyjrzeć się jej bliżej.
Wycofuję się ostrożnie w kąt gdzie stał stolik (starając się by nie zwrócić niczyjej uwagi) i kucam za nim dbając by znalazł się pomiędzy mną a mrocznym jedi

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 06 lutego 2015, 11:35

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:49

Zebrali się tu wszyscy. Jak sępy krążące nad ludzkimi zwłokami. Czy rzeczywiście przyszliście tu w hołdzie, czy też liczycie na spadek?
Zapamięta ową scenę. Uwieczni ją. Jest tak wyrazista, że zasługuje na utrwalenie w wosku..

Śmierć niegdysiejszego mentora głęboko go poruszała, zarazem intrygowała. Ten dom... nie wyglądał na nasyconą pułapkami twierdzę. Dlaczego ktoś taki jak Atrahasis stosownie się nie zabezpieczył?

Skromne, choć eleganckie wyposażenie. Samotnia pustelnika.

Ktoż był przyczyną jego ostatniego odejścia w nienazwaną czeluść?
Krążył po domu powolnym krokiem odwzajemniając ukłony. Niespecjalnie rad swojej w tym miejscu obecności trzymał się na uboczu, przemykając niczym cień blisko ścian. Stary dług wymagał jednak spłaty. Bez brujaha nie byłoby go tutaj, ani zapewne nigdzie. Tak oto koło czasu zataczało ironiczny krąg, śmiejąc mu się w twarz.

Zamyślił się ponownie tracąc nieco kontakt z otoczeniem.
Atrahasis widział dalej i więcej niż inni, jednak nie przygotował się na ostateczną śmierć... Błąd! Jakże mogłeś tego nie dostrzec dziadku? BYŁ gotów na śmierć. Gdyby pragnął walki rozpętałby tu piekło.. pozostawił jednak po sobie sekret.. zatem w grę wchodziło coś innego.. poświęcenie..

Omiótł wzrokiem gości.
A Wy? Czego tu szukacie? Liczycie na przetrząsanie domu? Teatralna obecność.. tak... winni są pośród Was i chcecie wiedzieć, czy ujdzie Wam to na sucho... gdybyście spodziewali się, że za zabójstwem stoją lupini, czy też magowie.. nikt z Was nie wychyliłby tyłka ze swego schronienia, bo miejsce to mogłoby być pod obserwacją zabójców. Zatem wiecie, wielu z was wie, odgrywacie ten spektakl.

Poczuł odrazę do całego zgromadzenia. Odsunął się i zapragnął być sam. Spojrzał ku wiodącym w górę schodom. Ruszył ku nim sunąc drobnymi kroczkami, które postronnemu obserwatorowi przywiodłyby na myśl skojarzenie z baletnicą.

Obrazek

Kilka stopni w górę. Wyczuł nagłą zmianę napięcia. W jednej chwili wszelkie rozmowy ucichły, jak gdyby niewidzialny kat przeciął unoszącą się w powietrzu wstęgę szeptanych dialogów.

Niespodziewany gość zmroził serca winnych, bądź niepopularnych. Horacy błyskawicznym spojrzeniem omiótł torreadorkę. Wyrodna dziwka próbowała uniemożliwić mu odczytanie ostatniej woli!

Rozpłynął się w powietrzu.
Niewidzialność. Cholera wie, po kogo przylazł.
Ostatnio zmieniony 06 lutego 2015, 12:26 przez koszal, łącznie zmieniany 1 raz.

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 06 lutego 2015, 13:02

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:52

- Jestem Namtar Sharur, z Klanu Łowców. Na mocy Kontraktu zawartego z Artahasisem, z krwi Brujah, mam obowiązek Cię chronić... - słowa wypowiedziane przez zabójcę wywołały bardzo nieprzyjemny dreszcz w ciele Victorii, potęgując uczucie zagrożenia. Błyskawiczny rzut oka na salę utwierdził ją w przekonaniu, że atmosfera z gęstej robi się niebezpiecznie zimna. Opanowując emocje już spokojnym głosem Victoria powiedziała:
- Witam. Dobrze, że już jesteś. Zanim zrobi się naprawdę paskudnie, przedstaw się księciu.
- Dlaczego? - jego spokojny i rzeczowy ton nie zdradzał żadnych emocji.
- Tego wymaga Tradycja Camarilli. Siedzi za biurkiem. Wystarczy, że powiesz mu to samo co mnie. A teraz idź.
Kątem oka mogła zobaczyć, jak pojawienie się Assamity wstrząsnęło kainitami. Wszelkie rozmowy ucichły, skupienie i instynkt nakazywał wszystkim obserwować i przygotować się na... no właśnie na co?
Kiedy Łowca ruszył w stronę księcia, jego kroki niczym echo odbijały się w umysłach zebranych...

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 06 lutego 2015, 16:59

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:53

Namtar był świadom napięcia na sali. Szepty ucichły, gdzieś brzęknął odstawiany w pośpiechu kieliszek. Przenosząc wzrok z twarzy Victorii na postać, siedzącą za biurkiem, z rozkoszą wciągnął powietrze przez zęby. Było gęste od strachu. I to była ta część sytuacji, która mu się podobała.

Ruszył w kierunku przywódcy Munafiqun. Szedł powoli i spokojnie, starając się trzymać ręce z daleka od broni. Nie mógł okryć hańbą swojego Klanu, a przestraszeni Kuffrowie bywali nerwowi. Był świadom, iż oczy zebranych obserwują każdy jego ruch. I to była część sytuacji, która podobała mu się zdecydowanie mniej. Tak samo jak jasne światło, którym zalane było pomieszczenie. Przez całą swoją egzystencję - a przynajmniej tą część, którą pamiętał - starał się pozostawać w cieniach, poza spojrzeniami śmiertelnych i nieśmiertelnych. Teraz zaś, zupełnie nagle znalazł się w centrum ich uwagi... Odkrył nagle, że salon, przez który idzie jest większy niż mu się wcześniej wydawało...

Oczyścił umysł i ponownie skupił się na rytmie zir, który powracał hipnotycznie, rezonując z krwią i ciemnością w jego żyłach. ...mush elu, Mumu Tiamat elu... Słowa oddziałały go od Niewiernych, budując niewidzialny mur. Perfect isolation here behind my wall, waiting for the worms to come...* - pomyślał i uśmiechnął się lekko, spoglądając w stalowe oczy Księcia. Tylko on jeden w tym towarzystwie wydawał się nieporuszony, odwzajemniając spojrzenie Zabójcy.

- Masa'a AlKair, Amirze** Charleston - rzekł, skłaniając głowę tylko na tyle, na ile wymagała tego etykieta - Jestem Namtar Sharur z Klanu Łowców, Cień Nar Mataru, Upiór Bułgarii, Czarne Ostrze Turcji. Zjawienie się w twym mieście jest mym obowiązkiem z uwagi na Kontrakt, zawarty między moim Klanem a Artahasisem, synem Gitmalu, z krwi Brujah, którego spotkała Ostateczna Śmierć. Moim zadaniem jest dokonać zemsty na jego zabójcach, a także ochraniać tych, których wskazał. Mam zamiar pozostać tutaj tak długo, jak będzie to konieczne z uwagi na moją powinność.
Cisza, która zapadła po jego słowach, spowiła salon lodowatym oparem.

- Cóż za niesamowite wejście Zabójco... Choć dość nierozważne z twojej strony - Ventrue odezwał się władczym głosem. - Wchodzisz do mojej domeny strasząc swoją osobą wszystkich zgromadzonych. Ja jednak pragnę ci przypomnieć, że jesteś na pogrzebie. Uszanuj tradycję którą kierujemy się w tym domu. - Democritus powiedział podkreślając słowo uszanuj. - Oczekuję od ciebie rozwagi i poszanowania zebranych tu żałobników. Wierzę, że twój Klan nie wysłał kogoś zupełnie pozbawionego etykiety. Gdybym to ja był gościem w na twojej ziemi, widziałbym, jak się zachować zgodnie z nakazami kultury.

Głos Democritusa pozbawiony był emocji, czy odcienia strachu, gdy wyrażał swą wolę względem Assamity:

- Mówisz, że pracujesz dla mędrca, a więc powinieneś dbać i o jego honor. Niedobrze byłoby, gdyby Twoje działania rzuciły cień na dobre imię zmarłego, który wszakże stronił od przemocy. Szanuję jednak decyzję Artahasisa, dlatego możesz tutaj przebywać tak długo jak to będzie konieczne. Jednakże moi ludzie będą cię obserwować... A teraz możesz wrócić do swoich obowiązków.
Książę machnięciem dłoni odprawił Zabójcę, dając mu do zrozumienia, iż uważa go jedynie za najemnika, wykonującego swoją pracę.

- Mektub. - odparł krótko Namtar, nie mając ochoty na wdawanie się w dalsze dyskusje. Słowo to nie tyle wyrażało poparcie dla perspektywy Księcia, co raczej myśl, iż wszystko, co się stanie będzie zgodne z wyrokami losu. Aczkolwiek zapewne Amir zrozumiał je inaczej. Namtarowi było tak naprawdę obojętne, co myśli ten niewierny sag***.

Skłonił się lekko i odszedł sprzed oblicza Amira. Napięcie powoli ulatywało z sali, lecz nadal czuł, iż wiele osób obserwuje uważnie jego ruchy. Wybrał miejsce pod ścianą, w pobliżu Victorii. Miejsce, które dawało mu dobry widok na całość pomieszczenia i oba wejścia, a jednocześnie pozwalało stanąć z boku, poza sceną, na której rozgrywały się wydarzenia tej nocy. Miał nadzieję, że Kuffrowie po chwili stracą nim zainteresowanie. W jego głowie wciąż rozbrzmiewały słowa piosenki Pink Floyd:

[center]Waiting to cut out the deadwood.
Waiting to clean up the city.
Waiting to follow the worms.
Waiting to put on a black shirt.
Waiting to weed out the weaklings.
Waiting to smash in their windows
And kick in their doors.
Waiting for the final solution
To strengthen the strain.
Waiting to follow the worms.
[/center]
[center]
https://www.youtube.com/watch?v=nWOMwHqOTX4[/center]
Spoiler!
Każdy, kto spróbuje czytać mi w myślach odkryje najpierw pustkę, potem zir, a następnie fakt, iż generalnie myślę w języku paszto (który jest moim językiem narodowym). Nie sądzę, by jego znajomość była popularna w USA.
* Słowa z piosenki Pink Floyd Waiting for the Worms
** arab. Dobry Wieczór, Książę
*** pers. pies
Ostatnio zmieniony 09 marca 2015, 15:10 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 06 lutego 2015, 19:31

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:55

Democritus poczekał, aż zebrani uspokoją się. Gdy w końcu odezwał się, na sali zapanowała natychmiast całkowita cisza. Żałobnicy zwrócili się w milczeniu w jego stronę, chłonąc słowa Księcia Charleston:

- Zebraliśmy się tutaj, zjednoczeni w bólu, aby oddać hołd i wspomnieć naszego przyjaciela i szanowanego członka Rodziny, Atrahasisa z Klanu Brujah, znanego także jako Red Wisdom. Arneta Lambert Regentka Klanu Tremere potwierdziła, iż istotnie znalezione prochy należą do niego. Jego śmierć stanowi ogromną i nieodżałowaną stratę nie tylko naszej społeczności w Charleston, ale i dla wszystkich Spokrewnionych. Postępując zgodnie z jego ostatnią wolą, odczytam o północy testament, który pozostawił.

W tym momencie Książę przerwał przemowę, bowiem w drzwiach salonu pojawił się blady mężczyzna, ubrany w strój z epoki wiktoriańskiej. Ubranie jego, choć skrojone w dobrym guście, teraz zdawało się przykurzone i zleżałe. Jego płaszcz i niemodny cylinder prezentowały barwę wyblakłej czerni. Wśród zebranych rozszedł się szmer wyraźnego zaniepokojenia.

- Hoqax, cóż tego wieczoru mamy chyba szczęście do niespodziewanych wizyt. Jestem naprawdę zaskoczony, choć nieszczególnie szczęśliwy, widząc w tym towarzystwie Biskupa Sabatu. Doprawdy, może powinieneś zapowiedzieć swoje przybycie odpowiednio wcześniej? Nie ryzykowałbyś tak wiele... - powiedział Książę, doskonale maskując napięcie, które go ogarnęło.
- Witaj Democritusie, - burknął nowo przybyły lustrując wzrokiem zebranych - bądź łaskaw oszczędzić mi swych przemów. Nie czuję się na siłach, sam rozumiesz. Zresztą, za bardzo dbasz o swój wizerunek, aby coś miałoby mi tutaj zagrozić. Pomyśl tylko, jakby to wyglądało, gdyby twój wróg został zabity na pogrzebie jednego z najbardziej szanowanych, niezależnych mędrców, który także był mu przyjacielem... Paskudna wizja, nieprawdaż?
- Wystarczy! - przerwał mu Primogen klanu Brujah - Hoqaxie z krwi Lasombra, nie jesteś tu mile widziany. Czego chcesz?
- Maximilianie, jak miło widzieć cię w dobrym zdrowiu. Martwiłem się, słysząc, że ostatnio zapuszczasz się w mocno niebezpieczne okolice - Biskup uśmiechnął się nie kryjąc sarkazmu. Po czym zwrócił się bezpośrednio do Księcia - Chcę jedynie wysłuchać Ostatniej Woli Artahasisa i złożyć swój wpis do czarnej księgi. A tego, Democritusie, nie możesz mi odmówić...
Szeryf szeptała coś gorączkowo do ucha Księcia, ten jednak zbył ją gestem i odrzekł:
- Dobrze więc. Nic ci nie grozi Hoqaxie, ale po odczycie natychmiast opuść ten dom.
- I tak się stanie - opowiedział z lekkim uśmiechem lider Sabatu, kierując się w stronę urny.

Spokrewnieni instynktownie odsuwali się od Sabatnika, pozwalając mu bez przeszkód dostać się do księgi. W czasie gdy Hoqax wpisywał kondolencje, Sidonia wreszcie uruchomiła gramofon zapewniając odpowiednią oprawę muzyczną.
[center]https://www.youtube.com/watch?v=FPZe7ajX_AQ[/center]
Ventrue otworzył testament i zaczął czytać:
[center]Testament
Ja Atrahasis z klanu Brujah, znany także jako
Red Wisdom, będąc w pełni władz umysłowych,
oświadczam, iż w przypadku mojej śmierci cały majątek,
t.j. nieruchomość przy 1017 Edgewood wraz z jej
wyposażeniem ma przypaść członkom koterii, którzy
przybyli, by prowadzić śledztwo w sprawie mojej
Ostatecznej Śmierci. Proszę wszystkich
Spokrewnionych, a w szczególności Księcia Democritusa
o uszanowanie mojej ostatniej Woli i nie utrudnianie
Koterii jej zadania.

Brujah Atrahasis syn Gitmalu[/center]

Gdy skończył, w drzwiach pojawił się kolejny jegomość. Prawie każdy od razu rozpoznał kim on jest. Christian ubrany był tylko w zniszczone dżinsy i lekką skórzaną kamizelkę. Na biodrach miał wielki masywny pas z klamrą w kształcie znaku klanu Brujah, z którego zwieszało się kilkanaście doczepionych na łańcuchach platynowych tabliczek z nazwami miast Ameryki Północnej. Kolekcja posiadała osiem nazw, a reszta była pusta, czekając na kolejne wpisy.

- Sorki za spóźnienie, ale dowiedziałem się przed chwilą, że robicie tutaj jakiś pogrzeb członka mojego klanu. Albo stypę... No, coś w ten deseń.
Machnął ręką wyrażając pogardę dla konwenansów, po czym obrzucił wszystkich wrogim spojrzeniem, i wskazał palcem na Demorcitusa:
- Chciałem zatrzymać się na trochę Ventrzaku, bo nie podoba mi się, że w twoim mieście padają legendy Brujahów.
Szeryf znów zaszeptała coś do ucha Księcia.
- Ten wieczór nie przestaje mnie zadziwiać - westchnął Democritus. - Możesz tu zostać chłopcze, ale na własną odpowiedzialność. Nie chcę, byś myślał że cię nie ostrzegłem.
- Heee hhhee hehhee -zabulgotał Anarchista w czymś, co chyba miało być śmiechem - Nie zabawię tutaj długo... ale gdy dowiem, się kim jest morderca, zmiażdżę mu czaszkę.
Christian podszedł do księgi, każdy jego krok podkreślały łańcuchy dzwoniące u jego pasa. Spojrzał na Biskupa:
- Załóż lepsze wdzianko, Lasombrusie bo mole cię żrą. Brak odbicia czasami szkodzi, nie?

Hoqax natychmiast odsunął się od Christiana z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Po czym, bez pożegnania skierował się w stronę wyjścia.
1. Gdy na sali pojawia się Hoqax, reakcja wszystkich jest dokładnie taka sama, jak przy wejściu Assamity. Robi się nerwowo. Democritus i Hoqax zachowują się z dużą pewnością siebie.
2. Assamita jakimś cudem przestał być centrum zainteresowania, bowiem wszyscy skupieni są na nowo przybyłych.
3. Christian Pain, jeden z najbardziej wyróżniających się Anarchistów Ameryki Północnej. Cały czas jest w podróży. Nazwy miast na platynowych tabliczkach, to te miasta, gdzie na Christiana są zwołane przez Książąt Krwawe Łowy. Christian jest dumny z tego, że robi co chce i nikomu nie służy.
Ostatnio zmieniony 06 lutego 2015, 21:16 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 07 lutego 2015, 16:23

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 08.08.1993 23:59

Poruszenie przy drzwiach przyjął z ulgą, mając nadzieję, że uwaga zebranych skupi się na kimś innym. Uważnie przyjrzał się twarzy mężczyzny w czerni, notując w pamięci informacje na jego temat. Biskup Sabatu... Przyszły cel czy pracodawca...? Może kiedyś. Wiedza tego rodzaju jest istotna... I wtedy usłyszał słowo, które w bardzo bezpośredni sposób uświadomiło mu, że dzisiejsza noc wcale nie miała należeć do przyjemnych: Lasombra. Pedarsag* z Sabatu! Poczuł, jak wszystkie jego mięśnie napinają się. Obraz przed jego oczyma powoli stawał się czerwony. Niewiele zanotował z dalszej wymiany zdań, jedynie kilka słów, wyrwanych z kontekstu. Świat skurczył się bowiem do jednej jedynej perspektywy, zawierającej nienawiść i jej obiekt. A jednak nie poruszył się, nie mógł tego zrobić teraz. Nie mógł zabić tego kundla na spotkaniu Munafiqun. Kontrakt był święty. Ważniejszy niż wszystko inne, ważniejszy niż osobista zemsta... Powoli sięgnął ręką do kieszeni i zacisnął ją na spoczywającym wewnątrz rzeźnickim haku. Poczuł jak zimna, chirurgiczna stal z łatwością przebija skórę i mięśnie dłoni. Ból w tym momencie był bliski rozkoszy. Pozwalał skupić się na czymś innym, nie myśleć o przeszłości, nie myśleć o tym, jak blisko stał przeklęty Lasombra i o tym, co mógłby mu zrobić... Ból był realny.
Prawie nie zwrócił uwagi na anarchistę, który pojawił się później. Dopiero gdy Hoqax zniknął w drzwiach wyjściowych poczuł, jak rzeczywistość powraca do właściwej perspektywy. Świat przestawał być mozaiką w różnych odcieniach czerwieni. Barwy wracały na swoje miejsce. Rozluźnił mięśnie i powoli wyjął rękę z kieszeni. Dłoń pulsowała bólem, lecz przyjął to uczucie z ulgą. Rozejrzał się, szukając wolnego kieliszka z krwią...

[center]Obrazek[/center]
Od momentu jak Namtar usłyszy o przynależności klanowej Biskupa, stara się po prostu opanować (z uwagi na osobistą zemstę związaną z Lasombra z Sabatu). Aż do chwili, gdy Hoqax nie opuści zgromadzenia uwaga Zabójcy skupiona będzie na nim.
Przebijając sobie hakiem rękę, uznaję, że Namtar zadał sobie jedno zwykłe obrażenie (chyba, że MG zadecyduje inaczej).
Jeśli na sali jest krew (w kieliszkach np.) mój bohater chce z niej skorzystać uzupełniając jeden punkt i wyleczyć ranę.

* pers. sukinsyn
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 07 lutego 2015, 18:40

Co robicie? Możecie wchodzić w interakcje z innymi BN oraz resztą graczy. Spotkanie tych BN później, może okazać się problematyczne, ponieważ nie macie pojęcia jak się z nimi kontaktować. W zależności od tego, co będziecie chcieli zrobić mogą pojawić się testy Etykiety, Autorytetu, Przebiegłości etc.

Namtar znalazłeś kieliszek z krwią.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 08 lutego 2015, 23:29

Wpełzając pod nowo zaprzyjaźniony stolik, zza którego obserwował rozwój wypadków, Terry skupił swą uwagę na trzech osobach które poniekąd były przyczyną atmosfery spowijającej salę w kolor sepii, przez który z lekka przebijała się srebrna poświata. Kiedy do zgromadzenia dołączył Biskup Sabatu, napięcie sięgnęło zenitu, chociaż zdawać by się mogło że wskoczyło na ten poziom już przy pojawieniu się Assamity. Darth Namtar oparty w swobodnej pozie o ścianę na dźwięk nazwy klanu Hoquaxa zaczął pulsować głęboką purpurą (w przekonaniu Terry'ego zwiastującą rychłe pojawienie się świetlistego ostrza tejże właśnie barwy), która i tak nie zdołała ukryć mnogich czarnych przebarwień, a która zniknęła ku jego uldze wraz ze zniknięciem Biskupa. Ale osobą przez którą znalazł się pod stolikiem był zdecydowanie Christian Pain, pan który w całe to zgromadzenie potworów wszedł wyprostowany, bez cienia strachu, wręcz kpiąc swą postawą z osobistości które wywołały grozę Malkaviana. Był świadom reputacji Brujaha, a także tego że solennie sobie na nią zapracował brutalną siłą. Widział też że Anarchista zdaje sobie sprawę iż umysł można oszukać, ale dobrze wytrenowane ciało zawsze będzie pamiętać wyuczone odruchy. Nie bez lęku, ale i z ogromną fascynacją przyglądał się właśnie jemu, spod zacienionego blatu niewielkiego mebla.
Obserwuję salę używając 2 poziomu nadwrażliwości. Jest to istotne, bo może dać mi wskazówki kiedy uciekać, kiedy podjąć rozmowę i kiedy jej unikać.
Ostatnio zmieniony 09 lutego 2015, 23:47 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Rellon
Reactions:
Posty: 90
Rejestracja: 03 stycznia 2015, 08:24

Post autor: Rellon » 09 lutego 2015, 20:33

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House

[center]Obrazek[/center]

Przedstawienie grozy, kilka chwil które sprawiają że każdy pokazuje to kim naprawde jest. Najtrwalszymi zasadami wrzechświata są przypadek i błąd. Kiedy twój przeciwnik się boi, wtedy nadchodzi chwila, by popuścić cugli lękowi, przerażonemu człowiekowi można zaufać w tym, że zwykle popełnia fatalny błąd.

Korzystając z przedstawienia na ktorym skupiła się większość uwagi Rodziny, Gavin drżącą dłonią napisał krótką wiadomość na kartce z podręcznego notesu, po czym złożył ją dwukrotnie. Ruszył cicho w strone Harpii.
Spoiler!
Podbijam sobie krwią zręczność do 6. Poruszając sie stąpam tak by nie wydawać dźwięku.
Obserwując rozgrywającą sie scene, idę cicho w strone Harpii, robiąc to okrężną drogą jeżeli jest to potrzebne by przejść obok Pani Tremer. Używając zdolności kradzież kieszonkowa umieszczam kartkę z wiadomością w jej torebce/kieszeni płaszcza. Treść wiadomości głosi:

[center]"Musimy porozmawiać, zadzwon o drugiej.
[numer telefonu]"[/center]
[center]Obrazek
[/center]

- Musze przyznać że jeżeli tak wyglądają u was pogrzeby, to stanowczo powinienem załapać się na bardziej żywą impreze - powiedział z zawiadiackim uśmiechem Ravnos - Gavin Bellanger - dokończył wyciągając ręke w przyjaznym uścisku.
- Dellon Wels - odpowiedział wampir, ściskając ręke, jego mimika wyrażała jednak że niezbyt przypadł mu do gustu dowcip nowoprzybyłego. Uścisk dłoni był solidny, ale nieagresywny. Widać Włóczęga nadal starał sie grać według protokołu.
- Dellonie, wyglądasz na osobę o szerokich znajomościach w Rodzinie, czy zechciałbyś odsłonić mi kilka tejemnic tego miasta? - kontynułował Zwodziciel, jakby rozmawiał z starym znajomym - Widzisz, nie chciałbym popełnić żadnej nieuprzejmości względem innych członków Rodziny, tym bardziej że z większością będe musiał zamienić kilka słów.
- Będziesz musiał? - wzrok Harpii jakby po raz pierwszy zogniskował się na Gavinie - Czy moge zapytać dlaczego?
- Cóż - podrapał się za uchem Gavin, robiąc minę jak dwunastoletni urwis który przyznaje się do zbicia szyby - Mam być jednym z tych "wybranych" do rozwiązania zagadki śmierci Red Wisdom. Rozumiesz... Oszczędziłoby mi to mnóstwo problemów gdybyś raczył wtajemniczyć mnie w tutejsze obyczaje.
- Hmm, rozumiem. Nie sprawiasz wrażenia kogoś kto poważnie myśli o tak odpowiedzialnym zadaniu... - rozpoczą wywód Mr. Wels, jednak Zwodziciel przerwał w połowie gestem ręki.
- O nie drogi przyjacielu, traktuje tą sprawe bardzo osobiście i bardzo poważnie - mówił to z błyskiem w oczach i obietnicą jadu w głosie. - Niewiele rzeczy traktujemy tak poważnie i z taką uwaga jak tych, którzy krzywdzą naszych przyjaciół. Na to masz moje słowo. Jednak... Wracając do przysługi o którą Cie proszę...
Wypytuje Dellona i o tym kto jest kim na sali, w razie czego dopytując się także o to gdzie i jak można spotkać dane osobistości. Jeżeli Dellon jest mi przychylny prosze go także o podzielenie się numerami telefonów do osób które byłyby chętne wspomóc mnie w tym śledztwie. Gavin zachopwuje się profesjonalnie, dziesiątki razy zbierał informacje więc postępuje wmyśl frazy: "Zwycięstwo sprzyja przygotowanym". Jeżeli wymieni jakieś Elizja to dobrze, jeżeli nie to w następnej kolejności udam się do Torreadorki, dziękując wcześniej za przysługe i zostawiajac mu swój numer telefonu - od tak gdyby coś mu przyszło do głowy.
Mam wrażenie jakbym poruszał się nieelegancko. Realia zmieniają się jak w kalejdoskopie co zmusza mnie do podjęcia działania by ukryć własne zmieszanie i niepewność. Koncentruje sie na działaniu zamiast na strachu który gdzieś tam szepcze mi do ucha swoją paraliżującą pieśń. Strach wynika z obawy przed odrzuceniem, które jest dość powszechne ze względu na renome mojego Klanu. Czas ucieka a ja musze jak najszybciej sprawdzić kto może być moim sojusznikiem - sprawa kluczowa jeżeli chcesz przetrwać w mieście.
Dwójka członków koterii którą juz rozpoznałem nie napawa optymizmem - Lasombra i Assamita. W skrócie Łowca zabija kogo Lasombra wskazuje.
Ostatnio zmieniony 09 lutego 2015, 22:57 przez Rellon, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 09 lutego 2015, 23:01

Sidonia widząc kulącego się za stolikiem członka klanu, poczuła się w obowiązku z nim porozmawiać. Przechodząc przez środek sali minęła Gavina i Dellona, dyskutujących o czymś zawzięcie. Spojrzała ciekawie na nowo przybyłego Ravnosa, lecz nikt nie potrafił odgadnąć, jakie to myśli z nim związane wypełniły głowę Malkavianki. Frater Terry wstał na równe nogi, widząc zbliżającą się postać o tęczowej aurze.

- Bracie Terry - uśmiechnęła się na przywitanie - nazywam się Sidonia Tihy. Wyglądasz na zaskoczonego całą sytuacją... Nie lękaj się jednak. Wielkie godziny nadchodzą dla Ciebie. Czy przyjmiesz prezent od Primogena Zachodniej Wirginii? - Malkavianka zadała pytanie spoglądając na niego przyjaźnie. W wyciągniętej w kierunku Terrego dłoni znajdowała się wizytówka z napisem:

[center]Klub osób, które czują się dobrze w każdy poniedziałek o godzinie 23:33[/center]
[center]*** [/center]
Dellon, zaskoczony śmiałością i wdziękiem z jakim Ravnos zachował się przy powitaniu, odrzekł:

- Oczywiście, z przyjemnością pomogę ci w tej sprawie. Przejdźmy jednak na bok, nie tamujmy ruchu - uśmiechnął się i wskazał róg salonu. Gdy znaleźli się na stronie, Wels opadł na bogato rzeźbione krzesło, wskazując dłonią na miejsce obok siebie. Ravnos nie był do końca przekonany o jego wygodzie, przyjął jednak zaproszenie. Usiedli tak, by dokładnie widzieć każda osobę w pomieszczeniu.

- Mam przyjemność być Harpią tego miasta, z klanu Ventrue. Democritus rządzi tutaj niepodzielnie, a Primogeni wspomagają go swoją radą. Dam ci kilka porad na początek, tak między nami: Trzymaj się z daleka od Tremerów i nie wierz w wszystko, co mówią Nosferatu. Sidonia z klanu Malkavian i Toraedorka Lizelotta są jak na mój gust trochę za bardzo zapatrzone w siebie. Wciąż jednak uważam, że Lizelotta ma znakomity gust jeśli chodzi o wystrój. Zresztą sam możesz chyba się o tym przekonać - powiódł dłonią po pomieszczeniu, w szerokim geście, który miał podkreślić jego słowa.

Ventrue sięgnął do portfela po swoją wizytówkę, podając ją Ravnosowi.

- Max jest trochę postrzelony. Na twoim miejscu nie traciłbym czasu na wysłuchiwanie wszystkich jego dziwacznych teorii. No, chyba, że lubisz rozmowy o rewolucji, studentach i tanim alkoholu... Niech nie zwiedzie Cię fakt, że Szeryfem tutaj jest kobieta. Furia potrafi sprawić, by każdy padł przed nią na kolana, błagając o litość... - uśmiechnął się lekko, lecz z odrobiną fascynacji - Zmieńmy jednak temat. Możliwe, że będziesz mi potrzebny za jakiś czas. Jesteś zainteresowany?
Test Etykiety ST:6 = 3 sukcesy. Dellon jest zaskoczony obyciem Ravnosa na salonach.
Spoiler!
Test Kieszonkostwa ST:8 = 3 sukcesy. Jesteś pewien na 100%, że Regentka i nikt na sali nie mógł tego zauważyć.
[center]***[/center]
Nosferatu udał się na najwyższe piętro posiadłości. Doskonale wiedział, co jest w testamencie jego zmarłego przyjaciela i nie uważał swej obecności za konieczną w czasie jego odczytania. Interesowała go ta nieruchomość oraz wszystkie tajemnice jakie skrywa dom Atrahasisa. Wchodząc po drewnianych schodach dotarł na ostatnie piętro. Postanowił rozejrzeć się po pokojach.
Test Skradania ST:6 = 7 sukcesów. Nosferatu zachowuje się bardzo cicho. Nawet stare deski nie skrzypią pod jego stopami.
Ostatnio zmieniony 15 marca 2015, 16:35 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

ODPOWIEDZ