PBF - Charleston by Night

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 12 grudnia 2015, 18:52

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993 Długa Noc

Primogen zrobił krok w stronę Ravnosa, zaciekawiony tym co właśnie usłyszał.

- Współpracujecie z Coraxem, który siedzi na terenie Lupinów? Przecież te ptaszyska mają dłuższy język niż Wyznawcy Seta... Jak chcecie tam wejść to, muszę wiedzieć który to cwaniaczek. Hmm? Może Flynn? Brooks? Po Ile Ta Noga jest za stary na takie numery i zna wszystkich. A może Nocna Zorza, co? Gadaj...

- Ten, z którym musimy porozmawiać był przyjacielem Atra-hasisa. - Kontynuował mistyk - Znam go tylko pod imieniem Kruk, tylko, że w innym języku. Wiem, że nas oczekuje. Zgodnie z wolą zmarłego porozmawia z nami i tylko z nami. Gdyby to zależało ode mnie nie chciałbym naruszać prywatności zmiennokształtnych i trzymałbym się od nich z daleka. Z tego co wiem, ten którego szukamy nie posiada zdolności zmiany formy.

- Dobra, pomogę wam się tam dostać, ale teraz to niemożliwe. Krew na Twarzy nie wytrzymał i razem z swoją Watahą zaatakował schronienie Democritusa. Wszyscy, którzy znajdowali się w rezydencji są martwi, nikt nie przetrwał. Wiem, że Księcia tam nie było, ale był tam wtedy Richard Nercid, który wraz z swoją świtą nawiązał walkę. Rozszarpali ich na strzępy... - Wild Heart warknął, jakby zaraz miał rzucić się do gardła następnej ofiary.

- Stary Ventrue miał szczęście, że nie musiał zasnąć tego dnia i zapewne zajął się rozprzestrzeniającą się anarchią. Nie znalazłem ciała Richarda, ale najlepsze co może go teraz spotkać, to wieczność w drogo zdobionej urnie. Jak się tam zjawiłem Krew na Twarzy myślałi, że chciałem pomóc Ventrom. Troszkę żeśmy się poszarpali - Gangrel wyszczerzył ostre kły.

Darshan ze zwykłym sobie spokojem odparł:

- Ciesze się, że udało nam się znaleźć porozumienie w całym tym zamieszaniu. Będziemy zatem czekać na informację, kiedy podróż na ich ziemie będzie możliwa. Co do walk między Camarillą a Zmiennokształtnymi to nie moja sprawa i nie zamierzam się w to mieszać. Jestem pewien, że reszta koterii uważa tak samo. Czy pamiętasz Martina Schacklera? Syna Richarda? Podobno był całkiem rozsądny a zniknął w dość gwałtownych okolicznościach.

- Najlepszy Ventrue z młodego pokolenia jakiego widziałem. Opuścił stan jakiś czas temu. Od samego początku nie pasował do tego miejsca. Dlaczego o niego pytasz?

- On nie opuścił stanu, został zniknięty. Na zlecenie kogoś ważnego i na tyle sprawnie, że udało się wszystkim sprzedać tą historyjkę. Sądzę, że wiedział za dużo. Sprawy Ventrue są zawsze zagmatwane i wielowątkowe, jednak w Charlestone wszystko wydaje się mieć związek z jednym i tym samym wielkim złem zakopanym pod ziemią. Na razie to hipoteza bez dobrego uzasadnienia ale wydaje mi się, że za jego śmiercią stoi ktoś, kto współpracował, mniej lub bardziej świadomie z siłą, która zgładziła Atra-hasisa.

Gangrel trochę jakby zamyślony odparł:

- Nie wiedziałem o tym. To wasze śledztwo, wasza polityka, a ja nie zamierzam się w to mieszać. Jednak szkoda faceta... Na mnie już czas. Patrz w niebo i wypatruj nietoperzy. Jak zrobi się czysto prześlę przez nie informacje do was. Uważajcie na Lupinów, bo nie wszyscy z ich rodzaju postanowili przestrzegać zasad rozejmu. Teraz zwrócenie bębna jest najważniejsze. Powodzenia - to powiedziawszy skierował się w stronę wyjścia.

- Tobie również.

Pożegnał go Ravnos, mając wrażenie, że włąśnie rozmawiał z ostatnim rozsądnym wampirem w tym przeklętym mieście.
Darshan wraca do reszty koterii w Sanktuarium, jeżeli "przesłuchanie" jeszcze trwa to poczeka aż się skończy.

OD MG: Przesłuchanie się zakończyło, więc wracasz do Sanktuarium dołączając do pozostałych członków koterii. Słyszałeś rozmowę Lasombry z Ghulem na schodach.
Ostatnio zmieniony 12 grudnia 2015, 19:22 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 15 grudnia 2015, 12:00

Nie podobało mu się w jaki sposób toczyły się pewne sprawy. Miał też nadzieję, że temat ten nie powróci, chociaż od samego początku wiedział, że to nieuniknione. Jednakże Łowca nie miał pytań, których obawiał się Terry. Odpowiedział więc, starając się, by treść odpowiedzi mogła uspokoić Mrocznego Jedi. Na zwyczajowe Assamickie straszenie, zareagował wzruszeniem ramion. Oczywiście jak tylko ten odwrócił od niego spojrzenie. Jedna rzecz, że groźby tego typu odrobinkę Malkavianowi spowszedniały, ale rzeczą zupełnie inną było sprawdzanie ich prawdziwości. I z pewnością nie chciał być obiektem doświadczalnym. Dziwna rozmowa szybko dobiegła końca, a Morderca ruszył w kierunku swego sarkofagu, oczywiście grożąc na koniec jeszcze każdemu z pozostałych. I w zasadzie może nawet wywołało by to uśmiech Terry'ego, gdyby nie pytanie Victorii.

Zacisnął powieki, uważnie wysłuchując kolejnych pytań, starając się je spamiętać i w duchu prosząc Pana by nie było ich już więcej. Tym razem został zapytany chyba o wszystko o co pytany być nie chciał. Jak miał odpowiedzieć, by nie skłamać a jednak nie powiedzieć prawdy? Kiedy Mroczna Pani skończyła wyliczać swoje wątpliwości na ten temat, chwilę jeszcze zbierał myśli nim się odezwał.

- W takim razie, o Czarna Victorio, możesz być pewna, że do póki pozostaje on pod moją opieką, sytuacja taka się nie powtórzy. Przypomnij sobie w jaki sposób to się stało. Dopiero kiedy przedmiot ten został odebrany Sidoni, nastąpiło to czego się obawiasz. I dopiero kiedy został powierzony mnie, ustało. Nie znam wszystkich możliwości tej relikwii i jak słusznie zauważyłaś, nie chcę się dzielić tajemnicami mojego klanu, podobnie jak żadne z was nie chce się dzielić tajemnicami swojego. Jednak jestem pewien, że nie masz żadnych powodów do obaw, jak długo pozostanie to pod moją opieką.
Ostatnio zmieniony 20 grudnia 2015, 10:22 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 15 grudnia 2015, 15:02

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. Sanktuarium 11.08.1993 Długa Noc

Niezdradzającym powątpiewania w spójność intelektualną swoich rozmówców tonem, Darshan bez specjalnych wstępów i ceremoniału przeszedł do zrelacjonowania tego czego właśnie się dowiedział, wykorzystując chwilę ciszy która się nadarzyła.

- Pod domem nie ma tuneli. - Zakończył zdanie zdecydowaną kropką.

- Bęben zabrał Wild Heart, który w zamian za to, pomoże nam dostać się na teren zmiennokształtnych. Poinformuje nas kiedy będzie ku temu odpowiednia pora. Lupini właśnie zrobili najazd na siedzibę księcia, którego nie zastali i są dość wzburzeni, więc lepiej odczekać aż dostaną bęben i się uspokoją.

- Gangrel twierdzi, że Richard nie żyje, chociaż nie widział jego ciała, bezpodstawnym byłoby więc wyciągać z tej niezweryfikowanej hipotezy jakiekolwiek implikacje. Nie wiem nic o innych ważnych osobistościach.

Mówił dalej trochę automatycznie z bezbłędnym brytyjskim akcentem.

- Poruszając się teraz po mieście należy więc zachować ostrożność także na wypadek ataku Lupinów. - postanowił dodać na wszelki wypadek, jakby to nie dla wszystkich było oczywiste.

O ghula Tremerów nie chciał pytać. Zgadywał, że wykonywał on tylko to co obiecał im Great Eye. Atmosfera miasta sprzyjała porywczości i jemu też to się zaczęło udzielać.

Nie mógł nie zauważyć, że zaczyna mówić trochę podobnie do Assamity. Zastanawiał się skąd wziął się u niego ten automatyzm, skrajnego profesjonalisty. U Zabójcy było to na pozór proste. Jestem terminatorem bez emocji, więc mówię jak terminator bez emocji. W istocie, sprawa była bardziej złożona. Z tego co mówił o budowie wszechświata, doświadczanie rzeczywistości, tak inne od ciemności, o której tyle mówił, musiało powodować w nim pewne..., napięcie. Nie było wątpliwości także, że maskował w ten sposób niechęć do kultury zachodniej i innowierców. Do tego dochodziła cała masa dziwnych stanów i myśli wynikająca z tego co działo się dookoła a co wynikało z tego czego nie pamiętał a tego jak czuł się w środku, właśnie przez tą ciemność. Trochę tak jakby istota bez świadomości jednostkowej, i postrzegająca poza czasem, próbowała uwierzyć, że jest świadomością jednostkową i uwierzyć w czas..., to też rodziło pewne..., napięcie.

W przypadku Darshana powód był oczywiście inny. Jako mistyk zawsze był otwarty. Na wszechświat, na atmosferę, na energię..., jakkolwiek by to nazwać. Czuł co się działo dookoła niego, te rzeczy, których nie było widać gołym okiem. Można by powiedzieć, że widział to co ukryte. Wsłuchiwał się w wibracje wszechświata i zgrywał się z nimi. Zwykłe myśli i emocje istot dookoła także rejestrował. Na ogół było to pomocne. Pozwalało przewidywać, rozumieć, rozmawiać.

Czasem jednak kiedy wpadało się w oko cyklonu, jak teraz w Charlestone, ilość i jakość wrażeń, chaotycznych, destrukcyjnych, gwałtownych a wszystko to przemieszane z kłamstwami i zdradami, starymi jak same wampiry, zmysły mistyka odrętwiały. Było tego za dużo. Doświadczał przeładowania bodźców. To było kosmiczne pole bitwy a on otwierał się na te wszystkie energie, bo w końcu był tego częścią. Nie wiedział, czy go to nie zniszczy, czy nie zginie marnie w tym zapomnianym mieście i nie bał się tego. Raczej martwił się, że da się ponieść jakiejś fali, tak jak niedawno podczas próby medytacji. Tych fal obecnie było tyle, że nie powinien wybierać żadnej z nich. Przynajmniej jeszcze nie..., a może i do samego końca.

- Popieram pomysł, żebyśmy wzięli się do roboty.

Dodał na zakończenie, mając nadzieję, że nie będzie już dziwnych rozmów. Wyglądało na to, że wcześniejsze zachowanie Horacego faktycznie było spowodowane zniknięciem Otta. Ciekaw był czy teraz, kiedy jego syn był bezpieczny, Nosferatu dalej będzie wprowadzał zamęt w działania koterii.

Mimo swojej ostatniej wypowiedzi zbliżył się do swojego sarkofagu, gotów usiąść, gdyby rozmowy miały jednak trwać...

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 grudnia 2015, 21:56

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. Sanktuarium 11.08.1993 pewna bardzo Długa Noc

Horacy pogrążony był w swoich myślach od kiedy ghul Tremerów wyszedł z pokoju. Siedział w fotelu i czuł się jakby nieco rozluźniony. Na chwilę zapomniał o końcu świata i wszystkich rzeczach z tym związanych. Nie wydawały mu się istotne. Liczył się jedynie jego syn i fakt, iż był cały i zdrowy. No, niemal. W każdym bądź razie był w lepszej formie niż podpowiadały mu złe sny. To wszystko wprawiało go w naprawdę dobry nastrój, choć może nieco błogi i nazbyt leniwy.

"-- Gangrel twierdzi, że Richard nie żyje, chociaż nie widział jego ciała, bezpodstawnym byłoby więc wyciągać z tej niezweryfikowanej hipotezy jakiekolwiek implikacje. Nie wiem nic o innych ważnych osobistościach."

Ta wieść wstrząsnęła Horacym. Pochylił się w fotelu i nadstawił bacznie szpiczaste uszy.

Taka rzecz nie zdarzyła się, od... cholera nigdy się chyba jeszcze nie zdarzyła. Plemię wilków celowo najechało Democritusa.... ale numer, stary się wkurwi niesamowicie. Zatem Richard nie żyje... Nie przepadałem za tym śliskim gnojkiem ale osłabia tez miasto no i przez to Książę będzie nie w sosie. A co tam, świat się kończy, nie on jeden umarł tej nocy. Tylko silni mogą dzisiaj przetrwać. Ja potrafiłem zadbać i ochronić swojego syna, Democritus nie. - poczuł dziwną dumę jaka zaczęła mu rozpierać ciało. Podniósł się podniecony z fotela i zatarł długie dłonie zbliżając się bliżej do grupy.

- Cóż, czekanie aż Gangrel powróci lub nie to chyba nie jest najlepszy pomysł. Poza tym może się okazać, że nie do końca rozwiąże to problemy z przejściem. Jest też inne rozwiązanie. Marry To Way. Mówią tak na nią bo zawsze ma opcję jak przejść niezauważona tam gdzie chce i kiedy chce. Zna całą Virginię i myślę, że byłaby wprost idealnym przewodnikiem na trudne czasy. Problem polega na tym, że pewnie pójdzie na spotkanie klanu Nosferatu na łodzi. Podejrzewam, że będzie tam bardzo niebezpiecznie a łódź wybrana jest po to by nie dało się uciec. Jednak jej pomoc niewątpliwie rozwiązała by sporo naszych zmartwień, nie tylko z Lupinami ale i być może z miastem Sabatu. Pytanie, jak bardzo jej potrzebujemy?

Zadowolony z siebie zatarł ręce po raz kolejny i z błyskiem zaciekawienia w oku obserwował reakcje pozostałych. Pasmo jego błyskotliwych sukcesów zadawało się nie kończyć.

Ale im powiedziałem. Stary Horacy ma rozwiązanie na każdy problem. He, he , he...

- Oczywiście jeśli o mnie chodzi uważam, że kolejnym priorytetem po zapewnieniu sobie bezpiecznych dróg przejścia będzie wyłowienie tego topielaszka...
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 16 grudnia 2015, 13:26

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. Sanktuarium 11.08.1993, Długa Noc

Viktoria pokiwała głową na znak że akceptuje wyjaśnienie Ojczulka.

- Dobrze. Masz rację, gdy teraz o tym myślę anomalie w naszych zachowaniach pojawiły się w momencie gdy "oko" było niestrzeżone. Wierzę, że masz więc kontrole nad sytuacją i nie ma powodu do obaw. - Uśmiechnęła się przyjaźnie, niezbyt zdecydowana czy ma to być mały wyraz próby naprawienia sobie stosunków ze Świrem, czy dodanie otuchy sobie samej.

Następnie zwróciła się do Darshana.

- Dziękuje za sprawne porozumienie się z Primogenem Gangrelii i wyjednania nam przychylnego spojrzenia Wild Hearta. Potrzebna nam jego pomoc. Nie sądzę by wypełnianie Woli Reda byłoby jakąkolwiek wymówką czy słusznym prawem, respektowanym przez te bestie, jeślibyśmy naruszylibyśmy ich ziemie. Mam nadzieje, że jego wsparcie trochę ułatwi naszą sytuację.

- Horacy, myślę, że każde źródło informacji co do terenu, po którym mamy się poruszać jest ważne. Nie ma sensu wyważać otwartych drzwi wprost w paszcze niebezpieczeństwa, jeśli są jakiś boczne i mniej zauważalne gdzie nikt się nie przejmie naszymi przemykającymi cieniami. Moglibyśmy więc skontaktować się z wymienionym przez ciebie Nosferatu.

- Następny kruk którego najlepiej było by teraz odszukać znajduje się w Martinsburgu, który znajduje się pod wpływami Camarilli. W tym samym miejscu gdzie leży ciało wampira, które mamy wydobyć. Możemy więc zabrać się za obydwie rzeczy. Wprawdzie nie mamy już samochodu, którym można by było tam pojechać, a w obecnej sytuacji w mieście, nie będzie łatwo coś teraz kupić. Nasi Ghule jadą po sprzęt samochodem Ravnosa, a Cleo zabiera swój mały samochód w próbie zdobycia ksiąg z biblioteki . Ah no tak, mamy jeszcze limuzynę... Lasombra zamyśliła się na chwilę - Nie potrzebujemy przedzierać się przez las czy inny trudny teren i możemy z klasą pokazać się w mieście Camarilli, żeby spokrewnieni poczuli drobną sugestie, że jesteśmy kimś ważnym.Może chociaż drobne rzeczy pójdą sprawniej - Powiedziała chyba bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, zaplatając ręce i podpierając policzek dłonią.

Z zamyślenia wyrwał ją Darshan.

- Mój samochód przepadł pod Nyctofilią. - Powiedział krótko z lakonicznością godną Spartanina.

Lasombra skrzywiła się lekko. Już miała nadzieje, że mają plan jak wykorzystać okrojone, lecz wciąż istniejące zasoby transportowe.

- No tak. - Powiedziała z zamyśleniem. Nic nie jest takie łatwe jak się wydaje - westchnęła cicho. Po krótkiej chwili ciszy odwróciła się w stronę Assamity, z błyskiem w oku. - Czy twój Ghul ma może samochód?

- Nie. Ale może mieć. - Odezwał się Łowca spokojnie.

Viktoria z jakiegoś powodu nie była zainteresowana dociekaniem skąd Crimson Rain mógłby zdobyć środek transportu. Jej myśli zdecydowanie odmawiały rozważania tej kwestii. Pokiwała więc twierdząco głową.

- Dobrze - Powiedziała. W końcu zdobycie sprzętu było ważniejsze.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 16 grudnia 2015, 20:04

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. Sanktuarium 11.08.1993, Długa Noc

- Say'ye'a.* Jestem przeciwny angażowaniu osób trzecich - odezwał się Assamita. - Mój Klient podkreślał, by nikomu nie ufać. Nikt poza nami nie powinien słyszeć tego, co powie kruk. A zwłaszcza obcy Nosferatu i do tego kobieta... - wymawiając te słowa skrzywił się lekko. - Mamnú'a.**

Zdawało się, że Morderca wraca powoli do rzeczywistości, zakładając po raz kolejny maskę zimnego, profesjonalnego sukinsyna i przechodząc w swój zwykły, mechaniczny tryb komunikacji. Jego głos przestał brzmieć tak, jakby dochodził z jakiegoś odległego miejsca i z trudem jedynie przechodził mu przez gardło. Wróciła mu pewność siebie pobrzmiewająca w zdaniach tym niezmiennym, stalowym rytmem, do którego zdążyli już przywyknąć.

- Jeśli my będziemy mogli wejść na ziemię Lupinów, to załatwi sprawę i pomoc nie będzie nam potrzebna - dodał jeszcze, oglądając ostrze trzymanego w ręku noża. I obecni nie mogli oprzeć się wrażeniu, że interesuje go ono bardziej niż zebrane w pokoju osoby. - Jeśli nie, to nawet najlepszy przewodnik nam nie pomoże. Oni i tak nas dopadną - ostatnie słowa wymówił z dziwną, fatalistyczną satysfakcją.

- Poza tym ja też umiem się wszędzie dostać. Niezauważony... Ale jedna osoba nie załatwia sprawy. Wszyscy musimy tam być, bo kruki rozmawiają z nami, i tylko z nami. A nie z kimś obcym. Chyba, że później miałbym usunąć świadka? - uśmiechnął się ponuro.

Pytanie przez chwilę zawisło w ciszy, Assamita jednak nie liczył na jakąkolwiek odpowiedź. Po prostu nie umiał się powstrzymać, by je pominąć. Drobna przyjemność, której Niewierni nie potrafiliby zrozumieć. Wiedział zresztą, że są zbyt słabi, by zaakceptować takie rozwiązanie. No, może oprócz Darshana... Tam, na koncercie zgodził się na śmierć bez chwili wahania. Arahu.*** Więc jednak nie pochodził stąd i ta... choroba ducha, na którą cierpią Zachodnie psy jest mu obca... W pewnym sensie oczywiście. Poza tym, wciąż jest przecież przeklętym Bękartem Khayyina, Haqim la ia'teek al'aafia...**** Zabezpieczenie noża szczęknęło metalicznie gdy Morderca schował go do pochwy i wstał. Podszedł do Horacego i odezwał się:

- Twój syn jest bezpieczny. Teraz możemy uregulować rachunek - na wyciągniętej dłoni Assamity błyszczały dwie puste fiolki.

Nosferatu skinął głową i odebrał je. Morderca poczekał, aż Stary Szczur napełni flakoniki, z trudem jedynie powstrzymując się przed tym, by nie przejechać językiem po zębach. Obserwowanie spływającej do środka czerwieni było dość... wciągające... Karmazynowe krople wydawały się tak kruche, a jednocześnie tak obiecujące... Neik, nie oblizuj się. To nie będzie dobrze wyglądało.

- Shukran***** - powiedział krótko odbierając fiolki i skinął głową na znak, że uważa umowę za zakończoną. Cofnął się o krok i spojrzał na pozostałych:

- Jeśli to wszystko, to zajmę się wysłaniem ghuli - rzekł i skierował się do wyjścia z Sanktuarium.
Jeśli nikt więcej nic ode mnie nie chcę, idę po Crimson Raina (który jest na parkingu po przeciwnej stronie ulicy, albo gdzieś w jego okolicach. W każdym razie jeśli mnie zobaczy, to się znajdzie).
* arab. Niedobrze.
** arab To zabronione.
*** arab. Widziałem to.
**** arab. Niech Haqim nie da ci zdrowia (trudno określić, czy Namtar ma na myśli Khayyina czy Darshana)
***** arab. Dziękuję.
Ostatnio zmieniony 16 grudnia 2015, 20:26 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 17 grudnia 2015, 01:02

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. Sanktuarium 11.08.1993, Długa Noc

- Say'ye'a.* Jestem przeciwny angażowaniu osób trzecich - odezwał się Assamita.

- Rozumiem. W sprawach bezpieczeństwa nie będę się z tobą spierać. Na pewno masz też większe doświadczenie niż ja w kwestii kontaktów z Lupinami. I skoro mówisz, że i tak nam nic nie pomoże.... - jej głos załamał się w pół - cóż na pewno wiesz, co mówisz. Moją domeną są książki i gromadzenie informacji, oraz wiara w rozwiązywanie konfliktów siłą słowa, nie siłą fizyczną. Więc wybacz, jeśli łudzę się, że może być inaczej... W takim razie wsparcie Wild Hearta i pokojowe wejście na tereny wilkołaków jest jedyną nadzieją, jaka nam zostaje. Ciesz się nadzieją do ostatka, bo nadzieja głupich matka pomyślała mimowolnie. - Przynajmniej mi - dodała z lekkim zrezygnowaniem.

- Co do Nosferatu, nie miałam w ogóle na myśli dopuszczać jej do rozmowy z krukiem, czy wtajemniczać ją w naszą misje. - Lasombra zdawała się całkowicie ignorować pytanie Łowcy o usunięcie światka. - Raczej myślałam, że możemy podpytać się o wskazówki co do terenu i sytuacji na nim. Informacji nigdy za wiele. Szczególnie, że nikt z nas oprócz Horacego, nie zna tej ziemi i nie pochodzi stąd. Skoro Marry To Way zna całą Virginię, to tak jak zasugerował to Horacy, może nam podpowiedzieć również coś o miastach Sabatu, może gdzieś podprowadzić... pokazać jakąś bezpieczniejszą drogę, gdzie możemy ominąć czekające nas kłopoty. Horacy jest naszą skarbnicą wiedzy o otaczających nas obszarach, ale jeśli możemy uzupełnić tę wiedzę o dodatkowe informacje?.... Nie musimy przecież zdradzać swoich intencji... Co myślicie o tym? - Rozejrzała się pytającym wzrokiem po koterii.

- W twoich kompetencjach jednak - zwróciła się do Assamity - jest decydowanie czy taka opcja jest zagorzeniem dla nas i kontraktu. Jeśli więc wciąż tak to widzisz ... to uznajmy, że tematu nie było. - Spojrzała się z lekkim zaciekawieniem w stronę Namtara, czekając na jego odpowiedź. Spodziewała się, że znowu odmówi, zbyt wiele zamieszania już zrobili wokół siebie, więc może tak było lepiej...

z drugiej jednak strony... czuła się, jakby chodziła wciąż do okola z zawiązanymi oczami, grając w ciuciubabkę. Starała się za wszelką cenę zniwelować to uczucie. Nienawidziła poczucia braku kontroli i otaczającego ją chaosu. Tylko wiedza dawała jej poczucie stabilizacji. Dlatego podświadomie czepiała się każdej możliwej opcji poznania terenu działania i poszerzenia oglądu sytuacji, w której się znaleźli... a jedynym znanym jej sposobem wychodzenia z takich opresji było wykorzystywanie wiedzy innych i wyciąganie od nich informacji w rozmowie... oczywiście jeśli sama takowych nie miała. Było to dziwne uczucie, do którego nie była przyzwyczajona... dzięki przeczytanym setkom ksiąg, zazwyczaj miała wrażenie, że wie już... - przerwała- no tak... oida ouden eidos* - pomyślała uśmiechając się gorzko do siebie samej.

Asamita zatrzymał się na chwilę, stając w kręgu:

- Informacje zawsze się przydadzą - odezwał się cicho. - Wiedza o terenie jest cenna. Pozwoli uniknąć problemów. Sugeruję jednak byście dużo nie mówili o tym co sami robimy. Nikomu.

To powiedziawszy zniknął, opuszczając duchowy wymiar Sanktuarium.



* gr. wiem, że nic nie wiem.
Ostatnio zmieniony 17 grudnia 2015, 11:58 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 20 grudnia 2015, 11:04

Kiedy Assamita ruszył wypełnić swoje powinności, Terry znów poczuł się odrobinę zignorowany. Zdawał sobie sprawę, że nie może mieć pretensji, bo sam nic nie powiedział ni zrobił by go zatrzymać. Po prostu jakoś inaczej wyobrażał sobie zakończenie całej rozmowy. Rozprowadzenia. Jakkolwiek by nie nazwać tej rozmowy.

Chciał się odezwać i powiedzieć im o swoich wątpliwościach. Właściwie odkryciu. O tym, jak według niego ktoś lub coś stara się mocno przeszkodzić im w ich misji. I jak za każdym razem kiedy starają się podjąć jakieś działania, ktoś o dużym dla nich znaczeniu zostaje porwany, albo torturowany, albo w jakiś inny jeszcze sprytny sposób coś pojawia się na ich drodze, co przyciąga ich wzrok przysłaniając tym samym ich cele. Chciał porozmawiać o spisanej kilka chwil temu wizji, którą miał wrażenie wszyscy zignorowali. Miał im wiele do powiedzenia, ale właśnie kiedy otwierał usta by wylać z siebie potok słów, domysłów i pretensji, uzmysłowił sobie, że jedyne co w ten sposób osiągnie, to kolejny przestój. A każda taka chwila działa na ich niekorzyść.

Więc nie odezwał się tym razem. Jeszcze przyjdzie na to czas. Może wykorzystać czas podróży. Albo jakąkolwiek chwilę, kiedy będą mogli porozmawiać, nie oddalając jednocześnie w czasie rzeczy najważniejszych.

Pokiwał więc tylko głową na znak zgody i akceptacji. Nie powiedział ni słowa.
Ostatnio zmieniony 20 grudnia 2015, 11:41 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 20 grudnia 2015, 17:52

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. 11.08.1993, Długa Noc

Nie musiał szukać daleko. Crimson Rain siedział na przystanku, niedaleko parkingu naprzeciwko posesji Atra-hasisa (a może powinien już o niej myśleć jako o domenie Victorii?). Na widok Namtara podniósł się z ławki, zgasił butem rzuconego na ziemię peta i spokojnym krokiem skierował się w stronę Nieumarłego. Szedł swobodnie, jakby zamierzał spotkać się z przypadkowo zauważonym znajomym. Potencja pozwalała maskować ciężar niesionej na ramieniu, sportowej torby.

[center]Obrazek[/center]
- Co jest? - zapytał, gdy już stanął przy swym tymczasowym zwierzchniku. Lekka słodkawa woń bijąca od niego nie pozostawiała najmniejszych wątpliwości iż to, co palił przed chwilą, nie miało nic wspólnego z tytoniem.

- Będziesz miał robotę. Taką, w której czas jest istotny.

Na poważnej twarzy metysa wykwitł szeroki uśmiech. Najwyraźniej ostatni okres bezczynności nie przypadł mu do gustu.

- Zajebiście - wypalił entuzjastycznie. - Nie żebym narzekał, ale kopanie dołów w piwnicy to nie jest moje ulubione zajęcie.

Namtar puścił ostatnią uwagę mimo uszu. Wspólnie skierowali się w stronę domu. W czasie drogi Morderca w kilku zdaniach nakreślił ghulowi jego nowe zadanie.

- Ten drugi gość - dodał na koniec, zatrzymując się na schodach. - jest sługą Niewiernych i pije przeklętą krew Lasombra. Uważaj na niego, prawie na pewno zna Dominację. Jeśli spróbowałby zmusić cię do czegokolwiek, co narusza Ścieżkę, możesz go zabić. Odpowiedzialność wezmę na siebie.

- Jasne, załapałem - Crimson Rain kiwnął głową - W takim razie lepiej dla staruszka by się skupił na zadaniu. Nie martw się szefie, nie spieprzę tego. Skombinuję furę i zajmiemy się zdobyciem sprzętu. Jeśli nic się z nagła nie rozpierdoli to nie powinno być problemu.

Namtar skinął głową. W milczeniu weszli do środka. Lucas czekał już na nich w holu, był ubrany do wyjścia w szare spodnie i kurtę koloru khaki. Schludnie aczkolwiek praktycznie.

- Sierżant Techniczny Lucas Spark. Armia Stanów Zjednoczonych - przedstawił się, wyciągając rękę. - Oczywiście w stanie spoczynku - dodał na koniec mniej pewnie, jakby pragnąć wytłumaczyć się z czegoś.

Crimson Rain zlustrował go wzrokiem, a późnieji odwzajemnił uścisk.

- Pułkownik Crimson Rain. Wings of Death. Pod dowództwem samego Anioła Śmierci - odparował, bez mrugnięcia okiem.

Lucas przez chwilę wyglądał na nieco zmieszanego. Jego wzrok błądził po naszywkach na kurtce metysa i dwóch wbitych w jej kołnierz ćwiekach w kształcie stalowych skrzydeł. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że są to insygnia oznaczające szarżę w ulicznym gangu. Fakt ten jednak nie wydawał się poprawiać jego samopoczucia. Widząc jego reakcję Namtar błysnął zębami w uśmiechu.

- Widzę, że się świetnie dogadujecie - podsumował. - W takim razie weźcie się za swoją robotę, a ja się zajmę swoją. Widzimy się w Martinsburgu.

Pogwizdując skierował się do garażu, gdzie zostawił swój motor.
Jak zwykle, Namtar wsiądzie na motor i będzie czekał na resztę przed domem.
Ostatnio zmieniony 21 grudnia 2015, 16:56 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 20 grudnia 2015, 17:52

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. 11.08.1993, Długa Noc

Spokrewnieni postanowili ruszyć do miasta Martinsburg. Terry, Darshan, Horacy oraz Victoria zaraz po wyjściu z domu natychmiast udali się do jedynego pojazdu jaki pozostał koterii - limuzyny Lasombry. Deszcz dalej padał nieubłaganie, a podmuchy wiatru stały się jeszcze bardziej porywiste niż kilka godzin wcześniej. Zapowiadało się na poważniejszą wichurę, która powoli rozpędzała się. Tylko Assamita jak zwykle postanowił jechać swoim motorem trzymając blisko samochodu Victorii. Panująca aura zdawała się nie robić na nim wrażenia.

Czarna limuzyna ruszyła, gdy Darshan nacisnął pedał gazu. Jednak gdy mieli już wyjechać z terenu posesji, Ravnos w ostatniej chwili zauważył inny pojazd z lewej, który jechał wprost na nich. Skręcił lekko w prawo, zdając sobie wcześniej sprawę, że furgonetka marki General Motors, chciała wjechać pod dom Red'a. Horacy natychmiast rozpoznał auto oraz stary i zniszczony napis na bokach: Miejski Zakład Wodociągów i Kanalizacji w Chrelston. Limuzyna i furgonetka zatrzymały się obok siebie tuż przed bramą główną.

- To do mnie i zapewne coś pilnego. Poczekajcie chwilę, to nie potrwa długo - Horacy odezwał się, po czym otworzył drzwi limuzyny i wysiadł.
Pozostali członkowie koterii ujrzeli nalaną twarz, siedzącego za kierownicą mężczyzny, gdy ten opuścił szybę. Horacy podbiegł do drzwi pasażera, po czym wsiadł do środka furgonetki.

[center]Obrazek[/center]

- Maclahnan co ty tu robisz?

Garry uśmiechnął się, po czym odpowiedział mechanicznym głosem robota:

- Znalazłem w kanałach miejsce, gdzie leżą martwi ludzie. Bardzo dużo wypitych do cna i rzuconych do starego szybu śmiertelników. Klan już o tym wie. Francis Hook przesyła wiadomość: Shreck Net nie działa, podobnie telefony i inne środki komunikacji opierające się na elektronice. Dzięki twoim ostrzeżeniom udało się nam uniknąć zagłady. Blacwater wściekł się, gdy dowiedział się o zdradzie i wbił Rustemu drewnianą nogę od krzesła w serce. Dzięki pozostałym obecnym udało mi się przekonać opętanego szałem Blackwatera, by nie zabijał Primogena. Blackwater zobowiązał się pilnować zakołkowanego ciała. Za twoją bezcenną pomoc, prawie wszyscy jednogłośnie poparli mój wniosek, byś przejął obowiązki Primogena. Klan na ciebie liczy Horacy.

- Anarchia rozprzestrzenia się nieubłaganie niszcząc i paraliżując miasto. Ma to swoje dobre strony, gdyż Brujahom udało się znaleźć dom w którym przebywali wyznawcy demonów. Nawiązała się straszliwa walka, jednak Brujah zniszczyli wszystkich pięciu Kainitów, którzy tam przebywali, a na koniec podpalili budynek niszcząc wszystkie ślady. Straż pożarna nie przyjechała, pozwalając budynkowi spłonąć doszczętnie. Dodatkowo Lupini zaatakowali siedzibę Księcia, lecz nie wiemy nic więcej. Nie wchodź do kanałów, działa tam dziwna wroga magia. Gdy otrzymasz tą wiadomość Maclahnan nie będzie nic pamiętał. Wyślij go do swojego przełożonego i niech powie mu, że w domu Tuckwiller'a usterka jest naprawiona.

Po tych słowach Garry spojrzał na Horacego i dodał:

- To co tam się spierwiaszczyło w domu? Podobno leje się w piwnicy.

Horacy odpowiedział:

- To już nieaktualne. Jedź do szefa i mu powiedz, że usterka naprawiona - to powiedziawszy złapał za klamkę, by wysiąść.

- Się zrobi - powiedział grubas czekając, aż Horacy wysiądzie.

Nosferatu dołączył do pozostałych, a Darshan ruszył wjeżdżając na drogę i kierując się w stronę Martinsburga.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 20 grudnia 2015, 23:29

WV Charleston 1017 Edgewood Tuckwiller House. 11.08.1993, Długa Noc

Horacy nie mógł wyjść z oszołomienia w jakie wprowadziły go słowa Maclahnana. Wszystko działo się tak szybko od kilku nocy. Stabilne w miarę uporządkowane nieżycie runęło jak domek z kart. Nie licząc oczywiście gwałtownych rajdów Sabatu jakie co jakiś czas pojawiały się w mieście. No ale one były jak sezon tornada w Texasie. Czyli coś do czego należało się po prostu dopasować i przyzwyczaić. Taki regionalny urok Wirginni, można by rzec...

Nigdy jednak tak nie było jak teraz. Żeby gra toczyła się już pod samą bramką, czyli o wszystko co dla mnie fundamentalne. No i do cholery niestety jest to moja brameczka... Mimo, że wybiłem tą piłkę to jednak nigdy tak nie było, żeby odpaliły się wszystkie zabezpieczania chroniące moją rodzinę przed... najgorszym. - Nosferatu pokręcił zdegustowany głową.

Zawsze myślałem, że to Sabat będzie tym finalnym problemem. Tymczasem wszystko przyszło ze środka. Gniło przez wieki wewnątrz miasta i teraz cały ten bród i smród się wylał na zewnątrz. Kto by pomyślał, Rusty.... co oni ci musieli na wciskać żebyś zaczął polować na swoją rodzinę. Na swoje własne dzieci... Przez chwilę myśli Horacego pomknęły w kierunku jego własnego chłopaka. Nie potrafił sobie wyobrazić jak on mógłby starać się zabić Otta. Owszem raz czy dwa zdarzyło się i Horacemu gonić go z chęcią zadania trwałego uszczerbku na zdrowiu, jak to określa ta cholerna telewizja. Ale nigdy nie potrafiłby go chcieć zabić, nigdy...

Nie ma już teraz szacunku dla starszych, dla rodziny, dla ojców i matek... Nie teraz wszystko stoi na głowie. To przez tą cała telewizję. Te obecne czasy mieszają nam wszystkim w głowach. No może, nie mnie. Ja nadal wyznaję stare wartości, jak an przykład szacunek dla najbliższych, dla dzieci, dla ojca...
Powrócił myślami do Rustyego i z szacunkiem pomyślał o protoplaście Nosferatu w tym mieście:Mój szlachetny i wiekowy ojcze... co też ci odpierdoliło, ty stary pomarszczony dziwaku.

Westchnął wsiadając do samochodu. Zdecydował, że zostawi na razie sprawy takie jakie są, niech się toczą powoli i samodzielnie. W końcu miał nieco czasu by skupić się na śledztwie i w końcu przejść do ataku.

Rusty zakołkowany.- pokręcił z niedowierzaniem głową -Skoro świat zmienia nawet to co zdawało mi się niezmienne to może i ta cała telewizja też z czasem zniknie. Poczekamy i zobaczymy za sto lat.

Trzasnął drzwiami od limuzyny kiedy wsiadał. Nie był przyzwyczajony do takich luksusowych wrót. Raczej do strych zardzewiałych furtek w kanałach, którymi jak solidnie nie trzasnąłeś z Potencją to nie zamykały się wcale. I może dlatego przed chwilą to przyzwyczajenie wzięło podświadomie nad nim górę.

- To co, zapierdalamy od razu na tą imprezę nad jeziorem czy wpierw zgarniamy jakieś laski, na przykład tą co zasugerowałem? - Zapytał wesoło. Czekając na odpowiedź kilkakrotnie wciągnął głośno powietrze nosem. - Co tu tak śmierdzi.? - zapytał gburowato i niemal od razu wyłowił wzrokiem garść choinek zapachowych, które ktoś bezczelnie wetknął przy jego siedzeniu. I jak Nosferatu zauważył, tylko przy jego siedzeniu. Rozejrzał się po współpasażerach ale kamienne twarze nie zdradziły mu sprawcy.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 21 grudnia 2015, 00:05

WV Charleston W drugiej połowie drogi do Martinsburga 11.08.1993, Długa Noc

Horacy powrócił do samochodu i auto ruszyło powoli. Nawigowani przez Nosferatu, bez problemu opuścili granice miasta i skierowali się na północny-wschód. Ruch na drodze był niewielki i podróż upływała spokojnie, gdy nagle świat Darshana, prowadzącego limuzynę, zmienił się nie do poznania. Ulica stała się rozmyta, poruszając się niczym płynąca rzeka. Całkowicie zaskoczony przez falę mocy, która przetoczyła się przez niego niczym lawina Ravnos zdołał jednak nacisnąć pedał hamulca, opadając ciałem na kierownicę, z której wystrzeliła poduszka powietrzna. Pozostali członkowie także poczuli ogromną moc, która przyszła od strony Martinsburga kierując się do miasta Charleston. W głowie Darshana odezwał się głos:

- Wyczuwam w tobie światło i widzę, że jesteś na Ścieżce Prawdy. Uważaj na siebie przyjacielu, albowiem na tej ziemi dzieją się rzeczy podłe. Bracia Akashic wiedzą, że zostaliście zamknięci, a Wszechświat nie pozostanie obojętny. Nie pozwól, aby Świadomość Śpiących poszła torem upadku i niezrozumienia, odrzucając Świadomość ponad Umysłem. Uderzaj mocno, gdyż oni żyją podwójnie - w umyśle Darshana pojawił się obraz medytującego okinawskiego mistrza Gichina Funakoshi.

[center]Obrazek[/center]
I nagle Ravnos znalazł się w zupełnie innym miejscu. Spojrzał na siebie i odkrył, że siedzi w pozycji lotosu przed samym założycielem sztuki walki nazywanej karate. Skupił uwagę na mistrzu szukając kolorów aury, a to zobaczył wprawiło go w zdumienie. Słyszał opowieści o jego filozofii oraz jego wpływie na kulturę krajów Azjatyckich, lecz nie podejrzewał że należy do grona Przebudzonych.
Spoiler!
Test dzięki Nadwrażliwości (Percepcja + Czujność) ST:10-2 (za Nadwrażliwość) = 3 sukcesy. Czujesz, że coś potężnego wpłynęło na okolicę. Nie wiesz, co to było, ale nagle dzięki temu masz nagłe połączenie z klanowym Wezyrem. To sam Akramath, który próbuje się z tobą skontaktować telepatycznie.
Spoiler!
Test dzięki Nadwrażliwości (Percepcja + Czujność) ST:10-5(za Nadwrażliwość)= 5 sukcesów. Właśnie doświadczyłeś energetycznej fali podobnej do tej, jaką tworzy wybuch bomby atomowej. Siła ta zmiata wszystko na swojej drodze łamiąc każdą barierę. Zdajesz sobie sprawę, że fala idzie z granic stanu, a jej centrum znajduje się w Martinsburgu. Wiesz, że materialny świat nie ucierpi, ale w duchowym świecie wszystko, co służy statyce zostanie mocno uszkodzone. Czujesz obecność potężnych bytów, które patrzą na to, co dzieje się w Zachodniej Wirginni.
Zapomniałem napisać wcześniej, że odpisuję ci 2 Punkty Krwi za fiolki dla Namtara.
Spoiler!
Test dzięki Nadwrażliwości (Percepcja + Czujność + Intuicja) ST:10-5(za Nadwrażliwość) = 8 sukcesów. Właśnie doświadczyłeś energetycznej fali podobnej do tej, jaką tworzy wybuch bomby atomowej. Siła ta zmiata wszystko na swojej drodze łamiąc każdą barierę. Zdajesz sobie sprawę, że fala idzie z granic stanu, a jej centrum znajduje się w Martinsburgu. Wiesz, że materialny świat nie ucierpi, ale w duchowym świecie wszystko, co służy statyce zostanie mocno uszkodzone. Czujesz obecność potężnych bytów, które patrzą na to, co dzieje się w Zachodniej Wirginni. Zdajesz sobie sprawę, że Assamita właśnie otrzymał kontakt telepatyczny z swoim klanem. Czujesz, że bariery od strony miasta Martinsburg upadły tworząc wyrwę. Jednak wiesz, że jest to tylko chwilowe. Sam Bóg zesłał ci wizję, w której widzisz jak Legionu Nieumarłych wychodzą z czarnej dziury w ziemi i zaczynają budować duchowy mur. Wiesz, że granice stany będą otwarte przynajmniej przez godzinę.
Spoiler!
Test Nadwrażliwości 2. ST:8 = 2 sukcesy. Aura mistrza jest trzykrotnie większa od normalnego śmiertelnika. Dominuje w niej kolor związany z wewnętrznym spokojem oraz widzisz miliardy iskier, które rozświetlają okolicę. Widok jest tak piękny, że zapiera dech w piersiach. Widzisz w jego aurze rozpalające się i gasnące całe galaktyki.
Test Siły Woli ST:7 = 4 sukcesy. Wyczuwasz tak ogromny przepływ mocy, że nie jesteś w stanie dalej kontrolować poczynań ciała. Jedyne co robisz, to odruchowo naciskasz na hamulec. Wiesz, że tylko ty z członków koterii zostałeś wezwany przed oblicze mistrza. Zdajesz sobie sprawę, że dzięki takiej ilości sukcesów udało ci się wyrwać z ciała i dostać do źródła wysyłającego moc.
Spoiler!
Test dzięki Nadwrażliwości (Percepcja + Czujność) ST:10-2(za Nadwrażliwość)= 5 sukcesów. Właśnie doświadczyłaś energetycznej fali podobnej do tej, jaką tworzy wybuch bomby atomowej. Siła ta zmiata wszystko na swojej drodze łamiąc każdą barierę. Zdajesz sobie sprawę, że fala idzie z granic stanu, a jej centrum znajduje się w Martinsburgu. Wiesz, że materialny świat nie ucierpi, ale w duchowym świecie wszystko, co służy statyce zostanie mocno uszkodzone. Czujesz obecność potężnych bytów, które patrzą na to, co dzieje się w Zachodniej Wirginni.
Ostatnio zmieniony 22 grudnia 2015, 17:38 przez lightstorm, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 21 grudnia 2015, 21:31

WV Charleston W drugiej połowie drogi do Martinsburga 11.08.1993, Długa Noc

- Rayisyi! Al-hamdu lilhaqim!* - wybuch nagłej radości sprawił, że przez chwilę trudno było mu sformułować jakąś bardziej konkretną myśl. Od wielu godzin próbował nawiązać kontakt z Akramahem, zarówno za pomocą telefonu jak i Dur-An-Ki. Na próżno. Wszelkie próby rozpływały się w łonie ciszy, zdającej się pożerać każde wysłane słowo i myśl. Starał się co prawda nie analizować tego za bardzo i skupić na pracy, a jednak, w miarę upływu czasu, gryzło go to coraz mocniej. Nie lubił czuć się oddzielony od Klanu, jedynej rodziny, którą posiadał. A fakt, że przebywał na obcej ziemi, wśród Niewiernych (wśród wrogów), jedynie pogłębiał wrażenie izolacji. Teraz, wszystkie stłumione emocje, wspomnienia i myśli powróciły, zalewając go przez chwilę na podobieństwo rozgadanej, wielobarwnej fali: radość z kontaktu, sakrament Amarantu, smak krwi, frustracja i gniew, Kuffrowie i ich kłamstwa, Ostateczna Noc, walka z Painem, bliskość śmierci... Ciemność, samotność i obłęd... Tyle się wydarzyło od czasu gdy postawił stopę na tej ziemi... Jak miał opowiedzieć o tym wszystkim? Obrazy pojawiały się i gasły, niczym niedoświetlone slajdy. Zagryzł wargi do krwi starając się opanować umysł i niemal w ostatniej chwili zauważył, iż jadąca przed nim limuzyna hamuje gwałtownie. Zatrzymał motor i zacisnął dłonie na kierownicy, napinając wszystkie mięśnie. Nie chciał posłać tego chaosu do umysłu Akramatha, choć wiedział, że Silsila i tak prawdopodobnie z łatwością odczytuje wszystko, co dzieje się w jego głowie.

- Żyję. Ci, których ochraniam także - pierwsza konkretna myśl pomknęła na skrzydłach prastarej magii, przebywając tysiące kilometrów, które dzieliło Mistrza i Ucznia. Starał się, by jego wypowiedź brzmiała możliwie najbardziej klarownie. I musiał przyznać, że to było dziwne uczucie - rozmawiać z Silsila tak, jak rozmawiał z Kufframi - ale nie mógł wiedzieć ile zostało mu czasu i jak długo potrwa ten kontakt. Należało więc przede wszystkim przekazać najważniejsze informacje. Na resztę przyjdzie pora później... In sza' Haqim...**

- Słońce nie wstało tego dnia. Mithras, Pradawny Ventrue, przebudził się i jest gdzieś tutaj. Podejrzewam, że na terenie jest też inny Matuzalem. Możliwe, że to Niktuku. Stan Virginia Zachodnia jest oddzielony od reszty świata za pomocą jakiejś dziwnej magii. Ushshu Al'aqrabi nie odpowiada. Próbowałem cały czas, ale nie mogłem się skontaktować ani z nimi, ani z tobą, Mistrzu...

- Doskonale, Aqrab! - głos Silsila w jego głowie brzmiał czysto i klarownie. Prawie tak, jakby rozmawiali twarzą w twarz. - Dżazaka'haqimu chajran.*** Wiedziałem, że wypełniasz Wolę Haqima walcząc na ziemi wroga, i że dbasz o Kontrakt i honor Klanu! Zaiste, ktoś o dużej sile krwi zaktywował się w Zachodniej Wirginii. Wysłaliśmy do Charleston szpiega, który ma zebrać dla nas informacje o powodzeniu twojej misji. Skoro od ciebie dowiem się wszystkiego, to jego priorytety pozostaną zmienione. To członek pięcioosobowego oddziału Czarnej Ręki, która została wezwana do Charleston na prośbę kafira Lasombra, o imieniu Hoqax. Sam Regent Sabatu, Melinda Galraith postanowiła wysłać tam elitarną grupę Czarnej Ręki. Szpiegiem jest Al-Ain, zwany też Gabrielem Chavez, który jak zapewne pamiętasz, nadal wypełnia swoją misję. Trwa to już czterysta lat, więc w czasie rozmowy postaraj się nie poruszać tego tematu. Jak wiesz, reaguje na niego dość nerwowo.

- Rahimahuhaqim.**** Będę pamiętał, Mistrzu. - odparł Morderca.

Poczuł jak jego umysł wertowany jest przez Wezyra w poszukiwaniu konkretnych informacji. Pozwolił na to, patrząc jak obrazy i wspomnienia znów migoczą przed jego oczyma, niczym klatki niemego filmu, puszczonego w zawrotnym tempie. Po chwili Silsila kontynuował:

- Ten Niewierny, który leży na dnie jeziora... Wiem kto to jest. To Mallus Nomitar, stary Ventrue z linii Rycerzy Krwi. Kilkanaście nocy temu skontaktował się ze mną telepatycznie, przekazując miejsce, gdzie spoczywa jego ciało. Wiedz, że Mallus był przy ustalaniu Kontraktu, i w jakiś sposób musi wiedzieć, że jest on aktualnie realizowany... Dzieci Haqima szanują Starego Atra-hasisa, oraz jego towarzyszy. Nie próbowaliśmy więc dostać się do jego krwi. Jednak pomaganie mu nie było w naszym interesie. Myślę, że stary Rycerz Krwi nie ma żadnych sojuszników, a jedynie wrogów, oraz naszą, dawną znajomość. Co zamierzasz zrobić?

Odpowiedź była jedna. Prosta. I zawsze ta sama:

- To, co każesz, Silsila.

- Dobrze, jestem z ciebie zadowolony - kontynuował Akramah. - Skup się na Kontrakcie. Gratuluję także kolejnego wielkiego kroku na Ścieżce. Widzę, że krew sługi Iblisa doprowadziła cię bliżej Haqima. Twoje zwycięstwa napełniają mnie dumą, Aqrab. Trzymaj ten kurs i nie daj się zaskoczyć. Będziemy w kontakcie.

Tego niestety nie możemy być pewni...- pomyślał gorzko. Magia tej ziemi była zwodnicza i musiał liczyć się z tym, że być może rozmawiają po raz ostatni. Przed oczyma znów stanął mu Christian Pain i tamta chwila na korytarzu Elizjum. Jeśli miałaby się powtórzyć i jeśli tym razem miałby nie przetrwać, chciał wiedzieć, że wykorzystał ten moment rozmowy i powiedział wszystko, co powinien...

- Labbaika wa sadaika.***** I cieszę się wiedząc, że radują cię moje postępy, Mistrzu. Jeszcze tylko jedno... - przerwał na chwilę starając się opanować emocje. - Jeśli zginę, chciałbym, żebyś pamiętał, że zginąłem na Ścieżce. To wszystko.

To jedno proste zdanie wyrażało całą jego samotność, tęsknotę i wiarę, którą pokładał w Ścieżce. Zamknął oczy.

- Wiem i jeśli nadejdzie ta chwila, będę o tym pamiętał. A jednak jestem pewien, że nie nastąpi ona szybko. - głos Akramaha brzmiał spokojnie i pewnie, sprawiając, że Morderca odruchowo odprężył się. - Sakrament krwi, którego dostąpiłeś to dobra wróżba. Barakhaqimu fik.****** A jako Wezyr doskonale wiem co mówię... Bądź jednak czujny i nie daj się wplątać w gierki Niewiernych. Trzymaj się Ścieżki i rób swoje. Wypełnienie Kontraktu jest celem nadrzędnym. Fi amani Haqim.*******

- Wa ijjaak, Silsila******** - odpowiedział Morderca. - Hayet albi enta.*********

I to było wszystko. Kontakt się urwał, pozostawiając go na zalanej deszczem szosie, za stojącą na poboczu limuzyną. Wyłączył silnik i zsiadł, by sprawdzić, czy z Kufframi wszystko w porządku...
Prośba do osób piszących kolejne posty: weźcie w nich pod uwagę, że po jakiś dwóch minutach od zatrzymania limuzyny, Namtar pojawi się przy samochodzie, zapuka w szybę i zapyta: Wszystko w porządku?"

* arab. Mistrzu! Dzięki niech będą Haqimowi!
** arab. Jeśli Haqim pozwoli...
*** arab. Oby Haqim wynagrodził cię dobrem.
**** arab. Oby Haqim był dla niego miłosierny.
***** arab. Jestem posłuszny twoim rozkazom.
****** arab. Haqim cię pobłogosławił.
******* arab. Niech Haqim ma cię w swojej opiece.
******** arab. Ciebie również, Silsila.
********* arab. Jesteś życiem mego serca.
Ostatnio zmieniony 22 grudnia 2015, 13:15 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 22 grudnia 2015, 17:13

WV Charleston W drugiej połowie drogi do Martinsburga 11.08.1993, Długa Noc

- To co, zapierdalamy od razu na tą imprezę nad jeziorem czy wpierw zgarniamy jakieś laski, na przykład tą co zasugerowałem? - Zapytał wesoło.

- No tak, oczywiście, że jedziemy zgarnąć jakieś laski - Victoria mrugnęła okiem do Nosferatu. - Z tego co pamiętam uzgodniliśmy i nikt za bardzo nie protestował, że można było by się ją wypytać o okolice.

Spokojnie jechali dalej samochodem. Mijane ulice tonęły w deszczu i ciemności ale nic zdawało się tym razem nie przeszkadzać im w opuszczeniu miasta. Lasombra postanowiła więc zadać Horacemu kilka pytań, które ją nurtowały. Jak na razie sam nie podzielił się żadnymi informacjami na temat Martinsburga... no cóż na pewno dużo wie.... ciekawe czemu sam nie zaczął tego tematu... Czyżby były jakieś sekrety? Pomyślała przewrotnie ... No cóż zobaczmy...

- A wracając do twojej obszernej wiedzy, orientacji i znajomości ... Horacy czy możesz nam opowiedzieć o mieście do którego jedziemy? Kto jest księciem, czy mają jakieś drażliwe tematy, na co powinniśmy zwrócić uwagę i czy jest coś jeszcze innego, esencjonalnego co mogłoby nam pomóc by nie popełnić "salonowego" fopaux? - Zapytała się Lasombra poprawiając delikatnie położenie swojej broszy, którą dostała w schedzie od wygrzebańca i uśmiechnęła się zadziornie.

Nagle wszystko jakby zatrzymalo sie w czasie i przestrzeni jednaczenie poruszajac sie z niesamowita szybkosciá. To przedziwne uczucie obezwadnilo na kilka sekund jej zmysly. Doswiadczenie podobne bylo jakby fali energetycznej, ktora zmiata wszystko po drodze...

Qu'est-ce qui s'est passé?* - Wystraszona rozejrzala sie po reszcie koterii. Wszyscy zdawali sie odczuc to samo co ona. Byla pewna ze fala energii ktora wlasnie przetoczyla sie z impetem po nich nie niszczy materialnego swiata, jak podobna jej fala atomowa... w swiecie duchowym jednak... zadrzala na ta mysl zdajac sobie sprawe o wszystkich zabzpieczeniach magicznych, tych przeciw nim - jak barierla niepozwalajaca wyjechac z tego obszaru, jak i tych ktore ich chronily...

Moze chociaz jej ghul dotrze do Baltimore.

Nagly dreszcz przebiegl jej po plecach wprawiajac jej cialo w lekkie drzenie. Poczula obecnosc poteznych istot, ktorych oczy zwrocone byly na Zachodnia Virginie. Nie mogla ich dostrzec lub uslyszczec, ale czula i miażdżaca obecnosc.

*fr. Co sie stalo?
Ostatnio zmieniony 11 stycznia 2016, 17:14 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 22 grudnia 2015, 23:25

WV Charleston W drugiej połowie drogi do Martinsburga 11.08.1993, Długa Noc

- No więc właśnie, bo wydawało mi się że gdybyśmy skręcili w tamtą stronę to jest tam takie miejsce gdzie bywa i może moglibyśmy się tam z nią przypadkiem spotkać. - Wyciągnął długi paluch wskazując w jakaś boczną odnogę jaką minęli - Zresztą, cholera go wie, może to mi się coś pochrzaniło. Nie jeżdżę autami za często. Jak to mówią całe życie wszędzie z buta... - wzruszył ramionami. - Zresztą cholera wie gdzie ona teraz po tej drace może być, nie mogę się do niej dodzwonić więc może być z dobrego pomysłu jedna wielka kupa gówna, cholerny zasięg! - Warknął wracając do obserwacji kresek w telefonie i z poirytowaniem wsunął ją w kieszeń płaszcza.

Słuchając kolejnego pytania Victorii, Nosferatu wziął się za oczyszczanie terenu z choinek zapachowych. Ku jego zaskoczeniu po wyrzuceniu przez okno garści znalezionej przed jego siedzeniem, zapach nie ustawał a jedynie osłabł. Szybko zaczął przeszukiwać skrytki samochodu i znalazł jeszcze jedną wciśniętą w popielniczkę.

Całkiem nowa, a zatem może ich być tu więcej...

Dzieląc uwagę na wypowiedź Lasombra oraz poszukiwania kolejnych skrytych choinek zapachowych stwierdził, że zwykłe przeszukiwanie mimowolnie stało się czymś więcej. Był to teraz poważny pojedynek inteligencji i sprytu. I Horacy zamierzał go wygrać.

- To zależy moja droga. Najpierw odpowiedz mi na jedno pytanie, czy zmierzasz tu zostać po wszystkim? Osiąść na stałe? Wiesz tak wiedza jest bardzo cenna. Oczywiście opowiem wam wszystko co jest niezbędne do rozwikłania zagadki ale... jest też wiedza inna. Więc zastanawiam się jaki poziom szczegółowości cię interesuje madame. Wszystko ma swoją cenę, a że kochankę już mam to zastanawiam się jak się ewentualnie rozliczymy moja pani.

Czekał chwilę na odpowiedź Victori napawając się wywołanym w samochodzie zakłopotaniem po czym kontynuował.

- Więc.... Martinsburga trudno tak na prawdę uznać za miasto. To raczej dziura zabita dechami na obrzeżach ekspansji Democritusa. Elizjum znajduje się pod adresem 128 E Martin St. Martinsburg. Jest to Apollo Civic Theatre, gdzie rezyduje Toreador o imieniu Symforiusz Zatrzepalek. - Horacy cmoknął z niesmakiem - Tja, to prawdziwe nazwisko. Facet jest Czechem z pochodzenia i jest w tym Elizjum kimś w rodzaju Opiekuna. Sam Teatr jest odwiedzany prawie tylko przez przyjezdnych, którzy ewentualnie chcą tam zostać kilka nocy. Ale nie znajdziecie tam księcia. Miastem rządzi porucznik Belle Boyd. Jest to jedyna Ventrue spoza linii Democritusa co już o czymś świadczy. Cholernie sprytna i inteligentna babka idę o zakład, że jeszcze nim dojedziemy do miasteczka będzie o nas wiedziała. Szansa że się przemkniemy jest raczej niewielka. Możecie więc to potraktować jako test przed lupinami, jak tu się uda to kto wie może... Ha, ha!! - wykrzyknął z dziwnym błyskiem w oczach, wyciągając kolejne dwie choinki z wąskiej szczeliny pomiędzy siedzeniem a oparciem.

- Mówią, że Piękna* ma szpiegów wszędzie. Naprawdę spora liczba szpiegów. Nie dziwota była jednym z najlepszych szpiegów podczas wojny secesyjnej, przemieniona w Anglii ze względu na swój niebywały talent teraz jest oczami i uszami Democritusa w tej części jego domeny. Idę o zakład, że ta pierwszej wody aktoreczka jest o niebo lepszym ekspertem kryptografii i szpiclem niż była za życia... Co do niewybaczalnych błędów, to raczej nie dotykajcie sprawy jej wyglądu. Jak dla mnie krótko mówiąc jest to kaszalot jakich mało i daleko jej nawet do osobliwego piękna mojego klanu...

Obrazek

- Chyba wszystkie... - powiedział z wyczuwalną satysfakcją i zaczął coraz głośniej nucić piosenkę. Po chwili kiedy dotarł do swojego ulubionego fragmentu gardłując basowo zezował na Ojczulka. Z wyraźną satysfakcją obserwując jego twarz zaczął śpiewać zaciągając francuskie słowa w charakterystyczny archaiczny nieco sposób:

[center]"Belle
Est-ce le diable qui s'est incarné en elle
Pour détourner mes yeux du Dieu éternel?
Qui a mis dans mon etre ce désir charnel
Pour m'empecher de regarder vers le Ciel?
Elle porte en elle le péché originel
La désirer fait-il de moi un criminel?
Celle
Qu'on prenait pour une fille de joie, une fille de rien
Semble soudain porter la croix du genre humain
Ô Notre Dame! Oh! laisse-moi rien qu'une fois
Pousser la porte du jardin d'Esmeralda..."
[/center]

Nagłe szarpnięcie samochodem spowodowało, że w jednej chwili stracił cały dobry nastrój. Krótki potok przekleństw w mieszanych językach wydarł mu się z ust.

- Co się dzieje?! Sarna?... - zaniemówił w jednej chwili czując ból w skroniach jakby uderzony falą dźwiękową z koncertu granego przez niebiańskie istoty z okazji Armagedonu. Powoli opanował to nieprzyjemne uczucie. Choć nadal czuł jakby fala która przez niego przeszła rozedrgała mu wszystko w jego wnętrzu. Kiedy w końcu się wziął w garść zauważył, że byli w aucie tacy co gorzej to przeszli. Przechylił się w przód do Ravnosa.

- Hej kolego wszystko u ciebie gra? - zapytał. W tym samym momencie w jedną z szyb zastukał Asamita. Horacy otworzył wysiadł i zmierzając do drzwi kierowcy limuzyny rzucił do zabójcy.

- Chyba uderzyło w nas coś duchowego. Nasz mistyk to chyba nie najlepiej zniósł.



* gra słów Belle franc. piękna
** [center]"Piękna
Jest diabła wcieleniem
zesłanym, bym dziś zwątpił w Boga wiecznego.
Gdy patrzę, na nią włada mną pożądanie szalone.
Choć wzrok ku niebu zwracam, to wciąż widzę ją.
Pierworodnego grzechu ognie w oczach ma.
A moja żądza do niej pcha mnie ku zbrodni.
Lecz,
dziwka uliczna, która ma w pogardzie świat
brzemię krzyża może w sobie nieść od lat.
O, Nasza Pani, pozwól mi choć raz
rozchylić drzwi ogrodu Esmeraldy..."
[/center]

Tutaj cały tekst (w bardziej dosłownym tłumaczeniu, co niekoniecznie znaczy gorszym) a także obraz oraz fonia:
https://www.youtube.com/watch?v=OSInDG6wF-0
Jak Horacy się upewni, że z Ravnosem wszystko gra to sprawdza później sieć telefoniczną czy działa.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

ODPOWIEDZ