WV Charlestone, Nad Uniwersytetem Charleston, w helikopterze, 11.08.1993
Lasombra wysłuchała swoich towarzyszy, wciąż drżąc jak wystraszone zwierze. Stała bez ruchu z założonymi na piersiach rękoma i obserwowała z trwogą rozwój sytuacji. Jeśli Scareface wyciągnąłby teraz gnata, kołek, cokolwiek, są zgubieni. Wiedziała, że osobnik przed nią ma zdolność przyśpieszania swoich ruchów do granic, gdzie oni zobaczyliby tylko rozmycie. Assamita był w dole i nikt nie mógł ich teraz uchronić. Była też zbyt roztrzęsiona, by rozgryźć Toreadora. Za nic w świecie nie była w stanie dostrzec jego aury czy emocji.
- On wróci, bo dał słowo. Sama powiedziałaś, honor. Honor nie pozwoli mu zginąć - Powiedział Terry, próbując ją uspokoić. Wierzyła mu. Nawet kolejna prowokacja zadowolonego z siebie gwiazdora nie zdołała przebić tego uczucia. Z jakiegoś powody słowa Świrowatego Ojczulka zawsze przynosiły jej ulgę. Leczyły takim dziwnym, wibrującym harmonijnie światłem. Bynajmniej nie było to światło jego boga, w którego Lasombra i tak nie wierzyła. To było raczej coś, co emitowało z samego Malkavianina.
Słowa Darshana wprawiły ja w milczącą zadumę. Wiedziała, że jest w nich dużo prawdy, ale części ciężko było jej świadomie zaakceptować. Wiedziała w środku jak jest z Camarilla, jednak potrzebowała swojego mitu bezpiecznej przystani. Tak wiele wycierpiała... Czasamii jednak prawda krzyczała jej w twarz i nie dała się tak łatwo zignorować nie zależnie, jak bardzo Lasombra się o to starała. Jeszcze wróci do tych rozmyślań. Przemyśli jeszcze raz, co powiedział mistyk. Ale nie teraz. Teraz nie była w stanie skupić się na niczym. Bała się. Wiedziała, że nie ma środków, by obronić koterię, jeśli okaże się, że są w potrzasku. Czuła się w końcu za nich odpowiedzialna.
Trzeba było przyznać, że Toreador robił przygniatające wrażenie. Ona sam zawsze dobrze czuła się w kwestach społecznych. Ale on był... był po prostu mistrzem. Jego charyzma sprawiała, że nie była w stanie odpowiedzieć nic błyskotliwego na jego zjadliwe komentarze. Emanował siłą charakteru, pewnością siebie, samozadowoleniem i...pogardą. Pogarda wylewała się z każdego jego słowa. Viktoria nie była pewna jak poradzić sobie z tak silną osobowością. Lustrowała go z niekłamanym podziwem, choć wiedziała, że jego osoba może przynieść im zgubę.
Zaczęła przysłuchiwać się uważniej rozmowie Horacego z Archonem w momencie, gdy padło słowo bomba...
- W Nyctofili była przecież bomba sam ją widziałem, i... i musiała być druga, skoro zwaliła się cześć korytarza, przysięgam.
- Widziałeś tam bombę?! Zgaduję, że wszyscy o tym wiedzieliście i kurwa nie raczyliście poinformować o tym nikogo z władz Camarilli...
O czym ty mówisz Horacy na wszystkich Bogów? - Pomyślała Viktoria. Wprawdzie nie było jej wtedy w Elizjum, ale przecież wiedziała, dlaczego zawalił się korytarz. I to nie była bomba.-
Dlaczego kłamie Archontowi? Tak prosto w twarz? I stawia w tak niekomfortowej sytuacji całą drużynę? - Rzuciła mu pełne niekłamanego zdziwienia spojrzenie. -
I ta wcześniejsza sugestia o Giovannich. Co on kombinuje? Przecież widzieliśmy, jak Włosi go ścigają. Co on chce osiągnąć przez naskakiwanie tak ważnej osobie w Camarilli? Może i mamy trochę dodatkowych praw ze względu na Wolę Reda, ale... lepiej by Minerva obdarzyła go swą mądrością jak z tego mądrze wybrnąć.
Nie miała zamiaru się wtrącać do tej konwersacji, lecz z coraz większym niepokojem obserwowała eskalacje konfliktu, a kolejne wpadki słowne Nosferatu wprawiły ją w trwożną zadumę nad ich celem... Nie mogła zrozumieć, czemu tak bezdusznie obszedł się z sytuacją, w której znalazł się ich ochroniarz, odsłaniając ich na wrogie ataki. I na dodatek chciał jeszcze oglądać jego zgubę jak jakieś tanie widowisko. Teraz pyszczył do agenta Justycji. Przecież nie miał pozycji i wpływów, by się z tego wybronić. Co on kombinował?
Zza jej pleców dobiegł ją czyjś gorączkowy szept. Słyszała go już wcześniej, ale zignorowała zupełnie. Teraz jednak doszły do niego ciche jęki i poszlochiwania, przerwane urwanymi przekleństwami. Odwróciła się w stronę źródła dźwięków i zauważyła wpijającego blade palce w fotel Lucasa.
Na bogów, zupełnie o nim zapomniała. Lucas zlany był potem, a jego oczy były rozszerzone jak u kogoś w głębokim stanie psychozy. Jego szepty były spazmatyczne, pełne paranoi i przerażenia. Podeszła bliżej by posłuchać co się z nim dzieje. Wojna w Wietnamie odcisnęła na umyśle człowieka nie małe piętno, ale nigdy niewidziana Lucasa aż w takim stanie. Wiedziała, że przed oczami jak filmowe stop klatki stawały mu czasem obrazy rozszarpanych ciał, twarze zabitych żołnierzy, eksplozje samochodów rozrywanych przez bomby-pułapki. W uszach dźwięczy huk moździerzy. Nawet zwykłe czynności-jazda autobusem, zatłoczona winda czy film w telewizorze-mogły przywołać paraliżujące uczucie strachu. To jednak było co innego. Szeptał bez ładu słowa pomieszane ze wspomnieniami wojny i tego, co działo się tu teraz, w helikopterze. Eskalacja konfliktu i zawartych w nim emocji przeorały ghulowi mózg. Przecież już, gdy wsiadał do helikoptera, majaczył coś od rzeczy...
-...Podpułkownik Kenneth... Słabo mi, potrzebuje krwi .... Oni wszyscy nie żyją... Gdzie lecimy?... Viktorio gdzie lecimy? ... Kurwa, to Żółtki, tam na dole biją naszych... Kapitanie musimy im pomóc... Kapitanie to ty? Kim jesteś ... Boże on ma kołek... Wszyscy zginiemy!... Te skośne Żótki nas zajebią w tej kupie latającego złomu!... - Rzucił się do wyjścia z helikoptera, lecz Viktoria złapała go szybkim ruchem i rozkazała* zostać na miejscu. Podeszła do Terrego i powiedziała szeptem do jego ucha:
- Ojcze, jeśli masz w sobie współczucie dla cierpiących, proszę, pomóż mu - wskazała Lukasa - ukoj jego zmęczony umysł, wiem że potrafisz - Spojrzała się błagalnie na Terrego.
Wtem wszystko stało się tak nagle, Horacy próbował wyskoczyć patrząc się przeszywająco na Viktorie, Scareface go złapał i przebił kołkiem. Było to dla niej jak mgnienie oka.
- Chciałeś zagrać ostro, to pograłeś. Teraz kurwa wiem, że jesteś szpiegiem synalku upadłego Primogena - powiedział spokojnie.
Horacy? Szpiegiem? Czy to możliwe? Na Nyks i wszystkie jej dzieci - Pomyślała -
Co tu się dzieje!?
Nie mogła pozwolić by Książę czy ktokolwiek położył ręce na Szczurze. Znał za dużo szczegółów śledztwa. Za dużo mógłby wyjawić. Rzeczy, których inni nie powinni wiedzieć. I jeśli rzeczywiście był szpiegiem to był nim w stosunku do misji nie do Camarilli. Jeśli ktoś podstawił szpiega koterii, to znaczy, że...
Szalony pomysł przyszedł jej do głowy, ale to jedyne,o czym mogła pomyśleć, by wpłynąć na Toreadora... Aktor tak? Może więc doceni gest.
- Widzę, że nie zawdzięczamy ci tylko uratowania życia, ale i zdemaskowania szpiega, sabotującego wykonanie woli Mędrca w Czerwieni** - Powiedziała Lasombra miękkim głosem zbliżając się o kilka kroków do Scareface'a, kołysząc lekko biodrami. Jej włosy prawie już suche, lecz wciąż w romantycznym nieładzie rozbijały się w czarne fale dookoła jej białych ramion. Kilka wciąż jeszcze mokrych czarnych kosmyków przyklejało się do ciała. Oczy świeciły niebywałym urokiem, były głębokie jak dwa jeziora albo lustra, które były w stanie pochwycić i uwięzić dusze niemal każdego mężczyzny. Nawet nieśmiertelnego. Lekki zapach czarnego opium, ulubionych perfum Lasombry, zagęszczał dookoła niej powietrze, czyniąc je ciemnym, zmysłowym, orientalnym a przez to pełnym tajemnic. Czary gorset podkreślał jej biust i talię, a przyciągająca wzrok brosza Ventrue ozdabiała czarną marynarkę. Uśmiechnęła się do Scareface'a kładąc mu delikatnie smukłą dłoń na ramieniu.
- Jego ewidentne kłamstwo na temat Elizjum postawiło nas w bardzo niezręcznej sytuacji - Powiedziała smutno. - Wiem, dlaczego zawalił się korytarz. Gdy nasza koteria przyszła nieść pomoc znajdującym się tam członkom Camarilli, Assamita walcząc z Christianem Pain'em naruszyli konstrukcje budynku. Jak mniemam, możesz sobie wyobrazić, jaką destrukcje jest w stanie zasiać ta dwójka... Na szczęście koterii udało się, jak zapewne wiesz, ocalić kilka istnień.- Odgarnęła kokieteryjnie kosmyk, który opadł jej na czoło i zahaczył się o długie czarne rzęsy, okalające jej oczy. - Nie widziałam żadnej bomby.- Zmarszczyła brwi jakby starała się sobie coś przypomnieć.***
- Jesteśmy wdzięczni za twą pomoc. To była szybka akcja, dziękuje Ci, że zakołkowałeś Szczura. Sami nie dalibyśmy rady... - Spojrzała na niego kusząco, trochę dłużej niż przystało, wytrzymując jego spojrzenie.- Nie możemy jednak oddać Horacego... Zbyt dużo wie na temat śledztwa - Powiedziała zmartwionym głosem - A sprawy te są tylko w naszej kwestii . Jak powiedział Darshan, testament Atrahasisa daje nam większe prawo niezależności w każdej kwestii związanej bezpośrednio z zagadką śmierci starca. Jeśli Horacy jest szpiegiem, a jest w koterii Reda... sam rozumiesz. Pytaniem jest, dla kogo szpieguje i oczywiście myślę, że szpieguje nas, a nie bezpośrednio Camarille. Ktoś bardzo chce, żeby nam się nie udało. Jeśli Horacy jest szpiegiem, musimy o tym dowiedzieć się najpierw i pierwsi go przesłuchać. Jeżeli okaże się nielojalny względem Camarilli oddamy go oczywiście od razu w Twoje ręce, by postąpić z nim zgodnie z obowiązującą literą prawa. Będzie to dla nas ulga, jako że nie naszym zadaniem jest rozprawiać się ze zdrajcą... Nie mamy też na to czasu, gdyż nasze umysły troskają ważniejsze kwestie, niż jakiś nędzny szczur...Oczywiście rozumiesz? - Dodała wciąż powłócząc romantycznie rzęsami. Każdy jej ruch uwalniał nutkę ciężkiego opium o sennym zapachu orientu. Piękne, duże oczy wpatrywały się zadziornie i zalotnie w Torreadora, a wydatna linia wysoko podniesionego przez gorset biustu rościła sobie zazdrośnie prawa do wyłącznego monopolu na uwagę Scareface'a.