WV Charlestone, Przed Uniwersytetem Charleston, Starcie Ruchu Anarchistycznego z Camarillą 11.08.1993
To był prawdziwy świat. Jedyny, prawdziwy świat, który znał i rozumiał. Rzeczywistość, wyszczerzona i naga niczym czaszka. Jedyna prawda, poza labiryntem luster, pułapkami słów i konwenansów. Noc otworzyła przed nim filmotekę wojny, złożoną z przeźroczy ujętych w ostre ramy bieli i czerni: sylwetek zastygłych w spotkaniu ze śmiercią, lub poruszających się zbyt szybko dla ludzkich oczu. Bestia widoczna była w każdym geście walczących, czaiła się pod skórą, wyglądała spoza źrenic... A wszystkie te obrazy spływały świeżą, żyzną krwią. Morderca czuł jej zapach, krystalizujący się w powietrzu. I dreszcz rozkoszy, gdy porzucił formę fizyczną, i pozwolił by ta woń wniknęła głęboko w jego ciemność, mieszając się z nurtem czarnej rzeki... Tutaj, w sercu wojny, jednym światłem, na które mogłeś liczyć, był błysk odbity w ostrzu lub kłach przeciwnika. Wraz z tą myślą, poczuł, jak powraca mu pełna kontrola. Wyszkolone odruchy i reakcje starły arabeski niechcianych myśli, nakazując koncentrację na celu. Umysł stał się na powrót czysty, nabierając ostrości i temperatury stalowej klingi. Czas zdawał się zwalniać...
Upiorny strzęp mroku przemknął pod nogami walczących, niczym niewidzialne ostrze fatum. Istnienia wokół niego krzyczały, płonęły i zapadały się w niebyt, przemijając w kolejnych oddechach nocnego wiatru. Wśród tej symfonii brakowało jednej nuty, lecz odnalazł jej źródło szybko. Christian Pain, nieprzytomny Bóg Wojny, leżący na rękach towarzyszy nie mógł go teraz powstrzymać. Wszakże nawet bogowie ulegali przeznaczeniu. I nawet bogowie czasem umierali...
[center]

[/center]
Przyjął formę fizyczną tuż przy nim, stając pomiędzy dwoma Anarchistami, którzy wynosili na ramionach swego nieprzytomnego lidera. Zanim ktokolwiek z nich zdołał pojąć, co się dzieje, Assamita uderzył, szybko i bezlitośnie, niczym sama śmierć. Zakrzywione ostrze wbiło się głęboko w klatkę piersiową Brujaha, przebijając mostek i otwierając szeroką, poszarpaną ranę. Mimo to, ciało lidera Anarchistów nie rozpadło się. Morderca uderzył więc ponownie, lecz klinga ześlizgnęła się po twardych, niczym granit, mięśniach ofiary. Przerzucił więc khanjar do drugiej ręki i sięgnął ku ranie. Palcami wymacał bryłę serca i wyrwał je jednym ruchem z ciała przeciwnika.
Dwójka Anarchistów przed nim nie zdołała nawet tego zauważyć. Zanim zdołali uczynić cokolwiek, powaliły ich strzały z coltów, trzymanych przez dziewczynę, ubraną niczym aktorka popularnego westernu. I choć jej obecność była co najmniej kuriozalna, Morderca nie zwrócił na nią większej uwagi. Odbicie jej sylwetki zatańczyło w jego źrenicach i zgasło, pochłonięte przez czerń. A dźwięk wystrzałów zlał się w jedno, gdy kolejni Anarchiści po obu stronach Assamity upadli na ulicę. Nie poświęcił im nawet sekundy. Trzymane w dłoni serce przyciągało jego spojrzenie z magnetyczną siłą. Wzniósł je nad rozkładającym się ciałem Christiana Paina, które teraz, pozbawione oparcia runęło na spryskany krwią asfalt, niczym gnijąca marionetka. Czuł lepką czerwień, spływającą między palcami. Strzęp ciała w jego dłoni zdawał się emanować własną energią, niczym czarne słońce rozświetlające królestwo umarłych.
[center]

[/center]
- Bismikhaqimumma!* - szepnął i wbił kły w umierające serce Boga Wojny. Niemal natychmiast zmysły Assamity zalała szkarłatna fala mocy, wypełniającą jego istotę siłą, której wcześniej nie znał. Czuł się tak, jakby pił esencję z tętnic samej wojny, eliksir nieśmiertelności i ostatecznego triumfu... I wiedział teraz, że zwycięstwo należało do niego. Słowa silsila niosły prawdę, przepowiadając mu tą chwilę... Smakując tą chwilę przełknął ostatnie krople, a serce Brujaha zapadło się i zmieniło w popiół... Rozprostował palce, pozwalając by wiatr porwał te szare drobiny i rozsiał nad polem umierających i umarłych...
[center]***[/center]
I wtedy poczuł, jak jakaś potężna siła unosi go ponad ziemię. Pole bitwy zatańczyło mu przed oczami, w tysięcznych obrazach przemocy i agonii, w głowie zaś pojawiły się czyjeś słowa, wypowiedziane suchym, pozbawionym emocji głosem:
-
Właśnie zabiłeś faceta w głowie którego znalazłbym odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Mogę wiedzieć dlaczego to zrobiłeś Assamito?
Morderca obrzucił spojrzeniem chaos w dole i dostrzegł wysoką sylwetkę Karla Schrekta. Płaszcz z postawionym kołnierzem upodabniał go do złowieszczych postaci z czarno-białych filmów grozy. Tyle, że ten film był czarno-czerwony. I nie toczył się za bezpieczną barierą ekranu.
-
Wypełniam Kontrakt - odpowiedział szybko także używając myśli. -
To nie ma nic wspólnego z waszą wojną.
Czarodziej przyglądał się mu przez chwilę, oczyma płonącymi niczym dwa czarne karbunkuły.
-
A pojawienie się elity z Black Handu to przypadek, tak? - zapytał ponownie, z chłodną drwiną.
Morderca przypomniał sobie twarz Al-Aina. Teraz, wisząc ponad walczącymi mógł dostrzec jego towarzyszy szerzących śmierć w szeregach Camarilli. Archonci padali pod ciosami Czarnej Ręki.
-
I tak mi nie uwierzysz... - odrzekł spokojnie.
-
Zgadza się, Assamito - wysyczał głos w jego głowie. -
A więc umrzesz tutaj!
Siłą, która utrzymywała wcześniej jego ciało w górze zniknęła nagle, i poczuł kolejne uderzenie, posyłające go na bruk. Odbił się jednak lekko od zalanego posoką asfaltu i wykorzystując energię ciosu wykonał potrójne salto w tył. Nie tracą równowagi wylądował w lekkim rozkroku.
-
Przepowiedziano mi, że nie umrę tej nocy, Kafir - odparł bezgłośnie. -
Ale zawsze możesz to sprawdzić, tafaDDal...**
Czarodziej zaśmiał się:
-
Wiesz, że był na mnie kontrakt? - zapytał.
-
Nie.
-
Rozumiem, że wysłali młokosa na nowe ziemie?
-
Nie będę rozmawiał o sprawach Klanu - odrzekł i rozejrzał się szybko. Rozmowa zaczynała przybierać dziwny obrót i wolał przerwać ją nim dotrze dalej.
Ponad połowa lamp na ulicy była rozbita, lub całkowicie zdemolowana. Krew w jego żyłach wrzała niczym czarne, kipiące morze mroku. Sięgnął ku niej i ponownie zmienił formę, porzucając fizyczny kształt i próbując stopić się z mrokiem.
Jednak myśl Czarownika dosięgła go i w tej postaci.
-
Głupcze! Gdybyś wiedział kim jestem i co robię, także chciałbyś dowiedzieć się tego, co miał w głowie ten Anarchista.
Zaklął bezgłośnie. Przeklęty Tremere najwyraźniej nadal wyczuwał jego obecność.
-
Mektub. Wykonywałem swój obowiązek. Poza tym Christian Pain nie ma już niczego w głowie. Nie ma nawet głowy. A ja pożarłem jego serce. Wiec po co rozmawiamy, o czymś, co nie istnieje?
Myśli wzbiły się nad czarny ocean i zgasły. Instynkt podpowiadał mu, iż pozostanie dłużej w tym miejscu jest błędem. Musiał działać szybko. Pamiętał jednak o studzience ściekowej, z której wyłonili się członkowie Czarnej Ręki. Nie czekając na kolejne pytanie pomknął w tym kierunku, mając nadzieję zgubić Justycariusza. Myśl Tremera jednak biegła jego tropem.
-
Ach... Wiec zostałeś wysłany przez tych, których tropię, aby zatrzeć ślady - stwierdził Karl. -
Powiedz mi, dla kogo pracujesz?
-
Lubisz zadawać pytania, na które nie możesz uzyskać odpowiedzi? - widział już studzienkę i miał nadzieję dopaść do niej szybko.
-
Ja zawszę zadaje pytania, na które otrzymuję podpowiedź młody Assamito.
-
Nie tym razem, munafiqun...
Myśl urwała się w połowie, gdy między Mordercą a upragnioną droga ucieczki pojawiła się ściana roztańczonych płomieni.
Neik! Waa faqri*** światło! Poczuł, jak zaklęcie Tremera oddziela go od Ciemności, wrzucając na powrót w kajdany ciała. Ból rozbłysnął niczym zorza płonąca w zakończeniach nerwów. Rzucił się w bok niemal w ostatniej chwili unikając spotkania z ogniem. Przeturlał się po ziemi, podcinając przypadkiem kogoś, kto najwyraźniej miał pecha.
- Yel'an ekht yali khalafak bi ayree akit manyookee!**** - warknął, podnosząc się z jezdni.
Dłoń odruchowo musnęła wiszące przy pasie granaty. Mógł to zrobić, chciał to zrobić - psy z Camarilli zbierałyby przeklętego Czarodzieja z szerokości całej ulicy. Lecz wtedy przypomniał sobie swoje własne słowa, obietnicę, że wróci. Wiedział, że czekają na niego... No i Al.-Ain. Też był gdzieś tam, w tłumie walczących... Jego śmierć była sprawą wyboru, ale nie powinien pociągać za sobą brata... Poza tym miał obowiązek do wykonania...
Gdzieś na granicy pola widzenia pojawiła się znienawidzona sylwetka Justycariusza. Morderca rozejrzał się szybko, oceniając sytuację. Z jednej strony płonęły budynki uniwersytetu. Z drugiej znajdowała się wysoka, porośnięta drzewami skarpa. Nie czekając dłużej rzucił się w jej kierunku. Biegnąc, zmówił pospieszną modlitwę prosząc o to, by tamten niewierny sukinsyn powstrzymał się od użycia ognia. Choćby jeszcze przez chwilę. Grunt wznosił się stromo, lecz Potencja skradziona liderowi Anarchristów sprawiała, że pokonał połowę wzniesienia bez większego wysiłku. Dopadł do kępy gęstych zarośli i instynktownie rzucił się w bok. W ostatniej chwili. Tuż nad jego ramieniem świstnął bełt z kuszy. Pocisk wbił się w sąsiednie drzewo niemal rozszczepiając je na dwoje.
-
Mallus Nomitar, spotkałeś go. Jest w pełni sił? - kolejna myśl Tremera doścignęła go i teraz.
Spojrzał przez ramię i przyśpieszył, widząc postać Karla wspinającą się szybko po zboczu. Poły płaszcza łopotały nad chudą sylwetką Czarodzieja, niczym jakieś koszmarne skrzydła.
-
Kafr! Skup się lepiej na strzelaniu z kuszy, bo za dużo gadasz i kiepsko ci idzie - odgryzł się.
[center]

[/center]
-
Zabiłem tego, który został wynajęty przez moich wrogów - Czarodziej, najwyraźniej niezrażony kontynuował swoją tyradę. -
Był twoim bratem z Klanu, jednak sądzę, że rozumiesz. To była sprawa honoru. Niedługo wszakże do niego dołączysz...
-
Gratuluję... - posłał kolejną myśl, przeskakując nad powalonym pniem drzewa. -
Śmierć w walce to zaszczyt. Neik, możesz wreszcie wyjść z mojej głowy?
-
Skoro to taki zaszczyt to dlaczego uciekasz? - zaśmiał się Karl.
Morderca rzucił się w bok, kryjąc za kolejną kępą drzew, zanim tamten ponownie zdołał przycelować. Kolczaste gałęzie czepiały się odzienia i drapały go w twarz, nie były jednak w stanie przebić wzmocnionego Odpornością ciała.
-
Bo tym razem obiecałem, że wrócę - odparł. -
Ale nie martw się, jutro też jest noc...
-
To prawda, że mówią o was, że nigdy nie kłamiecie. Podziwiam to - kolejna myśl Karla niosła w sobie nieco filozoficznej zadumy.
-
Na'am,**** pewnie rzadko to widzisz we własnym domu... - syknął Assamita, mając na myśli zarówno klan Tremere jak i Camarillę.
Sytuacja naprawdę zaczynała działać mu na nerwy i zastanawiał się, jak długo tamten jest w stanie podążać za nim? Mógłby oczywiście poczekać tu gdzieś na niego... Ale wiedział, że ma za mało krwi. Głód tętnił w żyłach a bestia była niebezpiecznie blisko. Znacznie bliżej, niż życzył sobie tego kiedykolwiek... W tej sytuacji walka oznaczała nie tylko narażenie ciała, ale także i ducha. A na to nie mógł sobie pozwolić.
-
Puste słowa młodego wojownika, który nie wie o czym mówi... - odgryzł się zjadliwie Justyciariusz.
-
To skończmy tą rozmowę, szkoda na nią czasu - odrzekł Morderca i wtedy, znienacka znów otoczyły go płomienie. Los jednak był dziwką. Usłyszał, jak Karl śmieje się w jego głowie, wołając:
-
Płoń!
Rzucił się na ziemię, przetaczając po wilgotnych liściach. Ogień gasł z sykiem nie znajdując oparcia na impregnowanym materiale kurtki. Nie wstając przeturlał się pod osłonę kolejnego krzewu i ponownie sięgnął ku ciemności w swych żyłach, wzywając cienie z najgłębszych koszmarów...
- W imię Ahrymana - szepnął, zakrwawionymi wargami. - Niyaz, Friftar, Arast elu! Sabitu, elu! Urinu sahputum sa namaru utuu sunu!*****
Usłyszał w oddali stłumione przekleństwo z jakim Karl przedzierał się przez las. Wiedział jednak, że nie jest już sam. Czuł obecność innych istot, zrodzonych z serca nocy, skupionych wkoło niego, zapewniających mu ochronę i wsparcie. Porzucił postać fizyczną, by połączyć się z nimi. I już jako strzęp ciemności, ruszył naprzód bezgłośnie stapiając się z mrokiem, zalegającym pod konarami drzew...
Muszę uzupełnić krew. Mam tylko 3 PK. Robię to a później wracam do domu Atra-hasisa.
* arab. W imię Twoje Haqimie!
** arab. Proszę bardzo...
*** arab - Kurwa! Przeklęte ...
**** arab. Pieprzyć osobę, która sprawiła, że się tu znalazłeś!
***** arab. Tak
****** sumer. Niaz, Friftar, Arast powstańcie! Wichry znad morza ciemności, które jesteście synami ciemności, powstańcie! Oni są szybko rozprzestrzeniającymi się chmurami, które gaszą jasność dnia! (wezwanie demoniczne odnosi się do demonów Ahrymana, które pozmagają zwieść i oszukać przeciwnika).