PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 kwietnia 2016, 22:44

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

- Atra-Hasis był albo jest stary i wiekowy. Czy też pradawny jak sam powiedziałeś. Wątpię by był tak dobrotliwym wujkiem jakim go widzisz. Ile brudu i zła się go imało przez minione stulecia wie tylko on. Nie twierdzę, że jest przesiąkniętym złem potworem. Ale na pewno nie jest tak dobry jak sobie wyobrażasz. Ma swoje cele a to że bezpardonowo przystawił nam Namtara do głowy niczym rewolwer też o czymś świadczy. Przypadek możemy wyłączyć, taki wiekowy Kainita jak on nie robi takich pomyłek. Sam powiedziałeś, że stare wampiry mają cele które są poza naszym postrzeganiem. Dlaczego raz tą regułę zgrabnie stosujesz do Democritusa a boisz się zastosować do Red Wisdoma. "Przecież masz już swoje lata, naprawdę dziwi cię taka ewentualność?"

- Co do Democritusa to nie zamierzam go bronić. Obie możliwości są prawdopodobne i biorę poprawkę na obie wersje do czasu, aż uzyskamy więcej puzzli do układania. Równie dobrze jego nerwowe ruchy mogą wynikać z faktu, iż w Camarilli Lasombra nie miał by szans zajść wysoko. Ventrzaki by go wycięły w moment. No i jest jeszcze jedna kwestia. Kwestia zachowania twarzy. Jak wyglądała by jego eminencja książę w szczytnym gronie, gdyby się rozniosło, że tyle stek lat kłamał. Śmierć polityczna. A tego by nie zniósł, prędzej by przeskoczył do Sabatu niż stracił władzę i wpływy. Tego jestem niemal pewien.

- Zaś co do Namtara to nie planowałem go zanim zabić ani się o pozbyć. Źle mnie zrozumiałeś. Ja zamierzam pożegnać go tak szybko jak się da kiedy to się wszystko skończy. Różnica jest zasadnicza, w czasie.

Spoiler!
Jak wyglądały ruchy Sabatu na przestrzeni niecałych dwustu lat. Jak z perspektywy czasu Horacy by ocenił kwestię walki księcia z Sabatem?
Jak Democritus doszedł do władzy? Na fali zwycięskiej kampanii przeciw Sabatowi? Czy w jakiś inny sposób.
Poproszę o nieco więcej szczegółów o księciu. Bo strzelam w próżne.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 17 kwietnia 2016, 17:44

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Gdy Horacy zabrał się do wyjścia, nagle usłyszał głos Ravnosa:

- Horacy, poczekaj aż Namtar wróci.

Victoria także wsparła Ravnosa.

- Horacy wolałabym, byś został z nami. Mamy kilka rzeczy do wyjaśnienia i nikt nie będzie opuszczał domeny nim nie wróci Łowca.

- A jak nie wróci dzisiejszej nocy to z co zrobicie? Będziecie czekać kolejną tracąc czas. Muszę się napić, później nie będzie na to czasu. Spokojnie. Nic mi się nie stanie, znam miasto jak własną kieszeń. Pójdę "dołem".

Victoria odezwała się:

- Powiedziałam, że czekamy godzinę, potem zdecyduję co robimy - Horacy nie mógł nie zauważyć, iż Lasomba położyła szczególny nacisk na słowo "zadecyduję".

Ravnos dodał:

- Nie sądzisz chyba, że pozwolimy Ci odejść po tym jak powiedziałeś, że mógłbyś uciec. Poza tym, na zewnątrz jest niebezpiecznie, jeśli nie masz tam żadnych przyjaciół.

Terry wyglądał na nieco zmartwionego obserwując w milczeniu całą scenę.

- Właśnie, mam tam przyjaciół. A także rodzinę i bliskich o których się martwię i troszczę. Nie można ciągle żyć w strachu. Kiedy chciałem się rzucić z helikoptera nie sądziłem, że mam dużą szansę przeżyć. Nie chciałem jednak by coś przeze mnie stało się im, no i... Wam. - Horacy zakłopotany niczym uczniak przyłapany na mało męskiej słabości odwrócił wzrok unikając spojrzenia Lasombry. - Tajemnica jest bezpieczna, nikomu nic nie powiem. Obojętnie kim okaże się ostatecznie Red, mam wobec niego dług. Olbrzymi dług, i zamierzam go spłacić jak należy. A co do Namtara to nie chciałem by tak wyszło. A przynajmniej nie teraz kiedy jest potrzebny do wypełnienia testamentu. Później, on akurat, jest mi obojętny. W tym bezlitosnym mordercy jest trzy czwarte rzeczy którymi skrajnie gardzę.

- No to dlaczego chcesz wyjść, kiedy wszyscy proszą cię byś został? - odezwał się w końcu Świr przerywając milczenie. - Skoro sam przyznajesz, że masz u Czerwonego Mędrca olbrzymi dług i zamierzasz go spłacić jak należy, to dlaczego nie ugniesz się do jego ostatniej woli, z ktorej jasno wynikało byśmy wspólnie odnaleźli jego zabójców? Dlaczego upierasz się by robić rzeczy po swojemu, bez względu na postanowienia Koterii? Dlaczego co rusz traktujesz nas jak wrogów, którzy chcą ci zrobić krzywdę, okłamać, okraść czy stłamsić? Rozumiem i akceptuję fakt, że nie jesteśmy i być nie musimy przyjaciółmi. Jednak ze względu na pamięć Atra-Hasisa powinniśmy współpracować. Rozumiem też, że nie musisz nas nawet lubić. Ale może na czas naszego zadania warto zacisnąć kły i zwyczajnie zrobić co do nas należy? Każde z nas to robi, dla dobra sprawy. Spójrz na mnie. Jestem kapłanem Boga Prawdziwego, w Trójcy Jedynego. Kilka razy próbowałem nakłonić was do wspólnej modlitwy, jednak za każdym razem byłem wykpiwany albo ignorowany. A jakoś nie mówię o żadnym z was źle, nie mam pretensji ni żalu. Co tam, współpracuję z Duchem wprost z Otchłani. Bezlitosnym Mordercą, jak go opisałeś. Ostatnia osoba, jaką można by posądzić o bycie w tej samej Koterii co ja. Ale zamknąłem buzię i pracuję z nim. Bo sprawa ta jest ważniejsza niż moje osobiste bolączki czy wątpliwości. Swoją drogą, dlaczego nazywasz go bezlitosnym? Owszem, słyszeliśmy z jakiej linii krwi się wywodzi, ale widzieliśmy tylko jego tryb wojownika, a nie mordercy. W każdym razie, naprawdę mocno cię proszę, skup się na spłacie długu. I nie wychodź teraz, zaczekajmy na Łowcę i wtedy załatwimy kwestię krwi. Nie ty jeden jesteś głodny.

Liderka koterii poparła Malkawianina mówiąc spokojnie, acz stanowczo:

- Proszę, usiądź Horacy. Rozumiem twoje poddenerwowanie ale to nie czas, by słuchać emocji. Zdecydowałam już, że poczekamy godzinę i to jest koniec dyskusji. Zostajemy tutaj.

- Dobrze, nec hercules contra plures. Skoro tak, zostaje i proponuje poświęcić ten czas na podsumowanie tego co już wiemy - zakończył patrząc na Victorie. Wyraźnie oczekiwał że zabierze głos.
Do 20 kwietnia Zin-Carla jest po za zasięgiem, więc nic nie napisze. Jutro Sigil będzie pisał posta jak Namtar wrócił do domu Red'a, więc jak chcecie coś jeszcze dodać to proszę pisać. Nie chcę przetrzymywać gracza, tym bardziej że musiałby czekać aż Zin-Carla się pojawi.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 18 kwietnia 2016, 16:32

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Zaparkował samochód na tyłach jakiegoś budynku, który wyglądał opuszczony w pośpiechu. Miał nadzieję, że nikt nie znajdzie go tu, jeszcze przez chwilę. Wysiadł i ruszył w kierunku posiadłości klienta... A może Victorii... Zresztą, czy miało to teraz jakieś znaczenie?

Był zmęczony. Wydarzenia ostatnich kilku godzin wyczerpały go fizycznie i mentalnie. Szedł jednak szybko, właściwie prawie biegł. Niepokój o los Koterii Atra-hasisa towarzyszył mu odkąd uciszył głód. Słuchał jego podszeptów przez cała drogę, zaciskając ręce na kierownicy i wciskając pedał gazu do oporu. Wiedział, że go wystawili. Szczur i ta kobieta... Która nie mogła uciec od zepsucia toczącego jej żyły. Terry był w porządku, zdążył go ostrzec. Reszta chciała jego śmierci... Czy działali w zmowie z Torreadorem czy tylko wykorzystali właściwy moment? Nie umiał powiedzieć. Nie mógł być także pewien Darshana... Ravnos nie musiał przecież mieć z tym nic wspólnego... Właściwie, gdyby nie to i słowa Terrego rozwiązałby tą sytuację ostrzem... Wciąż jednak był ich ochroniarzem i miał obowiązki do wykonania. Przynajmniej dopóki nie będzie wiedział na pewno... Cała ta sytuacja... Była tak absurdalna, iż chwilami nie wiedział, co o niej myśleć. Trzymał się więc rzeczy, które znał: Kontraktu, obowiązku, honoru. Kuffrowie byli aroganccy, głupi i beztroscy na tyle, by nie zauważyć zagrożenia, które czaiło się tuż obok. Scareface mógł chcieć wyeliminować go z jednego tylko powodu. Aby móc zlikwidować resztę. I Morderca nie sądził, by Torreador podziękował pozostałym za pomoc w pozbyciu się ochroniarza.

A jednak, gdy wyszedł za zakręt ulicy ujrzał światła w posiadłości Atra-hasisa. Przez chwilę poczuł tak ogromną ulgę, że niemal się zatoczył. A więc wyglądało na to, że przetrwali. Być może los starał się nieco zrehabilitować... Przeciął trawnik i ruszył ku głównemu wejściu. Gdy wbiegał na schody ulga w jego sercu ścichła powoli zastąpiona gorzką świadomością tego, co ten fakt oznaczał. Jeśli przetrwali Torreador nie okazał się ich wrogiem, lecz sprzymierzeńcem, pomagając im usunąć problem, jakim był Morderca. Aby mogli odwrócić się do obowiązku? Być może... Wiedział, że czeka go teraz cholernie ciężka rozmowa. Ujmując klamkę pomyślał, że dałby wiele, aby tylko jej uniknąć... I poczuł, jak wszystkie jego noże odpowiadają mu uśmiechem...

[center]***[/center]
Usłyszał ich głosy już z korytarza i nie zwalniając skierował się do biblioteki. Gdy wszedł rozmowy urwały się, jak ucięte nożem. Wszyscy zastygli na moment niczym postacie na zatrzymanej klatce filmowej, tak, iż miał wrażenie, że znalazł się wewnątrz jakiegoś przedstawienia. Jak gdyby wszystko - ich spojrzenia, gesty, wyrazy twarzy, a także jego wejście zostało starannie wyreżyserowane i zawierało jakieś tajemnicze, ukryte znaczenie... Otrząsnął się błyskawicznie z tego dziwnego odczucia. Jego twarz momentalnie stężała w rodzaj obojętnej maski, kryjąc czające się za nią emocje.

- Dostałem Paina - odezwał się. - Piłem krew jego serca. Teraz jest martwy.

Zanim ktokolwiek zdołał odpowiedzieć, czy zrobić cokolwiek, Morderca odezwał się znowu. Tym razem jego głos brzmiał nienaturalnie spokojnie, prawie łagodnie. A jednak znali go już na tyle długo, by wiedzieć, jak blisko ich krtani znalazło się nagle zakrzywione, arabskie ostrze Klanu Łowców.

- Wiem, że mnie wystawiliście. Nie wierzę, że ktokolwiek nawet Karl Shreckt mógłby usłyszeć wyciszony strzał z niewidzialnego śmigłowca. A jednak nie chcieliście, bym strzelił. Woleliście, bym tam zszedł, mając nadzieję, że Tremere mnie wykończy... Wiedzieliście, że obiecałem wam śmierć tego anarchistycznego psa. I że nie mam wyjścia... Musiałem to zrobić. Toz*. Jesteście dla mnie nikim...

Spojrzał na Horacego i Victorię ignorując na chwilę pozostałych.

- Terry zdążył mnie ostrzec. Zabiłem Paina i oszukałem Shreckta. Wróciłem, choć pewnie się tego nie spodziewaliście... Shraameet! Inti mafish Mukh** Przelewam za was krew. Nigdy się nie zawahałem by to zrobić. Tak jak nie zawaham się zginąć, jeśli będzie trzeba. Ale wy tego nie szanujecie. Teraz to wiem. Nie szanujecie ani mojej krwi, ani mojego Klanu, tak jak i nie szanujecie woli mojego Klienta... Ale powiem wam coś. Neekni wlaa tneek hargeti.*** Jeśli zginę przez kogoś z was, Klan się o tym dowie. I nie będzie miejsca, w którym zdołacie się ukryć.

Dłoń Assamity odruchowo powędrowała ku rękojeści sztyletu, jego głos jednak nie zmienił natężenia, ostrzegając, iż lód na tym spowitym mrokiem jeziorze jest naprawdę cienki.

- Ja nie zapomnę i Klan nie zapomni. In'a'al mayteen ehlak.****

- To nie dotyczy ciebie, Terry - dodał po chwili, patrząc na Świra. - Shukran. Dziękuję, że ostrzegłeś mnie przez tym Tremerskim psem. A ty, Darshan, nie wiem, czy miałeś coś wspólnego z tym śmietnikiem tutaj... Chciałbym myśleć, że nie musisz obawiać się prawdy. Teraz, idę się poskładać. Jestem ranny. Ale nie przejmujcie się tym - błysnął kłami w stronę Victorii i Horacego. - Wciąż jestem w stanie zabić was nim zdołacie wymyślić jakieś nowe kłamstwo...

[center]Obrazek[/center]


* arab. Pieprzcie się.
** arab. Dziwki! Nie macie mózgu - mocno obraźliwe.
*** arab. Możecie pieprzyć mnie, ale nie pieprzcie moich słów.
**** Cholera, jesteście martwi.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 18 kwietnia 2016, 17:36

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, powrót Mordercy 11.08.1993

Kiedy Darth Namtar wszedł do pokoju, twarz Terry'ego rozjaśniła się w niekrytej radości. Ale wtedy Łowca przemówił. Christian Pain, Legendarny Anarchista, koszmar Camarilli. W proch się obrócił. Jego ścieżki nie były ścieżkami Pana, skoro skrzyżowały się ze ścieżkami Terryego i doprowadziło to do jego śmierci. Trudno. Nie było mu go żal jakoś szczególnie, ale wiadomość o czyjejś śmierci zawsze pozostawiała pewną... Pustkę.

A Mroczny Jedi mówił dalej. I z każdym jego słowem uśmiech na twarzy duchownego malał, by wkrótce zostać zastąpionym przez troskę i odrobinę smutku. A kiedy Morderca powiedział wszystko co miał do powiedzenia, Terry podszedł do niego i zawołał nim ten zdołał się oddalić.

- Poczekaj, zanim pójdziesz, wysłuchasz mnie?

Assamita spojrzał na niego w milczeniu. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, kiedy zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu, po bezlitośnie przedłużającej się chwili, lekko skinął głową.

- Cieszę się, że wróciłeś. Naprawdę dobrze, że jesteś. - uśmiechnął się Malkavianin przyjaźnie. Naprawdę się z tego cieszył. Co na pewnym poziomie lekko go przerażało i trochę bawiło. Sługa Światła, który radośnie wita wysłannika Ciemności. Nawet w jego szalonej głowie brzmiało to niedorzecznie. Niemniej, cieszył się. Po chwili jednak spoważniał. Nim znów się odezwał, zwilżył usta językiem.

- Po twoich słowach muszę przyznać, że jakby spojrzeć na to w ten sposób to rzeczywiście nie wygląda to najlepiej - Pokiwał głową ze zrozumieniem. - Powiem ci więc, jak to wygląda w moich oczach. Pamiętasz jak powiedziałem do ciebie, że to nie czas na to zabójstwo?

- Na'am. Pamiętam. - odpowiedział krótko Łowca.

- Nie powiedziałem do ciebie, byś nie strzelał. Nie chciałem byś w ogóle zajmował się tym w tamtej chwili. Dopiero kiedy wyskoczyłeś zrozumiałem, że nie ubrałem tej myśli we właściwe słowa. Przepraszam. Nie chciałem, żebyś to robił, bo jak wtedy wspomniałem, nie mogłem pozbyć się myśli, że stanie się coś złego. I uważam, że stało się coś złego, nie wiem jeszcze tylko co.

- Wiem, że nie chciałeś. Wcześniej myślałem, że wszyscy wiecie, co obiecałem. W końcu to dotyczyło koterii. Nie mam nic do ciebie, kafir. Afham.*

- Nikt z nas nie chciał twojej śmierci i myślę, że każdy był w równym stopniu zaskoczony kiedy nas opuściłeś - kontynuował duchowny. - Czarna Victoria była wręcz wstrząśnięta. Horacy także rozumie jak jesteś potrzebny. Nie oczekuję, że w to uwierzysz, ale nie przekreślaj ich jeszcze.

Morderca skrzywił wargi w zimnym uśmiechu, który bynajmniej nie wróżył obecnym niczego dobrego.

- Jeśli tak jest, jak mówisz, to dlaczego chcieli, bym naciął się na Shrekta? Nikt mnie nie ostrzegł, poza tobą. Przeklęty Torreador nie zostawił mi wyboru. Neik, nie mogłem złamać obietnicy i Horacy to wiedział. Chyba, że znów sądził, że jestem podobny tym zachodnim kundlom, które wy nazywacie wojownikami? Elif air ab Camarillah.** Obiecałem i przypieczętowaliśmy to krwią. Ja nie łamię danego słowa.

- Torreador faktycznie wiedział, że ten Czarodziej tam jest. Wiem, bo później przywołał jego imię w rozmowie. Natomiast ja powiedziałem o nim tylko tobie. Więc wcale nie jestem pewien, czy oni w ogóle byli świadomi jego obecności. - machnął ramieniem za siebie, wskazując na Horacego i Mroczną Panią. I dopiero kiedy ponownie spojrzał na Łowcę, dotarły do niego jego słowa. Uniósł brwi, zdziwionym głosem zadając pytanie. - Jak to przypieczętowaliście krwią? Co masz w ogóle na myśli?

- Horacy mówił, że Pain zechce dorwać koterię. Dlatego, że go nie zabiłem. Moja porażka w walce naraziła was. Obiecałem, że zajmę się tym - głos Assamity pozostawał zimny i spokojny, streszczając wydarzenia na podobieństwo odczytywanego telegramu. - Później dał mi krwi. Nie swojej, jakiegoś Anarchisty, ibnal kalb.*** To akurat było w porządku. Aadhi.**** - Morderca wzruszył ramionami jakby tłumaczył coś zupełnie oczywistego. - Szczur myślał, że jestem ranny. Nie mogłem mu pomóc w z jego problemem, więc skupiłem się na obowiązku usunięcia zagrożenia. Yjb 'an 'aqum bih hdha.***** Krew jest święta. Myślałem, że wszyscy tego oczekujecie.

Terry'ego zatkało. Do tego stopnia, że otworzył usta ze zdziwienia.

- Zaraz. Mówisz, że Horacy zapłacił ci za tą śmierć? - obejrzał się na Nosferatu. Miał już się do niego odezwać, kiedy kolejny element wypowiedzi Assamity zastukał do jego głowy. - Nie mogłeś mu pomóc z jego problemem... Jakim problemem? Dlaczego reszta z nas nic o tym nie wie?

Ponownie spojrzał na Horacego, tym razem z wyraźnym oburzeniem i jakby pretensją. I ponownie chciał się do niego odezwać, lecz znów zmuszony był poczekać. Mroczny Jedi również wydawał się być zdziwiony tą rozmową, chociaż nie w takim stopniu jak Malkavian.

- Nie zapłacił - Morderca potrząsnął gwałtownie głową, jakby sam pomysł tego rodzaju wzbudzał w nim głęboki sprzeciw. - Nie brałem Kontraktu na boku. Mamnú'a.**** Po prostu chodziło o wypełnienie obowiązku. Pain stanowił zagrożenie z mojej winy. Miałem go usunąć, by zmyć plamę na honorze. Hal tafham?***** Krew była pieczęcią, oznaką szacunku, a nie zapłatą. Nie wziąłbym za to zapłaty...

Mimo wszystko, choć głos i mimika Assamity nie zdradzały absolutnie niczego, Terry zaczynał mieć pewność, że Morderca nie do końca zdaje sobie sprawę z implikacji swych wypowiedzi. Powoli chyba także docierało do niego, iż rzeczy nie były takimi, za jakie je uważał...

- Horacy... - zawahał się na chwilę patrząc na Szczura i zastanawiając się, czy powinien o tym mówić. Wszakże jednak Nosferatu próbował doprowadzić tej nocy do jego śmierci. Ten fakt przeważył, by Łowca porzucił zwykłą lojalność względem potencjalnego klienta. - Horacy chciał, bym zakołkował Rustego. Nie zabijał, unieszkodliwił i mu dostarczył. Bezapt kidda.****** Powiedziałem, że nie mogę się tym zająć. Jestem aktualnie na Kontrakcie. Poza tym Szczura i tak nie stać na wynajęcie specjalisty mojej klasy.

- Rozumiem - Malkavian pokiwal głową. Te kilka słów które zostały wypowiedziane, rzucały nieco inne światło na wcześniejszą rozmowę. Wiedział już, że ponownie będzie chciał porozmawiać z Nosferatu. Ale nie teraz. Nie ma sensu zaogniać sytuacji, dopóki wszystko się nie wyjaśni.

- Nie oczekiwaliśmy tego od ciebie, Duchu z Otchłani. A już na pewno nie tego, że będziesz podejmował takie ryzyko. Myślę, że wszyscy wolelibyśmy, aby w przyszłości nie dochodziło do podobnych sytuacji. Potrzebujemy cię w pobliżu, a nie biegającego za celami. I myślę, że nikt nie zaprotestuje, jeśli poproszę cię w imieniu nas wszystkich, byśmy na przyszłość w podobnych sytuacjach usłyszeli o powodach decyzji w skutek której się od nas oddalisz, zanim to zrobisz. Bo my zwyczajnie nie mieliśmy tej wiedzy.

Morderca nie ozywał się przez dłuższą chwilę, najwyraźniej próbując ułożyć sobie jakoś to co właśnie usłyszał. I zrozumieć, co tu się, do cholery, dzieje.

- Więc to nie była wasza decyzja... - odezwał się w końcu cicho. - I Horacy wam nic nie powiedział... Leysh? Dlaczego?

Dłoń Mordercy zacisnęła się na rękojeści khanjar. Cisza, która nastała po jego pytaniu miała swą własną wagę. I gęstość. Malkavian zrozumiał, że rozmowa poszła w nieco innym kierunku niż miał nadzieję. Zanim się odezwał, przełknął ciężko ślinę.

- Dobre pytanie. Widzisz, Charleston to jego miasto. Zgaduję więc, że z potrzeby chronienia go. Christian Pain jakby nie patrzeć, był poważnym zagrożeniem. A ponieważ po wydarzeniach w Nyctofilii w istocie mógł się okazać również groźny dla nas, pewnie uznał, że kwestią czasu tylko jest jak zacznie nas szukać. Horacy naprawdę się tym wszystkim przejmuje i jest mu najciężej z nas wszystkich. Bądź co bądź na jego oczach płonie jego miasto. Nie wiem co prawda dlaczego nic o tym nie wspomniał, ale jestem w stanie uwierzyć, że z przejęcia o tym zapomniał. - Terry był zły. Musiał ostrożnie dobierać słowa by nie skłamać, a jednocześnie nie pogrążyć Horacego. Wiedział, że jeśli nie zrobi tego w tej chwili, to może polać się krew. Dużo krwi.

- Jak jednak mamy teraz okazję zaobserwować, takie niedopowiedzenia mogą prowadzić do niepotrzebnych napięć i dziwnych sytuacji. Jest to cenna nauka dla nas wszystkich, wierzę że wyciągniemy z niej odpowiednie wnioski - powiedział w kierunku reszty Koterii, jednak wzrok utkwił w Nosferatu. Tak by wiedział, że do niego kieruje te słowa. Następnie ponownie zwrócił się do Łowcy. - Czy teraz widzisz, że nikomu nie zależy na twojej śmierci? Wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak jesteś potrzebny i co ci zawdzięczamy.

Morderca milczał przez chwilę, a później spokojnie zadał tylko jedno, jedyne pytanie:

- Terry, czy ktokolwiek z was okłamał mnie?

Malkavian zagryzł wargi. Właśnie takich pytań chciał uniknąć. No cóż, stało się. Westchnął głęboko i wyrzucił z siebie odpowiedź.

- Nic mi nie wiadomo na ten temat. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że ja nigdy tego nie zrobiłem.

Namtar wpatrywał się w księdza przez jakieś pół minuty, stojąc zupełnie bez ruchu i Terry miał dziwaczne wrażenie, że czas się zatrzymał i że będą już tak stali wiecznie, pośrodku tego dziwnego zgromadzenia i ciężkiej ciszy, o słonym posmaku stali. W końcu jednak Assamita odezwał się:

- Mashy,******** wierzę ci. Nie rozumiem tego, co się tu dzieje i nie rozumiem was. Nie chcę by ktoś próbował mnie mieszać w ten przeklęty teatrzyk. I jeśli jakiś nayaak ghbar********* spróbuje sobie ze mną pogrywać, wyrwę mu serce. Jak wyrwałem Painowi. Hal tafhamuni?********** Teraz idę się wyleczyć. To wszystko co mam do powiedzenia.

Terry skinął głową w milczeniu i nie dodał nic więcej.



* arab. Rozumiem.
** arab. Tysiąc chujów w Camarillę!
*** arab. syna psa.
**** arab. To normalne.
***** arab. Musiałem to zrobić.
****** arab. to zabronione
******* arab. Rozumiesz?
******** arab. Dokładnie tak.
********* arab. OK
********** arab. pierdolec
*********** arab. Rozumiecie?
Sigil cooperation

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 18 kwietnia 2016, 21:23

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, powrót Mordercy 11.08.1993

Victoria nie zabrała głosu. Znów wszedł Łowca i znów cała koteria zogniskowała swoje skupienie na jego osobie. Może kto inny powinien zostać liderem tej koterii? Pojawił się przewrotna myśl w absurdalnie niezaangażowanej w tej chwili głowie szalonego mistyka.

"- Nikt z nas nie chciał twojej śmierci i myślę, że każdy był w równym stopniu zaskoczony kiedy nas opuściłeś -"

Jak Terry mógł być tak naiwny i w to wierzyć? Czy może chciał udobruchać Namtara? To co Assamita odpowiedział rozwiało chyba jednak wszelkie wątpliwości wielebnego. Zaskoczenie w oczach księdza, po którym nastąpiło coś na kształt złości mówiło wszystko. Do Terrego dotarło jaką Horacy był szują. Mistykowi nie podobało się, że muszą czekać. Musiał się pożywić i przede wszystkim pomedytować. Uziemić się, zharmonizować. Za dużo energii przepłynęło przez jego ciało i jak wszystko co istnieje potrzebował chwili regeneracji. Przestawał traktować rzeczywistość poważnie, a przynajmniej te jej elementy, które były związane z wypełnieniem zobowiązań wobec Atra-hasisa. Kiedy Assamita wychodził, Darshan wstał i wyszedł za nim. Przechodząc przez próg widząc w którą stronę kieruje się zabójca powiedział:

- Chciałem ci coś powiedzieć. - po czym ruszył spokojnie w tą samą stronę. Oddaliwszy się nieco od biblioteki dokończył:

- Nie znam dokładnie waszych zwyczajów, mam na myśli twój klan i nie wiem czy nie postąpiłem nietaktownie ale pomogłem ci w walce unieruchamiając Paina. Kierowałem się dobrem naszej misji i zależało mi na tym abyś był w stanie szybko powrócić z tego pola walki. Nie chciałem tego mówić przy Horacym i wolałbym, żeby się o tym nie dowiedział.

- Rozumiem. Shukran.* To dużo ułatwiło. Mógłbym nie dać rady z nimi dwoma na raz - odrzekł cicho Assamita.

- Kiedy skończysz będziemy musieli się pożywić, wszyscy.

- Przyjąłem - Namtar kiwnął głową. - Potrzebuję dwudziestu pięciu minut. Później będę gotów do działania.

Dla Ravnosa to było wszystko, mało słów, prosta treść. Tak wolał się teraz komunikować. Mówienie było takie..., powierzchowne i nieprzekonywujące.
Po tym Hindus idzie z powrotem do biblioteki, jeśli Assamita coś odpowie to najpierw poczeka chwilkę, żeby tego wysłucha, ale nie nastawia się na jakąś wymianę zdań. W bibliotece będzie czekał na rozwój wydarzeń, nie odezwie się pierwszy.
Post pisany z Sigilem.
* arab. Dziękuję.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 21 kwietnia 2016, 16:41

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 11.08.1993

Lasombra milczała siedząc w fotelu biblioteki. Słuchała uważnie toczącej się rozmowy i nie mogła znieść uczucia, że tracą czas na czcze dyskusje. Mieli tak mało czasu, a tak wiele niepotrzebnych słów i sytuacji opóźniało ich ruchy. Za każdym razem, gdy wydawało jej się, że już się dogadują, kolejne spięcia wypływały na wierzch jak boja.

Niemal podskoczyła z wrażenia gdy usłyszała to, co powiedział Assamita. Nie chciała jego śmierci ani tego by skakał, nie wiedziała o Tremerze, niby skąd miała, i nie wiedziała czemu ją o to oskarża. Do tego doszła informacja o prywatnych konszachtach Horacego i Namtara. Myślała, że wymieniają się wszystkimi informacjami, jako drużyna i nikt nie robi interesów na boku. Chyba była nazbyt naiwna. Nic nie mówiąc wpatrywała się w dal ważąc informacje. Siedziała z posępną miną a jej długie, czarne włosy miejscami sklepione od mułu jeziora, spływały po ramionach jak u topielicy.

Gdy Assamita oddalił się, a po chwili wyszedł za nim Darshan, Viktoria zabrała głos.

- Horacy jesteś głupcem jeżeli myślisz, że książę niebyły w stanie zniszczyć miasta, które budował przez lata. Widać, że nie masz zbyt wielkiego doświadczenia w interesach z Klanem Nocy. To nie szlachetni Ventrue, którzy przestrzegają praw, chronią tych, którzy im służą i mają swój honor. Nie widzę dlaczego Democritus nie mógłby czekać latami by zadać planowany cios. To działanie w stylu naszego klanu. Mówi się, że nasi przodkowie układali się z demonami i samym diabłem by rozwijać dyscypliny i sięgać po nieograniczoną władzę... Gdyby książę nie miał parszywych myśli w swojej przeżartej żądzą władzy głowie - Viktoria podniosła głos a jej słowa pobrzmiewały nienawiścią, - dlaczego nie wstąpił do Camarilli oficjalnie jako Lasombra... skoro jest taki dobry i miłujący. Nie. Nigdy nie słyszałam o żadnym członku mojego klanu, innym od mnie i mojego ojca, który wstąpił by do Camarilli. A chęć schronienia w niej była dla nas większa od pragnienia władzy... gdyż wyrzekliśmy się wszystkiego by tylko żyć w harmonii z innymi.

Viktoria zamyśliła się przez chwilę.

- Nie bądź zwiedziony pozorami. Lasombra są mistrzami w tworzeniu ich. Książę musi być doskonałym manipulatorem, skoro nigdy nikt nie widział zdradzającego się swoim pochodzeniem. Albo też - zawiesiła głos - wszyscy co wiedzieli, zginęli. Dlatego nie możemy sobie pozwolić, by ktokolwiek się dowiedział, że my też wiemy. Democritus musi mieć też dużą wiedzę o Klanie Strażników. Inaczej nie udało by mu się utrzymać tak długo tej farsy. Obsesja kontroli świata i poczucie, ze jest się lepszym od wszystkich to natura księcia, której możemy być pewni. Mój klan to darwiniści społeczni, drapieżniki, eleganckie i nieludzkie potwory... Jedyną wartością dla nich jest władza, nie służba dla czyjegokolwiek dobra. Wiem o czym mówię. Mówię o własnym klanie. Zbyt wiele widziałam, zanim przystąpiłam do naszej organizacji. Jesteśmy w niebezpieczeństwie większym, niż myśleliśmy...

Wstała raptownie z fotela. W tym samym momencie wszedł Ravnos.

- Wkrótce pójdziemy razem do Elizjum. Chcę więc powiedzieć jasno! - Głos Viktorii zmienił się z zamotanego we wspomnieniach w ostrą brzytwę. - Musicie uważać co i do kogo mówicie. To Elizjum dla starszych. Nikt nie będzie nas prowadził za rączkę, klepał po ramieniu i pokazywał bezpiecznych wyjść z sytuacji. Musimy się skoncentrować na tym co do nas mówią i jak odpowiedzieć by nie zdradzić się ani naszej misji. Bądźcie świadomi, że wszystko co powiemy może tam być wykorzystane przeciwko nam. Dlatego - odwróciła się w stronę Horacego - nie paplamy byle czego byle komu - patrzyła się szczurowi prosto w oczy. - Nie wiemy kto jest kim w tej grze. Nie znamy już do końca jej zasad. Myślę, że po prostu żadnych nie ma. To będą ważne chwile i jeśli ktoś wpakuje nas w tarapaty, nie zawaham się poprosić Assamity by poczęstował winowajcę swoim kołkiem - jej wzrok był dość groźny i widać było, że nie żartuje. - Jeżeli ktoś więc planuje odstawiać błazna to lepiej niech zrobi to teraz i oszczędzimy sobie zachodu - wciąż wpatrywała się w Horacego znacząco. - Nie wiemy, komu można ufać i chyba było to już jasno powiedziane.. W mieście jest wojna, każdy może być naszym wrogiem. Red powiedział by nie ufać nikomu poza koterią i tego się trzymamy. Co też mam wrażenie było już poruszone tysiące razy.

Viktoria rozejrzała się po wszystkich czy jej słowa dotarły tam gdzie miały. Nie chciała na razie powracać do przeszłych spraw. Była zmęczona i chciała odpocząć. Musiała jeszcze spróbować skontaktować się z Claire, która była w jej bibliotece... Gdzie były podobno dowody na pochodzenie Democritusa.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 21 kwietnia 2016, 19:50

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Kiedy Łowca opuścił pomieszczenie, Czarna Victoria zabrała głos. Zwróciła się do Horacego i Terry musiał odczekać chwilę, nim samemu zaczął do niego mówić. Być może nie powinien tego robić bezpośrednio po istotnych wytycznych Mrocznej Pani, ale to co usłyszał, przelało czarę goryczy. Gdy tylko LaSombra skończyła, postanowił, że teraz jego kolej. Tym razem jednak, twarz duchownego zatraciła swój zwyczajowy, łagodny wyraz. Spod lekko uniesionych warg błyszczały kły, zmarszczone brwi odebrały jego spojrzeniu jakiekolwiek oznaki wyrozumiałości. Jeśli Malkavian kiedykolwiek ulegał złości, nie ulegało wątpliwości, że to jest jedna z tych chwil.

Powoli ruszył w kierunku Horacego, zatrzymując się dopiero, kiedy stanęli twarzą w twarz. Odezwał się, ale jego głos bardziej przypominał warczenie niż ludzką mowę.

- Co ty odwalasz, szczurze? Gardzisz nim i go nienawidzisz, a dajesz mu token szacunku? Chcesz go wynająć, kiedy ma dużo ważniejsze zadanie? Co, bardziej ci zależy na ziomeczkach z miasta, niż na spłaceniu Reda? Twoje słowa i czyny sobie przeczą. Jesteś fałszywy jak trzynastodolarówka. Brzydzę się tobą. Wierzyłem w ciebie, zawsze stawałem w twojej obronie, kiedy prowokowałeś Łowcę, tłumaczyłem to sobie jego drażliwością, ale dość! Pora, żebyś coś zrozumiał. Mamy zająć się szukaniem zabójców Atra-Hasisa. Niczym więcej. Tam na zewnątrz toczy się wojna, a to oznacza tylko jedno, teraz nasz świat się dzieli na nas, Koterię Reda i na nich, wszystkich którzy nie są w Koterii Reda. To jest tak proste. I nieważne ilu masz przyjaciół, synów czy córek na zewnątrz. Każdy tam jest potencjalnie na usługach wroga. Każdego można związać krwią lub zdominować. Mieliśmy swój czas na osobiste misje ratunkowe. Teraz tam na zewnątrz giną Kainici, a zegar zagłady wskazuje za minutę północ. I ten czas się skończył. Teraz mamy już tylko jedno zadanie. I im szybciej je wykonamy, tym szybciej nie będziesz nas musiał oglądać. Ani my ciebie. Ale do tego czasu stań po naszej stronie. Bo tam na zewnątrz czeka na ciebie tylko śmierć.

Terry był wściekły. Wszystko się sypało i nic już nie było jasne. I tylko co rusz nowe wątpliwości i pytania bez odpowiedzi. Jak na przykład...

- A tak na marginesie, skąd wytrzasnąłeś dla Mordercy krew anarchisty? Polujesz nocami jak nikt nie patrzy? Czy grasz na kilka frontów i zbierasz fanty? - Jego kły wciąż były wyszczerzone, a wzrok skupiony na rozmówcy. Wyglądał, jakby miał się za chwilę rzucić na Nosferatu.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 22 kwietnia 2016, 00:02

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy był pochłonięty w swoich własnych myślach. Nadal wydawało mu się nieprawdopodobne by książę był z klanu Lasombra. Jego umysł zwyczajnie nie potrafił tego zaakceptować. Pozostali zdawali się przyjąć to za pewnik. Tymczasem stary szczur tak bardzo przywykł do myślenia przez dwieście lat o Democritusie w kontekście opiekuna i obrońcy, choć ubrudzonego władzą, że nie potrafił tego nadal zaakceptować. Owszem sporo rzeczy składało się w jedną całość przez to ale...


Rozważania przerwało wejście Namtara i stary szczur musiał przyznać, że sytuacja zrobiła się dla niego wybitnie nieciekawa. Grozą powiało kiedy zabójca rzucił jawną groźbę w stronę jego i Victorii. Chciał coś powiedzieć, lecz tym razem postanowił się wstrzymać. Dać czas. By opadł bitewny kurz a wraz z nim emocje.

Horacy musiał przyznać, że kiedy wszedł poraniony Namtar jakaś część szczura odetchnęła z dużą ulgą. Nie wątpił że da radę. Liczył na to. Z zaskoczenia zawodowy zabójca miał niesamowitą przewagę. I na to liczył Horacy. Co innego w równym pojedynku. Przyłapał się, że nie słucha Victori dość uważnie. Postanowił nie negować jej wywodu czując że to przelałoby czarę i u niej, i oddać swoim własnym błyskotliwym przemyśleniom...

- Horacy jesteś głupcem...

Ostro zaczęła, to lubię.


To nie szlachetni Ventrue, którzy przestrzegają praw...

Wszyscy u władzy są tacy sami moja droga, tylko jedni bardziej pozorują a inni nie.

...dlaczego nie wstąpił do Camarilli oficjalnie jako Lasombra...

I to jest bardzo dobre pytanie moja droga. Z jednej strony Ventrue nie dali by mu wyjść za wysoko, na co miał nadzieję. A może jej nie miał. Może celowo został na poziomie księcia choć mógłby być wyżej, znacznie wyżej bo tam są już gracze którzy mogli by go przejrzeć. A może potrzebował tylko na chwilę się przytulić do Camarilii by spokojnie móc poszukać kogoś kto leży od wieków na tych ziemiach.

skoro jest taki dobry i miłujący.

Nigdy tego nie twierdziłem, to takie samo ścierwo jak Ventrue, wszyscy przy władzy są z tego samego gówna. A na gównie znam się jak mało kto.

Możesz mi wierzyć.

Buhaha... Toś mnie rozbawiła.

- A chęć schronienia w niej była dla nas większa od pragnienia władzy...
Jasne.

- Nie bądź zwiedziony pozorami. Lasombra są mistrzami w tworzeniu ich.... Jedyną wartością dla nich jest władza, nie służba dla czyjegokolwiek dobra...

Będę miał na uwadze madame, przy naszych następnych konwersacjach. Ślicznie dziękuję.

- Nie wiemy kto jest kim w tej grze. Nie znamy już do końca jej zasad...

Nie wiemy za wiele to fakt.

- ...nie zawaham się poprosić Assamity by poczęstował winowajcę swoim kołkiem...

Jeśli nie zapakuje ci on pierwszy koła w serce, co przed chwilą dyskretnie jak na siebie zakomunikował.


Chwilę po niej nie zwlekając spowodowała kolejna supernova. Stary szczur musiał otwarci przed sobą przyznać, że nerwowa reakcja ojczulka nieco go zaskoczyła. Przyłapał się nawet na tym, że dyskretnie zerka na nieodległą płytę nagrobną. Na oko mogła ważyć ze dwieście kilo. Horacy uznał, że mogłaby jednak nie wystarczyć więc nie miał wyjścia. Spokojnie musiał wysłuchać do końca kazania na górze. A kiedy Terry był łaskaw skończyć przeciągnął nieco irytującą ciszę nim zaczął spokojnie mówić.

- Anarchista był przypadkowym wandalem, kolejnym który ściągnął do miasta by niszczyć i zabijać - Horacy wzruszył ramionami jakby chciał podkreślić, że to tyle. Chciał jeszcze dodać, że tacy jak ten anarchista znaczą dla niego tyle co śmieci jakie co dzień widzi na ulicach miasta ale postanowił nie dolewać oliwy do ognia.

- Myślałem wtedy, że Namtar może być ranny i potrzebować krwi. Nie chciałem by zginął, tak samo jak do znudzenia powtarzam, nie chciałem by zginął i teraz. Tyle, że tym razem nie mam dla niego podobnego daru. A szkoda. Żadne z was nie ma dla niego krwi, żadne nie pomyślało, że bezie mu potrzebna. Po to między innymi chciałem wyjść stąd. Sprawił się jak na Asamitę przystało. Trzeba mu to przyznać. Owszem, rozmawiałem z nim na temat Paina ale nie sugerowałem, że tego chce koteria. Z drugiej strony nie wyprowadziłem go też z błędu kiedy zaczął tak myśleć. - powiedział z lekkim niesmakiem. - Pasowało mi to. Pozbyć się przywódcy anarchistów. I dopiąłem swego. Każdy z was zrobiłby to samo gdyby był na moim miejscu. Bo Charelston to moje miasto. Każdej nocy przez tych debili ginie ktoś kogo znam i lubię. Ta cała wypowiedź o tym, że można się nie przejmować bo idzie nowy układ jest bardzo piękny. - skinął głową w zamyśleniu. - Ale wyobraź sobie Terry, że ktoś by ci powiedział byś spalił biblię bo się napisze nową, lepszą mądrzejszą. Ba sam napiszesz lepszą... - zawahał się przez chwilę z obawy czy nie poddał kolejnemu szaleńcowi pomysłu, za który znów przyjedzie mu później słono płacić. - Krótko mówiąc, ja lubię stare rozdziały. Tam jest mój syn i wiele osób które są mi bliskie. I co po wszystkim kiedy ich pozabijają wskrzeszę ich czy może zrobię sobie nowych fajniejszych? Nie ojcze, nic z tych rzeczy... Te wszystkie nowoczesne wampiry, ta cała ich elektronika, ten blichtr... - potrząsnął głową z wyraźnym obrzydzeniem. Westchnął ciężko.

- Porozmawiam z Asamitą, wyjaśnię... ale nie teraz. Teraz potrzebuje on czasu by się zaleczyć i uspokoić. Potrzebuje też pewnie krwi. Wszyscy potrzebujemy.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 22 kwietnia 2016, 13:49

[center]Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993[/center]

Tak to był beznadziejny przypadek. Rozmowy nie przyniosły żadnego rezultatu. Ravnos przez chwilę miał wrażenie, że całą biblioteka płonie. Nie to nie był ogień, coś bardzo podobnego... krew. Wszystko wyglądało jakby płonęło nie płomieniem lecz płynną krwią.

"...zegar zagłady wskazuje za minutę północ..."

Dawno temu, jeszcze jako żyjący człowiek, przeszła mu myśl przez głowę, że chciałby zobaczyć koniec świata, koniec Kali Yugi, zniszczenie przyniesione przez Avatara Shivy. Te wrażenia, prawie wizje, mówiły mu coś o tym, słyszał w tym głos Bogini Kali, lecz nie potrafił zrozumieć co oznacza. Przynajmniej nie ta część jego percepcji, która była obecna w tym momencie w tym pomieszczeniu. Horacy oczywiście nic nie rozumiał i udowadniał każdą swoją wypowiedzią, że nic nie zrozumie.

- Namtar będzie gotowy za 25 minut. Wtedy pójdziemy zapolować. Mam dla was kilka informacji ale nie podzielę się nimi przy Horacym, bo mimo testamentu Atra-hasisa, nie ufam mu. Tak jak powiedział Terry, jego czyny przeczą jego słowom. Wszystko co mówi wskazuje na to, że nie dociera do niego sens naszych słów i że nie zmieni swojego postępowania.

Mistyk tak jak wszedł, tak stał przy drzwiach, nic nie wskazywało na to, że zamierza się gdziekolwiek ruszać przez następne 25 minut.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 22 kwietnia 2016, 14:40

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Terry jeszcze chwilę wpatrywał się w oczy Horacego, nim odpowiedział. Zaczął od teatralnego wzruszenia ramionami, wzmocnionego głośnym i wymownym "Hm!". Następnie z miną pełną goryczy i obrzydzenia dodał parę słów.

- Czyli znajdujesz usprawiedliwienie dla swoich zabójstw, ale Łowca to dla ciebie bezlitosny morderca. Nieźle. W dodatku najpierw mówisz, że nie masz żadnego wpływu na działania Assamity, a teraz, że jednak to był twój zamysł. Pięknie. No cóż, dziękuję za szczerość. - pokręcił głową z dezaprobatą. Już miał odejść, pokusił się jednak o jeszcze kilka słów. - Nie postąpił bym tak samo na twoim miejscu. Tak samo jak nie prosiłem Łowcy o śmierć Aurina Spiro, mimo że był on moim największym koszmarem i najstraszniejszą klątwą.

Odstąpił od Nosferatu z ciężkim westchnieniem, szukając wygodnego miejsca w którym mógłby przeczekać czas do polowania. W zasadzie wszystko zostało już powiedziane i Malkavian nie miał ochoty ciągnąć dalej tej rozmowy. Zastanawiał się tylko, co musi się stać, by jego towarzysz zrozumiał o co mu chodziło w tych wszystkich kazaniach wygłoszonych w jego stronę. W jednym Horacy miał rację. Potrzebował krwi. Wszyscy jej potrzebowali.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 22 kwietnia 2016, 15:26

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, po północy 11.08.1993

- nemase te daeva tavâ rafenô temascâ...* - szepnął, gdy tylko przekroczył granicę rzeczywistości.

Widmowe światło zgasło natychmiast, pozostawiając Sanktuarium na pastwę mroku. Nie użył mocy Asbu Ilat, która pozwoliłaby mu widzieć. Nie chciał teraz niczego, poza nieskalaną czernią. Poza tym znał to miejsce na pamięć i doskonale radził sobie w ciemnościach. Pomimo braku zmysłu wzroku, bezbłędnie wyczuwał położenie pobliskich sprzętów, omijając je bez większych trudności.

Dotarł do sarkofagu, zdjął kurtkę i położył się wewnątrz. Kamień, na którym spoczął, był niewiele tylko zimniejszy od ciała Mordercy. Przez jakiś kwadrans nie robił nic, leżąc bez ruchu i jedynie wpatrując się w ciemność. Obrazy, wspomnienia i myśli, wirujące w jego głowie gasły powoli wypłukiwane przez kolejne fale mroku.

Światło reflektorów we mgle... Płomień rozlewający się błękitną falą... Serce martwego boga wojny... Żółtawy blask ulicznych latarni... Twarz Scareface... Blade, pozbawione krwi ciała, leżące na podłodze ciemnego salonu... I ciemność... Spryskany krwią asfalt... Pnie drzew, zarysowane czernią w blasku księżyca... Ciemność... Ogród za domem, lampka przy drzwiach gaśnie... Ciemność... Zasłona mułu wiruje w wodzie, ukazując...Ciemność...Ciemność... Ciemność...

Ciemność powróciła. Jak wracała zawsze. I dopiero teraz, gdy wszystko inne odeszło, sięgnął ku niej, jednocząc się z nią poprzez krew i poszukując uzdrowienia dla ciała, tak jak wcześniej poszukiwał ukojenia dla ducha. Poczuł ból, gdy zakończenia nerwowe zaczęły odzyskiwać wrażliwość, odbudowując swoją strukturę i syknął przez zaciśnięte zęby. Nie musiał teraz nosić maski. Był sam... Nareszcie...

Ból powracał nierównymi falami. Chwilami przeszywał całe ciało, w nagłym, krótkim wyładowaniu cierpienia. Chwilami przycichał, kołysząc go delikatnie, podobny raczej do pieszczoty, niż tortury. Jedynej pieszczoty, którą Morderca nauczył się rozpoznawać, już na samym początku swego istnienia. Nie myślał o niczym, zgadzając się, by te szkarłatne fale unosiły go coraz dalej, w nienazwany mrok... Zawieszony gdzieś pomiędzy męką a snem, życiem i śmiercią, rzeczywistością i obłędem, pozwalał sobie na chwilę zapomnieć o tym rozdwojeniu, odnajdując drogę wewnątrz rozdarcia, które na co dzień definiowało jego egzystencję. Tam, w nienazwanej ciemności, która otwierała się wewnątrz, w wygasłej galaktyce jego serca i która płynęła cicho przez wymarłe wąwozy żył, odnajdywał na powrót swą całkowitość. Nie potrzebował imienia, by ją nazwać, ani żadnych słów, by mówić do niej. Wiedział czym jest i czym staje się poprzez tą sekretną komunię...

[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]
Wstał po upływie godziny. Potęga Tiamat skryta w jego krwi uzdrowiła ciało, nadając mu zwykłą, śmiercionośną sprawność. Korzystając ze zdolności widzenia w mroku, wyczyścił broń i zaimpregnował na nowo kurtkę. Nie spieszył się, ciesząc każdą minutą cennej samotności. Nie myślał o pozostałych, skupiając się na prostych, codziennych czynnościach...

Po kolejnych dwudziestu minutach, które w świecie realnym były zaledwie dwoma, opuścił Sanktuarium i nie zapalając nigdzie światła skierował się do łazienki. Odkręcił prysznic pozwalając, by woda zmyła krew, muł, piach i resztki złości... Myślał o bladych ciałach leżących na podłodze willi, która teraz była już zapewne kupą dymiących zgliszczy... O bladych, bezkrwistych ciałach i pustych oczach, w których już nigdy nie zalśni słońce... Mimo wszystko zasługiwali na coś więcej... Głód pozbawił go subtelności, którą tak cenił. Chciałby dać im więcej czasu... Na doświadczenie agonii. Zobaczyć iskry gasnące w oczach powoli... Zastanawiał się, czy mogli by wyjaśnić mu czym różnił się od nich tak naprawdę? Nie dlatego, by tego pragnął... Nie brakowało mu niczego. Była w nim jednak jakaś część, która potrzebowała zrozumieć...

Namydlił ciało i umył się szybko. Następnie założył podkoszulkę i spodnie. Z lustra, nad umywalką spojrzała na niego ledwo widoczna w mroku twarz. O pustych oczach, w których nigdy już nie zalśni słońce. Uśmiechnął się i zagwizdał "Don't fear the ripper". Zawsze niesamowicie bawiły go słowa tej piosenki... I zawsze, z odrobiną porzekroy, pomijał słowo: don't...



* s. pers. - Bądź pozdrowiony, wielki duchu. Daj mi Ciemność...
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 22 kwietnia 2016, 23:19

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Lasombra wysłuchała słów księdza i potakiwała do nich ruchem głowy. Ojczulek miał rację, lecz nie tylko to było ważne. Nigdy nie widziała Terrego tak wzburzonego. Nie myślała, że może taki być. Orędownik współczucia i harmonii został doprowadzony na skraj. Ktoś tu był wybitnie uzdolniony- pomyślała.

- Wydaje się, że straciłeś właśnie ostatniego sojusznika, który przed chwila obronił cię od ostrza Asamity, gdy wydało się, że nie byłeś całkiem z nami szczery- zwróciła się ponownie do Horacego. - Nie wiem, czy w obecnej sytuacji ktoś jeszcze stanie za tobą w obronie przed Łowcą. Na twoim miejscu ważyłabym więc słowa, które od teraz wypowiesz do Namtara. Nie opłaca się kłamać swoim własnym kompanom. Ani zatajać informacji czy nimi manipulować. Tak oto ginie szacunek, wiara i zaufanie. Kłamstwo jest jak zabójstwo. - Zamyśliła się na chwile, przypominając jak na początku ich wspólnej przygody, gdy lekko mówiąc, minęła się z prawdą w swojej obietnicy do Mordercy. Do tej pory czuła ten ciężar, a i sam ochroniarz zdawał się jej nigdy nie wybaczyć, nie zależnie co teraz robiła. Nie dobrze jest kłamać w grupie tak bliskiej. - Na pewnym poziomie. Ale nie oczekuję, że ktoś to zrozumie... - zawiesiła na chwile głos. - Jeżeli chciałeś już chciałeś nastawiać nas w konkretny sposób do Namtara, to powinieneś zwracać uwagę na spójność lub utrzymywać jedną wersję dla tych samych osób - przekorny uśmiech pojawił się na jej obliczu, lecz zaraz ustąpił na powrót raczej smutnej twarzy.

- Nie odniosłeś się też ni słowem do moich uwag co do księcia. Jak mniemam, postanowiłeś mnie ostentacyjnie, za przeproszeniem, olać. Zresztą nie po raz pierwszy. Dobrze. Zapamiętam. Mam nadzieje, że spotkasz wkrótce kogoś, kto nazywa się rzeczywistość. Ale ja cię wtedy też ostentacyjnie oleję.

- Mam nadzieje, że każdy rozumie również wagę naszej wizyty w Elizjum Starszych, którą podkreśliłam przed chwilą? Nie wliczam w to Nosferatu, - powiedziała z lekką pogardą w głosie - bo zdaje się, że żyje w alternatywnej rzeczywistości swojego małego, iluzorycznego Charleston. Owszem może i zna miasto, ale ogłady nie ma za grosz. Swoją drogą to dziwne - zawahała się na chwile, - że miasto, które ma 50 tysięcy mieszkańców... mało tak wielu oficjeli wampirzego społeczeństwa na swoim terenie nawet i przed obecną sytuacją. Nie uważacie?

Pytanie zawisło na chwilę w powietrzu.

- Dyskusje na powyższe tematy uważam za zamkniętą. Należy przejść do działań. Gdy Assamita powróci, pójdziemy zapolować. Słaniam się na nogach. Muszę się też w końcu umyć... I spróbować przejść do mojej biblioteki. Oręż wiedzy, ot wszystko, co mam. Może tym razem się uda...
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 23 kwietnia 2016, 14:41

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

Dokładnie po dwudziestu pięciu minutach usłyszeli pogwizdywanie od strony schodów. Melodia "Don't fear the ripper" dowodziła, że Morderca posiada jednak jakieś szczątki poczucia humoru. Dość ponure co prawda, niemniej wciąż jeszcze koczujące na tej emocjonalnej pustyni. Dźwięk wszakże urwał się tuż pod drzwiami biblioteki, a mężczyzna, który wszedł do pomieszczenia zdecydowanie nie wyglądał jak ktoś, kto ma ochotę gwizdać, czy zbiegać beztrosko co dwa stopnie po schodach. Wyglądał raczej jak posłaniec śmierci, równie radosny co nagrobek na cmentarzu i kojarzący się raczej z odgłosem przeładowanej broni, niż popularnej, rockowej piosenki.

- Aasef,*- odezwał się Łowca, mówiąc w swój zwykły, pozbawiony emocji, sposób. - Za moje wcześniejsze słowa. Nie wiedziałem, jak się rzeczy mają. Myślałem, że współpracujecie z Degeneratem, by mnie wykończyć. Teraz rozumiem, nie wiedzieliście wszystkiego.

Włosy Assamity były mokre, dowodząc iż Łowca brał niedawno prysznic. Podkreślał to także unoszący się wkoło niego zapach sosnowego mydła w płynie. Ubrany był tylko w bojówki, glany i podkoszulek z napisem "Rzeczywistość". Zauważywszy to Victoria taktownie nakryła dłonią usta, starając się nie parsknąć śmiechem, co mogłoby niepotrzebnie zaognić sytuację. Morderca najwyraźniej jednak nie zauważył jej rozbawienia i kontynuował, nie zmieniając tonu.

- Spotkanie ze Shrektem było ciężkie. Zgubiłem go z trudem. Wiele mnie to kosztowało... - przerwał na chwilę, najwyraźniej zastanawiając, czy powinien mówić dalej. - Musiałem zabijać z głodu, by uciszyć bestię... Nie chcę tego robić więcej. Myślałem, że wypełniam obowiązek względem koterii Klienta i że wszyscy tego oczekujecie. Teraz wiem, że byłem w błędzie. Ann Eazinak.** Waa faqri*** Torreador nie zostawił mi wyboru...

- Wiedziałem, że sukinsyn mną manipuluje... - wzruszył ramionami. - Ale nie miałem wyjścia. Dałem słowo. Jako kobieta, możesz tego nie pojmować -zwrócił się do Victorii. - Afham.****

- Jeśli zaś chodzi o ciebie - kontynuował spokojnie, patrząc na Szczura. - Nie chcę więcej rozmawiać z tobą na osobności. Twoje słowa są trucizną, ayaar kuffr.***** Nikt z mojego Klanu nie będzie dla ciebie pracował. Kefaya!******

Skinął głową dając do zrozumienia, że skończył rozmawiać z Nosferatu i zwrócił się ponownie do wszystkich zebranych.

- Shrekt nie może wiedzieć, że mnie spotkał. Gdy się zjawiłem, Camarillę zaatakował elitarny oddział Czarnej Ręki. Czarodziej wziął mnie za psa z Sabatu. Opuścił pole bitwy, ścigając mnie i sądzę, że jego wojownicy ponieśli klęskę... Lepiej dla nas, by nie znał prawdy. Szukał tego, kto posłał Christiana Paina na ulice i rzekł mi, że ten ktoś zaciera teraz za sobą ślady...

- To wszystko co mam do powiedzenia. Jeśli chcecie zapolować, możemy się ruszyć. Ukryłem samochód niedaleko. I jeszcze jedno...

W mechanicznej recytacji pojawiła się przez chwilę nuta wahania, jakby Morderca nie był pewien, czy na pewno powinien dokończyć myśl. W końcu jednak wewnętrzna szczerość Assamity przeważyła.

- Ja rozumiem, różnice kulturowe i że macie na Zachodzie inne zwyczaje. Haqqan,******* wyjaśnialiście mi już... Ale na pamięć mojego Klienta, który cieszył się szacunkiem Klanu Łowców, zaklinam was... Skorzystajcie z prysznica, zanim stąd wyjdziemy...
Ostatnie słowa Assamity naprawdę nie są powiedziane złośliwie. Jego zupełnie szczerze zaszokowało, że jeszcze tego nie zrobiliście.
Naprawdę, pomysł z napisem na koszulce miałem zanim Zin-Carla napisała posta. Strasznie się uśmiałem czytając go i stwierdziłem, że zostawię go tak, jak wymyśliłem. ;)

* arab - Sorry.
** arab. - Przepraszam
*** arab. - przeklęty
**** arab. - Rozumiem
***** arab. - Kłamliwy Niewierny
****** arab. - Dość!
******* arab. - Naprawdę
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 25 kwietnia 2016, 14:58

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

- Ja rozumiem, różnice kulturowe i że macie na Zachodzie inne zwyczaje. Haqqan,******* wyjaśnialiście mi już... Ale na pamięć mojego Klienta, który cieszył się szacunkiem Klanu Łowców, zaklinam was... Skorzystajcie z prysznica, zanim stąd wyjdziemy...

Lasombra mimowolnie roześmiała się.

- Nie martw się Łowco - powiedziała uśmiechając się do rozmówcy. - Nie jest z nami aż tak źle, właśnie wychodziłam w stronę łazienki by zmyć wspomnienia z romantycznej wycieczki nad jeziorem. Skierowałabym swe kroki do łazienki na samym początku, jednak wierz mi, byłam zbyt zestresowana i zmartwiona sytuacją. Czekałam w trwodze na twój powrót. Naprawdę nie spodziewałam się, że wyskoczysz z tego helikoptera po moich słowach. Myślałam, że wiesz iż jesteśmy z tobą. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że skoczysz. Myślałam, że poczekasz i załatwisz sprawę z Painem w bardziej bezpiecznym momencie... Naprawdę... Nie przewidziałam tego i nie wiedziałam co ze sobą zrobić, czekając w napięciu. Na przyszłość będę mądrzej dobierać słowa. Przepraszam, przykro mi. Asif* - powiedziała niepewnie.

- Gdy wrócę, poinformuję cię co działo się w helikopterze, a także przedstawie dokładnie zasady, które obowiązują w Elizjum. Nie chce byśmy znowu mieli jakieś niepotrzebne spięcia wynikające z niewiedzy, którym można było by zapobiec dzięki zwyczajnemu procesowi komunikacji.

To mówiąc udała się w stronę łazienki. Po drodze minęła kuchnie i kątem oka zarejestrowała, że Lucas siedzi pod ścianą otulony swoją własną kurtką, przemoknięty, roztrzęsiony i o wzroku zabłąkanego szaleńca, który zupełnie stracił już kontakt z rzeczywistością... Szybkim krokiem wróciła do biblioteki.

- A cho Ojcze! Przepraszam, jeszcze jedno. - zwróciła się do Terrego - Czy... Czy zająłbyś się już moim Lucasem tak jak poprosiłam cię w helikopterze? Czy... Ja wiem że dużo się działo ale...Proszę... pomóż mu... - spojrzała się jeszcze raz błagalnie. - Siedzi w kącie w kuchni zupełnie bez zmysłów. Myślę, że ostatnie wydarzenia zupełnie pomieszały mu w głowie. Do czego miał już wcześniej tendencje. - Pokręciła głowa z politowaniem i odeszła w stronę łazienki.

*arab. Przepraszam.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 25 kwietnia 2016, 22:27

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Biblioteka, 11.08.1993

- Wiem, że Victoria powiedziała iż już dość w temacie było powiedziane. I pewnie jej słowo stanie się ciałem - rzucił wzrokiem w kierunku Terrego. - Ale chcę powiedzieć jeszcze jedno zdanie, czy dwa. Nie chciałem, byś zginął Namtarze. Szczerze. Gdybym chciał byś zginął mógłbym na przykład ostrzec tych na dole, że nadchodzisz albo coś... Nie wiem. Nie jestem za pomysłowy w zabijaniu. Chciałem, żebyś to wiedział. I chcę wam powiedzieć, żebyście wszyscy wiedzieli, że gdyby nie chodziło o to miasto. O moje miasto, a nade wszystko o tych którzy w nim mieszkają to... I... że przepraszam, że tak to wszystko krzywo wyszło. Nie wiem czemu mnie mędrzec wybrał do koterii, mógł kogoś mądrzejszego. To wszystko.

Nosferatu odsunął się dalej, nieco w cień zacierając nerwowo wielkie dłonie.

Chciał zapytać jeszcze o jedną rzecz ale dał sobie spokój. Horacy nie bardzo bowiem wiedział o co ci chodzi z tym całym myciem. Wszak nie dalej jak parę godzin temu byłem w wodzie. Poza tym brał już kąpiel w tym tygodniu, i to w wannie. Wsunął rękę do kieszeni i poczuł, prócz znajomych szpargałów, pęk zapachowych choinek jakie uzbierał w limuzynie.

Pewnie mu chodziło o to. Muszę wyrzucić to cholerstwo zanim ściągnie zagładę na całą koterię. Nie chce ani jednej zadym więcej z mordercą.

Nerwowo zaczął je wyrzucać za siebie w mrok aż do ostatniej.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

ODPOWIEDZ