Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, powrót Mordercy 11.08.1993
Kiedy Darth Namtar wszedł do pokoju, twarz Terry'ego rozjaśniła się w niekrytej radości. Ale wtedy Łowca przemówił. Christian Pain, Legendarny Anarchista, koszmar Camarilli. W proch się obrócił. Jego ścieżki nie były ścieżkami Pana, skoro skrzyżowały się ze ścieżkami Terryego i doprowadziło to do jego śmierci. Trudno. Nie było mu go żal jakoś szczególnie, ale wiadomość o czyjejś śmierci zawsze pozostawiała pewną... Pustkę.
A Mroczny Jedi mówił dalej. I z każdym jego słowem uśmiech na twarzy duchownego malał, by wkrótce zostać zastąpionym przez troskę i odrobinę smutku. A kiedy Morderca powiedział wszystko co miał do powiedzenia, Terry podszedł do niego i zawołał nim ten zdołał się oddalić.
- Poczekaj, zanim pójdziesz, wysłuchasz mnie?
Assamita spojrzał na niego w milczeniu. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, kiedy zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu, po bezlitośnie przedłużającej się chwili, lekko skinął głową.
- Cieszę się, że wróciłeś. Naprawdę dobrze, że jesteś. - uśmiechnął się Malkavianin przyjaźnie. Naprawdę się z tego cieszył. Co na pewnym poziomie lekko go przerażało i trochę bawiło. Sługa Światła, który radośnie wita wysłannika Ciemności. Nawet w jego szalonej głowie brzmiało to niedorzecznie. Niemniej, cieszył się. Po chwili jednak spoważniał. Nim znów się odezwał, zwilżył usta językiem.
- Po twoich słowach muszę przyznać, że jakby spojrzeć na to w ten sposób to rzeczywiście nie wygląda to najlepiej - Pokiwał głową ze zrozumieniem. - Powiem ci więc, jak to wygląda w moich oczach. Pamiętasz jak powiedziałem do ciebie, że to nie czas na to zabójstwo?
- Na'am. Pamiętam. - odpowiedział krótko Łowca.
- Nie powiedziałem do ciebie, byś nie strzelał. Nie chciałem byś w ogóle zajmował się tym w tamtej chwili. Dopiero kiedy wyskoczyłeś zrozumiałem, że nie ubrałem tej myśli we właściwe słowa. Przepraszam. Nie chciałem, żebyś to robił, bo jak wtedy wspomniałem, nie mogłem pozbyć się myśli, że stanie się coś złego. I uważam, że stało się coś złego, nie wiem jeszcze tylko co.
- Wiem, że nie chciałeś. Wcześniej myślałem, że wszyscy wiecie, co obiecałem. W końcu to dotyczyło koterii. Nie mam nic do ciebie, kafir. Afham.*
- Nikt z nas nie chciał twojej śmierci i myślę, że każdy był w równym stopniu zaskoczony kiedy nas opuściłeś - kontynuował duchowny. - Czarna Victoria była wręcz wstrząśnięta. Horacy także rozumie jak jesteś potrzebny. Nie oczekuję, że w to uwierzysz, ale nie przekreślaj ich jeszcze.
Morderca skrzywił wargi w zimnym uśmiechu, który bynajmniej nie wróżył obecnym niczego dobrego.
- Jeśli tak jest, jak mówisz, to dlaczego chcieli, bym naciął się na Shrekta? Nikt mnie nie ostrzegł, poza tobą. Przeklęty Torreador nie zostawił mi wyboru. Neik, nie mogłem złamać obietnicy i Horacy to wiedział. Chyba, że znów sądził, że jestem podobny tym zachodnim kundlom, które wy nazywacie wojownikami? Elif air ab Camarillah.** Obiecałem i przypieczętowaliśmy to krwią. Ja nie łamię danego słowa.
- Torreador faktycznie wiedział, że ten Czarodziej tam jest. Wiem, bo później przywołał jego imię w rozmowie. Natomiast ja powiedziałem o nim tylko tobie. Więc wcale nie jestem pewien, czy oni w ogóle byli świadomi jego obecności. - machnął ramieniem za siebie, wskazując na Horacego i Mroczną Panią. I dopiero kiedy ponownie spojrzał na Łowcę, dotarły do niego jego słowa. Uniósł brwi, zdziwionym głosem zadając pytanie. - Jak to przypieczętowaliście krwią? Co masz w ogóle na myśli?
- Horacy mówił, że Pain zechce dorwać koterię. Dlatego, że go nie zabiłem. Moja porażka w walce naraziła was. Obiecałem, że zajmę się tym - głos Assamity pozostawał zimny i spokojny, streszczając wydarzenia na podobieństwo odczytywanego telegramu. - Później dał mi krwi. Nie swojej, jakiegoś Anarchisty, ibnal kalb.*** To akurat było w porządku. Aadhi.**** - Morderca wzruszył ramionami jakby tłumaczył coś zupełnie oczywistego. - Szczur myślał, że jestem ranny. Nie mogłem mu pomóc w z jego problemem, więc skupiłem się na obowiązku usunięcia zagrożenia. Yjb 'an 'aqum bih hdha.***** Krew jest święta. Myślałem, że wszyscy tego oczekujecie.
Terry'ego zatkało. Do tego stopnia, że otworzył usta ze zdziwienia.
- Zaraz. Mówisz, że Horacy zapłacił ci za tą śmierć? - obejrzał się na Nosferatu. Miał już się do niego odezwać, kiedy kolejny element wypowiedzi Assamity zastukał do jego głowy. - Nie mogłeś mu pomóc z jego problemem... Jakim problemem? Dlaczego reszta z nas nic o tym nie wie?
Ponownie spojrzał na Horacego, tym razem z wyraźnym oburzeniem i jakby pretensją. I ponownie chciał się do niego odezwać, lecz znów zmuszony był poczekać. Mroczny Jedi również wydawał się być zdziwiony tą rozmową, chociaż nie w takim stopniu jak Malkavian.
- Nie zapłacił - Morderca potrząsnął gwałtownie głową, jakby sam pomysł tego rodzaju wzbudzał w nim głęboki sprzeciw. - Nie brałem Kontraktu na boku. Mamnú'a.**** Po prostu chodziło o wypełnienie obowiązku. Pain stanowił zagrożenie z mojej winy. Miałem go usunąć, by zmyć plamę na honorze. Hal tafham?***** Krew była pieczęcią, oznaką szacunku, a nie zapłatą. Nie wziąłbym za to zapłaty...
Mimo wszystko, choć głos i mimika Assamity nie zdradzały absolutnie niczego, Terry zaczynał mieć pewność, że Morderca nie do końca zdaje sobie sprawę z implikacji swych wypowiedzi. Powoli chyba także docierało do niego, iż rzeczy nie były takimi, za jakie je uważał...
- Horacy... - zawahał się na chwilę patrząc na Szczura i zastanawiając się, czy powinien o tym mówić. Wszakże jednak Nosferatu próbował doprowadzić tej nocy do jego śmierci. Ten fakt przeważył, by Łowca porzucił zwykłą lojalność względem potencjalnego klienta. - Horacy chciał, bym zakołkował Rustego. Nie zabijał, unieszkodliwił i mu dostarczył. Bezapt kidda.****** Powiedziałem, że nie mogę się tym zająć. Jestem aktualnie na Kontrakcie. Poza tym Szczura i tak nie stać na wynajęcie specjalisty mojej klasy.
- Rozumiem - Malkavian pokiwal głową. Te kilka słów które zostały wypowiedziane, rzucały nieco inne światło na wcześniejszą rozmowę. Wiedział już, że ponownie będzie chciał porozmawiać z Nosferatu. Ale nie teraz. Nie ma sensu zaogniać sytuacji, dopóki wszystko się nie wyjaśni.
- Nie oczekiwaliśmy tego od ciebie, Duchu z Otchłani. A już na pewno nie tego, że będziesz podejmował takie ryzyko. Myślę, że wszyscy wolelibyśmy, aby w przyszłości nie dochodziło do podobnych sytuacji. Potrzebujemy cię w pobliżu, a nie biegającego za celami. I myślę, że nikt nie zaprotestuje, jeśli poproszę cię w imieniu nas wszystkich, byśmy na przyszłość w podobnych sytuacjach usłyszeli o powodach decyzji w skutek której się od nas oddalisz, zanim to zrobisz. Bo my zwyczajnie nie mieliśmy tej wiedzy.
Morderca nie ozywał się przez dłuższą chwilę, najwyraźniej próbując ułożyć sobie jakoś to co właśnie usłyszał. I zrozumieć, co tu się, do cholery, dzieje.
- Więc to nie była wasza decyzja... - odezwał się w końcu cicho. - I Horacy wam nic nie powiedział... Leysh? Dlaczego?
Dłoń Mordercy zacisnęła się na rękojeści khanjar. Cisza, która nastała po jego pytaniu miała swą własną wagę. I gęstość. Malkavian zrozumiał, że rozmowa poszła w nieco innym kierunku niż miał nadzieję. Zanim się odezwał, przełknął ciężko ślinę.
- Dobre pytanie. Widzisz, Charleston to jego miasto. Zgaduję więc, że z potrzeby chronienia go. Christian Pain jakby nie patrzeć, był poważnym zagrożeniem. A ponieważ po wydarzeniach w Nyctofilii w istocie mógł się okazać również groźny dla nas, pewnie uznał, że kwestią czasu tylko jest jak zacznie nas szukać. Horacy naprawdę się tym wszystkim przejmuje i jest mu najciężej z nas wszystkich. Bądź co bądź na jego oczach płonie jego miasto. Nie wiem co prawda dlaczego nic o tym nie wspomniał, ale jestem w stanie uwierzyć, że z przejęcia o tym zapomniał. - Terry był zły. Musiał ostrożnie dobierać słowa by nie skłamać, a jednocześnie nie pogrążyć Horacego. Wiedział, że jeśli nie zrobi tego w tej chwili, to może polać się krew. Dużo krwi.
- Jak jednak mamy teraz okazję zaobserwować, takie niedopowiedzenia mogą prowadzić do niepotrzebnych napięć i dziwnych sytuacji. Jest to cenna nauka dla nas wszystkich, wierzę że wyciągniemy z niej odpowiednie wnioski - powiedział w kierunku reszty Koterii, jednak wzrok utkwił w Nosferatu. Tak by wiedział, że do niego kieruje te słowa. Następnie ponownie zwrócił się do Łowcy. - Czy teraz widzisz, że nikomu nie zależy na twojej śmierci? Wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak jesteś potrzebny i co ci zawdzięczamy.
Morderca milczał przez chwilę, a później spokojnie zadał tylko jedno, jedyne pytanie:
- Terry, czy ktokolwiek z was okłamał mnie?
Malkavian zagryzł wargi. Właśnie takich pytań chciał uniknąć. No cóż, stało się. Westchnął głęboko i wyrzucił z siebie odpowiedź.
- Nic mi nie wiadomo na ten temat. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że ja nigdy tego nie zrobiłem.
Namtar wpatrywał się w księdza przez jakieś pół minuty, stojąc zupełnie bez ruchu i Terry miał dziwaczne wrażenie, że czas się zatrzymał i że będą już tak stali wiecznie, pośrodku tego dziwnego zgromadzenia i ciężkiej ciszy, o słonym posmaku stali. W końcu jednak Assamita odezwał się:
- Mashy,******** wierzę ci. Nie rozumiem tego, co się tu dzieje i nie rozumiem was. Nie chcę by ktoś próbował mnie mieszać w ten przeklęty teatrzyk. I jeśli jakiś nayaak ghbar********* spróbuje sobie ze mną pogrywać, wyrwę mu serce. Jak wyrwałem Painowi. Hal tafhamuni?********** Teraz idę się wyleczyć. To wszystko co mam do powiedzenia.
Terry skinął głową w milczeniu i nie dodał nic więcej.
* arab. Rozumiem.
** arab. Tysiąc chujów w Camarillę!
*** arab. syna psa.
**** arab. To normalne.
***** arab. Musiałem to zrobić.
****** arab. to zabronione
******* arab. Rozumiesz?
******** arab. Dokładnie tak.
********* arab. OK
********** arab. pierdolec
*********** arab. Rozumiecie?
Sigil cooperation