PBF - Charleston by Night

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 16 października 2016, 01:47

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Namtar przez chwilę wpatrywał się w ojczulka bez słowa, najwyraźniej rozważając to, co usłyszał. W końcu skinął głową i odezwał się cicho:

- Ana owafek.* Mogę ci to zagwarantować. Potrafię być do bólu profesjonalny jeśli trzeba- gdzieś w tle tego zdania kryła się niewypowiedziana obietnica, której Morderca najwyraźniej nie umiał lub nie starał się ukryć. Uśmiechnął się lekko w sposób, który można było uznać za przyjacielski jedynie przy dużej dozie wyobraźni i dobrej woli.

- Jeśli istotnie mówisz prawdę, kafir, nie musisz się mnie obawiać - dodał spokojnie - Lecz jeśli okłamałeś mnie chociaż raz pokażę Ci co znaczy zemsta Skorpiona. Bezapt kidda** I nie będziesz narzekał na mój profesjonalizm w tej kwestii... A teraz, przejdziemy się wreszcie?

Wiktoria spojrzała z nad ciała Cleo z twarzą pełną powagi. Horacy miał rację, mimo jej osobistego dramatu, stanu ghula i całą sytuacją z obrazem, musiała trzymać koterię w całości i nie pozwalać na osobiste wycieczki, szczególnie w kryzysowych sytuacjach. Była podenerwowana. Nie, była zła. Wprost niekontrolowanie wyprowadzona z równowagi. Kto w ogóle śmiał! Nie dość, że doprowadzili jej ghula do takiego stanu... To jeszcze jej obraz!... jej piękny obraz, namalowany przez jej drogiego ojca! Jedyna podobizna jaką miała! Dzięki niej mogła chociaż przez wieki pamiętać jak wygląda... Teraz to wszystko przepadło!

I ten podpis. Niech ona tylko się dowie kto śmiał zbezcześcić jej droga pamiątkę!... Jej największy skarb! - Czuła jak bestia wyrywa się w jej środku, żądając krwi. Gniew wzrastający w niej doprowadzał do szału.

Nie podobał jej się też ton Assamity, ani jego nadmierna chęć pozostania sam na sam z Terrym. Co on sobie wogóle myśli!? Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nic dobrego z tego nie przyjedzie... ani dla Terrego, ani dla całej grupy. Jeśli pozwoli Assamicie na zastraszanie pozostałych, wprowadzi to atmosferę strachu i terroru, jakby nie mieli jej nadmiaru na co dzień.. Nie miała zamiaru na to pozwolić... Musiała to wszystko jakoś zorganizować. Kontrolować. Tak! Kontrola nad sytuacją! Tylko to mogło pomóc się jej uspokoić. Musi to wszystko jakoś poukładać.

- Nie sadzę by Terry miał coś do powiedzenia, co wymagało by tylko Twojej obecności - zwróciła się do ochroniarza, pełna surowości. - Jeżeli ma do powiedzenia coś ponad to co już zostało powiedziane, niech lepiej powie to nam wszystkim. Czy też mam uważać, że oprócz naszej misji macie jakieś osobiste, interferujące wątki poboczne?! Jeśli tak, bardzo mnie to niepokoi. - próbowała ująć jak najbardziej dyplomatycznie kwestę, że jeśli tak, to nie będzie tego tolerować. - Zdaje się, że było już powiedziane wcześniej: żadnych tajemni w koterii. Mieliśmy wystarczająco dużo niedomówień i ich konsekwencji. Myślę że reszta się ze mną zgodzi? Spojrzała z uwagę na pozostałych w oczekiwaniu na odpowiedź. Jej głos był zimny i dość beznamiętny jak na zaistniałą sytuację...

Goratrix napotykając wzrok Wiktorii powiedział tylko - Poszukam sali rytualnej, nie przeszkadzajcie sobie. - i znikł.

Morderca znieruchomiał słuchając słów Victorii. A później jego ręka opadła na sztylet, a głos nabrał zimnych tonów stali:

- Mogłem się tego spodziewać po Niewiernych - powiedział cicho. - Nie szanujesz mojej krwi, kobieto, ani mnie. Jak śmiesz twierdzić, że sprawy dotyczące mojej Przemiany są kwestią tej koterii? Nie będę o tym rozmawiał z tobą ani z nikim, kto nie jest w to zamieszany. Jak Terry. Pytam więc Ciebie, Terry, bo nie będę tracił więcej czasu na puste dyskusje z niewiastą. Wyjdziesz ze mną porozmawiać, czy nie?

Viktoria uniosła ze zdziwieniem brwi, szczerze zaskoczona reakcją Assamity, a także kwestią do której się odniósł w swym wielkim gniewie. Nigdy nie rozumiała tych nie przemyślanych odruchów, pełnych agresji. W jej pojęciu o rzeczach się dyskutowało. Najlepiej w spokoju, wymieniając uwagi. A nie łapało za broń. Niewierni i niewiasty też jakoś wszędzie, tajemniczo mieli swój udział... Westchnęła ciężko próbując znaleźć ślad jakiegoś logicznego połączenia... Jej irytacja po woli schodziła i emocja wracały do normalnego poziomu. Bestia szła spać.

- Jakiej krwi!? - zapytała - O czym ty mówisz? Myślałam, że chodzi ci o...

Terry natychmiast wyciągnął dłoń w jej stronę w uspokajającym geście mówiąc:

- Nie, Czarna Victorio. Pójdę z nim, bo chcę z nim pójść. Proszę, nie walcz za mnie moich bitew.

Viktoria przyglądała się im badawczo.

- Ah... to! - dodała, przypominając sobie skrawki zapamiętanych informacji. Ostatnie zdania Paula, wypowiedziane w furii, zaraz przed jego niefortunnym zejściem ze sceny... Była to wszakże kolejna wśród innych, nowych wiadomości. Tak wiele było rzeczy zaprzątających jej uwagę w miedzy czasie.

- No tak, w takim razie już rozumiem. Myślałam, że... nie ważne. W takim razie idźcie, idźcie. Przepraszam, Aasif*** już nie przeszkadzam. Musicie mi wybaczyć ale widzicie co tu się dzieje! - W geście rozpaczy rozkładając ręce, wskazała na łóżko na którym leżała nieprzytomna Cleo, a obok do tej pory tak piękny obraz z jej podobizną. - Ostatnie wydarzenia wyprowadziły mnie z równowagi myśli - Zrobiła przepraszający gest - i natychmiast odwróciła się powrotem w stronę Cleo, przenosząc na nią całą swoją uwagę.

- Wzajemna komunikacja to taka dobra umiejętność - Wyszeptała już do siebie - Ty też, mów do mnie, co się stało na bogów! Cleo! - kontynuowała, gładząc drżącą ręką twarz dziewczyny. Wiedziała, że jest silna. Silniejsza od Lucasa... Poradzi sobie. Na pewno...

Przegryzła nadgarstek i wlała jej do ust swojej Vitae.

* arab. Zgadzam się.
** arab. Dokładnie tak
*** arab. Przepraszam
3 PK krwi dla Cleo. Bestia opanowana!
Ostatnio zmieniony 16 października 2016, 02:05 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 16 października 2016, 16:13

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy wzruszył ramionami słysząc, że dwójka nienormalnych chce się oddalić celem omówienia wspólnych korzeni. Nie dziwiło go to w cale, a interesowało tylko trochę. Zamamrotał coś pod nosem na temat braku wychowania.

- Zostawię to na razie. -Powiedział odkładając obraz. - Miałem go dla ciebie sprawdzić za pomocą dyscyplin ale teraz nie jestem pewien czy to aby nie pułapka. To dziwne, że pozwolono twojej dziewczynce ujść z żyłem i do tego jeszcze z tym malowidłem w bagażniku. Ostatnie noce skutecznie nauczyły mnie nie wierzyć w tego typu przypadki. Jedna, jeśli będzie ci zależeć to oferuję wszelką pomoc rozwiązaniu problemów. Nie zostawiliście mnie z kwestią mojego syna, tedy i ja nikogo nie zostawię. Jeśli zatem będziesz potrzebować pomocy z tym przedmiotem... - rzucił wskazując długim zakrzywionym pazurem na obraz - ...to pomogę w miarę swoich skromnych możliwości. Wrócimy do tego tematu jeszcze za chwilę, a na razie... Na razie, muszę pospieszyć za naszym gościem. Bo to bardzo nieładnie zostawić gościa, tak samego w domostwie. Zwłaszcza w tym, które oddano nam pod naszą szczególną opiekę. - Oddalając się rzucił na koniec. - Idzie ktoś ze mną zamienić z nim słowo czy dwa?

Szybkim krokiem dotarł do sali rytuałów, gdzie spodziewał się za pomocą nadwrażliwości odnaleźć Gortrixa. Przełknął ślinę. Poprzeczka, którą chciał przeskoczyć była postawiona wysoko. Zmierzał bowiem zrobić coś do czego matka natura go w ogóle nie przystosowała. Zamierzał być uprzejmy. Wróg czy nie wróg, jakieś standardy gościnności jednak obowiązywały kiedy osoba tak wiekowa i o takiej mocy witała w domostwie. Horacy nie chciał wyjść na zwykłego prymitywnego prowincjonalnego ćwoka. Nie chciał wyjść, znowu.
Mlasnął z niesmakiem, przypominając sobie niedawną scysję z Mario Giovanni.

- Serdecznie przepraszam Mistrzu za zachowanie przy wejściu. Nie przywitaliśmy cię tak jak należy po przekroczeniu domostwa. Zatem... ekhem... Koteria Atra-Hasisa wita cię szacowny Mistrzu w tych skromnych progach. - skinął głową. - Bardzo nam miło powitać tak znakomitego gościa i jak to mówio (sic!) czym chata bogata. - Zdobył się na serdeczny uśmiech i rozłożył szeroko ręce wskazując wszystko wokół. Możesz zatem śmiało korzystać ze wszelkich potrzebnych ci ingrediencji oraz z pomieszczenia do rytuałów, by przysporzyć sobie nowe ciało. Nowe chwilowe ciało. - Poprawił się szybko. - Zaraz ktoś ci je przywlecze, tylko jakby... -zmarszczył czoło pragnąc szybko i klarownie wyjaśnić dlaczego jeszcze go tu nie wniesiono. - Trwa spór o to kto jest bardziej godzien to uczynić.

- Witamy w domenie koterii Red Wisdoma, nad którą przydzielono pieczę Victorii i która to powinna czynić niniejszy honor powitania ale ze względu na osobistą tragedię, sam rozumiesz... Ekhem... chyba pominę też kwestie oczywistych norm obowiązujących w domenie. Dodam tylko, że jesteśmy jednie lojalnymi wykonawcami testamentu Starca w imieniu którego opiekujemy się tym miejscem. Mam nadzieję, że nie będzie tedy zbyt dużym zuchwalstwem z naszej strony prosić aby nic co wasza ekscelencja zobaczy w tej domenie nie zostało użyte przeciwko ś.p. Red Wisdomowi, pamięci o nim, bądź zadaniu które ostatnią wolą nakazał nam wypełnić.
Zrobił pauzę czekając na ewentualną reakcję.

- Byli byśmy również bardzo wdzięczni za wszelkie ewentualne spostrzeżenia jakie ekscelencji przyjdą do głowy podczas oglądania rezydencji, które mogłyby nam pomóc wypełnić nasze zadanie. Mam na myśli zwłaszcza te szczegóły, które jedynie osoba o tak wielkiej wiedzy jak ty panie byłaby w stanie dostrzec.

- Czy sala rytuałów odpowiada wymogom rytuału? -dodał już nieco swobodniej.

Zapytuję, bo może go tu wcale nie ma ja walę oficjalne powitanko jak kretyn jakiś.
Podczas przemowy Horacy korzysta z umiejętności performance, by w nieco przesadnie teatralny, niemniej jednak szczery sposób, powitać z szacunkiem gościa. Proszę o ewentualny, stosowny do tego test.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 18 października 2016, 14:26

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Morderca podszedł do leżącej na kanapie Cleo i dotknął jej czoła. Victoria spojrzała na niego z niepokojem, gotowa zareagować, gdyby gest ten miał przynieść jej podopiecznej dalszą szkodę. Assamita wyszeptał jednak tylko kilka słów w nieznanym języku i kobieta westchnęła cicho. Krwiak na jej skroni zmniejszył się znacznie, a opuchlizna zniknęła. Oddech rannej uspokoił się. Zanim Lasombra zdążyła cokolwiek powiedzieć, ochroniarz odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Poczekał na Świra stojąc u szczytu schodów do piwnicy. Terry jednak rzekł szybko.

- Porozmawiajmy w jadalni. Sam mówiłeś, że na dole jest ta dziura... Poza tym nie powinniśmy odchodzić daleko od reszty...

Namtar skinął tylko głową, nie porzucając kamiennego wyrazu twarzy, choć Terremu zdawało się, że propozycja zmiany lokacji niekoniecznie przypadła Łowcy do gustu. Nie miał jednak ochoty zagłębiać się w ciemność z podirytowanym psycholem u boku. Wspólnie przeszli przez korytarz kierując się do jadalni. Namtar otworzył drzwi, poczekał, aż Terry wejdzie do środka i zamknął je ponownie, opierając się o nie plecami. Znaczenie tego gestu było aż nadto wymowne: "nie wyjdziesz stąd, dopóki ci nie pozwolę."

- Nie zapalaj światła - powiedział jedynie cicho, ubiegając starania ojczulka, macającego jedną ręką w poszukiwaniu przełącznika. - Zresztą i tak szukasz w złym miejscu...

Terry westchnął i opadł na kanapę pod ścianą. Srebrny odblask dalekich latarni przeciekał przez efemeryczną pajęczynę firan. Wzrok nieumarłego przyzwyczajał się szybko do ciemności, odnajdując w mroku jadalni rozrzucone sprzęty: stół, kilka krzeseł, stolik z wazonem przywiędłych azalii - najpewniej pozostawionych jeszcze z pogrzebu Atra-hasisa. Ich mdły zapach przenikał zastałe powietrze nutą słodkiego rozkładu. Cienie drzew za oknem wpełzały na ściany, przyjmując postacie przygarbionych gnomów, które zdawały się kołysać lekko, w powiewach wiatru krążącego po ogrodzie. W tej ciszy zapomnianego pokoju rozbrzmiewał tylko jeden dźwięk. Monotonny i spokojny głos Mordercy, recytujący swą kwestię jak gdyby z pamięci, co tylko zwiększało nierealność tej sceny i Malkavianin przez chwilę poczuł się tak, jakby zgubił się w czyimś śnie. Śnie, który nigdy nie należał do niego i który niepostrzeżenie, i nieuchronnie dążył do tego, by przekształcić się w koszmar...

- Wiem, że Paul nie mógł mieć Ciebie na myśli - mówił Assamita - Znam smak nie tylko twojej krwi, lecz i twojego ojca. A jeśli nawet usta niewiernych stworzone są do kłamstwa, ich krew nie mogłaby mnie oszukać. Krew zawsze mówi prawdę. Tak więc wierzę ci. Nie możesz być Belshatzzarem. Rozumiem także, że jest on twym mentorem i robisz dla niego co jakiś czas różne rzeczy... W tej chwili jednak jego tutaj nie ma. Jesteśmy sami: ty i ja. Chciałbym więc, byś odpowiedział mi na dwa pytania. Po pierwsze, czy wiedziałeś, że on brał udział w powstaniu mojej linii? I nie pytam o to, co chcesz myśleć, tylko o fakty. Wiedziałeś wcześniej...? A po drugie chcę wiedzieć, gdzie mogę znaleźć Belshatzzara? I wierz mi, że powiesz mi to prędzej czy później. Potrafię być bardzo przekonywujący nie tracąc nic z mojego profesjonalizmu...

- Nie wiadomo mi nic na temat jego uczestnictwa w tworzeniu jakiejkolwiek linii krwi - odparł szybko Terry. - Tym samym nie wiem czy w istocie maczał palce w powstaniu twojej. Co do jego lokalizacji, prawdą jest to co powiedziałem chwili kilka temu. Nie znałem nawet jego imienia dopóki Paul go nie użył. Nie wiem nawet jak wygląda. Jedyny sposób w jaki mam z nim kontakt to telepatia. Domyślam się jednak, że jest w Zachodniej Wirginii. Myślę tak dlatego, że kiedy kontaktował się że mną pod sceną, występ miał wpływ także na niego. Co oznacza że był tam. W tłumie.

- Laa. Nie sądzę, by Paul kłamał - głos Assamity nie wyrażał żadnych emocji. - Nie. To nie był tego rodzaju typ... Raczej był dumny ze swoich małych sekretów, zbieranych przez stulecia... Zbyt dumny by je przemilczeć. Prawda jest zawsze bardziej niszcząca...A ja... Przysiągłem zemstę każdemu, kto miał w tym swój udział. To jest sprawa honoru, Klanu i krwi. Dopadnę tego nayaak ghbar,* gdziekolwiek się nie ukryje. A ty mi w tym pomożesz... Pomożesz, prawda?

Ostatnie zdanie nie było pytaniem, choć najprawdopodobniej starało się nim być. Stanowiła raczej rodzaj propozycji nie do odrzucenia i Terry miał wrażenie, że temperatura w pokoju gwałtownie spadła. Przełknął ślinę. Nie potrafił przestać myśleć o ostrych przedmiotach w ciemności. I zębach... Zwłaszcza o zębach...

- Chcę wiedzieć, gdzie mogę znaleźć tego naqal.** Wystawisz mi go, a pozwolę ci żyć i zapomnę o tym, że był kiedykolwiek twoim Mentorem... Zwykle nie daję Niewiernym takich możliwości. Zaczynam pytać, a kiedy kończę są w stanie jedynie skamleć o szybką śmierć... Ty jednak traktowałeś mnie zawsze z szacunkiem. Poza tym, wciąż chroni cię Kontrakt. Przynajmniej dopóki nie znajdę dowodów na to, że jest inaczej... To uczciwa umowa. Hal taqbalu hadha?***

Terrry wzdrygnął się na słowa "uczciwa umowa". Długo myślał, nim odezwał się ponownie.

- Dzisiaj się dowiedziałem, że osoba, której ufałem bardziej niż komukolwiek innemu, używała mnie do swojej własnej gry. Tak jak nie chcę wierzyć w te koszmarne nowiny, tak przepełniły mnie one złością i zwątpieniem. Wychodzi bowiem na to, że jestem niczym innym niż pacynką w szalonej grze Starszych. Oczywiście, zawsze miałem tę świadomość. Ale wydawało mi się, że będąc ciągle w ruchu jestem w stanie uniknąć tego przykrego losu. Tymczasem osoba która pociągała za moje sznurki była cały czas ze mną, o tu - wskazał palcem na swoje czoło. - Pomogę ci. Bo teraz widzę, że nie jestem wcale osobą, za którą zawsze się uważałem. Nigdy nie dorosłem, a zostałem ukształtowany. Jestem tu i teraz nie ze swojej woli i nie z długu wobec Czerwonego Mędrca, a dlatego, że zostałem tu postawiony, na tym właśnie polu szachownicy. I nic nie jestem w stanie z tym zrobić.

- Dlatego tak. Pomogę ci. Wskażę ci go i podzielę każdą informacją na ten temat. I rób co uważasz za słuszne, tylko... - przerwał na chwilę, jakby zastanawiając się czy jeszcze coś dodać. Otworzył szerzej oczy, jakby w nagłym zrozumieniu, po czym dokończył myśl. - Nie, nie ma żadnego tylko. Pomogę ci.

- Dobrze - odrzekł cień przy drzwiach. - Ta śmierć zakończy twoje koszmary. I moje także... Pewne sprawy z przeszłości powinny w niej pozostać. Martwe...

Przerwał na chwilę, a kiedy odezwał się znów, jego głos wydał się Terremu inny niż zwykle. Gdzieś, pod powierzchnią słów pojawiła się nowa, głębsza nuta, czegoś co można by nazwać zrozumieniem. I co sprawiało, że ojczulek mógł na chwilę przestać myśleć o zębach...

- Każdy z nas jest tu z jakiegoś powodu. Każdy z nas służy komuś i wykonuje ruchy, które zostały już zaplanowane. Różnica pomiędzy wami a mną polega na tym, że ja wiem kto decyduje za mnie. I sądzę, że z waszego punktu widzenia, ten ktoś jest bardziej godzien zaufania niż ja. Bo to jego wola sprawia, że robię to co robię, że przestrzegam zasad, że nie zabiłem jeszcze Szczura, ani ciebie, tam, na trawniku... Ciemność przychodzi i odchodzi. Nie zawsze umiem panować nad tym. Myślę, że każdy z was już to widział... Ale jest ktoś, kto mnie zna i umie przywołać z powrotem - uśmiechnął się w mroku. - Wy jednak nie znacie swoich władców. I dlatego nie ufam wam. Nie widzę tego, kto pociąga za sznurki. Jedynie arogancję i naiwność, które przystoją młodszym... Atra-hasis musiał jednak wiedzieć o was dużo. Znać ukryte motywacje waszych wyborów i potrafił zdecydować, czy będziecie w stanie odrzucić je, jeśli będzie trzeba... Dlatego mimo wszystko gdzieś mam nadzieję, że mamy jakąś szansę. Pamiętam jednak zawsze o tym, że mówił także, by nie ufać nikomu poza koterią...

[center]Obrazek[/center]
Zamilkł i odsunął się od drzwi. Przeszedł przez pokój, stając przodem do okna. Jego sylwetka rysująca się ciemną linią na tle rozjarzonych srebrem szyb wydała się nagle Terremu dziwnie odległa. I bardzo samotna.

- Shukran.**** To wszystko. Możesz wrócić do pozostałych... - powiedział Morderca cicho.
Palę 2 PK Cleo na leczenie ran, tak by zregenerować przede wszystkim obrażenia głowy.
Post pisany wraz z Terrym.
* arab. - jebańca
** arab. - bękarta
*** arab. - zgadzasz się?
**** arab. - Dziękuję
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 19 października 2016, 15:51

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Dzięki Namtarowi rana na głowie Cleo zaczęła się błyskawicznie goić. Służka Viktorii zaczęła po chwili oddychać miarowo, najwyraźniej zapadła w sen. Nie było to jednak delirium, lecz uzdrawiająca drzemka, z której Lasombra nie chciała jej budzić. Mimo udzielonej pomocy Cleo bowiem dalej wyglądała na bardzo wyczerpaną.

- Musiała być za kierownicą przez cały czas, nie dając sobie chwili na sen - powiedziała Viktoria do siebie. - Popilnuj jej, Lucas. Gdyby coś się działo, zawołaj mnie - Dodała, po czym udała się poszukać Goratrixa. Nie wypadało wszakże zostawiać gościa samego.

W tym czasie Darshan poszedł po ciało Gavina, by znieść je do pokoju rytualnego Red Wisdoma. Tam czekał na niego Horacy, Victoria i Tremere. Stali w sali rytualnej Red Wisdoma. Horacy wykonał kilka teatralnych gestów, które zwróciły uwagę Goratrixa. Wiekowy Ex Tremere słysząc słowa powitania uśmiechnął się i odpowiedział:

- Dziękuję. Odnoszę wrażenie, że po naszej pierwszej rozmowie zaczął pan myśleć kreatywnie. Doskonale. A co do pytania o pomieszczenie, to spełni swoje zadanie idealnie... - przerwał na chwilę zastanawiając się nad kolejnymi słowami.

- Oczekuje pan, że podzielę się swoimi spostrzeżeniami na temat domu. Hmm... Sugerowałbym zapytać nie o dom, a to co zauważyłem w samym Charlestone. Dom Red Wisdoma został doskonale przeszukany przez panią Regent i jej podwładnych jeszcze przed pogrzebem. Znam ją i jej metody. W domu nic nie ma.

Goratrix przesunął się w stronę centralnej części pokoju i zatrzymał się. Krąg z magicznymi literami przez chwilę błysnął błękitnym światłem. Lewitująca widmowa postać Czarodzieja dalej wyglądała na poważnie ranną i podziurawioną. Gdyby nie fakt, że był w materialnej formie w tej chwili zapewne toczyłoby się z niego sporo krwi.

- To co dzieje się w twoim mieście to część Jyhadu, prastarej wojny między Przedpotopowcami a ich potomstwem. Chyba każdy średnio rozgarnięty Wampir wyczuwa działanie niewidzialnej dłoni, która wpływa na słabszą krew rzucając ich w wir bitwy. Informacja poszła w świat. Kulty Gehenny przeżywają rozkwit, Camarilla zrobi wszystko by zatuszować całą sprawę zabijając niewygodnych świadków. To dlatego przysłali samego Shreckt'a. On wyczuwa kłamstwo zanim ktoś zdąży je wypowiedzieć. Jak dożyjecie końca tego zamieszania, to zastanówcie się co powiecie Egzekutorowi Tremerów. I nie bądźcie naiwni, żaden artefakt, który posiadacie nie uchroni was przed tym Ex Łowcą Demonów.

- A co do Sabatu, to cóż... Zapewne na tym skorzysta, ale powiem ci coś synu Rusty'ego... - Goratrix skrzywił się przez chwilę w grymasie bólu - to banda dzikusów, która bez takich jak ja, szybko przestanie istnieć. Sabat jest wynikiem wiecznej wojny. Myślisz, że nie jestem świadom faktu, że Miecz Kaina jest kolejnym narzędziem w rękach Przedpotpowoców? - pytanie zawisło w powietrzu, a po chwili alchemiczne symbole żywiołów na kardynalnych kierunkach świata zapłonęły jasnym płomieniem.

- Zastanawiacie się zapewne dlaczego wam to mówię. Odpowiedź jest prosta... Jestem ciekawy, czy jesteście w stanie udźwignąć prawdę. Uprzedzam... Poprzedni Nosferatu z którym rozmawiałem, nie był w stanie zaakceptować tego co mówię i rzucił się na mnie... Ale do rzeczy.

- Red Wisdom należał do pierwotnej linii klanu Brujah. Niewiele ich przetrwało do dziś, ale musicie wiedzieć, że Troile zdiabolizował oryginalnego Przedpotopowca. Teraz na diabolistę, mówią Brujah albowiem to on ukradł imię swego Progenitora. Mało kto wie, że ci, którzy przetrwali chcą zniszczyć pomiot Troile. Wniosek jest prosty: wykonujecie zadanie dla kogoś, kto miał swoje własne cele, dalekie od sporów, które znacie. Jesteście jego ostatnim ciosem jaki zada swemu odwiecznemu wrogowi. Sugerowałbym głównych oponentów wypatrywać w klanie Brujah, a odpowiedzi na nurtujące pytania znaleźć w wydarzeniach związanych z upadkiem Kartaginy.

- Wasz najemnik, też jest zamieszany w tą sprawę podobnie jak każdy z was. Aż dziwi mnie fakt, że jeszcze tego nie zauważyliście. Jesteście tak mocno zaślepieni przez Camarillę, że nie potraficie dogadać się z kimś kto rezyduje blisko Bestii? Namtar morduje, bo jest mordercą i jak każdy kto wyszedł z laboratorium Lasombrytów, będzie brutalnym bestialskim sukinsynem. Czym jest jeden śmiercionośny prototyp, który zabija bez mrugnięcia okiem, gdy widać że za wszystkim stoją Matuzalemowie, którzy już dawno stracili kontakt z człowieczeństwem? Hmm?! Tak łatwo zobaczyć zło w widocznym celu i kierować swój gniew na jednostkę. To jedna z sztuczek Starszych, którzy dają młodym powody do działań, odwracając uwagę od istotnych faktów. Jak widać na waszym przykładzie, Prezencja nie musi być użyta, by wasz wróg osiągnął swój cel. Red Wisdom zadbał o to, byście dostali do ręki doskonałe ostrze. Taka broń wymaga jednak wprawnego szermierza, wy zaś zachowujecie się jak dzieci, które za jej pomocą robią sobie co chwila krzywdę... - spojrzał na Horacego i dodał - Wiara w to, że Assamita jest zagrożeniem dla twego miasta, rozdzieranego przez wojnę Starszych jest rozbrajająco naiwna... Może czas już dojrzeć co się tu naprawdę dzieje?

Przerwał wywód i zwrócił się do Darshana:

- Widzę, że masz moją nową powłokę Mistyku. To znakomicie. Zechciej rozebrać go do naga i położyć na plecach w centrum kręgu.
Dla Horacego:
Test Występów Publicznych ST: 7 = 3 sukcesy. Teatralne gesty i wrodzona charyzma przykuły uwagę Czarodzieja.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 19 października 2016, 20:41

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Horacy cmoknął z cicha.

- No tak... mogłem się tego spodziewać. Czytasz mnie Mistrzu jak otwartą księgę, zapewne za pomocą dyscypliny albo masz dobrego informatora, gdzieś bardzo blisko nas. - westchnął - Ale to w sumie nie ma znaczenia. To wszystko prawda. Jestem tylko naiwnym, prowincjonalnym wampirem, który do tej pory nie był w ogóle zainteresowany wielką polityką. Nie miałem takich ambicji. Nie wiem czy Mędrzec właśnie dlatego mnie wybrał do swej legendarnej koterii bym był przypomnieniem o poczciwcach, czy też wręcz odwrotnie bym wreszcie dorósł. Ale teraz muszę wejść w ten świat, mam honorowy dług do spłacenia i spłacę go. Być może moja troska o miasto jest przesadzona i przechodzi w lekką paranoję ale... taki już jestem. Każdy ma coś o co się troszczy prawda? Zaś co do Namtara. Jest tu z woli Reda i nie bez powodu właśnie on. Moim zdaniem Stary chciał mieć pewność, że jego wróg zapłaci najwyższą cenę. Sama kara śmierci go nie satysfakcjonowała. Chciał mieć pewność, że jego przeciwnik został wypity a tym samym by jego dusza nigdy nie wróciła. Stąd Namtar a nie kto inny. Pytanie co się stanie jak po tym wszystkim. Jak bardzo Namtar urośnie. Nie wiem jak odczłowieczeni są Matuzalemowie ale oni dochodzili do tego stanu wieki jeśli nie tysiąclecia. Namtar natomiast jest stosunkowo młodym wampirem a jego poziom odczłowieczenia jest dla mnie porażający. Niech się wasza Ekscelencja nie obrazi ale więcej w was z człowieka niż w nim, chociaż macie o niebo więcej wiosen od niego. Jak do tego dodać fenomenalne umiejętności bojowe, które już teraz potrafią pokrzyżować szyki starszym... I ma ten cholerny wewnętrzny głód, który go pcha i pcha... jakby mógł pożarłby cały świat i wszystkich na nim. Przeraża mnie to wszystko jak cholera już teraz. A Jaki będzie za pięćset, tysiąc lat nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić. Mam nadzieję, że Starzec w Czerwieni wiedział co robi i wybrał mniejsze zło trudniąc właśnie jego do zadania.

- Pomóc ci z tym rozbieraniem? - rzucił z cicha do Darshana. Ravnos pokręcił przecząco głową. Horacy Kontynuował.

- Atra-Hasis syn Gitmalu czyli jeśli dobrze liczę, brata Troila który zabił ojca przyjmując jego imię. Trudno będzie dojść prawd z czasów Kartaginy. Teraz możemy jedynie spekulować, że być może Troil zalazł w jakiś sposób za skórę Starcowi. Zabił mu kogoś bliskiego być może Gitmalu, który stanął przeciwko bratu po diabolizacji Brujaha, a być może poszło o samego założyciela klanu. - Horacy pokręcił głową. - O co poszło nie istotne, a przecież czuję że był powód do zwady. Teraz trwa gra i chodzi o ciało wojownika z dziwnej linii krwi z mieszanki podobnej Namtarowi. I choć na początku myślałem, że być może chodziło Wisdomowi jedynie o maszynę do zabijania zdolną zranić przedpotopowca to teraz uważam, że cel mógł być odmienny. Samo pojawienie się ciała wymuszało na Troilu wykonanie ruchu. Wejście do tej gry choćby za pomocą swych pionków. I chyba właśnie na to liczył Wisdom. Na to że Troil nie pozwoli sobie pominąć tej gry o kogoś kto go zranił. Po sznurku do kłębka. Jyhad matuzalemów... czy zawsze musi chodzić o krew? - pokręcił głową raz jeszcze - Jak mówiłem, nie istotne. Spekulacje takiego prowincjonalnego jak ja wampira są nie istotne. Mamy dług do spłacenia i to się liczy. Nie rozumiem tylko dlaczego wplątany w to wszystko jestem ja Nosferatu. Ale coś czuję że zaraz i do tego dojdziemy, nieprawdaż? Mistrzu powiedz nam proszę to co powiedziałeś tamtemu Nosferatu, który się na Ciebie rzucił. Czy to nie był przypadkiem Rusty? Wszak o jego romansie z Sabatem z dawna chodzą plotki. I to jego język leżał tam na stole wraz z innymi nagrodami, poznałem go od razu. - Zakończył smutno.
Ostatnio zmieniony 22 października 2016, 22:55 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 20 października 2016, 17:21

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Toczące się rozmowy nie należały do tych, w których mógłby wziąć dział. Dlatego po skinieniu głową przystąpił do przygotowania ciała dla Goratrixa. Zanim zdjął z niego odzienie, przyniósł miskę wody oraz myjkę z łazienki. Poza usunięciem ubrań, wydało mu się odpowiednim usunięcie także brudu z tej fizycznej pułapki. Przygotowywał właściwie ofiarę.

Czuł się przy tym jak kapłan, wykonujący posługę. Jakby przygotowywał zwłoki do pogrzebu. Odruchowo zaczął powtarzać sentencje z sanskrytu. Mimo, że to ciało nie miało spłonąć w ogniu, modlitwa do Shivy wydała mu się jak najbardziej właściwa. Tylko Pan Destrukcji mógł oczyścić Gavina z jego karmicznych przewinień. Miało się to odbyć w taki sposób w jaki miało i pewnie nie jeden Ravnos uznałby by to za hańbę dla klanu. Darshan jednak był mistykiem i los jaki miał spotkać ciało tego nieszczęśnika wydał mu się ni mniej ni więcej tylko odpowiedni.

Miał tylko nadzieję, że inni członkowie klanu, kiedy dowiedzą się o tym, zaakceptują to ze względu na wyjątkowe okoliczności inaczej sąd klanowy mógłby spotkać także Darshana. Jako mistyk i indywidualista był jednak w stanie spokojnie przyjąć karę jaką by na niego nałożyli. Działał zgodnie z własnym sumieniem i to było dla niego najważniejsze.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 20 października 2016, 21:26

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Terry z ulgą zamknął za sobą drzwi, za którymi w ciemnościach pozostał Darth Namtar. Czuł się znacznie lepiej, niż gdy przechodził przez nie kilka chwil temu. Pomimo okrutnego występu mordercy na trawniku przed domem, z którego tak naprawdę wciąż nie do końca się otrząsnął, na jego twarzy malował się spokój. A nawet delikatny uśmiech.

Ruszył raźnym krokiem w stronę sali rytualnej, gdzie prawdopodobnie udała się reszta. Po drodze minął ponury i złowieszczy Zegar Zagłady. Rzucił na niego przelotnie okiem, spiesząc się by dołączyć do pozostałych członków Koterii Reda. I aż musiał się cofnąć, by upewnić się, że mu się nie przywidziało. Zegar na którym wcześniej z przerażeniem obserwował ostatnią minutę świata, wskazywał teraz za dwie minuty północ. Podekscytowany Malkavian zacisnął pięści a na jego twarz wypełzł szeroki i pełen radości uśmiech. Nie czekając ni chwili dłużej, przyspieszonym krokiem ruszył w stronę schodów.

To znaczy, że dziś zrobiliśmy coś, co pokrzyżowało plany przedwiecznych starszych. Albo ktoś coś zrobił, ktoś spoza naszej grupy. W sumie przez cały ten czas zakładałem, że jesteśmy jedynymi kainitami w zachodniej Wirginii którzy mają dobre intencje i dążą do zażegnania tego chaosu, który został tu wykreowany. Nie wiem dlaczego, każda z osób które spotkaliśmy na swej drodze radzi sobie w jakiś swój sposób. Nawet zdradziecki Książę...

Słysząc rozmowy dobiegające z komnaty do której zmierzał, zaczął im się przysłuchiwać. Słyszał głos Goratrixa, który wspomniał coś o Mędrcu w czerwieni. Zainteresowany Terry natychmiast zwolnił kroku, nadstawiając z zainteresowaniem ucha.

- Wiara w to, że Assamita jest zagrożeniem dla twego miasta, rozdzieranego przez wojnę Starszych jest rozbrajająco naiwna... Może czas już dojrzeć co się tu naprawdę dzieje? - powiedział stłumiony głos.

Nie trudno było odgadnąć do kogo skierowane były te słowa. Tylko jedno spośród nich nazywało Charleston swoim miastem. I tylko jedno z nich miało prawdziwy problem z Assamitą.

Tejj nocy, przez pewną chwilę Terry myślał, że sam dołączy do tego klubu. Ale potem, podczas rozmowy z Łowcą sam na sam, przekonał się, że wszystko co wiedział na temat Mordercy sprawdziło się i w istocie jest to osoba, jak każde z nich. Inna w obyciu, ale wciąż osoba. Z własnymi... Koszmarami.

Nim wszedł do środka, wyprostował się i rękoma wygładził ubranie. Dopiero teraz pomyślał, że dobrze było by się przebrać. Nawet przez krótką chwilkę zastanowił się, czy nie zrobić teraz, szybko jednak porzucił ten pomysł. Za drzwiami Horacy mówił dalej i Terry starał się nie uronić nic z jego rozmyślań. Nie chciał też ich przerywać, zaczekał więc chwilę aż ten skończy, zanim przekroczył próg komnaty.

Wchodząc przywołał na powrót uśmiech i starał się wyglądać tak jak się czuł. A był zadowolony, szczęśliwy i pełen nadziei. Zadowolony, bo udało mu się rozwiązać sprawę z Łowcą. Niby nie do końca, ale zamierzał dotrzymać swego końca umowy, więc w swoim mniemaniu uważał ją za zakończoną. Szczęśliwy i pełen nadziei przez Zegar Zagłady.

- Przepraszam, że kazałem na siebie czekać. Wraz z Mrocznym Jedi doszliśmy do porozumienia, nie musicie się więc martwić, ten konflikt został zażegnany. Niestety Darth Namtar raczej teraz do nas nie dołączy.

Postanowił ustawić się gdzieś z boku, tak by nikomu nie przeszkadzać. Zajął miejsce obok Horacego. Przypomniał sobie jego gest, zanim jeszcze weszli do domu, zaraz po namiastce piekła, jakie nieść mogą ze sobą tortury. To nie było nic wielkiego, ot zwyczajne klepnięcie po ramieniu, a jednak w tamtej chwili sprawiło ono, że Terry nie czuł się opuszczony i samotny w swym cierpieniu. To nie było nic wielkiego, ale wiele dla niego znaczyło. Spróbował więc jakoś się za to odwdzięczyć. Na swój, bardziej lub mniej udolny sposób.

- Wiesz, słyszałem jak rozmawialiście zanim do was dołączyłem. Między innymi o Łowcy. - powiedział ściszonym głosem, jednak głośnym na tyle, żeby nie był szeptem. - Ja również myślę, że za dużo się nim przejmujesz. Ani jego bestia, ani ten ogromny wewnętrzny głód o którym wspomniałeś, nie mają tak naprawdę znaczenia. Nie spotkasz go już prawdopodobnie po tym jak odkryjemy kto zabił starca. A jego maniery i obycie... cóż, jest z innej kultury niż my. Tak jak my nie rozumiemy jego zachowań, tak on nie rozumie naszych. Ale to trochę tak, jak z maszynami. trochę tak, jakbyśmy mieli wypożyczony na jakiś czas superszybki sportowy samochód. Nie ma sensu narzekać, że za szybko jedzie i na siłę próbować jechać na niskim biegu. To jest auto do szybkiej jazdy i mamy je tylko przez chwilę. W dodatku nam się spieszy, więc pozwólmy kierowcy na odrobinę szaleństwa. i tak niebawem auto trzeba będzie oddać. Szkoda nerwów.

Poklepał Nosferatu po ramieniu i mrugnął do niego porozumiewawczo.
Ostatnio zmieniony 21 października 2016, 12:15 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 21 października 2016, 23:18

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993, Godzina do świtu.

Goratrix słuchając wypowiedzi Horacego ze spokojem przyglądał się pracy Darshana. Wtem do pokoju wszedł Terry, który odniósł się do spraw związanych z Namtarem. Po chwili Czarodziej spojrzał na Świra wykonując magiczny gest ręką.

- Pomimo swego wieku i mocy dalej pozostajecie naiwni, ale taka jest wasza natura. Inteligencja jest miarą przystosowania się. Słabe jednostki nie potrafiące zaadaptować się do nowego środowiska umierają. Namtarem się nie przejmuj... - dodał, zwracając się do Nosferatu.

- On jest na Więzach Krwi założonych przez Starszego Assamitów, który posiada tytuł Silsila. Nie ma swojej Woli, a co za tym idzie wypełnia jedynie rozkazy swego mistrza. Namtar będzie wszędzie tam, gdzie Assamici go wyślą. Jest jedynie kolejnym zabójcą w służbie klanu. Do końca swego nieżycia będzie zarabiał krew dla swych przełożonych. Nawiasem mówiąc, ostatnio w niektórych kręgach sporo mówiło się o zdolnościach Shadowslayerów, a nagroda jaką postawił na stole Marconius dla rządnych władzy stała się naprawdę cenna. Ten, który jest nagrodą na pewno jest o wiele potężniejszy od Namtara, a jak wiadomo nawet sam Kain nie był w stanie oprzeć się Więzom Krwi. Poza tym nie jest związany z Klanem Łowców, a to jest niezwykle dogodna okoliczność...

Uśmiechnął się lekko i kontynuował wywód:

- To ja stworzyłem pierwszego Gargoyla... Dzięki nim Tremere przetrwali wojnę z Tzmimisce jeszcze przed Rewoltą Anarchistów. Szkoda, że teraz tak niewielu o tym pamięta. Ale cóż, geniusz zwykle bywa niedoceniany... Wróćmy jednak do sprawy. Jak wiemy, niektórym Lasombra marzyło się coś podobnego, dlatego eksperymentowali nad stworzeniem linii ochroniarzy. Planowali zaznaczyć swoją pozycję w Sabacie, a kluczem do kontroli miały być Więzy Krwi. Nie wyszło, zadarli z Assamitami, a to honorowy klan, który nie przepuszcza okazji do zemsty. Powinniście być wdzięczni Atrahasisowi, że przysłano właśnie Namtara. Przynajmniej nie będziecie zaskoczeni, gdy spotkacie rzeźników z Sabatu, którzy w przeciwieństwie do waszego ochroniarza kłamią i nie znają słowa honor. Zapewne wtedy ta klinga z ciemności przemówi jedynym językiem jaki będą w stanie zrozumieć.

Westchnął i ponownie przeniósł spojrzenie na krąg magiczny, gdzie leżało ciało Ravnosa.

- Teraz wiem, że nagroda to jedynie przynęta, która sprowadziła wielu do niesamowitej pułapki jaką jest ta ziemia. Proszę was o opuszczenie kręgu i trzymanie się jak najdalej. Nie chcemy, by coś poszło nie tak. Mistyku, zanim opuścisz krąg wyjmij proszę kołek z piersi tego Ravnosa.

W tym momencie spojrzenia Gavina i Darshana spotkały się. Mistyk zdał sobie sprawę, że Gavin słyszy całą rozmowę i jest świadomy tego co zaraz się stanie. W jego oczach wyczytać można było jedynie strach.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 22 października 2016, 15:35

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993, Godzina przed świtem.

W tym samym czasie "zabójczy prototyp", nieświadom toczącej się piętro wyżej rozmowy, stał w cichym, ciemnym pokoju, gapiąc się pustym wzrokiem we wzrastający za oknami mrok. Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z tego, co właściwie robi. Potrząsnął głową, wracając do rzeczywistości. Był sam. Terry musiał wyjść już jakiś czas temu, powietrze w pomieszczeniu było bowiem całkowicie nieruchome. Nie pamiętał jednak kiedy to się stało. Odwrócił się, lustrując niewielki pokój, wypełniony kurzem, zwiędłymi kwiatami, wspomnieniami po martwym właścicielu i pustymi krzesłami... Tego typu momenty zdarzały mu się co jakiś czas. Czasami. Niezbyt często. W sumie nie miał nic przeciwko temu. Ciemność pomagała pozbyć się natrętnych wizji, uciszyć wrzaski dźwięczące w korytarzach wspomnień...Powoli przeszedł przez jadalnię. Nie chciał teraz spotykać Niewiernych ani rozmawiać z nimi. Pomyślał o dziurze w piwnicy. Ktoś powinien ją zasypać. Zdawało mu się, że gdzieś w magazynie widział łopatę. Cóż, warto było to sprawdzić...

[center]***[/center]
Praca fizyczna okazała się dobrym pomysłem. Narzucił sobie mordercze tempo i przez kolejnych kilkanaście minut przerzucał ziemię, zasypując sporych rozmiarów otwór w piwnicy. W końcu ból zmęczonych mięśni przepłoszył powracające koszmary i uciszył większość myśli. Ostatnia noc nie należała do najłatwiejszych: poszukiwania w jeziorze, akcja ratunkowa, walka na ulicy i szaleńczy bieg przez las... Czuł te wszystkie momenty w każdym nadwyrężonym ścięgnie i naciągniętym mięśniu. Ciało nieumarłych regenerowało się szybko i wiedział, że już jutro wszystko wróci do normy. Na razie jednak korzystał z tego bólu, stanowiącego rodzaj ucieczki od niechcianych myśli. Pod koniec pracy przyłapał się nawet na tym, że zaczął gwizdać:

[center]If you negotiate the minefield in the drive
And beat the dogs and cheat the cold electronic eyes
And if you make it past the shotgun in the hall,
Dial the combination, open the priesthole
And if I'm in I'll tell you what's behind the wall.[/center]

Uklepał ziemię w wyrwie i umieścił nad nią znaleziony w magazynie blat, dociążając go kilkoma wiadrami farby. Wyprostował się, oceniając swoje dzieło. Oczywiście, nie mogło powstrzymać nikogo o wysokiej Potencji, jednak nawet w tym wypadku rumor, jaki powstałby, gdyby ktoś próbował tędy przejść musiałby obudzić umarłego... Ha ha - pomyślał bez uśmiechu. To mi się na dowcipy zebrało, cholera... Odwrócił się i wyszedł z piwnicy, kierując do najbliższej łazienki. Miał nadzieje, że zdąży wziąć jeszcze prysznic, nim zjawi się Tariq. W końcu nie wypadało przyjmować go w takim stanie...

[center]***[/center]
Wziął szybki prysznic i przebrał się z powrotem w strój bojowy. Złożony w kostkę garnitur pozostawił na jednej z półek, w pralni. Nie miał pojęcia skąd Viktoria go wytrzasnęła, lecz nie sądził by plamy krwi i szary pył z rozwalonej ściany dodawały mu uroku. Parter posesji wydawał się całkowicie cichy i pusty. Niewierni gdzieś zniknęli. Jedynie w pokoju muzycznym siedział Lucas, pilnujący Cleo. Stary żołnierz czytał książkę, przyświecając sobie niewielką lampką i nawet nie zauważył Mordercy, gdy ten szybkim krokiem przeszedł przez ciemny korytarz kierując się na zewnątrz. Dobrze. Przez chwilę mógł wyobrazić sobie, że jest całkowicie sam w tym wielkim, mrocznym domu, wypełnionym pamiątkami przeszłości i cichą obecnością śmierci. Tak naprawdę rozluźnił się jednak dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi wejściowe. Spojrzał w niebo przedświtu, wciąż jeszcze usiane gwiazdami, a jednak niosące w sobie zapowiedź poranka. Noc wykrwawiała się powoli w chłodnym powietrzu. Przez moment zapragnął przycisnąć ją do swego zimnego serca, zlizując ciemność z jej skóry... Ta myśl sprawiła, że wyszczerzył zęby. Teraz, gdy był sam, nie musiał już nosić maski, udając że jest im podobny. Że myśli tak, jak oni... Nie spiesząc się sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął pustą fiolkę. Później przegryzł nadgarstek. Przysiadł na schodach patrząc jak czerwień spływa wąską strugą do naczynia. Ten widok przywołał wspomnienia, lecz nie spodziewał się niczego innego. Tak naprawdę, czekał na nie. Wpatrując się w ciemniejący płyn i wdychając jego zapach myślał o innej krwi - której smak znał na pamięć i dla którego był gotów zrobić wszystko...
Dla MG: Wlewam 2 PK do fiolki, później czekam na Tariqa na schodach przy wejściu. Gaszę światło na werandzie i używam Niewidoczności 1 by się nie rzucać ludziom w oczy (chcę, by efekt omijał Tariqa i Raina).
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 22 października 2016, 19:28

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993, Godzina przed świtem.

Strach w oczach Gavina wydawał się Darshanowi paradoksalny. Młody złodziej pokazał wielokrotnie, że woli aby jego myślami, słowami i ciałem kierowało coś innego niż on sam. Kreował wizerunki i maski aby widzieć siebie w coraz inny sposób, pozwalał przelotnym przyjemnością i pustym fascynacjom aby wpływały na jego decyzje, wyraźnie nudziła go pustka i cisza własnej świadomości. Skoro sam tyle razy uciekał od siebie, czemu się teraz bał?

Właściwie ten strach ucieszył Mistyka. Może jednak ta wyprawa do Charlestone mogła być zbawieniem dla młodego Ravnosa? Prawdziwa nauka płynęła zawsze z doświadczenia, Gavin miał się własnie nauczyć czegoś bardzo ważnego o sobie i świadomości. To powinno mu dać nauczkę aby z większym szacunkiem podchodził do siebie w przyszłości.

- Nie bój się, to co się stanie jest efektem wielu drobnych wyborów które podjąłeś wcześniej i jest nie do uniknięcia. Nie możesz na to wpłynąć więc zaakceptuj to. Jeśli chciałbyś mnie nienawidzić to wiedz, że jesteśmy odcięci od reszty świata w Charlestone. Jestem teraz jedynym obecnym i przytomnym Ravnosem w okolicy. Ze względu za twoje przewiny względem Klanu musi spotkać cię osąd i tak właśnie się teraz dzieje. Oto w tej chwili stoisz przed wszystkimi członkami rodziny jacy mogli się stawić. Znam twoją historię i przewiny, za splamienie honoru Klanu w sprawie długu, skazuję cię na to co się za chwilę wydarzy. Odbywając tą karę zmażesz swoje winy i przysłużysz się sprawie, dla której byłeś tutaj oryginalnie wysłany. Czekają cię ciężkie chwile ale nie martw się. To nie zniszczy twojej świadomości bo nic nie jest w stanie jej zniszczyć. Stracisz panowanie nad ciałem i nie będziesz nic pamiętał ale kiedy cię nie będzie poznasz ciszę w sobie, świetlistą pustkę, to czym naprawdę jesteś i wiedz, że w tej chwili właśnie to cię najbardziej przeraża i własnie przed tym całe życie uciekałeś. Raduj się jednak tą chwilą ponieważ teraz możesz przezwyciężyć ten strach i poznać największą ze wszystkich tajemnic, tajemnice której nie zna i nie pozna nikt inny, tajemnicę którą jesteś ty sam. Będziesz w moich myślach i w mojej modlitwie, niech Shiva będzie z tobą.

To mówiąc Darshan wyjął kołek i odsunął się poza krąg magiczny.
Ostatnio zmieniony 23 października 2016, 23:08 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 23 października 2016, 00:23

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993, Godzina do świtu a rytuał w trakcie.

Horacy rozważył w myślach słowa Goratrixa. No cóż... Ku rozczarowaniu Szczura rozwinął najmniej ciekawy wątek z poruszonych. Błąd Horacego, grzeczność jaką chciał wykazać odpowiadając na ostatnią kwestię Tremera rozciągnęła nad potrzebę tenże temat. Nie mniej to do wielkiego Goratrixa należało, co zechciał przekazać koterii, a czego nie. Najwyraźniej z jakichś powodów ten właśnie wątek uznał za najważniejszy, bądź najciekawszy. Nosferatu nie miał najmniejszego zamiaru ciągnąć za język byłego Tremera w kierunku jaki chciał. Horacy nie miał ni ambicji ni sprytu po temu. Uznał zatem że układ jest prosty. Goratrix obiecał pomoc koterii, zatem należało mu pozwolić to zrobić wedle jego woli. Miał bardzo rozległą wiedzę, a Horacy chciał nadal uszczknąć cos z tej studni. Jeśli Czarodziej zechciałby się podzielić informacjami, to Szczur przyjąłby z otwartymi ramionami.
Z drugiej strony to co mówił były Tremer, a zwłaszcza to czego mówić nie chciał wyznaczało jasną granicę i mówiło równie wiele.

- Ciekawe jaki związek ma poprzedni eksperyment z linią Shadowslayerów z ostaniami, których owocem jest nasz Namtar.

- Wszystkie te przedmioty które się tam znalazły mają przykryć uwagę starszych. Swoją drogą ciekawe czym są. Prócz języka niczego nie kojarzę, no może poza pasem Paina. Bardzom ciekaw, co też to są za przedmioty. Choć może właśnie o to chodzi. Może na tym polega ta pułapka. Pytanie jak ją przekuć na zwycięstwo... - zasępił się Nosferatu obserwując rytuał już z maksymalnej odległości. - Wizytówka pewnego Giovanii na pewno zbliży Cię do tego Mistrzu. - Szczur począł przetrząsać kieszenie w jej poszukiwaniu, a nie było to proste. W trakcie postanowił zabawić gościa dalszą rozmową. Postanowił się wspiąć na wyżyny etykiety i jakoś sprostać zadaniu.

- Karl to faktycznie problem. - Ale tak naprawdę tylko mój i Fratera. Victoria uznaje prawa Camarlili ale mam wrażenie, że jest tylko jedną nogą w sekcie. Poza tym to bardzo zdolna czarodziejka. Rozpłynie się w mroku nocy podobnie jak Namtar o Ravnosach nie wspominając. Lecz cóż... nie jest wszak wszystko przesądzone. W grze są tak duzi gracze, że Karl może podążyć drogą Paina. Lub co bardziej prawdopodobne ja tak skończę. - Wzruszył ramionami - Najważniejsze to spełnić misję i spłacić dług, Może to naiwne ale dane komuś słowo, dla mnie znaczy wiele.

Ostatecznie w świecie gdzie reguły i tradycje nie mają znaczenie zostaje tylko to.

- Trudno jest spłacić dług. Co ja mówię? Spłacić?! Jak w ogóle mamy funkcjonować kiedy ten, pardonsik Ekscelencjo "cholerny śpiew" wali po uszach i tak zatruwa duszę, że strach wyleźć na ulice. Czy jest Ekscelencjo jest w ogóle jakiś sposób by zagłuszyć tą okropność? Wolelibyśmy nie podziwiać trawnika ponownie. Nie wiem jak Terry ale ja się już dość naprzyglądałem robaczkom.

Szczur bardzo wyraźnie zaczął się irytować całą sytuacją. Zwłaszcza z brakiem cholernej karteczki. Kazać czekać komuś pokroju Goratrixa był niegrzeczne, by nie powiedzieć niebezpieczne. Horacy grzebał wytrwale. Był pewien że miał ją gdzieś w tej kieszeni. Ale nie, była tam tylko jedna choinka zapachowa, stara kłódka, kilka stron lokalnego brukowca i uszczelka do rury kanalizacyjnej...

Cholerne kieszenie...
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 24 października 2016, 14:47

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Informacja o tym, że Darth Namtar, Duch z Otchłani jest na Więzach Krwi, przykuła uwagę Terryego. Tłumaczyło to wiele z sytuacji których byli świadkami. I właściwie odbierało im prawo do większości pretensji, które mogliby mieć względem Łowcy. No i powinno w końcu złagodzić obawy Nosferatu odnośnie tego, co zrobi Morderca po wypełnieniu kontraktu.

Właściwie świadomość niewoli Assamity, sprawiła, że Terry poczuł silne współczucie względem Mrocznego Jedi. Żeby nie powiedzieć sympatię. Wiedział, że mrok spowijał duszę ochroniarza już niemalże od początku, ale Więzy Krwi sprawiały, że nawet gdyby ten zechciał się uwolnić z tej pożerającej go ciemności, nawet gdyby zechciał oprzeć się niezaspakajalnemu głodowi Bestii i tak nie miał na to najmniejszych szans. I tak naprawdę był poza zasięgiem zbawienia, należnego przecież każdej świadomej istocie. Malkavian opuścił nieco głowę, zasmucony koszmarnym losem Dartha Namtara.

Tremere kontynuował przemowę. Ze złowieszczym uśmiechem na eterycznej twarzy pochwalił się, że to w istocie on jest odpowiedzialny za stworzenie Gargoyli. Oto potwór z historii którymi straszy się młodych kainitów stał przed nim i potwierdził, że w istocie jest tym wyzutym z uczuć potworem jakim go malują. I był z tego dumny. Właściwie każdym kolejnym słowem deptał dobry nastrój Terryego, który coraz bardziej czuł, że potrzebuje być gdzieś indziej.

Cofając się pod ścianę zaczął zastanawiać się jak to właściwie się stało, że goszczą niesławnego czarodzieja. W dodatku niosąc mu pomoc. Analizując wieczór, dotarł do chwili, kiedy ten pojawił się po raz pierwszy. Przywitał się z nimi słowami, które rozbrzmiewały teraz echem w głowie Malkaviana.

"Witam. Zdecydowałem się odpowiedzieć osobiście na zaproszenie obecnego tu Nosferatu. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Przyszedłem jedynie po Paula. Proszę, odsuńcie się od ciała."

Kątem oka spojrzał na Horacego. Szalona myśl która pojawiła się w tej chwili, przeszła dreszczem przez jego nieumarłe ciało. Odrzucił ją jednak, pamiętając rozwój sytuacji. Nie chciał wierzyć, że w istocie został tu zaproszony. Raczej wprosił się, kiedy w Sali Sępów rozpętało się piekło.

Po "Klanowym Sądzie", jaki Mistyk zaserwował Gavinowi, potrzeba ucieczki nasiliła się. Rozumiał dlaczego to sie dzieje, zrozumiał też jednak, że wcale nie chce być częścią tego spektaklu. Owszem, Gavin zdradził sprawę za którą walczyli. Terry jednak wcale nie był przekonany, czy zasługiwał na aż tak okrutny los.

Następnie ponownie przemówił Nosferatu. Słuchając jego słów, duchowny ponownie popadł w zwątpienie. Wyraźnie pamiętał jak kilkukrotnie już przypominał Koterii by nie ufać nikomu spoza niej. Tymczasem jedno z nich, właśnie opisywało Goratrixowi swoje przemyślenia odnośnie jej członków. Tak jak wcześniej odrzucił myśl o zdradzie, tak teraz z przerażeniem obserwował, jak coraz więcej elementów wskakiwało na swoje miejsca tworząc przerażającą całość.

Tremere podziękował Horacemu za zaproszenie. Ten dzieli się z nim informacjami które powinien zachować dla siebie. Wręcz prosi go o pomoc zarówno w sprawie Schrekta, jak i dziwnego efektu, który nie tak dawno przebudził nasze Bestie. A sytuacja w śmigłowcu? Wszystko było dobrze, dopóki Scarface, Arhont Camarilli nie powiedział, że zabierają Nosferatu na przesłuchanie. A co jeśli Horacy nie jest tym za kogo się podaje? Co jeśli tak naprawdę jest członkiem Sabatu? Co jeśli Paul był jednym z nich i wezwanie Czarodzieja miało jedynie na celu usunięcie go poza nasz zasięg? Jego postawa wobec Goratrixa chociaż wcale nie musi, mogła by na to wskazywać. To się robi zbyt dziwne. I zbyt podejrzane.

Oszołomiony swoją teorią potrzebował chwili dla siebie. Poza tym zdecydowanie stał tu już zbyt długo i potrzebował opuścić salę.

- Zaczekam na zewnątrz. - zwrócił się do Koterii. I wyszedł.

Idąc korytarzem wspierał się jedną ręką o ścianę. Miał bowiem wrażenie, że podłoga próbuje wyślizgnąć się spod jego stóp.

Zin-Carla
Reactions:
Posty: 162
Rejestracja: 06 maja 2015, 15:12
Kontakt:

Post autor: Zin-Carla » 24 października 2016, 22:42

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 11.08.1993

Wiktoria obserwowała uważnie wszystkie ruchy Goratrixa i następujące po nich słowa. Słowa te niestety ie były tylko rytualnym mistycznym językiem, a przedłużającą się konwersacją z Nosferatu. Lasombra chciała już zobaczyć ten niesamowicie intrygującym, mistyczny zabieg. Prawdopodobnie maiła teraz niespotykaną sposobność by go obserwować.

Chcąc nie chcąc wiec słuchała o czym dyskutują jej towarzysze. Była wciąż emocjonalnie podburzona i szczęśliwa za razem. Cleo zdawała się być w lepszym stanie. Wrócił jej regularny oddech i zdawało się, że wszystko zmierza ku dobremu. Viktoria była wdzięczna Assamicie. Wiedziała, że musi mu jakoś podziękować. Nie wiedziała jednak jeszcze jak zrobić to najlepiej.

Im dłużej słuchała tym bardziej zadziwiał ja kierunek w który szła rozmowa. Widziała, że szczur jest zdenerwowany, a wtedy niestety nawyk gadulstwa wzrastał w siłę. Zawsze gadał wtedy wiele niepotrzebnych rzeczy do niewłaściwych osób, tak jak w samolocie, w sobie tylko wiadomym celu. Wiedziała już, że prawdopodobnie nie jest szpiegiem. Po prostu... delikatne sytuacje społeczne nie są jego najlepszą stroną. Podeszła do Szczura i położyła mu rękę na ramieniu.

- Horacy, nasz gość potrzebuje się skupić przed rytuałem. Daj mu chwilę spokoju. Sztuka magiczna wymaga wiele od swojego adepta. Możesz poszukać wizytówki Giovannich później lub na zewnątrz pokoju rytualnego, by nie przeszkadzać w tym delikatnym procesie magicznym.

Będzie musiała z nim porozmawiać. Upewnić się, że w przyszłości nie będzie musiała cały czas martwić się co Szczur powie. Teraz nie miało sensu upominanie go. Wolała by Goratrix nie słyszał i nie wykorzystał tej wiedzy by manipulować jeszcze bardziej Horacym. Już w tym momencie nieźle go sobie omotał, a ten nieświadomie brnie dalej w jego sieci.
Ostatnio zmieniony 31 października 2016, 09:30 przez Zin-Carla, łącznie zmieniany 1 raz.
The oldest and strongest emotion of mankind is fear, and the oldest and strongest kind of fear is fear of the unknown

H.P. Lovecraft

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 07 grudnia 2016, 23:24

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sala Rytualna Red'a 11.08.1993

Goratrix rozpoczął ceremonię. Pozostali stali po za kręgiem przyglądając się uważnie czynnościom jakie wykonywał stary Czarodziej. Niczego nie brakowało w jego ruchach i słowach. Wszystko wyglądało na perfekcyjnie zaplanowane, a każda część rytu gładko znajdowała swoje miejsce. Rozpoczął od modlitwy do jednego z dawnych bogów, których świat już nie pamięta, a Kainici zrozumieli tylko tyle, że bóstwo to było patronem wiedzy tajemnej. Słowa które wypowiadał niematerialny mistrz dźwięczały w uszach Spokrewnionych, wprowadzając ich w stan lekkiego transu. Sprzęty w pokoju zdawały się rozmywać delikatnie przed ich oczyma, a powietrze drżało od nadmiaru wyzwolonej mocy.

Gavin pomimo faktu, że nie miał już kołka w piersi z jakiegoś powodu nie mógł się poruszyć. Wydawał jedynie stłumione, dziwaczne dźwięki, podobne do pojękiwania lub szlochu. Zdawało się, iż jest przytrzymywany przez jakąś niewidzialną siłę, której z całych sił starał się oprzeć. Bez powodzenia jednak. Nogi i ręce miał wyprostowane jak struny, a jego ciało leżące na plecach przypominało gwiazdę wrysowaną w magiczny krąg, który wcześniej był używany przez samego Red'a. W końcu Goratrix zaczął powtarzać jakieś słowa mocy znane tylko jemu. Gawin przysłuchiwał im się z narastającą zgrozą, a w końcu zdołał wycharczeć jedynie:

- Przestań! To mnie zabija...! - nie dokończył jednak, gdyż najwyraźniej ból jakiego doświadczał nie pozwolił mu na to.

Czarodziej zareagował szybciej od obserwatorów, rzucając im groźne spojrzenie, dające wyraźnie do zrozumienia, że jakakolwiek interwencja w tej chwili to samobójstwo. Lewitując, zbliżył się do swojego nowego ciała i kontynuował rytuał. Przez następny kwadrans zebrani obserwowali jak z ciała Cygana wydobywa się krew, której krople lewitując w powietrzu zaczęty tworzyć tańczącą chmurę. Ravnos w tym czasie wył z bólu, a w jego oczach mieszkała Bestia oraz strach. Łatwo było można rozpoznać chwile w których ofiara wpadała w Rotschreck, by po kilku minutach spokoju wpaść w niego ponownie. Owa mieszanka człowieka i bestii stanowiła przerażający spektakl. Obserwujący ze zgrozą skonstantowali, iż Goratrix zupełnie nie przejmuje się tym, co czuje jego ofiara. Mało tego, stale upływająca krew pozwalała im przypuścić, że Czarodziej zamierza najpierw "osuszyć" swoją studnię, a następnie dostać się do tego, co leży na samym dnie - duszy.

W miarę upływu krwi ciało Gavina przybierało coraz bardziej trupi kolor, a przekrwione oczy powoli zaczęły zapadać się w oczodołach. Na obrzeżach kręgu kręciły się w lewą stronę tysiące małych kropelek krwi, które poruszały się zgodnie z gestami lewej dłoni Goratrixa. Żadna z nich nie splamiła podłogi, czy sufitu, będąc pod całkowitą kontrolą Czarodzieja. Nagle i bez ostrzeżenia paznokcie Gavina zaczęły rosnąć w nienaturalnym tempie, zawijając się w przerażające szpony. Ze stóp nieszczęśnika także wyrosły ohydne, długie pazury. Nagle dźwięk ruchu powietrza wywołany szkarłatnym wirem został przeszyty przez trzask kości, jednak nikt nie był w stanie ocenić, które z nich właśnie pękają.

Gavin rzucał się jak robak na haczyku, bezwładnie, niczym kukiełka w rękach swego pana. Makabryczne przedstawienie zmierzało do drastycznego finału. Goratrix dzięki mocy telekinezy podniósł zdewastowane ciało, a lewą dłonią rozkazał ostatnim kroplom krwi opuścić serce Złodzieja. Gdy żyły Cygana zostały całkowicie pozbawione krwi, a jego świadomość zapadła w długi letarg, Goratrix rozkazał szkarłatnej chmurze zatrzymać się. Widok był porażający i przywodził na myśl zatrzymaną w czasie scenę z upiornego snu, która lepiej by nigdy się nie dokończyła. Tak się jednak nie stało, a wiszące w powietrzu truchło, które w tej chwili niewiele przypominało dawnego Gavina zaczęło sunąć w stronę przezroczystego Tremera. Goratrix wniknął w swoją nową materialną powłokę i powoli zaczął przejmować nad nią kontrolę. Trwało to niecałą minutę, a gdy dzieło dokonało się, jednym haustem pożarł całą krew, które lewitowała zamrożona w powietrzu.

Przerażeni tym widokiem Kainici, stojący pod ścianą wciąż nie mogli wydobyć z siebie słowa. To czego świadkami stali się przed chwilą wydawało się koszmarem, przy którym bladły nawet nietypowe upodobania ich ochroniarza. W tej jednej chwili pojęli co miał na myśli Czarodziej, wspominając o Starszych, którzy zdolni są do wszelkich okropności... Nim ktokolwiek zdołał przemówić Goratrix odezwał się pierwszy:

- Który z was powiedział mi, że on znał się na Odporności? Myślicie że to jakiś żart? Zniszczona klatka piersiowa i te pazury... Wyglądam jak jakiś przeklęty Nosferatu! Przynieście mi nowe ubranie i jakieś nożyce...
Jesteście zszokowani i przerażeni tym co się przed chwilą wydarzyło. Proszę o uwzględnienie tego w następnych postach.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 09 grudnia 2016, 21:33

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Ogród za domem, 11.08.1993

Namtar stał na tyłach domu oczekując na spotkanie. Okrył się mocą Niewidoczności, wiedząc że Tariq i tak będzie w stanie go bez większych problemów zobaczyć. Wiedział, że prędzej Tariq podejdzie do niego niezauważony i spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Zanim zatrzymał się na trawniku pod tylną ścianą domu, rozejrzał się uważnie po ogrodzie, lecz niczego podejrzanego nie zauważył. Zastanawiał się, czy Starszy z klanu zjawi się w umówionym czasie i wtedy zobaczył jak tuż obok niego z nicości pojawiła się sylwetka Tariqa Milczącego. Wyglądał dokładnie tak, jak Morderca się spodziewał, jedynie jego skóra miała dużo ciemniejszy odcień niż na starych rycinach. Uśmiechnął się, po czym w umyśle Namtara odezwał się głos:

- Cieszę się, że cię widzę, Aqrab. Oto krew. Sprawdź ją... - podał Namtarowi fiolkę, wypełnioną ciemnoczerwonym płynem.

- Nie bez przyjemności - Morderca wyszczerzył zęby, po czym sprawnie usunął korek i zanurzył koniec palca w naczyniu.

Skupił się na zaktywizowaniu mocy Dur-An-Ki i skosztował niewielkiej ilości vitae. To co ujawniła zawartość nie była jednak tym, czego Shadowslayer się spodziewał. Zawirowało mu w głowie, a przed oczyma pojawiły się sceny z starożytnych czasów:

Była bezgwiezdna noc, gdy patrzył z potężnych murów miasta, na wrogą armię stojącą na przedpolu. Pancerze i włócznie błyszczały w mroku. Gdzieś w oddali rozlegał się głos bębnów.

- Palą i niszczą wszystko, co stworzyłem, wszystko o co walczyłem... - powiedział cicho, po czym odwrócił się w stronę kogoś kto stał tuż obok. Nie widział dokładnie jego twarzy, którą osłaniał ozdobny hełm ze spiżu. Od postaci biła jednak boska siła i splendor, a sama sylwetka zaczęła rozmazywać się... Wtedy jednak usłyszał jego głos:

- Ventrue przyszli odebrać nam to, co od zawsze należy do naszego klanu. Nie oddamy im...


Nagle Namtar poczuł silne szarpnięcie, wyrywające go z transu. Otworzył oczy i zobaczył przed sobą zrytą połać trawy. Z jakiegoś powodu leżał na ziemi... Dopiero po chwili uświadomił sobie, że Tariq trzyma go w żelaznym uścisku, unieruchamiając jego ciało fachowym chwytem.

- Uspokój się! Fi amani Haqim!* - mentalny krzyk rozległ się w umyśle Mordercy.

- W porządku... Shukran.** Co się stało?

- Przestałeś się kontrolować - odrzekł starszy Zabójca poluźniając chwyt.

- Aasif, dżazakhaqimu chajran*** - odparł Namtar wstając z ziemi. Nie patrzył w oczy Tariqa. Przełknął ślinę. Nie czuł się dobrze wiedząc, że Starszy widział moment, w którym stracił nad sobą kontrolę - Nie spodziewałem się, że to może na mnie tak zadziałać...

- Ta krew jest potężna - dodał po chwili, podnosząc wzrok. - Czwarte pokolenie. Pochodzi od samego Hannibala z Klanu Brujah.

Twarz Tariq'a była jak kamień i nie wyrażała żadnych emocji. Starszy zapytał jedynie:

- Jesteś pewien?



* arab. Niech Haqim ma cię w opiece.
** arab. Dziękuję.
*** arab. Przepraszam, niech Haqim wynagrodzi cię dobrem.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

ODPOWIEDZ