PBF - Okna Duszy

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 13 września 2017, 16:46

Atakar-kir, 26 orakt-ran

Kiedy statek rzucił kotwicę na płyciźnie opodal wioski, Eco odetchnął z nieskrywaną ulgą. Rejs przez jezioro zdał mu się morską wręcz wyprawą, szaleńczą ekspedycją na inny Archipelag albo i dalej. Choć aura, na co dzień kapryśna i nieprzewidywalna wskutek poczynań dbających o pogodę nad Ostrogarem druidów, sama w sobie dopisała, spotkanie ze złotym smokiem rozstroiło nerwy strażnika.

- Do samego Burat-aru nie dopłyniemy jednostką o tak głębokim zanurzeniu - oznajmił siedzący w przedniej części łódki Fleituh - Wysiądziemy tutaj i w dalszą drogę ruszymy lądem, wzdłuż wybrzeża.

Kręcący się na niewygodnej ławeczce za plecami przełożonego Eco mruknął coś w odpowiedzi pod nosem, spoglądając to na wiosłującego rytmicznie półolbrzyma z załogi kapitana Rangara, to na coraz bliższą przystań dużej zamożnej wioski. Jego wzrok wędrował po dachach to krytych gontami, to grubą warstwą trzciny, myszkował pomiędzy wyciągniętymi na piaszczysty brzeg rybackimi łodkami, zatrzymywał się na bijących w niebo słupach dymu z wioskowych palenisk.

- A ile czasu potrwa ta wędrówka? - zapytał w końcu, posyłając tęskne spojrzenie za sobie, ku rysującym się daleko na horyzoncie strzelistym murom Pałacu Katanów, wyrastającym pozornie wprost z wód Dan Ugar.

- Do zmroku na pewno zdążymy, byle byś sobie nogi nie skręcił albo cię co nie zeżarło - odparł dziesiętnik - Jak się dasz zeżreć, nie będę po tobie płakał, szkodniku, tedy miej baczenie na swe plecy. W Burat-arze przenocujemy, przy noclegu wszystko wybadamy względem tego truciciela, a jutro skoro świt ruszymy z powrotem. Kapitan Rangar będzie tu na nas czekał dwa dni.
Nieświadomy perypetii swych druhów, Eco dotarł w międzyczasie na suchy ląd i gotowi się do następnego etapu wyprawy.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 14 września 2017, 13:55

Jezioro Dan Ugar, 26 orakt-ran

Milcarr nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej znalazł się w równie strasznej sytuacji - pomijając znamienny dzień, w którym spalił nieświadomie kij, który nie był zwyczajnym kijem. Od dłuższego czasu ponownie nękany magiczną ślepotą, na wskroś przemoczony, pozbawiony zatopionych w jeziorze sztyletów i rozpraszany zarówno kołyszącym się pokładem jak i niezwyczajnymi dla niego na co dzień dźwiękami, przypominał samemu sobie ślepe nowonarodzone szczenię rzucone na rzeźnicki stół.

Zdesperowany, a przez co niezwykle niebezpieczny, ruszył na kolanach w kierunku, z którego dobiegał głos nieznanego mu z wyglądu kapłana. Niemal natychmiast czyjeś silne szorstkie ręce osadziły nożownika w miejscu, przytrzymały go w uścisku.

- Khtanie największy Morglitha, pomiłujcie i na męki nie bierzcie - wybuchnął Milcarr - Ja ślepy, ale widzę, że potęga Pana Czaszek większa niźli wszystkich innych do kupy wziętych. Pomiłujcie panie, będę służyć wierniej niż psy twoje. Na Czaszkogłowego przysięgnę, jeno pomiłujcie mnie panie.

Do uszu Ślepaka dobiegło kilka nieprzyjemnych śmiechów, po czym na pokładzie statku zapadła cisza. Nożownik przechylił w bok głowę nadstawiając bacznie uszu, próbując sobie za wszelką cenę wyobrazić, co działo się właśnie przed jego ślepymi oczami. Gdzieś z boku słyszał przyśpieszony oddech Otlafa, gdzieś z przodu spanikowane pojękiwanie Eszara oraz chrapliwe rzężenie istot, które chwilę wcześniej domagały się swawoli z bardem, a które z brzmienia głosów przypominały olbrzymy, ogry bądź trolle.

Wyostrzony słuch surelianina wyłapywał wśród szumu wiatru i łopotu naprężonych żagli coś jeszcze, coś dość cichego, by nawet on nie potrafił zrozumieć wypowiadanych ledwie słyszalnie słów.

Ktoś na pokładzie do kogoś szeptał, bardzo cicho, ale wręcz natarczywie - i najwyraźniej wszyscy świadkowie kaźni rozbitków wstrzymali oddechu w oczekiwaniu na zakończenie tej szeptanej konwersacji.
Z przykrością muszę podkreślić, że Ślepak stracił w jeziorze całą swą broń. Oczywiście tak podniesiona poprzeczka będzie warta mnóstwo pedeków, czy to normalnych czy to pośmiertnych. Jeśli chodzi o pomysł ataku na prześladowców, raz jeszcze podkreślę, że Milcarr nic nie widzi, nie ma pojęcia o rozstawieniu prześladowców, liczba płynących zewsząd głosów mocno go dezorientuje i na dodatek kołysze mu się pod nogami pokład. Ale spokojnie, poczekajmy, aż skończy się owe tajemnicze szeptanie.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 14 września 2017, 16:44

Jezioro Dan Ugar, 26 orakt-ran

Klęczący na deskach pokładu Otlaf nie miał pojęcia, co właściwie uczynić. Skrajnie wstrząśnięty decyzją przesądzającą o losie Eszara, gapił się na trzymanego przez ogry barda z gębą otwartą tak szeroko, że wpadłby do niej bez kłopotu pocisk z małej katapulty. Gdy Ślepak zaniósł się błagalnym szlochem, złodziej poczuł jak włoski podnoszą mu się na karku, a lodowaty skurcz wywraca na drugą stronę wnętrzności. Rozdarty pomiędzy szaleńczą chęcią skoczenia za burtę bądź do gardeł prześladowców na pewną śmierć, mieszaniec wstrzymał oddech widząc znienacka jak do stojącego z posągową miną Angano przeciska się między żeglarzami niewielka istota zawinięta szczelnie w czarny płaszcz.

Otlaf nie wiedział, kim owa szepcząca coś do ucha pochylonego kapłana postać była. Obszerne szaty nie pozwalały określić płci stworzenia, chociaż z grubsza zdawało się ono posiadać cechy męskiego wyglądu. Naciągnięty mocno na oblicze kaptur skutecznie zakrywał oblicze istoty, aczkolwiek przez ułamek chwili Otlaf gotów był przysiąc, że dojrzał błysk fosforyzujących okrągłych oczu, niczym u nocnego drapieżnego kota.

Na pokładzie kołyszącej się łagodnie jednostki zapadła ściskająca gardła cisza, przerywana pojękiwaniem Eszara, który tkwił już w pozornie życzliwym uścisku Gurguta i majtał bezradnie nogami dobre kilka stóp powyżej pokładu.

Czarne stworzenie szeptało pozornie bez końca, sącząc coś do ucha słuchającego w skupieniu khtana, a kiedy w końcu umilkło wciskając się z powrotem za plecy kleryka, Angano pokiwał statecznie głową.

- Gurgut, do ładowni z nimi - polecił duchowny wywołując u obu ogrów rozżalone grymasy na szkaradnych gębach - Włos im z głów nie może spaść. Wysadzimy ich w Atakar-kirze.

Na obliczach Gurguta i Hruda pojawiło się coś, co stanowiło w opinii złodzieja mieszaninę dzikiego gniewu, żalu, rozgoryczenia i złości, ale żaden z ogrów nie odważył się nawet jęknąć w wyrazie protestu.

A powtarzający w myślach wspaniałomyślną decyzję kapłana Otlaf poczuł znienacka jak jego gardło ściska jeszcze większa zgroza, zrodzona z całkowitej nieświadomości motywów, które stały za ową decyzją.
Myślę, że po dopłynięciu do Atakar-kiru powinniście postawić temu małemu czarnemu kilka kolejek piwa z agawy w podzięce!

Awatar użytkownika
czegoj
Site Admin
Reactions:
Posty: 3844
Rejestracja: 18 listopada 2008, 23:34
Has thanked: 5 times
Been thanked: 11 times
Kontakt:

Post autor: czegoj » 15 września 2017, 10:50

Z Atakar-kiru do Ahra-kiru to kilka chwil. Czyżby nowe przyszłe gwiazdy wywiadu Katańskiego? Jestem na TAK

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 września 2017, 11:42

Atakar-kir, 26 orakt-ran

Atakar-kir okazał się całkiem sporą wioską, chociaż wychowany w Ostrogarze Eco nie mógł się powstrzymać na jej widok od ciągłego marszczenia nosa. Kilkuset ukrytych za ziemnym wałem i częstokołem mieszkańców wszelakiej rasy i gatunku trudniło się rybołóstwem, myśliwstwem, uprawą roli, przede wszystkim zaś obsługą mniej zamożnych wędrowców zmierzających do Ostrogaru. Działające w osadzie karczmy i oberże przypominały swą jakością co lepsze przybytki z Chłopskiego Krocza i Eco przez chwilę miał szczerą nadzieję, że Fleituh zdecyduje się wstąpić do którejś z nich na posiłek.

Dziesiętnik popsuł swemu podwładnemu plany, zawzięty w zamiarze dalszej podróży. Wystarczyło kilka jego surowych okrzyków, aby u boku pary ostrogarskich strażników wyrósł jakiś zarośnięty niczym wilkołak chłop mieszanej krwi, który za garść srebrników zaoferował się podwieźć znamienitych klientów zaprzężoną w woły dwukołówką w pobliże Burat-aru. Eco mógł zatem jedynie westchnąć skrycie, a potem zacząć ładować na podciągniętą śpiesznie dwukołówkę sakwy swego pryncypała.

Fleituh stał w tym samym czasie pośrodku ugnojonej ulicy, rozglądając się wokół z władczą miną. Obserwujący go kątem oka surelianin nie mógł odmówić swemu dowódcy prawdziwie majestatycznego wyglądu. Szyta na miarę skórznia, polerowany napierśnik i przypasana do boku ciężka szabla sprawiały, że dziesiętnik wyglądał na żołdaka pokroju kapitana Gnatha albo i większego rezuna. Żywiący do swego złośliwego przełożonego czystą nienawiść Eco gryzł się w myślach z dziką zazdrością, mogąc jedynie pomarzyć o awansie na tak intratne i prestiżowe stanowisko.

Tym wiekszym zaskoczeniem dla strażnika okazał się moment, kiedy omijany przez chłopów szerokim łukiem ork cofnął się ze środka ulicy tak szybko, że omal nie zgubił jednego buta, a przy okazji wsadził drugi w parującą jeszcze pryzmę świeżych krowich odchodów. I co najważniejsze, zachował przy tym niezwyczajne dla swego temperamentu milczenie miast wybuchnąć wściekłą tyradą.

Wytrzeszczający oczy strażnik natychmiast pojął, co przepędziło z ulicy jego surowego i butnego dowódcę.

Jadący na potężnym ogierze mąż zakuty był w lśniącą niczym srebro zbroję, zakrywającą całe jego ciało i doskonale pasującą do kropierza rumaka. Połączony ciężar metalu, skóry, mięśni i kości jeźdźca i konia był tak ogromny, że dumne piękne zwierzę dosłownie zapadało się w miękki grunt, a mimo to kroczyło ulicą z porażającą estetyczne zmysły Eco gracją. Okuta złoconą blachą tarcza rycerza miała pośrodku wielki symbol gorlamickiego kultu, obwieszczając wszem i wobec głębokie oddanie właściciela wobec świątyni Gorlama.

- Paladyn! - syknął Fleituh, który z wyraźną niechęcią, ale bez słowa sprzeciwu pierzchnął z drogi nadjeżdżającego rycerza - Uosobienie bezrozumnego dobra i politowania godnej szlachetności. Patrzaj dobrze, obszczymurku, bo w Chłopskim Kroczu takowych panków nie uświadczysz. Złota Dzielnica ich siedliszczem w Ostrogarze, a i tam nieczęsto bywają, nieczęsto. Wolą krążyć po ziemiach Imperium, a psować nam interesy i podważać autorytet świątyni Najwyższego. Lepiej takiemu w oczy nie wpaść, zwłaszcza ich niepisanemu przywódcy, podobno wręcz półbogowi, którego zwią mianem świętego Arturiusa. Nie chciałbyś zadrzeć z żadnym z nich, a już na pewno nie z Arturiusem.

Eco nic nie odrzekł w odpowiedzi, przełknął jedynie bezwiednie ślinę pozostając pod ogromnym wrażeniem gorlamickiego świątynnego rycerza. Ten dla odmiany nie zwrócił na mijanych miejskich strażników najmniejszej uwagi, przesunął po nich spojrzeniem błyszczących pod przyłbicą oczu bez cienia zainteresowania. Całą jego uwaga skupiała się na jadącym obok starszym mężczyźnie w skórzanym kubraku i długim płaszczu z sobolim kołnierzem. Dwaj noszący brygantyny giermkowie tkwili w siodłach swych koni z zachowaniem pełnej szacunku odległości za panem, ciągnąc obładowane sakwami i skrzyniami luzaki.

- To się musi skończyć, Regisie, tu i teraz - z głębi będącego istnym dziełem sztuki rycerskiego hełmu płynął zdecydowany męski głos o szlachetnym brzmieniu - Świątynia zbyt długo odwlekała ten moment, potęgując cierpienia słabych i bezbronnych. Niecny protektorat miejscowej władzy musi zostać obnażony, a konsekwencje winny stać się przestrogą dla wszystkich naśladowców tego haniebnego procederu.

- Świątynia ustawicznie szuka precedensów prawnych, które pozwoliłyby działać... - odpowiedź człowieka w sobolim płaszczu nie dotarła do Eco w całości, bo obaj jeźdźcy minęli w międzyczasie przyciśniętego do ściany kamiennej chaty strażnika.

- Wielgchne pany, bydlątki gotowe do drogi - międlący baranią czapę chłop wyrósł zza węgła domostwa, a poprzedzająca go fala fetoru charakterystycznego dla niemytych ciał poraziła zmysł powonienia Eco niczym cios pięści olbrzyma - Jedziem?
Jeśli Eco nie ma nic więcej do załatwienia w Atakar-kirze, możecie ruszać w drogę w towarzystwie przemiłego miejscowego furmana i jego dwóch parchatych wiekowych bydlątków!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 września 2017, 14:56

Atakar-kir, 26 orakt-ran

Nielicho przestraszeni i wciąż spodziewający się zdradzieckich ciosów rozbitkowie dostali od żeglarzy po gryzącym wełnianym kocu, po czym jeden po drugim zeszli pod pokład statku posługując się w tym celu rozwiniętą naprędce sznurową drabinką. Ładownia statku pełna była cuchnących rybami i wilgotnym ziarnem skrzyń, a w jej zakamarkach rozgościł się nieprzenikniony mrok, ale tuż pod kratownicą luku było dość miejsca, by trzej surelianie mogli się tam rozsiąść na beczkach grzejąc twarze w promieniach słońca.

Jednostka kołysała się od czasu do czasu łagodnie, zmierzając pośród łopotu żagli ku stałemu lądowi. Trzej rozbitkowie odnieśli wrażenie, że po dłuższej chwili reszta obecnych na pokładzie osób zupełnie o nich zapomniała. Od czasu do czasu jakiś przechodzący obok luku marynarz rzucał gościom przelotne spojrzenie, raz nawet ktoś cisnął w nich ukradkiem ogryzkiem jabłka, ale większość członków załogi zupełnie puściła rozbitków w niepamięć.

Czas ciągnął się pozornie bez końca, bo zamknięci w ciasnej przestrzeni ładowni surelianie nie potrafili ocenić pokonywanego przez statek dystansu. Zdani wyłącznie na obserwację słońca oszacowali z grubsza, że kiedy gdzieś w górze męskie głosy jęły rzucać komendy kotwiczenia, od chwili wyłowienia z jeziora minęły co najmniej cztery godziny.

Odsunięta kratownica zachrobotała głośno, przy krawędzi luku pojawiły się sylwetki kilku żeglarzy spuszczających w dół drabinkę. Gdzieś za burtą statku coś chlupnęło donośnie i biegły w żeglarskim fachu Eszar domyślił się, że była to opuszczona do wody kotwica.

- Dopłynęliśmy do Atakar-kiru - powiedział jeden z należących do załogi mieszańców krwi - Wyłaźcie jeden po drugim, ale ostrożnie, powoli, żebyście sobie na łeby nie pospadali i ich nie rozbili. Ślepy na końcu, bo pewnikiem i tak zleci, więc lepiej, żeby pod nim nikogo nie było.

Poklepany po ramieniu najpierw przez barda, potem przez Otlafa Milcarr czekał zatem cierpliwie na swoją kolej, zadzierając w górę głowę i próbując przeniknąć szczelny całun bielma swym upośledzonym wzrokiem. Z góry dobiegały go jakieś stuki i trzask, łoskot łańcuchów, polecenia spuszczenia na wodę łódek, jakieś uwagi na temat ładunku czekającego na podjęcie w przystani wioski. Ponaglony przez niewidocznych żeglarzy gdzieś w górze, ucapił z całej siły drabinkę i wspiął się po niej ostrożnie do góry, z wielką ulgą opuszczając smrodliwą duszną ładownię.

Otaczające go głosy spotęgowały się po wyjścia na pokład, w nozdrza uderzyły rozmaite zapachy stłumione wcześniej nieprzyjemną wonią ładowni. Ktoś ujął niewidomego pod ramię, pomógł mu wygramolić się na deski i podnieść z kolan.

- Świątobliwy i jego świta płyną pierwszą łódką! - zakrzyknął ktoś po prawej stronie nożownika, a ktoś inny potwierdził przyjęcie rozkazu chrząknięciem. Zadzierając w górę głowę Ślepak uśmiechnął się czując na skórze przyjemne ciepło słońca, potem zaś nadstawił bacznie uszu próbując wyłapać pośród panującego na pokładzie harmideru głosy swych towarzyszy.

Ktoś wsadził mu na głowę coś szorstkiego i duszącego, co nie mogło być niczym innym jak tylko grubym workiem, a uderzenie serca później coś trafiło zabójcę z impetem w potylicę pogrążając w nieprzeniknionych ciemnościach nie tylko jego oczy, ale i umysł.
Ponieważ w każdej sytuacji należy się doszukiwać pozytywów, chciałbym podkreślić fakt, że dopłynęliście do Atakar-kiru!

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 17 września 2017, 16:49

Wyjście na pokład, wcale nie cieszyło mnie tak, jak towarzyszy. Oznaczało to, że przybijemy do brzegu i trzeba się będzie zmierzyć z przeznaczeniem. Na statku, nawet w dusznej ładowni, czułem się jakoś bezpiecznie, kołysany przez fale. Zdawałem sobie sprawę, jak niewiele zależy teraz od nas, niczym od rozbitków niesionych przez morskie fale na okruchu ratunkowej łodzi. Spokój, opanowanie, determinacja. Właściwie bezpieczniejsi byliśmy na wywróconej łódce. Cóż za dziwna gra losu. Najważniejsze naciąć odpowiednie drzewa, przecież po to tu przybyliśmy i tego będziemy się trzymać.

I cały czas próbowałem dojść do tego, czy zaistniała sytuacja na pokładzie była grą, teatrem dla nas, czy też kapłan morghlita naprawdę jest taki niegrzeczny.

-Wybaczcie kompani, przez mą pychę i butę znaleźliśmy się w tym niekorzystnym położeniu. Winienem poczekać i dać wam prawo wyboru, nim otwarłem swój wyszczekany dziób. Ale tak nie lubię, kiedy mi ktoś nakazuje rzeczy, wbrew mej wolnej woli. Jakikolwiek uszczerbek na ciele doznacie, pamiętajcie że dusza waszą jest tylko własnością i siłą jej nikt nie wydrze.
Zanim wór na maj szacownej głowie wyląduje, chciałbym jak najwięcej zlustrować otoczenie: kogę, brzeg, marynarzy. Czy jest na pokładzie mini straszydło? Znaczy nasz wybawiciel, jak go żartobliwie w myślach nazywam. Czy mogła to być istota humanoidalna?

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 20 września 2017, 17:25

Atakar-kir, 26 orakt-ran

- Trzymaj gębę jak wielmożni dumają, parchu jeden - Fleituh obejrzał się na zarośniętego chłopa z burzową chmurą wyrysowaną na twarzy - Przeszkadzając mi, narażasz na szwank majestat katańskiego prawa. Stój tu i nigdzie się nie ruszaj. A ty do mnie, Eco, trutniu jeden. Sprawdzimy cosik.

Przywołany srogim tonem, strażnik w mgnieniu oka znalazł się przy swoim przełożonym. Nie tłumacząc niczego, ork ruszył ku wylotowi błotnistej uliczki podążając w ślad za paladynem, jego doradcą oraz parą giermków. Depczący dowódcy po piętach surelianin podrapał się po czole nie rozumiejąc aż tak wielkiego zainteresowania Fleituha osobą czcigodnego rycerza. Paladyn budził w strażniku oczywisty respekt i podziw, tym bardziej jednak Eco wolał się trzymać od tak świetlistej osobowości z daleka, świadomy własnych grzechów, które najpewniej wisiały nad jego głową w postaci eterycznej cierniowej korony widzialnej dla pobłogosławionych paladyńskich oczu.

Tak, osoby pokroju Eco zdecydowanie powinny były unikać bliskiego towarzystwa świętych rycerzy.

Sprzeciwienie się rozkazowi Fleituha nie wchodziło rzecz jasna w grę, toteż mężczyzna dotarł w ślad za dziesiętnikiem na równie błotnisty, aczkolwiek zaskakująco rozległy plac w sercu Akatar-kiru. Wchodząc nań, obejrzał się raz jeszcze za siebie na grzaną promieniami słońca taflę Wielkiego Jeziora i złocące się daleko na horyzoncie kształty Pałacu, który z tak wielkiej odległości przypominał górę migoczącego w słońcu kruszcu, wyrastając ponad niewidoczny z osady Ostrogar. Wzrok strażnika przesunął się na ciemną sylwetkę jakiegoś płynącego do Atakar-kiru statku, idącego pod pełnymi żaglami, ale wciąż odległego o kilka godzin podróży.

- Tak też myślałem - powiedział półgłosem Fleituh, który oparty bokiem o narożnik kamiennej chaty zlustrował w międzyczasie wzrokiem plac - Takie właśnie sprawy niczym lep są na tych paladynów.

Zaintrygowany słowami orka, Eco wyjrzał czym prędzej zza jego rosłego ramienia na gwarny, tętniący pokrzykiwaniem i trzaskiem batów plac, po czym cofnął się o krok zdjęty zimnym dreszczem. Nawykły w Ostrogarze do wielu niesprawiedliwości i cierpienia, na co dzień nie robił sobie nic z zarżniętych w zaułkach mieszczek, zgwałconych kapłanek Askabadana czy chłostanych na śmierć dzieci przyłapanych na kradzieży jabłka ze straganu, ale widok na placu Atakar-kiru oblał go zimny pot.

W powietrzu poniosły się pierwsze gniewne krzyki gorlamickiego rycerza, wzbudząc powszechne zainteresowanie i ściągając na plac wieśniaków pracujących w bocznych uliczkach.

- Trzeba to będzie zgłosić, komu trzeba - powiedział półgłosem Fleituh, bardziej do siebie niż do podkomendnego - Niech się na potwory w dziczy wybiorą, paladyni chędożeni, a nie porządny interes psowają. Dość tu widziałem, wracamy do tego brodatego parcha, trza jechać.
I tak oto Eco wyruszył w budzącą trwogę dzicz poza granicami znanej mu cywilizacji!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 21 września 2017, 17:56

Atakar-kir, 26 orakt-ran

Na największej bramie Atakar-kiru ustawiono kiedyś ogromny bęben obciągnięty skórą bawoła-opasa. Miało to miejsce tak dawno temu, że nikt z żyjących nie pamiętał już, po co ktoś zbudował we wnętrzu strażniczej wieży tak nieporęczny instrument. Wiedzieli to być może nieliczni egzystujący w okolicy osady nieumarli, ich jednak z wiadomych względów miejscowi ciekawscy o żadne wyjaśnienia nie pytali.

Ogromny bęben niszczał przez wiele lat, dopóki któryś z wrażliwych artystycznie włodarzy osady nie wpadł na pomysł jego odrestaurowania, a żeby inwestycja ta miała sens, wprowadził wkrótce potem dziwaczny zwyczaj, by pełniący wartę żołdacy tłukli w bęben za każdym razem, kiedy przez bramę przejeżdżał jakiś wóz.

Ten właśnie dźwięk, dudniący niczym ryk skalnej lawiny, wyrwał Eszara z czerni nieświadomości. Niemal natychmiast po otwarciu oczu bard jęknął czując jak czaszkę rozsadza mu potworny ból, toteż ścisnął ją z całej siły rękami próbując ukoić cierpienie.

Bęben grzmiał raz za razem, punktując każdy przejeżdżający obok zaprzęg dźwiękiem wprawiającym w drżenie nawet szpik kości. Rozciągnięty na twardej, a przy tym podskakującej powierzchni bard otworzył ponownie oczy, rozejrzał się wokół siebie wzrokiem spłoszonego królika.

- Jesteśmy w dupie malauka - przepojony wściekłą bezsilnością głos Otlafa wwiercił się złowróżbną nutą w uszy Eszara, zapuścił macki lęku głęboko pośród rozbiegane myśli barda. Kilkunastu obszarpańców stłoczonych w metalowej klatce na kołach nic odezwało się słowem. Większość z nich siedziała w kucki gapiąc się tępym wzrokiem w przestrzeń poza prętami klatki, kilku szlochało w rozpaczy, jeden zanosił się gromkim szaleńczym rechotem. Ten właśnie na oczach Eszara dostał w ucho długą pałką od jakiegoś konnego w ćwiekowanej skórzni, który przejechał obok wozu na srokatej kobyle. Śmiech ucichł natychmiast, zastąpiony nienawistnym mamrotaniem pod nosem.

Otlaf tkwił w rogu klatki trzymając pieczę nad wciąż nieprzytomnym Ślepakiem. Zwężone oczy złodzieja skakały na wszystkie strony w oczywistej próbie znalezienia drogi ucieczki z matni, ale Eszar z miejsca pojął jak płonne były nadzieje mieszańca.

Zaprzężony w pociągowe konie niewolniczy wóz był piątym albo szóstym w kolejności wyjeżdżającym z Atakar-kiru, a przy tym wcale nie ostatnim w kawalkadzie. Wszystkie przewoziły w solidnych żelaznych klatkach kobiety i mężczyzn różnych gatunków, w tym również tych mniej rozumnych. Więźniowie skojarzyli się Eszarowi natychmiast ze stworzeniami sprzedanymi w niewolę za długi bądź pospolite przestępstwa, w oczy rzucała się bowiem natychmiast ich wynędzniała fizjonomia i oznaki trawiących ciała chorób.

Wyjątkiem był wóz jadący w kawalkadzie za klatką barda. Chociaż para koni oraz ponury brodaty woźnica zasłaniali pospołu sporą część widoku, Eszar uświadomił sobie, że w klatce na wozie jechały same dzieci, wśród nich ledwie ośmio czy dziewięcioletni malcy. Przeważająca większość płakała i ich ciche szlochy dźgały ostrymi szpilami współczucia wrażliwą duszę artysty.

Wiedziony bardziej odruchem niż przemyślanym działaniem, Eszar zaczął macać po całym ciele rękami sprawdzając, czy nie odniósł jakiegoś poważnego uszczerbku w chwili obezwładnienia.

- Tego szukasz? - zza prętów klatki dobiegł ostry szorstki głos jednego z jeźdźców tworzących eskortę niewolniczej karawany. Siedzący w siodle mężczyzna pomachał bardowi trzymanym w ręce przedmiotem, w którym surelianin bez trudu rozpoznał swoją misternie rzeźbioną fujarkę.

- Nie oddawaj mu fleta - sarknął drugi konny, który nadjechał od strony wozu z dziećmi i zrównał swego wierzchowca z koniem towarzysza - Organition jeden wie, co może zrobić. Taką fujarką to można kogoś zadźgać.

Pierwszy z jeźdźców zaniosł się przeciągłym rechotem, klepiąc z ukontentowaniem szyję konia.

- Fujarką kogoś zadźgać? We łbie ci się do końca pomieszało, Rogun. Mniej destylatu z agawy, więcej porządnego wina.

Przezorny widać z natury Rogun zdusił w ustach przekleństwo i popędził konia do przodu. Jego kompan jechał przez chwilę obok klatki, spoglądając w zamyśleniu to na więźnia, to na jego instrument. Potem zaś schował fujarkę do cholewy wysokiego buta.

- Nie, żebym się ciebie bał, parchu - powiedział tonem wyższości - Ale szkoda marnować instrument, lepiej sprzedać w Ahra-kirze. Tobie do niczego się już nie przyda.
Panowie, pora wracać do akcji. Ocknęliście się na niewolniczym wozie w chwili, kiedy spora karawana opuściła Atakar-kir udając się wedle słów członka eskorty do Ahra-kiru. Nie pamiętacie praktycznie nic z ogłuszenia na pokładzie statku, ale teraz już wiecie, że przebiegły i okrutny kapłan Morglitha sprzedał Was w międzyczasie łowcom niewolników! Jak uzasadnił sprzedaż i jak sfingował Waszą prawną niewolność, tego oczywiście nie wiecie.

Kawalkada już wyjechała za wysoki ziemny wał Atakar-kiru, składa się na nią osiem wozów pełnych więźniów, w tym jeden wypchany po brzegi małymi dziećmi. Dla celów fabuły przyjmijcie, że wszyscy już się ocknęliście, a Otlaf i Eszar przekazali już Ślepakowi to, czego on sam nie widzi.

Czekam w napięciu na jakieś traumatyczne wpisy!

Awatar użytkownika
czegoj
Site Admin
Reactions:
Posty: 3844
Rejestracja: 18 listopada 2008, 23:34
Has thanked: 5 times
Been thanked: 11 times
Kontakt:

Post autor: czegoj » 21 września 2017, 22:07

Dla Otlafa cała sytuacja była jak chleb powszedni. Ile to razy znajdował się już w podobnej sytuacji... Ciemnice, lochy, klatki, niewola, niedola i co tam jeszcze komu przyszło do głowy. Półork zwyczajnie nie zaprzątał sobie tym głowy. Wiedział jedno - cierpliwość to klucz do sukcesu. Trzeba wyczekać moment i zwyczajnie prysnąć, jak robił to setki i tysiące razy. Jedno jest pewne do póki piętno niewolnika nie pojawi się na jego skórze, to jest osobnikiem wolnym. A skoro jest wolny, znaczy się, że może robić co chce i chodzić gdzie chce. Zwyczajnie niektórym się coś pomieszało i trzeba im o tym przypomnieć. Szczerze mówiąc Otlaf już nawet nie żywił urazy do Kapłana, bo w sumie to on go uratował z tej przeklętej wody. Teraz tylko pozostało czekać, wszak wiadomo, że to noc jest jego największym sprzymierzeńcem, więc Otlaf dość wygodnie położył się w klatce i nawet przymknął powieki. Pamiętał, że jeśli skądś trzeba prysnąć to należy mieć siłę, żeby uciekać.
Otlaf zwyczajnie oszczędza siły, bo nie zamierz długo pozostać w niewoli. Ma cel swojej podróży i ta drobna niedogodność na pewno nie pokrzyżuje mu planów.

Awatar użytkownika
8art
Reactions:
Posty: 6267
Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
Has thanked: 121 times
Been thanked: 81 times

Post autor: 8art » 22 września 2017, 11:25

Sytuacja nie wyglądała na ciekawą, przynajmniej z punktu widzenia Ślepaka. Los takich jak on nie był godny pozazdroszczenia. Tacy jak on skazani na los niewolnika, o ile nie mieli jakiś nadzwyczajnych umiejętności, w najlepszym wypadku trafiali na galery, ale najczęsciej kończyli, ku uciesze gawiedzi, jako karma dla dzikich zwierząt na gladiatorskich arenach.

Nawet jeśli będą chcieli czmychnąć gdzieś, to Milcarr będzie tylko kulą u nogi. Chyba że, strażnicy przeoczyli fiolkę z graamicką wodą święconą. Ślepak zaczął dyskretnie sprawdzać łachmany w poszukiwaniu małego szklanego poujemnika, który mógł mu uratować skórę. Pozostawało tylko cierpliwie czekać na sprzyjającą okoliczność i ujść na wolność.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 22 września 2017, 17:32

W drodze do Ahra-kiru, 26 orakt-ran

Ziemny wał osady oraz sąsiadujące z nim pola szybko zniknęły gdzieś w tyle, zastąpione gęstym lasem rosnącym po obu stronach słabo ubitej wąskiej drogi. Niewolnicze wozy podskakiwały na niej ustawicznie, toteż co chwila ktoś w środku wydawał z siebie przeciągły jęk po uderzeniu głową bądź łokciem w żelazne kraty. Konni tworzący eskortę karawany kręcili się wzdłuż zaprzęgów, pokrzykując do siebie wzajemnie i obserwując bacznie zieloną knieję. W przeważającej mierze byli mieszańcami krwi, ale trafiali się wśród nich również ludzie i orki. Wszyscy bez wyjątku sprawiali wrażenie bezwzględnych i bezlitosnych mężczyzn, co było w ich podłym fachu oczywistym wymogiem.

Eszar rozumiał pewne obawy eskorty przed jazdą poprzez puszczę. Ledwie chwilę po opuszczeniu osady świat więźniów zawęził się do wąskiego skrawka ziemi rozcinającego łagodnymi łukami prawdziwą gęstwę, gdzie prastare ogromne drzewa sprawiały wrażenie porośniętych zielonymi brodami kucających olbrzymów i gdzie w zbitych ciasno krzewach ustawicznie coś się ruszało pośród popiskiwania, warkotu i kwiku. Świat ten był dla zaprawionego w morskich przygodach żeglarza czymś absolutnie obcym, czymś pełnym groźnych zagadek i tajemniczych niebezpieczeństw. Puszcza żyła podług własnych praw, ledwie tolerując obecność dwunożnych intruzów i czyhając zapewne na tych z nich, którzy zuchwale spróbowaliby zapuścić się między drzewa.

- A was za co wsadzili? - spytał barda jeden z siedzących obok niewolników, wychudzony starzec o długiej skołtunionej brodzie - Wyglądacie na znacznych zbójców, pewnikiem za mord, co?

- Poznajomcie się, moi mili, poznajomcie - zza krat dobiegł sarkastyczny głos zgarbionego na koźle woźnicy, nawet nie silącego się na odwrócenie głowy - Potem może wam czasu braknąć na znajomkowanie.

- Panie, politujcie się, a rzeknijcie, co my tam będziemy robić w tej inszej osadzie - odezwał się nieśmiało młodziutki ork noszący na ramieniu wypalone białym żelazem piętno istoty sprzedanej za długi rodziców - W polu plony obrabiać czy na wyrębie jak w Atakar-kirze?

- Iście widać, żeś z lasu i nic nie pojmujesz - zarechotał woźnica, który sprawiał wrażenie zakutego w płaszcz z kapturem krasnoluda - Nie trza było spać w puszczy z otwartą gębą, toby ci do niej troll nie nasrał. Jeno ktoś z gównem we łbie zamiast mózgu mógłby myśleć o zbieraniu kapusty w Ahra-kirze.

- To do czego wy nas tam wieziecie, panie? - jęknął i tak już śmiertelnie przerażony ork, szczerząc w dzikim grymasie swe wystające zza warg kły - Co z nami będzie?

- A widzisz te dzieci, co jadą za naszym wozem, obsrańcu? - odparł pytaniem woźnica odwracając w kierunku swego żywego ładunku owrzodzoną nieładnie twarz wyniszczonego używkami krasnoluda - Im będziecie przydzieleni, po dziesięciu na dzieciaka.

Zdumiony słowami wozaka Eszar wyjrzał ponownie przez pręty klatki, lustrując bacznym spojrzeniem zasmarkane i czerwone od płaczu twarzyczki stłoczonych w klatce malców.

- Wszyscyście na Spiżową Arenę sprzedani, do gladiatorskiej szkoły, wszelako te małe zasrańce są najważniejsze. Wyście jeno na dodatek.
Jeśli chcielibyście spróbować konwersacji z woźnicą albo zaczepić kogoś z eskorty bądź poszeptać z innymi więźniami, dajcie znać. W przeciwnym wypadku popchnę akcję do kolejnego punktu zwrotnego przyjmując, że woleliście się zdrzemnąć. BTW, Milcarr niestety nie ma przy sobie wiadomej fiolki...

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 641
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 155 times
Been thanked: 116 times

Post autor: Nanatar » 23 września 2017, 16:10

Sytuacja nie.napawała mnie optymizmem, brudno, tłoczno, na dodatek czułem potworne ssanie w żołądku. Przez myśl przeszło że brakuje jeszcze by zaczęło lać. Ciężko było połączyć wszystkie fakty. Arena, dzieci, zielone piekło do okola. Próbowałem połączyć w utwór rytmiczne, lub nie, uderzenia w bęben, z rechotem najemników.
Bum, bumbum, ha, ha, bum, hahaha,bum...
Czy w strasznej gestwinie, która nas otaczała, na prawdę kryły się drzewa skarby,czy za ścianą leśnych zmór można odnaleźć spuściznę po legendarnej szkole muzyki. Wsluchalem się, mając nadzieję że uslyszę, echo dawnego chóru.
Przeniosłem, słuch na rozmowy brutali z naszej eskorty. Może mimowolnie zdradzą jakąś tajemnicę, skupienie przerwała duża kropla, która rozprysla mi się na długim nosie. Popatrzył na chmurne niebo.
-Ech, mości krasnoludzie, ale dobrą robotę macie. Tak wozem ludków wozić. Głupim był, tyle lat się pisać, czytać stare teksty uczył, a teraz nawet skórki chleba nie mam. Albo trzeba było o w mieczu się uczyć, jak temu rechoczacemu silaczowi, co mi instrument zabrał. Jak go mówią?
-A legendę o mistrzu muzyki co tu kiedyś żył znacie? A dzieci owe, to co, że jak nas dziesięciu na jedno, hehe, do żarcia? Hehe.
Może się krasnolud rozgada, albo uslyszę coś od żołdaków, lub od ...puszczy. Nie podoba mi się sytuacja, ale trudności i nowe otoczenie rozbudzaja ciekawość barda.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 23 września 2017, 17:04

W drodze do Ahra-kiru, 26 orakt-ran

Drzewa szumiały. W ich koronach fukały wiewiórki. Wiał wiatr.
Powyższa fabularka jest swoistym eksperymentem. Mam wrażenie, że im obszerniej i częściej piszę, tym mniej udzielają się gracze. Ciekaw jestem, czy teraz nastąpi odwrotna sytuacja.

Awatar użytkownika
dretch
Reactions:
Posty: 661
Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
Lokalizacja: Kraków
Has thanked: 1 time
Been thanked: 7 times

Post autor: dretch » 23 września 2017, 23:34

Dzicz poza granicami znanej Eco cywilizacji

Eco zdawał się być przerażony kiedy kolejne większe krzaki mijały ich powóz prowadzony przez wiejskiego chłopa. Co chwilę obracał się na każdy nieznany mu dotąd dźwięk. Jego oczy świdrowały raz w lewo raz w prawo chłonąc nowe obrazy. Mnogość roślin, bezkresne pola, piętrzące się pagórki malowały niską cześć pejzażu nad którym dalej górował za lekką szarą mgłą Pałac Katana.

- Jak się tak będziesz rozglądał ćmoku jeden to kark sobie skręcisz. Rzucił po dłuższej chwili dziesiętnik, który pozwolił podwładnemu na chwile wytchnienia przed kolejnym wrednym komentarzem.

- To przez tego smoka! Ciągle mam wrażenie, że gadzina tu gdzieś na nas czyha. Tyle się słyszy o niebezpieczeństwach. Odpowiedział młody strażnik i złapał się lepiej burty ponieważ powóz podskoczył najeżdżając na większy kamień. - Panie, dlaczego nie zostaliśmy dłużej w Atakar-kir? Mogliśmy popytać, skoro z tego portu tylko płyną statki do stolicy, to może ktoś mógł o tym słyszałeś i... mogliśmy zjeść coś w jednej z karczm? Wypowiedź przerwało głośne burczenie w brzuchu młodego człowieka.

- Darmozjadzie jeden! Wycedził przez wystające kły Fleituh, złapał strażnika za kołnierz ścisnął i przybliżył do swoich ust. Kiedy mówił Eco czul woń rozkładających się resztek jedzenia. - Miałeś się przygotować do wyprawy a nie na krzywy ryj jeść za monety strażnicy! Jak żeś nie wziął, to teraz będziesz głodował, może tak się nauczysz, dziesiętnik wypuścił swojego podwładnego z uścisku i pokręcił jeszcze tylko głową.

- Ale ja mam jedzenie .. lekko przygarbiony Eco odpowiedział strażnikowi. Wyciągając z plecaka, który miał między nogami kawałek kiełbasy. Złapał łapczywie kilka kęsów aż napchał policzki jak rasowy chomik, następnie skierował pozostałą wędliny część w kierunku przełożonego.

Po dłuższej chwili żucia i przełykania, Eco nie wytrzymał znów obrócił się patrząc co zostawiają za plecami.
Prowadzę rozmowę, może uda mi się dowiedzieć co ten Fleituh lubi, może zdradzi, że ma rodzinę etc. Chce się również dowiedzieć co takiego widzieliśmy na tym placu z paladynem i co na ten temat sądzi Fleituh i dlaczego?
Ostatnio zmieniony 24 września 2017, 08:49 przez dretch, łącznie zmieniany 1 raz.
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071

**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353

--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.

ODPOWIEDZ