Atakar-kir, 26 orakt-ran
Na największej bramie Atakar-kiru ustawiono kiedyś ogromny bęben obciągnięty skórą bawoła-opasa. Miało to miejsce tak dawno temu, że nikt z żyjących nie pamiętał już, po co ktoś zbudował we wnętrzu strażniczej wieży tak nieporęczny instrument. Wiedzieli to być może nieliczni egzystujący w okolicy osady nieumarli, ich jednak z wiadomych względów miejscowi ciekawscy o żadne wyjaśnienia nie pytali.
Ogromny bęben niszczał przez wiele lat, dopóki któryś z wrażliwych artystycznie włodarzy osady nie wpadł na pomysł jego odrestaurowania, a żeby inwestycja ta miała sens, wprowadził wkrótce potem dziwaczny zwyczaj, by pełniący wartę żołdacy tłukli w bęben za każdym razem, kiedy przez bramę przejeżdżał jakiś wóz.
Ten właśnie dźwięk, dudniący niczym ryk skalnej lawiny, wyrwał Eszara z czerni nieświadomości. Niemal natychmiast po otwarciu oczu bard jęknął czując jak czaszkę rozsadza mu potworny ból, toteż ścisnął ją z całej siły rękami próbując ukoić cierpienie.
Bęben grzmiał raz za razem, punktując każdy przejeżdżający obok zaprzęg dźwiękiem wprawiającym w drżenie nawet szpik kości. Rozciągnięty na twardej, a przy tym podskakującej powierzchni bard otworzył ponownie oczy, rozejrzał się wokół siebie wzrokiem spłoszonego królika.
- Jesteśmy w dupie malauka - przepojony wściekłą bezsilnością głos Otlafa wwiercił się złowróżbną nutą w uszy Eszara, zapuścił macki lęku głęboko pośród rozbiegane myśli barda. Kilkunastu obszarpańców stłoczonych w metalowej klatce na kołach nic odezwało się słowem. Większość z nich siedziała w kucki gapiąc się tępym wzrokiem w przestrzeń poza prętami klatki, kilku szlochało w rozpaczy, jeden zanosił się gromkim szaleńczym rechotem. Ten właśnie na oczach Eszara dostał w ucho długą pałką od jakiegoś konnego w ćwiekowanej skórzni, który przejechał obok wozu na srokatej kobyle. Śmiech ucichł natychmiast, zastąpiony nienawistnym mamrotaniem pod nosem.
Otlaf tkwił w rogu klatki trzymając pieczę nad wciąż nieprzytomnym Ślepakiem. Zwężone oczy złodzieja skakały na wszystkie strony w oczywistej próbie znalezienia drogi ucieczki z matni, ale Eszar z miejsca pojął jak płonne były nadzieje mieszańca.
Zaprzężony w pociągowe konie niewolniczy wóz był piątym albo szóstym w kolejności wyjeżdżającym z Atakar-kiru, a przy tym wcale nie ostatnim w kawalkadzie. Wszystkie przewoziły w solidnych żelaznych klatkach kobiety i mężczyzn różnych gatunków, w tym również tych mniej rozumnych. Więźniowie skojarzyli się Eszarowi natychmiast ze stworzeniami sprzedanymi w niewolę za długi bądź pospolite przestępstwa, w oczy rzucała się bowiem natychmiast ich wynędzniała fizjonomia i oznaki trawiących ciała chorób.
Wyjątkiem był wóz jadący w kawalkadzie za klatką barda. Chociaż para koni oraz ponury brodaty woźnica zasłaniali pospołu sporą część widoku, Eszar uświadomił sobie, że w klatce na wozie jechały same dzieci, wśród nich ledwie ośmio czy dziewięcioletni malcy. Przeważająca większość płakała i ich ciche szlochy dźgały ostrymi szpilami współczucia wrażliwą duszę artysty.
Wiedziony bardziej odruchem niż przemyślanym działaniem, Eszar zaczął macać po całym ciele rękami sprawdzając, czy nie odniósł jakiegoś poważnego uszczerbku w chwili obezwładnienia.
- Tego szukasz? - zza prętów klatki dobiegł ostry szorstki głos jednego z jeźdźców tworzących eskortę niewolniczej karawany. Siedzący w siodle mężczyzna pomachał bardowi trzymanym w ręce przedmiotem, w którym surelianin bez trudu rozpoznał swoją misternie rzeźbioną fujarkę.
- Nie oddawaj mu fleta - sarknął drugi konny, który nadjechał od strony wozu z dziećmi i zrównał swego wierzchowca z koniem towarzysza - Organition jeden wie, co może zrobić. Taką fujarką to można kogoś zadźgać.
Pierwszy z jeźdźców zaniosł się przeciągłym rechotem, klepiąc z ukontentowaniem szyję konia.
- Fujarką kogoś zadźgać? We łbie ci się do końca pomieszało, Rogun. Mniej destylatu z agawy, więcej porządnego wina.
Przezorny widać z natury Rogun zdusił w ustach przekleństwo i popędził konia do przodu. Jego kompan jechał przez chwilę obok klatki, spoglądając w zamyśleniu to na więźnia, to na jego instrument. Potem zaś schował fujarkę do cholewy wysokiego buta.
- Nie, żebym się ciebie bał, parchu - powiedział tonem wyższości - Ale szkoda marnować instrument, lepiej sprzedać w Ahra-kirze. Tobie do niczego się już nie przyda.
Panowie, pora wracać do akcji. Ocknęliście się na niewolniczym wozie w chwili, kiedy spora karawana opuściła Atakar-kir udając się wedle słów członka eskorty do Ahra-kiru. Nie pamiętacie praktycznie nic z ogłuszenia na pokładzie statku, ale teraz już wiecie, że przebiegły i okrutny kapłan Morglitha sprzedał Was w międzyczasie łowcom niewolników! Jak uzasadnił sprzedaż i jak sfingował Waszą prawną niewolność, tego oczywiście nie wiecie.
Kawalkada już wyjechała za wysoki ziemny wał Atakar-kiru, składa się na nią osiem wozów pełnych więźniów, w tym jeden wypchany po brzegi małymi dziećmi. Dla celów fabuły przyjmijcie, że wszyscy już się ocknęliście, a Otlaf i Eszar przekazali już Ślepakowi to, czego on sam nie widzi.
Czekam w napięciu na jakieś traumatyczne wpisy!