Post
autor: mordimer00 » 10 października 2011, 17:00
Okolice Halladoru, koniec bakis-ranu 9446 KI. Wnętrze karczmy. Późny wieczór.
-"Nie Panie nie mamy już rodziny w tychże stronach, bedzie ze dwa roki temu kiedym pochowali ojca mojego" mówiąc to karczmarz dolał Ketherowi do kufla.
W powietrzu unosił się zapach pieczystego, średniego prosiaczka pieczonego nad ogniem w kominku, wywołując u wszystkich lekkie ssanie w żołądkach.
Kether ciągnął dalej swą opowieść, wpatrując się w Idril zaciekawionym wzrokiem, a obie kobiety słuchały go z wielkim zaciekawieniem, chłonąc wieści z dalekiego świata i z dawnych dziejów. Amras także przysłuchiwał się rozmowie, choć bez większej ciekawości, natomiast Margolas już troszkę czerwony na twarzy (pewnie to od żaru z kominka) co chwila popijał ze swego kufla wcale nie wylewając za kołnierz.
Do zebranych w zajezdzie doszły odgłosy z zewnątrz rychło zwiastujące przybycie nowych gości: krzyki wozaków, skrzypienie ciężkich kół wozów, przyjazne rżenie koni. Na podwórcu poczęła kręcić się ciżba konnych zbrojnych i podróżnych wysiadłych z zadaszonego wozu. Chwilę potem drzwi karczmy rozwarły się. Do pomieszczenia wraz z wichrem i mrozem weszła szczelnie okryta płaszczem zgarbiona postać. Twarz postaci skrywała się za głębokim kapturem toteż nie dostrzegł jej żaden ze zgromadzonych w zajeździe podróżników. Przybyły bezszelestnie podszedł do kontuaru i teatralnym szeptem z wyraźną ciężką chrypą w głosie przemówił do nieco wystraszonego karczmarza:
- Szykuj no mospanie alkowę najlepszą dla gości, którzy strudzeni do twego przybytku zjechali. Masz bowiem zaszczyt tana Gotmunda gościć. Szykuj wina grzanego dla fraucymeru, piwa grzanego dla towarzystwa i w czeladnej jadła zbrojnym nie szczędź, jeno z napojami wyskokowymi nie przesadzaj, co by się po pijaku nie pospali jak niedźwiedzie.
Karczmarz musiał chyba znać owego tana bo szybko przytaknął i rzucił się na zaplecze, obydwie kobiety także szybko udały się w stronę kuchni. Podróżnik krzyknał jeszcze: - Tylko mi tych sików co miejscowym chłopom na stół pański nie przynoś ale te dobre wina elmanalskie, co w piwniczce chowasz. A wiedz, że mnie nie oszukasz!
W tym momencie do karczmy wszedł zapewne tan Gotmund, (człowiek, dość wysoki ponad 180 , wieku około 30-35 lat, brunet, z kilkudniowym zarostem na twarzy, włosy sięgające ramion, lużno rozpuszczone, jego futrzana obszywana futrem szuba z złotymi guzami narzucona była na wysokiej jakości ubranie w czerwonym kolorze, zapinane na guzy wykonane z klejnotów, na palcach lśniące pierścienie, na nogach brązowe safianowe buty, przy pasie miecz z bogato zdobioną rękojeścią w wysadzanej klejnotami pochwie) trzymając kurtuazyjnie pod ramię wielkiej piękności kobietę, która wchodząc do środka odgarnęła z głowy kaptur swej szuby ukazując lśniące kruczoczarne długie włosy, właśnie opadające spod kaptura (półelfka, w wieku ok 30 lat, delikatne rysy alabastrowo gładkiej twarzy, ozdobiona delikatnymi lecz puszystymi brwiami, oczy kobiety miały niebieski kolor, długie rzęsy, ubrana była w kamizelkę z zielonego aksamitu, ozdobioną złotymi nićmi wokół szyi, sukienka spodnia z jasnożółtego lnu, dekolt marszczony, sznurowane mankiety, ozdobiona złotą taśmą na mankietach i wokół dekoltu). Zakapturzony ruszył w ich stronę powoli cedząc przez zęby - Dziś tu się zabawimy - po czym jednym ruchem zrzucił na podłogę płaszcz. Oczom zgromadzonych ukazał się...
... ubrany w pstrokaty strój niewysoki lecz wielce gładki elf - błazen - w błazeńskiej czapie, której nie było widać spod kaptura. Zrobił salto i znalazł się u stóp kobiety. Zaśpiewał głosem tak pięknym, że żaden gości takowego jeszcze nie słyszał:
Ach, miłość, coś mi uczyniła,
Eżeś mie tak oślepiła,
Eżeśm ja na miłość podał,
Jako bych nikogo na świecie znał.
Po czym "oślepiony" potknął się o stół i runął przezeń na podłogę z głośnym hukiem.
Zgromadzeni przy stole podróżnicy uśmiechnęli się na widok całej postaci błazna, Margolas śmiejąc się serdecznie ubawiony dojrzał jak błazen przewracając się upadł obok niego, odwrócił głowę i zamglonym wzrokiem spoglądał w twarz półolbrzyma dalej śpiewając pieśń, powoli klękając na jedno kolano zaczął wysuwać rękę w stronę twarzy Margolasa, nie przestając śpiewać:
-Miłuj, miła, miłuj wiernie,
Miej go w sercu zawżdy pewnie,
Wiernie mienim, nie przemienim,
Kto to wzdruszy,
Dyjabeł będzie pan jego duszy.
dotknął twarzy zaskoczonego podróżnika po czym z wrzaskiem odskoczył przewracając się po raz kolejny, tym razem pod nogami pary szlacheckiej.
Zaskoczeni podróżni po chwili konsternacji poczęli śmiać się do rozpuku, jednocześnie klaskając i uderzając kuflami w blat stołu.
Do izby poczęli wchodzić inny podróżnicy, 6 zbrojnych ludzi w skórzanych zbrojach, przy mieczach i kuszach, dwóch ludzkich służących, jeden szybko ruszył w stronę karczmarza coś do niego mówiąc, drugi natomiast rozejrzawszy się po sali ruszył w stronę alkierzy.
"Stara?em si? tak ?y?, abym w godzinie ?mierci móg? si? raczej cieszy? ni? l?ka?..."