Charleston WV Muzeum Sztuki 09.08.1993 22:43
Droga minęła wam bez niespodzianek. Większość koterii jedzie limuzyną, Namtar z tyłu na motorze. kilka minut przed 23 znajdziecie się na miejscu.
Koteria zebrała się razem, stojąc przed Muzeum Sztuki w Charleston. Olbrzymi parking wydawał się pusty, nie licząc ich limuzyny, nowoczesnego motoru Assamity i paru innych pojazdów, które zdawały się samotne i zagubione na wielkiej przestrzeni. Członkowie drużyny zorientowali się, że tej nocy do muzeum wstęp mieli jedynie Spokrewnieni. Prawie każdy z kilkunastu pojazdów, które mogli zauważyć, był pilnowany przez ludzi. Starsi w grupie bardzo szybko zorientowali się, że nie są jedynymi, których Książę zaprosił na spotkanie. Horacy zdał sobie sprawę, że coś bardzo poważnego musiało się wydarzyć, albowiem wszyscy ci Ghule nigdy nie pojawiali się w takiej ilości, w jednym miejscu. Znał wielu z nich z widzenia. Dość niecodziennym doświadczeniem było oglądać, jak nie dalej jak kilkanaście kroków od niego, stoją ludzie, którzy na co dzień nienawidzili się, walcząc o wpływy dla swoich Panów. Zrozumiał natychmiast, że Spokrewnieni nie czują się bezpiecznie, a stare waśnie odeszły na dalszy plan. Koteria ruszyła powoli w stronę Muzeum.
[center]

[/center]
Budynek robił przyjemne, a jednocześnie godne wrażenie. Ozdobne blanki i wykusze nie dodawały mu ciężkości, lecz klasy. Zarówno oba skrzydła budowli, jak i ogród przed wejściem tworzyły pewne odczucie kameralności i wytchnienia. Gavin zastanowił się przelotnie, jak zręczną stanowiło to iluzję.
Przed głównym wejściem, na jasno oświetlonej przestrzeni, stało kilkanaście osób, które zdawały się pogrążone w swobodnej, towarzyskiej konwersacji. Nikt nie skojarzył ich twarzy, poza Horacym, który mógłby wymienić każdego z imienia i określić w przybliżeniu pozycję, którą posiadał w mieście. Gdy podeszli bliżej tamci wymienili się znaczącymi spojrzeniami, po czym weszli do środka. Namtar skrzywił się lekko. Nie przepadał na mocnym oświetleniem, a widok Niewiernych dodatkowo nie nastrajał go optymistycznie.
Wewnątrz, zaraz za drzwiami, natknęły się na stała Elizabeth Pascal. Nie czekając, aż ktoś z przybyłych ją wyprzedzi, odezwała się pierwsza:
- Witam was bardzo serdecznie - jej uśmiech był promienny i świeży. - Dziękuję za przybycie w imieniu Księcia Democritusa. Proszę, czujcie się tutaj swobodnie. Kierujcie się do Sali Teatralnej. Książę pojawi się po 23:00.
- Dziękuję - Victoria odezwała się krótko, uśmiechając się lekko, po czym ruszyła przodem.
Wnętrze budynku zaspokajało nawet najbardziej wyszukane gusta. Neogotyckie wykończenia dodawały mu charakteru, sama posadzka zaś przedstawiała interesujące motywy florystyczne i zoomorficzne. Miękkie i ciepłe światło łagodnie wydobywało inne szczegóły otoczenia, odbijając się w witrażowych drzwiach i lśniąc na rozstawionych w holu kanapach z polerowanego drewna. Zaraz obok wejścia do sali teatralnej, znajdowała się najnowsza wystawa Toreadora Bradley'a Tosheva. Przedmiot jej stanowiły obrazy malowane krwią. Płótna tworzyły jedyną w swoim rodzaju mozaikę rozbryzgów, plam i wzorów, o barwie tak bliskiej każdemu ze Spokrewnionych. Sam artysta był oczywiście obecny, wymieniając uwagi i uprzejmości z kilkoma innymi Kainitami. Członkowie koterii postanowili przyjrzeć się bliżej niecodziennym pracom. Autor dzieł nie raczył jednak zaszczycić ich swoją obecnością. Po kilku minutach wszyscy zebrani zaczęli opuszczać wystawę, udając się na miejsce spotkania.
[center]

[/center]
Sala Teatralna urządzona była w kolorze głębokiej czerwieni, której barwa i odcień przywodziły na myśl świeżą vitae. Luksusowe fotele były zajmowane przez grupki dyskutujących ze sobą Spokrewnionych. Na samym środku, tuż przed sceną, zasiadała najpotężniejsza koteria Charleston, a za nią wszyscy którzy ściśle współpracowali z starszymi. Po lewej zebrali się młodzi Ventrue, Toreadorzy i Tremere. Barwne towarzystwo po prawej stanowili Gangrele i Brujah. Malkavianie i Nosferatu rozsiani byli po całej sali dość chaotycznie. Na scenie znajdował się większy błękitny fotel, tuż obok którego stała piękna i niebezpieczna Furia.
[center]

[/center]
Na sali rozlegały się szepty i pomruki. Wampiry rozsiadły się wygodnie na miękkich fotelach. Było już po kilka minut po 23, a Książę jeszcze nie pojawił się na scenie. Nagle, tuż przy wejściu zrobiło się niezwykle głośno. Wszyscy zwrócili swój wzrok szukając przyczyny zamieszania. W drzwiach stał Christian Pain, a za nim kilkunastu innych Anarchistów. Brujah wyminął dwóch młodych Ventrue, którzy bez przekonania próbowali go zatrzymać i pewnym krokiem ruszył przed siebie. Podzwaniając łańcuchami przeszedł środkowym przejściem. kierując się w stronę sceny. W tym czasie Pariasi rozsiedli się na tyłach, okazując wszystkim swe buntownicze nastroje, za pomocą gwizdów i uszczypliwych uwag.
- I na co się kurwa gapicie? Zdziwieni? Młodzi to zdziwieni! - zarechotał Pain drwiąco. Będąc w połowie drogi, dodał:
- Podobno o 23 miał być tutaj wasz pan i władca, któremu liżecie buty... Ej, ty, wiedźmo! - krzyknął głośno w kierunku Primogen Tremere - możesz mi kurwa wyjaśnić łaskawie, dlaczego ktoś podpierdolił mi wczoraj krew? I nie udawajcie, kurwa, że nic o tym nie wiecie, bo wiem, że nie tylko mi się to przytrafiło... Pierdolone czary-mary, kurwa!
Na sali zrobiło nagle się bardzo głośno. Koterię otoczyła kakofonia innych głosów, można w niej było wyłapać zdania: A więc to prawda! Przeklęci Tremere! Oni zawsze coś knują! Straciłem naprawdę dużo, a Smith leży w letargu... Magia krwi! Hoqax w końcu dopiął swego... Sidonia miała rację...! Nadchodzi koniec! Jak to możliwe, że Brujaha też dopadli? Democritus musi to wyjaśnić... To wszystko przez Nosferatu, sprzedali nas Sabatowi... Gehenna jest blisko...! Lupini, to ich zemsta...
Terremu cały ten zgiełk niepokojąco przypominał głosy, szepczące wczoraj w jego głowie. Na szczęście przez tumult z łatwością przebił się władczy ton Arnetty. Zebrani nieco przycichli.
- Opanuj się, bo wnosisz tu tylko zamieszanie! Nie zachowuj się jak rozkapryszony dzieciak. Staramy się wyjaśnić sprawę...
Pain podszedł do siedzących Priomogenów i obrzucił ich chmurnym spojrzeniem. Chciał najwyraźniej coś powiedzieć, lecz Max odezwał się ostro do Anarchisty:
- Christian siadaj na dupie i czekaj na Democritusa...! On podobno też oberwał.
- Ahahaha - Pain zaśmiał się złośliwie. - Zasłabł biedak... hehe... i się spóźnia teraz.
Usłuchał jednak słów Primogena, waląc się z głośnym klapnięciem na fotel nieopodal.
Macie chwilę na przedstawienie swoich reakcji i przemyśleń. Sala jest dość wzburzona, nastrój oczekiwania na Księcia da się wyraźnie odczuć.
Dla Horacego: Primogeni są w komplecie. Widzisz także wszystkie z trzech Harpii, które mieszkają w Charleston.