PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 24 marca 2015, 00:22

Rozdział I

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House 09.08.1993 20:45

Szybkimi krokami naszedł świt, niczym gość nieproszony, choć oczekiwany. Koteria musiała przerwać rozmowę i położyć się w swoich trumnach. Dzień przespaliście bez żadnych problemów. Pierwszy obudził się Namtar około 20:25, chwilę po nim reszta członków koterii. Na samym końcu ze swej trumny wyjrzał Horacy.
Zamknęliśmy właśnie Preludium. Koteria zdążyła się zapoznać i ma naszkicowany plan działania. Proszę tych, którzy potrzebują informacji o efektach swoich działań z poprzedniej nocy, o stosowne pytania na PW.
Tracicie po 1 PK i odzyskujecie 1 SW. Przypominam, że niektórzy mają jeszcze niezaleczone obrażenia.
Spoiler!
Od wielu lat nie spałeś tak spokojnie. Koszmar palącego się Lucjana odszedł. Czujesz się bardzo szczęśliwy gdzieś w środku i pełen świeżej energii do działania.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 24 marca 2015, 00:25

Wspomnienia powracają w snach, niczym potężna fala z głębin, wdzierająca się daleko na wydmy świadomości... Obrazy, o których nie myślał od lat, przepływają, migocąc na ekranie umysłu, niczym w jakimś szalonym, pozbawionym fabuły pokazie filmowym. A jednak on rozumie je, albowiem pamięta...

Sterylne pomieszczenia, wyłożone kafelkami. Białymi i błękitnymi, błękitnymi i białymi... Sala operacyjna, laboratorium, długie, obojętne korytarze, pochłaniające krzyki... Ponownie widzi celę, zatopioną w ciemności. Ten niewielki wycinek świata, który kiedyś znał na pamięć. Ponownie czuje ból wypalonych gałek ocznych i cierpienie towarzyszące regeneracji tkanek. Ponownie uczy się nienawidzić światła. I ponownie rozumie, że ona, Ciemność, jest jedyną ucieczką... Ponownie wierzy, choć nie może tego wiedzieć, lecz wierzy, że poza tymi ścianami musi istnieć coś więcej... Że życie nie może być jedynie fragmentem bez początku i celu... Światło, ból, krzyki... Ciemność...

A kiedy strach, bezsilność, nienawiść i ból przepływają jeszcze raz, przez jego mózg, i układ nerwowy, zaczyna zdawać sobie sprawę, że wszystko to jest tylko snem. I choć nie wie jeszcze, jak blisko jest w tym momencie prawdy, zaczyna ponownie rozumieć, że to wszystko pojawia się i przemija. Niczym wrzaski i niczym przekleństwa szeptane w samotności... A wraz z tym zrozumieniem przychodzi ulga, gdy pojmuje, iż światło także jest iluzją. Śmiertelnym mirażem, oszustwem umysłu. Jest bowiem tylko jedna rzecz, w którą może uwierzyć. Ciemność, która jest niepodzielna, nieśmiertelna i niezmienna. I do której zawsze może wrócić... A gdy jego umysł akceptuje ten stan, fala wspomnień cofa się, odbita od brzegu... On sam zaś budzi się w kamiennej trumnie. I przez chwilę smakuje strzępy snów, które zagubiły się jeszcze w zakamarkach świadomości. I uśmiecha się w mroku, zimnym, nieludzkim uśmiechem. Bowiem wie, że poznał prawdę i zapłacił cenę...


[center]Obrazek[/center]

[center]***[/center]
Wstał odsuwając wieko sarkofagu i rozejrzał się po Sanktuarium. Kuffrowie spali jeszcze, co niespecjalnie go zdziwiło, leczy było kolejnym, oczywistym dowodem na słabość ich dusz. Haqimma bika asbahnaa ła bika amsajnaa ła bika nahjaa ła bika namuutu ła ilajkan-nuszuur*. Szepnął bezgłośnie, wymawiając Zir. Słowa modlitwy pomogły mu się skoncentrować i przez chwilę napełniły go spokojem, którego potrzebował.

Przeciągnął się i wykonał pięćdziesiąt pompek. Następnie pośpiesznie zebrał z podłogi kurtkę i broń, i wszedł do kręgu, opuszczając Umbrę. Wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu, bowiem Niewierni obudzą się już niedługo. Miał jednak kilka spraw do załatwienia. A poza tym, wczorajsza wymiana zdań uświadomiła mu, iż rozmowy z Bękartami Khayyina nie służą niczemu dobremu. Czuł narastającą frustrację i wiedział, że w ciągu najbliższych nocy, będzie ona jego najgorszym wrogiem. Chyba, że uda się ją zmyć krwią... Nie lubił tego stanu. Czasami... Często doprowadzał go do sytuacji, w której przestawał kontrolować potrzebę zabijania... A to nie było dobre, nie teraz, kiedy miał pracę. Tawakkaltu ala' Haqim** - pomyślał. Wiedział, że będzie potrzebował tej pomocy w najbliższym czasie. Wyszedł z pokoju rytualnego, kierując się ku miejscu, gdzie ukrył ciało Lucjana...
Deklaracje:
[olist=1]Przenoszę ciało Lucjana do piwnicy, do magazynu z rupieciami;
Modlę się chwilę w piwnicy, w okrągłym pokoju z czarną, lustrzaną podłogą;
Obchodzę dom i sprawdzam, czy wszystko jest w porządku, Sprawdzam także zabezpieczenia i wejścia. Nie zapalam świateł.
Następnie siadam w bibliotece na piętrze i zajmuje się przeglądem i czyszczeniem broni. Dochodzę bowiem do wniosku, że jeśli koteria czegoś ode mnie będzie chciała, to mnie zawiadomią przez Strażnika, bym się zjawił w Sanktuarium. A dopóki tego nie robią mogę skorzystać z chwili samotności.[/olist]
Tak więć, gdy się obudzicie Namtara nie będzie w Sanktuarium
Sny piszę kursywą, bowiem dzieją się w głowie postaci - jak myśli. Żeby je ponadto odróżnić od reszty, zdecydowałem się na zastosowanie czasu teraźniejszego. Mam nadzieję, że tworzy to ciekawy klimat. ;)
* arab. Haqimie, z Twojej woli doczekaliśmy ranka i pory wieczornej, i z Twojej woli żyjemy i umieramy, i do Ciebie należy nasze zmartwychwstanie.
** arabska fraza, oznaczająca pełną ufność pokładaną w Haqimie, a wymawiana jest w chwilach próby lub w nieszczęściu.
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:14 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 24 marca 2015, 08:07

Wieczór. Przez krótką chwilę, kiedy umysł budził się ze snu i mara łączyła się z rzeczywistością w jeden nierozróżnialny zlepek, miał wrażenie, że Ją widzi, że może Jej dotknąć. Spróbował choć jeszcze przez krótki moment odsunąć nieuchronną chwilę pobudki by choć trochę dłużej popatrzyć. Na ułamek sekundy czas teraźniejszy zmieszał się ze wspomnieniami tworząc majaki w których ból starty nie istniał. Lecz ta rzadka krotochwila minęła zbyt szybko. Horacy otworzył oczy, przywitała go ciemność i chłód bijący od kamiennego sarkofagu.
Przez tą dziwną marę na chwilę zupełnie stracił rozeznanie gdzie jest. Nie lubił tego króciutkiego uczucia zagubienia, za bardzo kojarzyła mu się z początkiem starczej demencji. Z nieuchronnym rozkładem. Jedną ręką odrzucił płytę sarkofagu, szybko wstał i przesadził jedną nogę poza legowisko. W tym samym momencie napłynął strumień wspomnień wyganiając resztki błogiej nieświadomości. Był w sanktuarium, reszta koterii już wstała, a Ona była już jedynie mglistym wspomnieniem uciekającym w głąb jaźni. Ale coś było nie tak. Wszyscy na krótka chwilę zamarli, wpatrując się w Horacego.

Osobliwa wiązanka przekleństw w pełnej kwiecistej formie przemknęła mu przez głowę, kiedy uświadomił sobie okrutny fakt, że... nie jest niewidzialny. Poczuł się jakby stał zupełnie nagi. W pierwszej chwili chciał się od razu rzucić w bezpieczne ramiona dyscypliny klanu skrytych ale...

Trudno mleko się rozlało, niech zatem się napatrzą ten pierwszy i ostatni raz....

Wyprostował się wytrzymując zaciekawione spojrzenia ale dużo go to kosztowało.

[center] Obrazek[/center]

Skoro nie ma wybuchu obrzydzenia, to niech wiedzą. W takim razie zaryzykuje i pokażę Wam więcej, może ktoś z Was wie...

Horacy chwycił za maskę i niechętnie zsunął ją z twarzy. Powoli koterii objawiło się prawdziwe oblicze Nosferatu. Najpierw czaszka, odarta miejscami ze skóry, na której niewielkimi kępkami rosły rzadkie czarne włosy. Potem skóra twarzy która poorana była bliznami i przypominała ciało zeschniętego trupa. Zamiast nosa ziały w twarzy dwie dziury jak u rozkładających się zwłok. Resztki uschniętych sinych warg nie zasłaniały już zębów. Proste grube kły wystawał na pełną długość, a ich rozmiar pozwalał sądzić, że niemożebnością byłoby je schować. Jedno oko było pokryte jakby bielmem. Drugie z kolei oko było normalne ludzkie, pięknie brązowe...

- Horacy wskazał na zabielone oko. Kiedyś wlazłem w złe miejsce i przyłożył mi Rusty, od tamtego momentu zorientowałem się, że coś jest ze mną nie tak. Tego się nie da cofnąć. Próbowałem naprawdę wielu rzeczy ale do tej pory wszystkie zawodziły. Dużo bym jednak dał, żeby ten proces chociaż zatrzymać. Więc jeśli któreś z Was... - rozejrzał się po koterii ale w większości unikali jego spojrzenia. Słowa uwięzły mu w gardle. Dziwne ponieważ byłe pewien że pogodził się z tą myślą już dawno temu - ...więc jeśli jest chętny pierdolnąć sobie ze mną przytulaną sweet focię, to jest to jedyny moment.

Zakończył, lecz udawana wesołość, zmienionego w ostatniej chwili zdania, nie zmyliła nikogo. Nie czekał na ich reakcje. Założył maskę a w tym samym momencie jego postać zafalowała, przemieniając się na powrót w postać starca pod jaką poznali go poprzedniej nocy.
Ostatnio zmieniony 24 marca 2015, 11:44 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 24 marca 2015, 18:54

Sny tego rodzaju nigdy nie przychodziły łatwo. Nie były też spokojne ani znajome, jednak ich delikatna i subtelna materia, splatająca nici w jedynie sobie znajomy wzór, zawsze niosła więcej pytań niż odpowiedzi. Victoria nauczyła się rozpoznawać te, które niosły w sobie przesłanie. Głębsze i bardziej mroczne, niż sama chciała przyznać. Zawsze była w nich krew. Jej krew...

Stopy dotykają szklanych, bezbrzeżnych pustkowi, zawieszonych w miejscu poza czasem. Czarne, kryształowe okruchy wspomnień ranią skórę, karmiąc się krwią, która znaczy Ścieżkę. Nie czuję bólu, chociaż słońce wypala martwe od wieków ciało, a jego strzępy, niczym proporce, ulatują z upiornym wyciem wichrów. Słyszę śmiech, choć jest bardzo daleki i unosi się ponad skowytem... Wiem dokąd zmierzam. Zapach morza przyzywa, mocą krwi i zewem, który śpiewa w żyłach... Staję na jego brzegu, a słońce pozostawia jedynie pył. Teraz jestem gotowa... Zaćmienie pojawia się nagle! Czarne słońce wisi wysoko ponad spokojnym jeszcze oceanem... Jego wnętrze zaczyna burzyć się niespokojnie, a ciemna krew rozpoczyna swój hipnotyczny taniec... Spiralny wir obraca się, wciągając w sam środek swej toni... W ostatnim przebłysku świadomości, słychać upiorny śmiech, niesiony przez stada kruków.


Victoria pozwoliła sobie na chwilę pozostać w sarkofagu, zanim resztki snu nie odpłyną. Chociaż echo krakania gdzieś majaczyło, na granicy jej zmysłów. Odsunęła kamienną, zimną płytę i z zaciekawieniem spojrzała na zegar. Czas rzeczywiście płynął tu inaczej, a to oznaczało, że spali o wiele dłużej, niż w materialnym świecie. Rozejrzała się po Sanktuarium, wychodząc ze swojej trumny. Terry i Gavin zajmowali się swoimi sprawami. Namtara nie było nigdzie widać, jak i Horacego.

- Dobry wieczór panowie. Jak pierwsza noc minęła? - pytanie dość banalne, ale w tej chwili nic lepszego nie przychodziło jej do głowy.

Głośny zgrzyt trumny Nosferatu przerwał jej wypowiedź. Scena, która rozegrała się chwilę później, wywołała w Lasombrze dziwną mieszaninę podziwu i zniesmaczenia. Czy to w wyniku nieostrożności, czy celowego działania, ujrzenie prawdziwej postaci Horacego wywoływało zupełnie ambiwalentne odczucia.

Wasze przekleństwo w istocie odzwierciedla dusze i serca nas wszystkich. Martwe i upiorne, pozbawione życia potwory.

Victoria miała świadomość, jak bardzo samotny i zgorzkniały musiał być Horacy. Nie miała jednak zamiaru litować się nad nim, choć przez jej twarz przebiegło coś, co mogła nazwać współczuciem. Jednak rozumiała aż nad to dobrze, że okazywanie czegokolwiek w tej sytuacji przyniesie jeszcze więcej nieporozumień i niechęci.

- Cieszę się, że już jesteście na nogach. - Zaczęła, kierując się w stronę kręgu i wyjścia.

- Mamy dużo spraw do omówienia. Po pierwsze, chciałabym ustalić jakąś wspólną wersję na spotkanie z księciem. Zapewne będzie chciał informacji na temat wczorajszego ataku magicznego - skierowała swój wzrok na Terrego.

- Poza tym, potrzebujemy transportu i muszę zadzwonić. Czy któryś z was potrafi prowadzić czy wolicie szofera?
Ostatnio zmieniony 25 marca 2015, 01:06 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 25 marca 2015, 01:12

Lasombra wyszła z Sanktuarium zadzwonić. Po dłuższym czasie wróciła razem z Namtarem. W tym czasie Frater Terry spędził chwilę na modlitwie. Gavin i Horacy czekali cierpliwie na powrót Victorii.
W tej chwili jesteście już wszyscy w Sanktuarium i możecie omówić plan działania.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 25 marca 2015, 10:08

- A zatem... - Victoria zwróciła się do wszystkich zebranych. - Spotkanie w muzeum jest o 23.00. Zakładam, że przygotowanie się każdemu z nas, wliczając w to dojazd na miejsce zajmie około godziny. Więc pozostaje niewiele czasu, z którym można coś sensownego zrobić. Dlatego rozpoczynanie jakichkolwiek poszukiwań i innych działań mija się z celem. Proponuję ten czas spędzić tutaj, na bardziej sensownych zajęciach.

- Co do samego spotkania z księciem, jeśli będzie chciał informacji o ataku magicznym i będzie pytał wprost, nie ma sensu niczego ukrywać. Wczorajszej nocy wielu kainitów spotkało to samo, co Gavina. To oczywiste. Mam nadzieję, że w muzeum zabawimy tylko tyle, ile wymaga etykieta... Chciałabym, byśmy skupili się na zadaniu, które mamy do wykonania. Więc jeśli chcielibyście zatrzymać się tam na dłużej, chcę to wiedzieć już teraz. - Wypowiadając te słowa, czekała na reakcję pozostałych, pozwalając im zastanowić się nad swoimi działaniami.

- Jeśli chodzi o Ciebie Namtarze - zwróciła się bezpośrednio do Assamity - jeśli ktokolwiek w muzeum będzie chciał od Ciebie informacji o naszych działaniach i sprawach koterii, po prostu skieruj go do mnie.

Na chwilę zamyśliła, bawiąc się długimi włosami.

- Samochód ma czekać pod domem za dwadzieścia minut.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 25 marca 2015, 10:47

Słowa Victorii o tym, że innych również zaatakowano w mieście nie wróżyły nic dobrego. Po pierwsze dlatego, że był to zapewne zorganizowany atak, forpoczta czegoś znacznie większego. A po drugie że wiedziała co się dzieje w mieście bardziej niż Horacy. I to go wkurzało najbardziej.

- Idę się napić i rozejrzeć. Tutaj macie numer telefonu do mniej jakby coś... - ze schowków w stroju wygmerał kawałek ołówka i pogiętą kartkę papieru po czym zapisał numer i zostawił go na swoim sarkofagu.

- Zastanówcie się w jaki sposób chcecie znaleźć kruka z Charleston. Rozwiązania macie na tacy tylko trzeba dobrze wybrać, albo je połączyć.

Zatrzymał się w pól kroku. Coś mu się nie zgadzało. Zimny dreszcze przemknął mu po plecach kiedy sobie uświadomił, że w sanktuarium brakowało assamity.

Kurde, ten którego najbardziej należało się obawiać gdzieś sobie właśnie polazł i być może szwenda się bez nadzoru po mieście. Żeby tylko nie narobił bałaganu. Cholera po tym psychopacie można spodziewać się wszystkiego. Muszę to sprawdzić

- Nie wie ktoś z Was gdzie jest Al-Kaida?

Horacy zaklal paskudnie w myślach kiedy usłyszał delikatny ruch Namtara świadczący o subtelnej obecności zabójcy za swoimi plecami. W jednej chwili oczuł naglaca potrzebe pilnego wyjścia z sanktuarium.
Spoiler!
1). Wychodzę i najpierw sprawdzam smsy od karzełka czy są regularne raporty.
2). Potem obdzwaniam znajomych z klanu nosferatu i pytam się czy coś nowego się dzieje w mieście. Pomijam tylko Rustego ponieważ jak zwykle boję się zadzwonić.
3). Potem piszę sms do Flyna:
"Byłem wczoraj na pogrzebie Red Wisdoma. Może być zadyma bo był tam też Christian Pain wielki tłuczek brujah, i nie zgadniesz... Biskup sabatu. Po północy jak skończę obchód może się zdzwonimy i spotykamy dzisiaj, jeśli będę miał więcej info. Co u Was? Pozdr. H. "
4. Kręcę sie po okolicy jesli nikt mnie nie zatrzyma i staram napić. Obczajam tez okolicę dinu. Kanaly; drogi ucieczki; sąsiedztwo itp
Ostatnio zmieniony 25 marca 2015, 11:32 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 25 marca 2015, 11:05

Po przebudzeniu, wieczornej modlitwie i dość niezręcznej sytuacji z Horacym, Terry upił nieco krwi ze swojego flakonu. W milczeniu obserwował krzątających się, nowo poznanych towarzyszy. Odtwarzał w myślach poprzednią noc, analizując wydarzenia i próbując doszukać się w nich szczegółów które mogły mu umknąć. Jak narazie nic nie przychodziło mu do głowy. Jego mentor milczał, zajęty zapewne własnymi sprawami.

Kiedy wszyscy zebrali się w sanktuarium, Mroczna Pani zabrała głos. W spokoju wysłuchał jej słów. Właściwie nie miał nic do dodania. Też uważał, że jeśli Książę wzywa ich w związku z wczorajszym atakiem, powinni powiedzieć mu co wiedzą. No, może poza jednym małym wyjątkiem.

- Zgadzam się z tobą, Mroczna Pani. Powinniśmy powiedzieć Democritus'owi co wiemy. I kto za tym stoi. Jednak naprawdę wolałbym nie wspominać, że to co wczoraj stało się nam i jak słusznie zauważyłaś wielu innym Kainitom, było wynikiem wendety wymierzonej we mnie. Z doświadczenia wiem że Książęta źle reagują na takie nowiny. Ach, jeśli zaś chodzi o czas jaki chcemy tam spędzić, to z mojego punktu widzenia, im mniej tym lepiej.
Uzupełniam 1 pk z flakonu
Ostatnio zmieniony 25 marca 2015, 23:01 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 25 marca 2015, 11:31

Po wejściu do Sanktuarium znieruchomiał na kilka sekund, a jego dłoń odruchowo poszukała sztyletu. Ten starzec... Nie widział go wcześniej.
- Pulhu-Imel, kto to jest?
- To Horacy, znasz go - odparł krótko Strażnik. Łowca rozluźnił się i opuścił rękę. Uczynił to na tyle szybko, by nikt nie zdążył zanotować jego reakcji... Maski, skrywające inne maski... Lecz czego innego mogłem się spodziewać po przeklętych Bękartach Khayyina? Wszyscy są dziećmi kłamstwa... - pomyślał ponuro.

Stanął w pewnej odległości od reszty grupy, obserwując ich beznamiętnie. Na tyle blisko, aby słyszeć rozmowę, jednocześnie zaś na tyle daleko, by nie zwracali na niego uwagi. Polecenie Victorii potwierdził krótkim skinieniem głowy. W sumie przyjął je z pewną ulgą, wiele mu to ułatwiało. Miał nadzieję, że dzięki temu ominie go konieczność rozmowy z Munafiqun. Na oficjalnych spotkaniach służba i ochrona posiadały pewien rodzaj społecznej niewidzialności. I to mu bardzo odpowiadało. Miał nadzieję zachować go.

Gdy Horacy zadał pytanie, nie mógł nie usłyszeć pewnej obawy, obecnej w jego głosie. I był to kolejny miły akcent tego wieczoru. Lubił mieć świadomość, że budzi strach. To uczucie było przyjemne i w pewien sposób wciągające. Miało w sobie coś zniewalająco narkotycznego, a jednocześnie budziło dreszcz, który sprawiał, że zmysły wyostrzały się, a cienie nabierały głębi... Uśmiechnął się lekko. Taaak, zdecydowanie uwielbiał to doznanie.

- Tutaj - odpowiedział cicho na pytanie Nosferatu. Zgodnie zresztą z prawdą, choć najwyraźniej tylko on znał sens tego słowa*.

- Mam jedną sprawę do ciebie, zanim znikniesz - dodał, widząc, iż Niewierny kieruje się do wyjścia.

Horacy zatrzymał się, choć nie wydawał się uszczęśliwiony perspektywą rozmowy z Mordercą. Namtar zignorował całkowicie malujące się na jego twarzy emocje i podszedł do plecaka, który zostawił przy swoim sarkofagu. Wyjął z niego plan miasta i rozłożył go na trumnie.

- Chciałbym, żebyś pokazał mi najlepsze trasy do muzeum - powiedział, pochylając się nad mapą. - Przynajmniej dwie. Jedną - najbezpieczniejszą według twojej oceny i drugą - najszybszą. Chciałbym także wiedzieć, ile mniej więcej zajmie przejazd w tych warunkach pogodowych.

Nosferatu skinął głową z pewną ulgą i zbliżył się do sarkofagu. W oszczędnych słowach przekazał Mordercy przebieg i szczegóły dróg, które go interesowały. Namtar słuchał z uwagą, starając się zapamiętać wszystkie informacje. W tej chwili zdawał się przypominać bardziej maszynę aktualizującą swoje oprogramowanie, niż żywą istotę. Na kilka minut zastygł nad planem, usiłując zapamiętać układ ulic i wszystkie ważniejsze miejsca, które wspomniał Szczur. Po chwili podniósł głowę:

- Jeśli są jeszcze jakieś wytyczne, co do spotkania - zwrócił się nagle do Victorii, przerywając milczenie. - wolałbym je teraz usłyszeć.

- Nie, to wszystko, co chciałam ci przekazać - odrzekła Lasombra, bawiąc się kosmykiem włosów.

- Przyjąłem - głos Łowcy pozostał beznamiętny i zimny. Nagle, wszyscy w pokoju odnieśli nieodparte wrażenie, że przestrzeń, jaka oddzielała go od reszty grupy, w jakiś magiczny sposób zwiększyła się jeszcze, od wczorajszej nocy. Teraz ziała nieprzyjemnym chłodem i pustką, która zdawała się nie mieć dna.

- W takim razie, skoro nie jestem potrzebny, zajmę się moimi obowiązkami - dokończył Łowca nie zmieniając tonu, całkowicie zresztą nieświadom reakcji, jaką w zebranych Kainitach wywołały jego słowa. - Będę na dole o kwadrans po dziesiątej.
Namtar jest sfrustrowany swoimi relacjami z Niewiernymi, czemu daje wyraz podkreślając dystans zarówno przez ton głosu, proksemikę, jak i mowę ciała. Generalnie nie robi tego do końca intencjonalnie, ani po to by wywołać jakąś reakcję. Jest to raczej jego naturalny sposób bycia, wynikający ze stanu emocjonalnego. Niemniej odniesienie nieodparte wrażenie, że powierzę wkoło niego znacznie pochłodniało. ;)
Deklaracje:
[olist=1]Wychodzę z Sanktuarium;
Idę się przejść po okolicy, aby zapoznać się z terenem;
Dzwonię do Ghula, by mi podrzucił krew.
W między czasie pewnie zapoluję (w zdrowej odległości od Domeny);
Odbieram krew na parkingu obok, tam gdzie zostawiłem Hondę.
Zabieram motor i zjawiam się pod domem o 22.05
Oglądam podstawiony samochód pod kątem bezpieczeństwa, co zajmie mi pewnie chwilę. Generalnie chcę się wyrobić do 22.15
Czekam na resztę koterii gwiżdżąc hymn pogrzebowy.[/olist]

* Al-Kaida oznacza po arabsku Bazę.
Ostatnio zmieniony 25 marca 2015, 18:24 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 25 marca 2015, 21:08

Charleston WV Muzeum Sztuki 09.08.1993 22:43
Droga minęła wam bez niespodzianek. Większość koterii jedzie limuzyną, Namtar z tyłu na motorze. kilka minut przed 23 znajdziecie się na miejscu.
Koteria zebrała się razem, stojąc przed Muzeum Sztuki w Charleston. Olbrzymi parking wydawał się pusty, nie licząc ich limuzyny, nowoczesnego motoru Assamity i paru innych pojazdów, które zdawały się samotne i zagubione na wielkiej przestrzeni. Członkowie drużyny zorientowali się, że tej nocy do muzeum wstęp mieli jedynie Spokrewnieni. Prawie każdy z kilkunastu pojazdów, które mogli zauważyć, był pilnowany przez ludzi. Starsi w grupie bardzo szybko zorientowali się, że nie są jedynymi, których Książę zaprosił na spotkanie. Horacy zdał sobie sprawę, że coś bardzo poważnego musiało się wydarzyć, albowiem wszyscy ci Ghule nigdy nie pojawiali się w takiej ilości, w jednym miejscu. Znał wielu z nich z widzenia. Dość niecodziennym doświadczeniem było oglądać, jak nie dalej jak kilkanaście kroków od niego, stoją ludzie, którzy na co dzień nienawidzili się, walcząc o wpływy dla swoich Panów. Zrozumiał natychmiast, że Spokrewnieni nie czują się bezpiecznie, a stare waśnie odeszły na dalszy plan. Koteria ruszyła powoli w stronę Muzeum.

[center]Obrazek[/center]
Budynek robił przyjemne, a jednocześnie godne wrażenie. Ozdobne blanki i wykusze nie dodawały mu ciężkości, lecz klasy. Zarówno oba skrzydła budowli, jak i ogród przed wejściem tworzyły pewne odczucie kameralności i wytchnienia. Gavin zastanowił się przelotnie, jak zręczną stanowiło to iluzję.
Przed głównym wejściem, na jasno oświetlonej przestrzeni, stało kilkanaście osób, które zdawały się pogrążone w swobodnej, towarzyskiej konwersacji. Nikt nie skojarzył ich twarzy, poza Horacym, który mógłby wymienić każdego z imienia i określić w przybliżeniu pozycję, którą posiadał w mieście. Gdy podeszli bliżej tamci wymienili się znaczącymi spojrzeniami, po czym weszli do środka. Namtar skrzywił się lekko. Nie przepadał na mocnym oświetleniem, a widok Niewiernych dodatkowo nie nastrajał go optymistycznie.

Wewnątrz, zaraz za drzwiami, natknęły się na stała Elizabeth Pascal. Nie czekając, aż ktoś z przybyłych ją wyprzedzi, odezwała się pierwsza:

- Witam was bardzo serdecznie - jej uśmiech był promienny i świeży. - Dziękuję za przybycie w imieniu Księcia Democritusa. Proszę, czujcie się tutaj swobodnie. Kierujcie się do Sali Teatralnej. Książę pojawi się po 23:00.

- Dziękuję - Victoria odezwała się krótko, uśmiechając się lekko, po czym ruszyła przodem.

Wnętrze budynku zaspokajało nawet najbardziej wyszukane gusta. Neogotyckie wykończenia dodawały mu charakteru, sama posadzka zaś przedstawiała interesujące motywy florystyczne i zoomorficzne. Miękkie i ciepłe światło łagodnie wydobywało inne szczegóły otoczenia, odbijając się w witrażowych drzwiach i lśniąc na rozstawionych w holu kanapach z polerowanego drewna. Zaraz obok wejścia do sali teatralnej, znajdowała się najnowsza wystawa Toreadora Bradley'a Tosheva. Przedmiot jej stanowiły obrazy malowane krwią. Płótna tworzyły jedyną w swoim rodzaju mozaikę rozbryzgów, plam i wzorów, o barwie tak bliskiej każdemu ze Spokrewnionych. Sam artysta był oczywiście obecny, wymieniając uwagi i uprzejmości z kilkoma innymi Kainitami. Członkowie koterii postanowili przyjrzeć się bliżej niecodziennym pracom. Autor dzieł nie raczył jednak zaszczycić ich swoją obecnością. Po kilku minutach wszyscy zebrani zaczęli opuszczać wystawę, udając się na miejsce spotkania.

[center]Obrazek[/center]

Sala Teatralna urządzona była w kolorze głębokiej czerwieni, której barwa i odcień przywodziły na myśl świeżą vitae. Luksusowe fotele były zajmowane przez grupki dyskutujących ze sobą Spokrewnionych. Na samym środku, tuż przed sceną, zasiadała najpotężniejsza koteria Charleston, a za nią wszyscy którzy ściśle współpracowali z starszymi. Po lewej zebrali się młodzi Ventrue, Toreadorzy i Tremere. Barwne towarzystwo po prawej stanowili Gangrele i Brujah. Malkavianie i Nosferatu rozsiani byli po całej sali dość chaotycznie. Na scenie znajdował się większy błękitny fotel, tuż obok którego stała piękna i niebezpieczna Furia.

[center]Obrazek[/center]
Na sali rozlegały się szepty i pomruki. Wampiry rozsiadły się wygodnie na miękkich fotelach. Było już po kilka minut po 23, a Książę jeszcze nie pojawił się na scenie. Nagle, tuż przy wejściu zrobiło się niezwykle głośno. Wszyscy zwrócili swój wzrok szukając przyczyny zamieszania. W drzwiach stał Christian Pain, a za nim kilkunastu innych Anarchistów. Brujah wyminął dwóch młodych Ventrue, którzy bez przekonania próbowali go zatrzymać i pewnym krokiem ruszył przed siebie. Podzwaniając łańcuchami przeszedł środkowym przejściem. kierując się w stronę sceny. W tym czasie Pariasi rozsiedli się na tyłach, okazując wszystkim swe buntownicze nastroje, za pomocą gwizdów i uszczypliwych uwag.

- I na co się kurwa gapicie? Zdziwieni? Młodzi to zdziwieni! - zarechotał Pain drwiąco. Będąc w połowie drogi, dodał:

- Podobno o 23 miał być tutaj wasz pan i władca, któremu liżecie buty... Ej, ty, wiedźmo! - krzyknął głośno w kierunku Primogen Tremere - możesz mi kurwa wyjaśnić łaskawie, dlaczego ktoś podpierdolił mi wczoraj krew? I nie udawajcie, kurwa, że nic o tym nie wiecie, bo wiem, że nie tylko mi się to przytrafiło... Pierdolone czary-mary, kurwa!

Na sali zrobiło nagle się bardzo głośno. Koterię otoczyła kakofonia innych głosów, można w niej było wyłapać zdania: A więc to prawda! Przeklęci Tremere! Oni zawsze coś knują! Straciłem naprawdę dużo, a Smith leży w letargu... Magia krwi! Hoqax w końcu dopiął swego... Sidonia miała rację...! Nadchodzi koniec! Jak to możliwe, że Brujaha też dopadli? Democritus musi to wyjaśnić... To wszystko przez Nosferatu, sprzedali nas Sabatowi... Gehenna jest blisko...! Lupini, to ich zemsta...

Terremu cały ten zgiełk niepokojąco przypominał głosy, szepczące wczoraj w jego głowie. Na szczęście przez tumult z łatwością przebił się władczy ton Arnetty. Zebrani nieco przycichli.

- Opanuj się, bo wnosisz tu tylko zamieszanie! Nie zachowuj się jak rozkapryszony dzieciak. Staramy się wyjaśnić sprawę...

Pain podszedł do siedzących Priomogenów i obrzucił ich chmurnym spojrzeniem. Chciał najwyraźniej coś powiedzieć, lecz Max odezwał się ostro do Anarchisty:

- Christian siadaj na dupie i czekaj na Democritusa...! On podobno też oberwał.
- Ahahaha - Pain zaśmiał się złośliwie. - Zasłabł biedak... hehe... i się spóźnia teraz.

Usłuchał jednak słów Primogena, waląc się z głośnym klapnięciem na fotel nieopodal.
Macie chwilę na przedstawienie swoich reakcji i przemyśleń. Sala jest dość wzburzona, nastrój oczekiwania na Księcia da się wyraźnie odczuć.
Dla Horacego: Primogeni są w komplecie. Widzisz także wszystkie z trzech Harpii, które mieszkają w Charleston.
Spoiler!
Gdy Pain siada na fotel nagle wśród osób, które są na sali dostrzegasz swojego Stwórcę. Siedzi dwa rzędy za Primogenami rozmawiając z jakąś piękną murzynką. Na pewno nie widział cie jeszcze, bo siedzi z przodu. Co robisz?
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 25 marca 2015, 23:25

Terry rozglądał się po sali, z jednej strony podziwiając panujący w niej przepych, z drugiej zaś z niesmakiem kręcąc nosem na - jego zdaniem - przesadny splendor. Kiedy w pewnej chwili do sali wszedł Christian Pain, skulił się w sobie, starając się zrobić jak najmniejszy i jak najmniej rzucający się w oczy. Wyprostował się dopiero kiedy anarchista razem z całą swoją świtą go minął, poprawiając jednocześnie kołnierzyk okalający koloratkę.

W milczeniu przypatrywał się rozwojowi sytuacji. Im więcej osób wspominało o zeszło nocnym incydencie, tym mniej pewnie się czuł. Wizja tego, że miałby wyjść na środek i opowiedzieć im wszystkim o tym co zobaczył wcale a wcale mu się nie podobała. Nie dlatego, że bał się publicznych wystąpień, bo wcale tak nie było. Był osobą duchowną i mile wspominał chwile kiedy mógł głosić Słowo Pańskie szerszej widowni. Strachem napawała go świadomość tego, że wszyscy byli mocno wzburzeni całym zajściem. Wyraźnie widział, że kolor powietrza w sali balansował pomiędzy fioletem a czerwienią. I zdecydowanie nie chciał przyczynić się do jeszcze intensywniejszego nasycenia tych barw.

Zresztą zupełnie inaczej wyobrażał sobie to spotkanie. Był właściwie przekonany, że wpadną na chwilę do Księcia, który zada im kilka pytań, na które oni bardziej lub mniej wyczerpująco odpowiedzą i sobie pójdą. Ale najważniejszym elementem jego wyobrażenia było to, że nie będzie tam CAŁEJ społeczności Spokrewnionych z Charleston.

Kiedy Pain opadł ciężko na jeden z foteli, wzrok Terry'ego zatrzymał się na znajomej twarzy. I wtedy zgasło światło. I wszystko umilkło, jak na zawołanie. Jedyny punkt który nie zatopił się w całkowitej ciemności, to ta właśnie znajoma twarz, którą zupełnym przypadkiem wyłowił spośród tak wielu tu zebranych. Jak zahipnotyzowany przyglądał się mężczyźnie na którego padało światło pojedynczego reflektora. Miał surowy, ale uprzejmy wyraz twarzy. Piwne źrenice wyglądały przez wąskie szparki powiek. Łysina dodawała mu powagi, a gęste, czarne brwi czyniły całość bardziej demoniczną. Nie widział w co mężczyzna był ubrany, bo zasłaniało go oparcie fotela, mógł jedynie stwierdzić, że wierzchnie odzienie stanowiła jakiegoś rodzaju, fioletowo-złota szata.

[center]Obrazek[/center]
Ciało odmówiło mu współpracy, kiedy zdjęty panicznym strachem spróbował się przeżegnać. Zarówno jego ręce jak i nogi były jak z ołowiu. Miał ochotę wybiec stąd, jednak nie był w stanie zrobić nic, poza wpatrywaniem się w oblicze swego Stwórcy. Ten zdawał się go nie zauważać. Wyglądał jakby był pochłonięty rozmową z kimś kto znajdował się w mroku, zupełnie nie przejmując się przy tym, że jeszcze przed chwilą wszyscy o nim mówili, chociaż nie byli tego świadomi.

Po chwili światła znów oświetliły salę, a dźwięki stopniowo powróciły do poprzedniego poziomu głośności. Tylko ciało nie chciało zacząć ponownie reagować. Ale umysł Terry'ego pracował na pełnych obrotach. W tej chwili nie mogło już być mowy o jakimkolwiek wyjściu na scenę i poinformowaniu zebranych o źródle całego zamieszania. Za nic nie mógł dopuścić by jego Stwórca go zauważył. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie stało się to dotychczas.

W końcu, niemałym wysiłkiem, udało mu się unieść dłoń by zasłonić twarz. Głowę wtulił w ramiona i osunął się na fotelu, przyjmując pozycję niemalże leżącą, przez cały czas nie spuszczając wzroku z zagrożenia. Zauważył skrytego wcześniej w mroku rozmówcę swego Ojca, którym okazała się nieprzeciętnej urody czarnoskóra kobieta.

Potrzebował się stąd wydostać, oddalić się jak najszybciej i jak najdalej. Rugał się w myślach za to, że w ogóle zdecydował się tu przyjść. Był w tym mieście by spłacić Dług Życia swemu przyjacielowi, nie żeby bawić się w jakieś społeczne rozgrywki. Nie za taką cenę.

Muszę się stąd oddalić, najlepiej w tej chwili. Dwa rzędy za miejscami Primogenów siedzi ten który jest odpowiedzialny zarówno za wprowadzenie mnie w objęcia Nocy, jak i za wczorajszy rytuał. Łysy, rozmawia z tą uroczą, czarnoskórą kobietą, odzianą w czerwień.. Jeśli mnie zobaczy, z pewnością spróbuje mnie zabić. Widzę to po nim. Jest spokojny, jak drapieżnik cierpliwie czyhający na swoją ofiarę, a jednocześnie podniecony tym co ma nadejść. On na mnie czeka, spodziewa się mnie tutaj. Nie mogę tu zostać ani chwili dłużej. Jeśli Książę wywoła naszą Koterię, wszystkie oczy zwrócą się w naszą stronę. Dla mnie oznacza to Śmierć Ostateczną. Proszę, pomóżcie mi jakoś. Ja muszę stąd wyjść.
Myśli zawarte w ostatnim akapicie kieruję za pomocą Nadwrażliwości z poziomu 4 do umysłów wszystkich członków Koterii. Pozostaję skulony, zakrywając twarz dłonią i będę próbował aż ktoś zareaguje. Nie ma też takiej siły która sprawi, że dobrowolnie wyjdę na środek, gdyby były takie nalegania. Chronologicznie zakładam, że telepatii użyję już po wypowiedzi Horacego, z której zresztą nie wychwycę ani słowa.
Terry jest przerażony i właściwie przekonany, że jeśli zostanie w tym miejscu to umrze. Raczej ciężko będzie znaleźć argumenty by nakłonić go do pozostania.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 25 marca 2015, 23:30

- Usiądźmy bo lada moment zacznie się przedstawienie i teraz gadać nie wypada. Pozaczepiamy kogo trzeba jak się już zakończy część oficjalna.

Horacy wskazał miejsce w rzędzie mniej więcej na środku sali skąd było dobrze widać całe pomieszczenie. I skąd łatwo był ewakuować się w dowolnym kierunku. Poczekał chwilę aż koteria zajmie miejsca po czym usiadł w rzędzie za nimi.

Kiedy się lepiej usadowili przechylił się do nich i wyszeptał.
- Tutaj jest dobrze, nie zostaniecie pomyleni z żadną frakcją. Odpowiednio blisko żeby widzieć ale i odpowiednio daleko żeby nie zostać uznanym za podlizucha. A propos, w pierwszym rzędzie widzę cały primogen. W ich centrum pomiędzy toreadorką a tremerem siedzi sam synek księcia - Richard Nercid. To ten co przed chwilą zdjął swój niemodny kapelutek. Zajmuje się tak nieistotnymi sprawami jak władza wśród śmiertelnych, pieniądze i biznes. Połowa zarządów okolicznych spółek siedzi u niego w kieszeni. Fabryki, kopalnie wymieniaj co chcesz, wszędzie ma swoje ręce które chętnie wykonają każde jego polecenie.

[center]Obrazek[/center]

- A tam z boku rozparty na dwóch krzesłach siedzi gangrel Wild Heart. Nikt kto ma choć trochę rozumu w głowie go nie wkurza. A już na pewno nie bez powodu. Niezmierrnie rzadko bywa w mieście najwyraźniej sprawa jest poważna, jeśli ktoś jeszcze się nie zorientował. Z primogenów tylko coś Rustego nie widzę ale to jest akurat dla nosferatu norma...

[center]Obrazek[/center]

Nosferatu ciągnął dalej szeptem.
- Obok nich harpie. Ventrue Dellon Wells ale już go znacie. Tremere Loran Dewy Great EyE to o nim mówiłem ostatnio oraz...

[center]Obrazek[/center]

- Czekoladowa córa Kakofonii Angie Braun. Jak ktoś z was ma ostatnią płytę z soulowymi kawałkami jakie nagrała to po zakończeniu tej szopki będzie najlepszy moment na autograf. kiedy nie śpiewa kontroluje afroamerykańskie środowiska w stanie Wirginia Zachodnia. Działa charytatywnie i jest lubiana przez lokalną ludność. Jej słowo także bardzo dużo znaczy w w naszym rodzinnym społeczeństwie.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 26 marca 2015, 15:25

Właściwie zupełnie nie był przygotowany na to, co ujrzał w muzeum. Pierwsza część wieczoru pozwoliła mu pogodzić się z koniecznością wizyty w Elizjum. Poza wykonywaniem obowiązków miała ona wszakże i swoje dobre strony - pozwalała zebrać informację o potencjalnych celach i zleceniodawcach. Postarał się więc skupić na tym aspekcie, starając się nie myśleć o otaczającej go sforze niewiernych psów. Camarilla - nienawidził nawet samego brzemienia tego słowa. Przypominało mu nazwę jakiejś zaraźliwej choroby. Na szczęście, posiadał na nią lekarstwo - uśmiechnął się lekko czując pod palcami krzywiznę rzeźnickiego haka, skrytego w kieszeni.

Jednak to, co ujrzał na wystawie, obrazy o barwie krwi... Nie, na to nie był przygotowany. Właściwie zamarł po wejściu na salę, wpatrując się w ociekające czerwienią płótna. Jak udało mu się zachować kolor? - pomyślał. I jeszcze - Czemu ja na to nie wpadłem? Krew na obrazach krzyczała, głosami jego ofiar, przypominając o minionej rozkoszy, obiecując kolejne spełnienie. Właściwie czul prawie jej smak. Wpatrywał się w płótna jak w transie, chłonąc ich barwy: czerń, czerwień i biel. Czerwień wyrastająca z czerni, czerwień, karmiącą ciemność... To było jak objawienie, choć nie był jeszcze pewien czego dotyczy. Jednak czuł... Nie, wiedział to, że w ciągu kolejnych nocy zrozumie przesłanie. Że coś musi w nim dojrzeć, aby mógł je w pełni pojąć... Coś, Ciemność... Ciemność znała odpowiedzi... Nieświadomie wyciągnął rękę pragnąc dotknąć któregoś z obrazów, i krwi... I wtedy przeszedł przed nim Gavin, przerywając dziwaczny trans w którym znalazł się Morderca. Rozejrzał się po sali przytomniejszym wzrokiem. Zauważył, iż większość kufrów opuszcza pomieszczenie. Tak jak im koteria, którą miał obowiązek ochraniać. Wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na stan, który go przez chwilę ogarnął. Alhamdu'Haqim* - pomyślał z ulgą - Nie mogą się dowiedzieć... Tworzyliby problemy... Wiedział jednak, że będzie jeszcze tu musiał wrócić. Przyjrzeć się bliżej, poznać technikę... Szybkim krokiem ruszył za swoją grupą.

[center]Obrazek[/center]
Gdy tylko znalazł się na zewnątrz poczuł, jak wraca mu pełna świadomość, a wyuczone odruchy przejmują kontrolę. Co się tam ze mną stało? - zadał sobie pytanie - Zachowuję się jak jakiś hmar kelb tfou** z Klanu Róży... Jednak nadal czuł na języku lekki, żelazisty posmak... Skupił się na otoczeniu. Sala Teatralna, dużo robactwa... Gazem się go nie wytruje, a szkoda... Ochrona tylko przy wejściu głównym. Oszczędzają, czy są tacy pewni siebie...? Wyjście ewakuacyjne przy scenie... Zauważył spojrzenia kilku Bękartów Khayyina, wpatrujących się w niego z lękiem, zaskoczeniem, odrazą. Odwracali wzrok natychmiast po tym, gdy pozwalał im zauważyć, że się im przygląda. Uśmiechnął się lekko. Żywił się ich strachem. Dość szybko jednak wyczuł, że tym razem nie stanowi jedynego źródła obaw. Instynkt drapieżnika pozwalał mu bezbłędnie wykryć panujące w sali napięcie i lęk... Czuł się jak rekin, który zwietrzył krew. Strach zawsze go podniecał, zmysły wyostrzały się. W milczeniu zajął miejsce w rzędzie za resztą koterii, obok Horacego. W milczeniu wysłuchał słów Nosferatu, a później informacji od Terrego...

Przechylił się do przodu, opierając łokcie na fotelu Świra, jak gdyby chciał się lepiej rozejrzeć po sali. Kątem oka obserwował wskazanego przez niego mężczyznę. VII generacja... pomyślał, powoli przesuwając językiem po zębach. - Zaprawdę sami'haqimu liman hamidah.***

- Uspokój się- odezwał się cicho do Malkavianina. - To nie ty w tym pomieszczeniu powinieneś bać się Ostatecznej Śmierci. To on jest zamknięty ze mną. - uśmiech, który pojawił się na twarzy Mordercy nie wróżył nic dobrego Ojcu Terrego. - I tak mieliśmy go znaleźć. I sam się znalazł. Mektub. To bardzo dobrze. Mniej problemów.

- Jeśli faktycznie wynikną kłopoty - odezwał się do pozostałych, nie podnosząc jednak głosu. Uważał, by nikt postronny nie usłyszał tego, co ma do przekazania.- Zaciemnij pomieszczenie, Victorio. Później postarajcie się dostać za kulisy, albo do wyjścia ewakuacyjnego z boku sceny. Ja dopadnę sukinsyna. I nie czekajcie na mnie. Spotkamy się w Domenie, jeśli los tak zechce.

Bliskość ofiary i perspektywa rozlewu krwi uspokajały go. Munafiqun na sali nagle przestali mu przeszkadzać. Świadomość ich obecności nie znaczyła wiele, wobec możliwości, którą dawał mu los. VII generacja... Ta myśl powracała nieustannie, gdy modlił się do Haqima o łaskę i przewodnictwo.
Perspektywa walki nie wydaje się martwić Assamity. W sumie Namtar wygląda jakby na nią czekał. Jeśli przez większość wieczoru był raczej zdystansowany i lekko spięty, teraz zrobi się rozluźniony i spokojny, a na jego twarzy pojawi się lekki, wyczekujący uśmiech. Znacie go jednak już na tyle, by wiedzieć, że to nie wróży nic miłego.
* arab. Haqimowi niech będą dzięki
** arab. uprzykrzony idiota
*** arab Haqim słyszy tego, kto go wychwala.
Ostatnio zmieniony 02 listopada 2015, 23:16 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Rooster
Reactions:
Posty: 111
Rejestracja: 11 grudnia 2014, 16:37

Post autor: Rooster » 26 marca 2015, 22:43

Victoria z pełnym oczekiwania napięciem, skrywanym za poważnym i skupionym wyrazem twarzy obserwowała społeczeństwo kainitów zebranych w sali teatralnej. Elizjum zrobiło na niej ogromne wrażenie, zwłaszcza subtelne i eleganckie zestawienia barw karmazynu i czerwieni, łączących dystyngowany wystrój wnętrz. Dzieła sztuki zgromadzone w tym miejscu w istocie musiały cieszyć oczy wielu istot, jednak nie pozwoliła sobie na luksus oglądania ich i cieszenia zmysłów. Przechodząc do głównej sali teatralnej, bacznie rozglądała się po całym Elizjum, przede wszystkim szukając... luster.

Kiedy koteria zajęła miejsce wskazane przez Horacego, rozluźniła się i całą uwagę skoncentrowała na informacjach, których udzielał Nosferatu. Nawet aroganckie zachowanie Paina nie mogło zagłuszyć ani zniwelować niepokoju i strachu, który unosił się w sali. Atmosfera wyraźnie robiła się coraz bardziej napięta, a szmery, ciche rozmowy i ukradkowe spojrzenia jedynie dowodziły, jak bardzo wszystkim to napięcie daje w kość. Chociaż z drugiej strony, Victoria zastanawiała się, lustrując całe towarzystwo, kto wśród nich jest spokojny i nie okazuje zbytniego zainteresowania sprawą, bądź ukrywa je za maską obojętności. Takie osoby przeważnie wiedzą o wiele więcej, niż są skłonne przyznać...

Pojawienie się w jej głowie myśli i wołania Terrego wywołały początkowo dezorientację i szum, jednak szybko się opanowała, widząc drapieżny uśmiech Namtara.

- W Elizjach zabrania się używania dyscyplin, Namtarze... I nie sądzę, aby tego rodzaju kłopoty miałyby być naszym udziałem dzisiejszej nocy. - Spojrzała na Mordercę, opanowując mimowolne drżenie ciała, wywołane jego bliską obecnością, jednak zmusiła się by kontynuować. Nachyliła się delikatnie nad Malkavianinem i powoli dotknęła jego ramienia.

- Jeśli Książę będzie chciał czegoś się od nas dowiedzieć, będę mówić w imieniu koterii Terry, więc spokojnie... Jesteśmy w Elizjum, pamiętaj. I Każdy musi tu przestrzegać zasad. Nawet twój ojciec. - Spojrzała w kierunku łysego osobnika, rozmawiającego z czarnoskórą kobietą. - Poza tym, on pewnie nawet nie zauważył, że tu jesteś, więc zostań na miejscu i obserwuj...

Myśli pojawiły się w głowie Victorii... jednak słowa wypłynęły z jej ust o wiele za szybko. Już w chwili, gdy je wypowiadała, zdała sobie sprawę, że w duchu przeklina ich treść.

- Nic Ci tutaj nie grozi. Łowca o to dba, więc miej więcej wiary... - Zaklęła szpetnie po raz kolejny, chociaż niefortunne zestawienie słów wydało się ironią, która dobrze odzwierciedlała wewnętrzne obawy Victorii. Ściszyła głos na tyle, by docierał tylko do Terrego.

- Terry posłuchaj... nie możesz teraz stąd wyjść, zbyt wielką uwagę zwróciłbyś na siebie, a tym samym zaszkodził nam wszystkim. Jesteśmy tu razem i nikt nie pozwoli na to, by coś Ci się stało. Weź to pod uwagę...

Victoria miała nadzieję, że udało jej się choć na chwilę uspokoić ojczulka. Pozostawiła dłoń na jego ramieniu, dodając mu otuchy.
Staram się delikatnie i z empatią uspokoić Terrego, ale jestem przygotowana też na jego gwałtowną reakcję. Dlatego jeśli zerwie się, albo będzie chciał uciekać, przytrzymam go siłą na fotelu.
Po wejściu od razu do muzeum rozglądam się i szukam dużych lustrzanych powierzchni. Z pewnością są w łazienkach, więc jeśli będzie okazja, oddzielę się na chwilę od grupy, by zajrzeć i tam. Zapamiętuję ich położenie i rozkład.
OD MG: Test Przywództwa: ST:5 = 4 sukcesy.
Udało Ci się, Terry poczuł się uspokojony.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2015, 22:57 przez Rooster, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 26 marca 2015, 23:00

- Uspokój się. To nie ty w tym pomieszczeniu powinieneś bać się Ostatecznej Śmierci. To on jest zamknięty ze mną. I tak mieliśmy go znaleźć. I sam się znalazł. Mektub. To bardzo dobrze. Mniej problemów.

Terry słuchając Łowcy, chciał mocno wierzyć w jego słowa. I był bardzo blisko, dopóki przed oczyma nie stanął mu wieczór jego przemiany i dziedziniec jego klasztoru, skąpany w krwi jego Braci. Zdecydował że autor tej scenerii jest większym potworem niż cichy i opanowany w swych manierach seryjny morderca. Drzwi wciąż były bardzo kuszące, miał tylko nadzieję, że jednak ktoś mu pomoże się tam dostać. W miarę niepostrzeżenie.

I wtedy poczuł na ramieniu aksamitną dłoń Mrocznej Pani, i usłyszał jej słowa.

- Jeśli Książę będzie chciał czegoś się od nas dowiedzieć, będę mówić w imieniu koterii Terry, więc spokojnie... Jesteśmy w Elizjum, pamiętaj. I Każdy musi tu przestrzegać zasad. Nawet twój ojciec. Poza tym, on pewnie nawet nie zauważył, że tu jesteś, więc zostań na miejscu i obserwuj...

Ale jeśli Książę będzie chciał z nami rozmawiać, to wszystkie oczy skierują się w naszą stronę. Jego też. I wtedy mnie zobaczy. On nie może mnie zobaczyć...

- Nic Ci tutaj nie grozi. Łowca o to dba, więc miej więcej wiary... - powiedziała Victoria, po czym użyła słowa, które damie nie przystoi.

- Terry posłuchaj...- usłyszał jej miękki szept - nie możesz teraz stąd wyjść, zbyt wielką uwagę zwróciłbyś na siebie, a tym samym zaszkodził nam wszystkim.

Przypomniał sobie, że jednak nie jest tutaj sam. Szybko upewnił się, które miejsca zajmuje jego nowa Koteria.

Jesteśmy tu razem i nikt nie pozwoli na to, by coś Ci się stało. Weź to pod uwagę... - szept Mrocznej Pani umilkł.

I w tym momencie dojrzał tę bladą poświatę, która go otacza. Uświadomił sobie że ten sam blask bije od każdego członka Koterii. Nawet Mrocznego Jedi. Zrozumiał, że w istocie nie jest tutaj sam, a jego Ojciec MUSI się z tym liczyć. Wciąż wolał pozostać niewykryty, lecz świadomość bycia częścią grupy, Drużyny Wybrańców Mędrca w Czerwieni, pozwalała mu zachować spokój. Postanowił jednak nie rezygnować z dłoni zasłaniającej twarz, choć przybrał pozycję bardziej siedzącą.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2015, 23:56 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

ODPOWIEDZ