Ciernista Puszcza, obóz 248, Doloven 605 OR
– Dajcie mi zagrać – powiedział Kerne.
A przynajmniej zamierzał tak powiedzieć. Kapral Kerne Mallory ćwiczył wcześniej swą wymowę dość starannie, by zwrot ulada nito zabrzmiał pewnie i dźwięcznie, ale namiot pełen grających w karty gobberów ucichł w jednej chwili. Wszystkie oczy wbiły się w przybysza oraz trzymany przez niego worek ze znalezionym na pobojowisku złomem.
– Nie ulada nito, kapralu Mallory – powiedział Mo – Ulada oznacza sprytny interes. W grach karcianych mówi się shidda. Powiedział pan, że chce z nami zrobić sprytny interes i to w taki sposób, żebyśmy pana orżnęli.
– Cóż, przepraszam.
– Nic się nie stało. Ale musimy się naradzić, czy pan może z nami zagrać – Mo odwrócił się w kierunku reszty gobberów i zaczął z nimi konwersować we własnym języku. Przysłuchujący się jego słowom Kerne zrozumiał tylko jedno zdanie, przekładając je na ciąg słów kojarzących się w ciąg „On coś grał kiedyś jabłko orżnięty„. Słysząc to gobbery wybuchły gromadnie śmiechem. Kerne uświadomił sobie w jednej chwili, że jego znajomość gobberskiej mowy wystarczała do zrozumienia krzyczącego przez pół pola bitwy starszego mechanika Gerstena, ale stercząc w pełnym gobberów namiocie znalazł się znienacka w zupełnie obcym okopie. Poprawiwszy swój przeciwdeszczowy płaszcz ruszył w stronę wejścia, zamierzając wrócić do przemoczonych i znudzonych ludzi, z którymi przynajmniej mógł się jakoś dogadać. O ile mieli na rozmowę ochotę.
– Co pan przyniósł? – spytał Mo.
– Mogę zostać?
– Oczywiście. Tylko proszę nie kaleczyć naszego języka. Ja będę tłumaczył i wszyscy orżniemy pana w miły sposób.
– Świetnie – człowiek rozwiązał przyniesiony worek i wysypał jego zawartość na jeden ze stolików ukazując oczom wszystkich stertę ubłoconych kawałków złomu, zardzewiałych ćwieków i drutu kolczastego – To wszystko, co znalazłem.
– Skąd to pochodzi? – zapytała Rala, jedyna inna przedstawicielka swego gatunku, którą kapral znał z imienia. Przemawiała bardzo wolno, przez co Kerne bez większego trudu nadążał za jej słowami.
– Wykopałem z krateru niedaleko pozycji dwieście dwudziestego pierwszego.
– Ona nie pytała, gdzie pan to znalazł – wyjaśnił Mo – Chciała wiedzieć, skąd się to tam wzięło – Gobber podniósł ze stołu kawałek pogiętego drutu i wytarł go starannie o swój rękaw – Na przykład to. Wygląda na kawałek zapory, którą trenczerzy przecięli zeszłej jesieni. Musiał się zaplątać o nogę bota i powędrował tak wiele mil.
– Nie mam… nie mam pojęcia. Po prostu wyciągnąłem to z krateru.
– Och – Mo przybrał prawdziwie nieszczęśliwą minę – Gdyby to coś miało jakąś historię, byłoby coś warte.
Kerne westchnął w wyrazie skrajnej rozpaczy.
– Mo, przegrałem całą forsę i piersiówkę z kapralem Duffockiem. Nie interesują mnie pieniądze, chcę tylko pograć w karty. Na zewnątrz jest zimno i nudno. Wy gracie o złom, to wykopałem trochę, bo myślałem, że wystarczy na wkupne.
– Wielki-różowy zdupczony łopatka-naprawa – odezwał się któryś z gobberów celując palcem w przybornik kaprala. Mo zmarszczył śmiesznie nos oglądając się w stronę ziomka.
– Ładna-gadka wielki-różowy, coś, coś.
Kerne przełknął z godnością oczywisty przytyk. Był w namiocie gobberów i faktycznie był przy tym wielki i różowy.
– Pewnie mówił coś o mojej szczęśliwej saperce – powiedział kapral odpinając od pasa wojskową łopatkę – Naprawiłem ją, ale trochę jest luźna. Nic poważnego, ten wygięty gwóźdź trzyma trzonek w miejscu.
– Jak się zepsuła? – Mo spojrzał na saperkę z dziwnym błyskiem w oku – I czemu jest szczęśliwa?
– Cóż, Manny, jeden z naszych Grenadierów, kopał dla nas dziurę, kiedy jeden z tych trollowych oszczepników uszkodził mu kończynę. Ledwie chwilę później niebieskoskórzy już na nas szarżowali, a stary Manny wpadł do dziury, którą miał wykopać dla nas. Duffock i reszta chłopaków zaczęła się wciskać w szpary. Ja wskoczyłem ostatni, ale tam już naprawdę nie było miejsca. Do połowy wystawałem na zewnątrz i jeszcze plecak mi się przekrzywił.
– Chyba nie pierwszy raz opowiada pan tę historię – Mo uśmiechnął się z nutką szyderczości – A co z łopatką?
– Dobra. Wystawałem sporą częścią ciała z dziury i wtedy banda pygów wypadła z chaszczy paląc ze swoich kulomiotów. Kule świszczały mi na głową, a nie miałem się gdzie schować. Oberwałem w czaszkę i odleciałem. Przegapiłem ten moment, kiedy kapitan Reinfeld skierował ogień zaporowy artylerii prawie dokładnie na nasze pozycje, roznosząc w pył natarcie trollaków i zmiękczając ich do kontrataku. Ocknąłem się jakiś czas potem, z cholernym bólem głowy i zdziwieniem, że żaden troll mnie nie zeżarł…
– Zobaczyłem Ralę. Próbowała naprawić nogę Manny\’ego. Moja saperka leżała tuż obok, z krwią i włosami przyklejonymi na jednej stronie i ze śladem wgniecienia po drugiej. Tylko ona ocaliła mnie przed pociskiem.
Mo obejrzał w skupieniu łopatkę, po czym przeniósł wzrok na człowieka. Trwało to dłuższą chwilę; dość długą, by Kerne poczuł się nieswojo. Wtedy gobber okręcił się w miejscu ku swym towarzyszom i zalał ich potokiem pozornie niekończących się zdań. Kerne rozumiał jedno słowo na każde pięć usłyszanych, ale w mig pojął, że Mo opowiadał zasłyszaną chwilę wcześniej historię. Reszta gobberów kiwała z ożywieniem głowami, a Rala pacnęła się dłonią w głowę słysząc imię Manny.
Kiedy Mo skończył swą opowieść, w namiocie zapadła bardzo głęboka cisza.
– Nie mamy dość dużego młotka – powiedziała w swoim języku Rala; a przynajmniej tak to sobie przetłumaczył Kerne. Wypowiedź nie miała większego sensu.
– Co to znaczy? – spytał kapral.
– Że nie będzie nas stać na grę, jeśli do puli wstawisz łopatkę.
Kerne wlepił spojrzenie w swą saperkę oraz leżący obok niej stosik złomu.
– Szlag mnie chyba trafi – żachnął się żołnierz – Jedyny wartościowy sprzęt jaki mam jest dla was za drogi. Możecie zatrzymać sobie resztę – Kerne wycelował palec w swój złom – Idziemy sobie we dwoje z łopatką pokopać w deszczu. Sami.
Mężczyzna odwrócił się w stronę wyjścia, ale Rala błyskawicznie znalazła się przy nim blokując żołnierzowi drogę.
– Zostań tutaj, dopóki nie naprawię łopatki – powiedziała w niemal doskonałym cygnariku.
– Myślałem, że takie rzeczy są dla was cenniejsze, jeśli…
– Nie bądź głupi – prychnęła Rala – Narzędzia muszą być zdatne do użytku. Złom jest coś warty, jeśli można opowiedzieć o nim ciekawą historię. Ale złom, który ma ciekawą historię i na dodatek ciągle można go naprawić? To coś pięknego.
– Powiedz panu Kerne resztę, Rala – poprosił Mo.
– Dobrze. Jeśli naprawię tę saperkę i znowu będzie z niej można korzystać, ja też zyskam na wartości, bo stanę się częścią tej opowieści.
Kerne zastanowił się na moment.
– Więc jeśli pozwolę ci naprawić łopatkę, pozwolicie mi zagrać w karty i będę mógł wrzucić do puli to żelastwo, które przyniosłem?
– Nie. Jeśli pozwolisz mi naprawić łopatkę, będziesz miał naprawioną łopatkę.
– Rala…
– I dam ci w prezencie kilka nitów, które wyskoczyły z Manny’ego, kiedy dostał trollacką włócznią. Możesz je wrzucić do puli.
Mo stanął pomiędzy człowiekiem w mundurze i swoją pobratymczynią.
– Zanim się pan zgodzi, Kerne Mallory, powinien pan wiedzieć, że i tak pana ogramy. Nie ma takiej siły, która zmusiłaby Ralę do wypuszczenia pana stąd z jej nitami. Ale przynajmniej pogra pan w karty.
Kapral zastanowił się ponownie, po czym wyciągnął swą dłoń.
– Ulada – powiedział – Wchodzę w to.
Autorem opowiadania jest Howard Tayler. Opublikowane zostało w kompilacji krótkich opowiadań Iron Kingdoms Excursions S1E2. Prawa autorskie zastrzeżone dla Privateer Press.

Sympatyczne. Dobra robota pokazująca pogardzane gobbery z innej strony nieco.
Prześliczne. Więcej !
Świetne opowiadanie! Miałem zostawić sobie do przeczytania na jutro, ale jak przeczytałem z ciekawości dwa pierwsze akapity, tak trzeba było połknąć całość 😉
Swietne opowiadanie. Klimat grajacych w karty gobberow na cygnarskim żołdzie po prostu super.
super jak zwykle,
a ja poproszę o coś więcej ;P