Grzechy ojców, część II

Mordil odezwał się półżartem – Ja słyszeć gulmak samica! My iść te krzaki zobaczyć co być tam, ruchy gotowiśta? Trza porobić żelastwem. I ruszył gulmaka w stronę zagajnika z dzidą przyszykowaną do ataku.

Treant skomentował całą sytuację – To może być jakiś amator tych wrzaskliwych kurczaków, które upodobały sobie ostatnio moją sakwę. Ale mogę się mylić – nie jest wykluczone, że to perspektywa przelewu krwi tak je wzburzyła. Półork sięgnął po łuk ustawiając się tak, żeby mieć dobry widok na zagajnik, a jednocześnie żeby żadna z osób nie weszła na linię ewentualnego strzału.

Goblin dojechał do kępy gęstych krzaków, łyknął dwa porządne łyki z bukłaka zlazł z jaszczura, odkładając dzidę, a w zamian chwytając topór i tarczę. Zerknął za siebie, czy ktoś za nim podąża i rzucił – Ej człeki byśta rzucili tam jakieś światła, bo nijak nie widać, a nie chcieć kogoś z was w czerep zajechać.

Za goblinem podążył Kapłan. Zsiadając wcześniej z konia, sprawdził przymocowanie puklerza i wyciągnął półtoraręczny miecz z pochwy. Za nim jednak dołączył przygotował w umyśle zaklęcie, którym obdarzył go sam Gorlam – Czar rozświetlenia, doskonale nadawał się jako odpowiedź na prośbę Mordila.

– Sprawdźmy co tam taki niepokój sieje. Powinniśmy sobie poradzić, jednak jeśli siła tego i rady byśmy mieć nie dali, to wycofujemy się do karawany – Dodał już bardzo poważnie.

– Gdybyście potrzebowali, żeby tego ktosia wykończyć, dajcie znać – Rzucił Treant sposobiąc się do oddania strzału z wysokości wozu.

Do pozostałej dwójki bardzo szybko dołączyła Uhra, która ledwie chwilę wcześniej zeskoczyła z konia ujmując w prawą rękę orczą szablę, a w lewą tarczę. Szybki ruch głowy pozwolił jej zorientować się, iż pas z nożami znajduje się w odpowiednim miejscu i w przypadku potrzeby skorzystania z nich będzie taka możliwość.

Trójka śmiałków zwolniła kroku.

– Szego stojta?! – zakrzyknął jeden z wozaków na ostatnim zaprzęgu karawany, miękkim melodyjnym głosem o charakterystycznym esajańskim akcencie. Jeden po drugim wozy zatrzymywały się z poskrzypywaniem osi i porykiwaniem wołów, a siedzący w kozłach mężczyźni stawali na nogi spozierając w stronę grupki podróżnych – Choście naszeli?!

– Poczkaj, to się zwisz! – odkrzyknął tkwiący wciąż w siodle Skela, pochylony do przodu i obserwujący uważnie swoich zagłębiających się w gęstwę towarzyszy podróży. Łuk remzińskiego półorka zaskrzypiał cichutko, kiedy łowca makunów napiął cięciwę przykładając brzechwę strzały do prawego policzka i wstrzymując oddech w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń.

Skela zamrugał w wyrazie lekkiego zaskoczenia. Ledwie rozjaśniane bladą poświatą przedświtu ciemności ustąpiły znienacka złotawej poświacie, która pojawiła się w ułamku chwili wokół postaci gorlamickiego kapłana, przybierając w przeciągu jednego uderzenia serca na sile i rozpraszając mrok dobiegającej końca nocy. Grupka truchtających w stronę krzaków Esajan wydała z siebie zduszone pomruki onieśmielona tym dowodem kapłańskiej mocy Eitharta, przystanęła w miejscu przestępując niepewnie z nogi na nogę. Mordil i Uhra obejrzeli się błyskawicznie za siebie szukając źródła nieoczekiwanego rozświetlenia, wydali podobne w brzmieniu pomruki. Chociaż każde z nich widywało w przeszłości kapłanów rzucających zaklęcia, Eithart pozwolił sobie na to po raz pierwszy w trakcie ich wspólnej podróży, z miejsca przypominając wszystkim, że jako sługa Gorlama władał mocami, o których pozostali mogli jedynie marzyć.

– Blask twój wręcz mnie przyćmiewa, świątobliwy mężu – pozwoliła sobie na zdawkową uwagę Uhra, walcząc w duchu z ochotą spóźnionego ugryzienia się w język – Wszelako zważ na to, że łucznik w krzaczorach łatwiej szyp w zadek wsadzi takiemu, co się jaskrawie na cel wystawia, choćby i onemu łaska boska sprzyjała.

– Te uny nikomu szypa nie wsadzywać – oznajmił goblin opuszczając topór wzdłuż uda i spoglądając pod kępę kolczastych drzewek – Samica gulmaka ichnych nie gryzała, to pewniste.

Eithart przecisnął się obok Uhry zagryzając wargi, kiedy jakaś kolczasta gałązka podrapała mu przedramię, przyklęknął przy dwóch leżących w gęstwie kształtach, które swym nienaturalnym ułożeniem ciał zdradzały niechybnie brak śladów życia.

– Kobieta i mężczyzna – powiedział gorlamicki kapłan wodząc spojrzeniem po skąpanych w złotawej poświacie zwłokach – Zginęli najpewniej od noża. Zimni i sztywni, chociaż po części ogryzieni, znaczy się, leżą tu od jakiegoś czasu.

Uhra przyklęknęła na jedno kolano obok Eitharta, chowając wpierw ostrze do pochwy, odwróciła na plecy ciało kobiety ukazując oczom wszystkim niestarą, choć zniszczoną trudami życia twarz i głęboką krwawą szramę biegnącą poprzez gardło zmarłej. Upstrzone drobinkami piasku matowe oczy spoglądały w jaśniejący nieboskłon z budzącym zimny dreszcz wyrazem bezbrzeżnego zdumienia.

– Tyn ma sztychy nożowe – powiedział Mordil trącając toporem ciało mężczyzny – Na cyckach ma, dwa i jeden, znaczy się, po waszemu cztery?

– Trzy razy w pierś pchnięty – poprawiła goblina Uhra podnosząc się na nogi – Ani chyba robota pustynnych bandytów. Na pograniczu wałęsa się wielu maruderów, polują na bezbronnych podróżnych, zabijają bez zmiłowania.

– Choście naszeli, mościewy?! – zakrzyknął od strony traktu kolejny Esajanin i Eithart z miejsca rozpoznał niski nosowy głos starszego karawany, cuchnącego starym potem obieżyświata o imieniu Salach.

– Trupy w krzakach ukryte! – odkrzyknął kapłan, samemu podnosząc się z klęczek i wodząc wzrokiem po rozrzuconym na piasku nędznym dobytku zamordowanych. Dwa skórzane bukłaki leżały tuż obok zwłok, z wyciągniętymi zatyczkami, puste i oklapnięte, wokół poniewierały się wyciągnięte z podróżnych tobołków wierzchnie okrycia, gliniane miski i sztućce. Uhra trąciła czybkiem buta kościany grzebień, zdusiła w ustach bezsilne przekleństwo.

Eithart jeszcze raz rozejrzał się wokół ciał, drapiąc się w brodę. Rozwiązał tobołki podróżników, przeszukując rzeczy. Uwagę mężczyzny przykuły puste bukłaki. Dostrzegł dwa płytkie lejki w sypkim piasku. – Hmmmm… Ktoś wylał wodę z bukłaków – podzielił się spostrzeżeniem z towarzyszami podróży – Czyżby rytualny dar dla bogów? Nikt o zdrowych zmysłach nie wylewa wody na pustyni. – dodał.

Kapłan zbliżył się do „lejków”, skupił się i przyłożył ręce do w miejsce gdzie została wylana ciecz z bukłaków. Zamknął oczy i rozpoczął krótką inkantację, dłonie Eitharta na ułamek sekundy zajaśniały zielonkawą poświatą, choć dostrzec mogło ją niewielu.

Dopiero teraz do miejsca gdzie spoczywały ciała zbliżył się Skale. Przyklęknął na jedno kolano i korzystając ze swoich zdolności łowcy zaczął oglądać ślady.

Trant zagadnął – To rabunek, czy może też wiedzieli o czymś dla kogoś niepożądanym?

– Ja nie wiedzieć, czy zabić dla łup czy nie, ale jak kradzieje jacyś to czego wszystkiego nie pobrali? Czemu zostawić reszta łup i nie wziąć wszystka? Na pustynia wszystko być cenna rzecz! A może my ich wystraszyć, i one uciekać teraz na pustynia? – odpowiedział bacznie rozglądając się Mordil.

– Tylko we dwoje wędrowali przez pustynię? Dziwne… może ktoś w karawanie ich rozpozna? – kontynuował pytania Trehant przywołując do siebie gestem ręki stojącego przy kępie krzaków starszego karawany – Pozwólcie tutaj, Salachu! Poznajcie może, co to za jedni?

Esajanin przedarł się przez gęstwę, spojrzał na trupy zaciskając bezwolnie prawicę na wiszącym mu u szyi sharamickim medalionie.

– Hunych ne znalam – oznajmił zdenerwowanym tonem, strzelając na wszystkie strony oczami tak jakby się spodziewał, że od strony szczytu koryta wypadną zaraz tabuny pustynnych rzezimieszków – Możebne uchodli z jakow mistinu?

– Co un gaduje? – zaciekawił się kucający przy zwłokach mężczyzny goblin, zadzierając w górę głowę i strzygąc w pocieszny sposób swoimi dużymi uszami – Jakomo miffinu? Co to znaczuje?

– Nożne schramy, wszela takne i demonice zawstają – wyrzucił z siebie Salach pokazując jedną ręką na głębokie rany znaczące pierś zabitego mężczyzny – Piaskowne demonice w skórku ludzia!

Cuchnący niczym dorodny cap starszy karawany splunął siarczyście na piasek, omal nie trafiając niechcący w czubek buta Uhra, potem nakreślił na piersiach znak odpędzający złe duchy i oddalił się czym prędzej na biegnący dnem dawnej rzeki trakt, zdenerwowanymi okrzykami informując resztę wozaków o naturze makabrycznego znaleziska.

– Skela! – zakrzyknęła Uhra spoglądając w ślad za blaskiem łuczywa poruszającym się powoli na szczycie rzecznego koryta – Naszłeś tam kogoś?! Złapałeś żeś zbirów?

– Żywej duszy tu nie ma! – padł w odpowiedzi zdawkowy okrzyk posępnego łowcy – Zaraz do was zejdę!

Eithart potrząsnął głową w wyrazie smutku, rozłożył szeroko ramiona kładąc swe dłonie jednocześnie na zimnych w dotyku głowach obu ofiar.

– Wieczny odpoczynek racz im dać Gorlamie, zasiadający po prawicy patrona Twego Asteriusza, a światłość wasza wiekuista niechaj oświetla im drogę przez ciemność złych bogów – kapłan nakreślił w powietrzu kilka rytualnych znaków i przeniósł swe spojrzenie na stojących opodal towarzyszy – Należy im się jakiś pochówek. Kimkolwiek byli, nie zasłużyli na rozdziobanie przez wejhury. Pomóżcie mi wykopać jakiś grób dla nich. Chyba nikt z nas nie chciałby skończyć jako ścierwo na pustyni.

– Ja ni – przyznał skinięciem głowy Mordil plując w dłonie i zacierając je na znak gotowości do pomocy przy kopaniu płytkich dołów.

Bookmark the permalink.

2 Comments

  1. Nie pozostaje nic jak czekać na część trzecią….

  2. Tak, czuć niedosyt. Fajnie przypomnieć sobie tego pbf-a od nowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *