Narodziny legendy

Rozdział I

Góry Jerallu, 9 dzień Pierwszych Mrozów

Wzniesiony w najwęższym punkcie przełęczy mur mierzył dobre sto stóp i sięgał na całej swej długości trzydziestu stóp wysokości. Zbudowany ze skalnych bloków spojonych ciemną zaprawą, zdawał się wtapiać w zamykające go po obu stronach lite zbocza, wystrzeliwujące wysoko w górę ponad głowy wędrowców. Budowlę wieńczyło drewniane zadaszenie, dające stojącym na straży żołnierzom osłonę przed deszczem lub śniegiem, ale nie chroniące w najmniejszym stopniu przed ciągnącym od szczytów masywu chłodem.

Wzmocniona pasami żelaza dwuskrzydłowa brama wisiała na ogromnych zawiasach, a zamykające ją rygle wzmacniały wrażenie solidności całej konstrukcji. Przylegające do muru drewniane baraki rozbrzmiewały stłumionymi dźwiękami rozmów, szczękiem ostrzonej stali, gwizdami i przekleństwami składającymi się na codzienny rytm życia wojskowej placówki. Zapędzone do zbudowanego z nieokorowanych desek boksu konie podniosły głowy wyczuwając w powietrzu niepokojący zapach, kilka z nich zaparskało niespokojnie, inne zaczęły uderzać w twardą ziemię kopytami.

Są ostrożni – powiedział jeden z przybyszów, bardzo szczupły mężczyzna o śpiewnym akcencie skrywający swe oblicze pod kapturem podróżnego płaszcza.

Na murze straż pod bronią. A jak łypią złym wzrokiem, tylko patrzcie.

Barr’teh widzi! – prychnął drugi podróżny, strosząc wystające spod własnego kaptura długie wąsy – ale Barr’teh woli wiedzieć, czemu brama zamknięta. I czy ją ktoś otworzy.

Jak nie zapytasz, pewnie się nie dowiesz – odparł inny wędrowiec, niskim nieludzkim głosem o chrapliwej nucie i przeciąganych spółgłoskach. – Widać muszą kontrolować przyjezdnych. Albo pewnie jeszcze myto biorą za przejście przez granicę. Coś mi mówi, że nam przetrzepią sakiewki.

Argonianin Ahraveen nasunął mocniej kaptur na głowę, trzymając dłonie z daleka od broni. Był najemnikiem a nikt mu nie zapłacił za walkę z cesarskimi, poza tym obecnie prowokowanie ich nic by nie dało ani jemu ani jego towarzyszom. Chciał przejść przez bramę, ostatni pracodawca zmarł, musieli poszukać z towarzyszami innej roboty… jako jaszczur nie lubił zimna, a jesień w górach była chłodna.

Niech Ahraveen się nie denerrrwuje. Jaszczurrr będzie się wkrótce grzał przy ciepłym piecu i kubku wina. Barrt’eh mówi, że my wejdziemy pewno niedługo. – Cicho zagadał khajiit. Miał nadzieje, że strażnicy jednak otworzą bramę i kotołak będzie mógł się zwinąć w kłębek i wreszcie usnąć. Poprawił łuk w sajdaku i wraz ze wszystkimi zaczął zbliżać się do muru.

Kilku pojących konie żołnierzy ruszyło w stronę przybyszów, jeden z nich rzucił krótki okrzyk w stronę najbliższego z drewnianych baraków. Wszyscy mieli na sobie dobre zbroje i hełmy oraz narzucone na nie płaszcze z futrzanymi kołnierzami. Przypasana do boków broń i elementy stalowego pancerza szczękały cicho w rytm ich kroków.

W oczach legionistów widniała ciekawość przegrywająca na całej linii z przemożną podejrzliwością – skracając odległość dzielącą ich od zachowujących przesadny spokój przybyszów wszyscy spostrzegli, że nie mają bynajmniej do czynienia z gromadką ludzi.

Kim jesteście i czego tu szukacie? – zapytał jeden z cesarskich, rosły mężczyzna o smagłej cerze dowodzącej niezbicie redgardzkiej krwi płynącej w jego żyłach.

Zatknięty na dachu największego baraku czarny sztandar z czerwonym smokiem łopotał głośno na wietrze.

Jam jesst Ahraveen, Argoniański najemnik, dowódco. Moi towarzysze, przedstawią się sami. Zmierzamy w Doliny jakowegoś praworządnego pracodawcy poszukać, zima idzie, z czegoś trzeba żyć. A nasz poprzedni kontrakt się zakończył – odpowiedział jaszczur.

Barr\’teh nastroszył uszy i przysłuchiwał się bez większego zainteresowania rozmowie Ahraveena z ludźmi w cesarskiej służbie, większą uwagę skupiając na granicznym murze i najłatwiejszej drodze mogącej zaprowadzić na jego szczyt. W kilku miejscach dostrzegł topornie ociosane drewniane belki tworzące schody, ale pewny swych mięśni i gibkości wierzył, że zdołałby się wspiąć na szczyt przeszkody wyłącznie dzięki własnym pazurom, wprost w górę skalnych bloków.

Któryś z koni zarżał przenikliwie i kocur zamruczał cicho słysząc nutę niepokoju wibrującą w odgłosie wydanym przez zwierzę. Khajiit wiedział doskonale, że konie zwietrzyły jego piżmowy zapach, wielu roślinożercom kojarzący się niezmiennie z wonią drapieżnika.

Mamy ze sobą listy uwierzytelniające wystawione przez rządcę majątku czcigodnego Valeriana Sykoriasa z Brumy, potwierdzające naszą praworządność i doświadczenie – przemawiał dalej jaszczur, ściągnąwszy wpierw z głowy kaptur i prezentując żołnierzom swe gadzie oblicze. – Zamierzamy udać się może do Białej Grani, a później może dalej na północ. Może tam jaki możny pryncypał się trafi.

Ręce precz od broni! – polecił ostrym tonem Redgard. – Zdejmijcie wasze podróżne sakwy i przygotujcie się do kontroli dobytku! Każdy podejrzany ruch będzie traktowany jako przejaw wrogości! Jeśli macie przy sobie księżycowy cukier, przyznajcie się, zanim coś u was znajdziemy!

Od strony baraków nadchodzili następni żołnierze, żwawym krokiem i pod bronią, zwabieni ku grupce przybyszów podniesionymi głosami towarzyszy służby.

Sspokojnie, nie mamy księżycowego cukru, ani niczego do ukrycia. Jaszczur powoli podał sakwę do kontroli i odłożył broń. Ale nerwowi ci ludzie… – pomyślał jaszczur.

Khajiit powoli obrócił się i zdjął sakwę. Przynajmniej nie był obwieszony bronią jak inni. Najgroźniejszym orężem kotołaka były ostre jak brzytwa pazury, którymi potrafił się posługiwać z mistrzowską precyzją i szybkością równą tylko innym Khajiitom. Zdjął na razie zupełnie niegroźny sajdak z łukiem. Niegroźny, bo cięciwa łuku spoczywała osobno. Odłożył też ostry sztylet i ignorując cesarskich skupił się znowu na obserwacji muru, cicho mówiąc do siebie – Khajiit wszedłby na taki mur, jak ludzkie dziecię wchodzi na krzesło – fuknął jeszcze rozczarowany zupełną bezużytecznością muru.

Llorvas również podał swoją sakwę do przejrzenia cesarskim, dalej skrywając swe oblicze pod kapturem. Stał tylko i przyglądał się ludziom. Wyczuwał płynący od nich strach czy może niepokój, rozglądał się uważnie obserwując nerwowych strażników.

Barr’teh poczuł przemożną chęć odsłonięcia swoich kłów, wiedziony odruchem wywodzącym się z zamierzchłych czasów, kiedy khajiity nie różniły się w niczym od swoich czworonożnych kocich kuzynów. Odsłonięte kły i drgający w ostrzegawczym rytmie ogon wystarczały w zupełności, aby okazać innemu kociemu rozmówcy głęboki dyskomfort, ale ludzie nie potrafili odczytywać mowy ciała khajiitów w poprawny sposób. Kocur nie raz i nie drugi przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy przyłapywany przez Cyrodiilczyków na znakowaniu piżmem terenu był przeganiany z okolicy miotłami i kamieniami. Co więcej, zdecydowana większość ludzi nie widziała też niczego zabawnego w uganianiu się wielkiego człekokształtnego kota za ich owcami i kozami, w swej politowania godnej ignorancji nie przyjmując do wiadomości faktu, iż zazwyczaj była to jedynie frywolna zabawa… przynajmniej w niektórych przypadkach.

Skupieni wokół wędrowców cesarscy żołnierze sprawiali wrażenie niewyspanych, to zaś mogło tłumaczyć ich niecodzienne zdenerwowanie i oschły stosunek do obcych. Już w samej Brumie Barr’teh miał okazję słyszeć to i owo o wrzeniu wśród ludu Skyrimu, o zabójstwie Wielkiego Króla i buncie Gromowładnych, ale przykładający niewielką wagę do człowieczych trosk kocur zwykł dotąd puszczać takie plotki koło swych spiczastych uszu.

Tym razem coś podpowiedziało jednak khajiitowi, że czas najwyższy nadstawić nieco owych uszu, bo zamkniętą graniczną bramę i podejrzliwych legionistów można było uznać za pierwszą oznakę niespokojnych czasów w północnym królestwie.

Ahraveen poruszył bezwolnie umiejscowionymi po bokach czaszki skrzelami okazując w ten sposób rosnące zafrasowanie i niepokój, jednakże wszyscy cesarscy żołnierze byli albo rodowitymi Cyrodiilczykami albo Redgardami i z racji nikłej znajomości argoniańskich jaszczurów żaden z nich nie zwrócił na ten przejaw zdenerwowania uwagi. Albo też złe samopoczucie Ahraveena kompletnie nikogo w stanicy nie interesowało.

Argonianin przekonany był dotąd, że opatrzone woskowymi pieczęciami listy polecające wystarczą w zupełności do pokonania Gór Jerallu i dotarcia poprzez Helgen do Białej Grani, toteż kłopoty już na samym początku znojnej i ryzykownej podróży całkowicie popsuły zziębniętemu jaszczurowi resztki humoru. Przezorny i roztropny, Ahraveen zasięgnął przed wyruszeniem z Brumy licznych informacji, zerknął też na kilka map tak dobierając marszrutę, by wiodła ona przez obszar pozostający pod kontrolą wojsk cesarskich… i do chwili wejścia na graniczną przełęcz pewien był, że dokonał najlepszego wyboru.

Zachowanie żołnierzy nie wieściło niczego dobrego i nie chodziło tu bynajmniej o napastliwe przetrząsanie podróżnych tobołków. Jaszczur spostrzegł, że liczni strażnicy tkwiący na zadaszonym murze mieli swe łuki w zasięgu rąk i sprawiali wrażenie ludzi oczekujących nagłych kłopotów – mających nadciągnąć najpewniej z przeciwnej strony granicy, a Ahraveen raczył powątpiewać, by źródłem tego wyraźnego niepokoju byli zwykli przemytnicy, choćby i nawet handlarze księżycowym cukrem.

Cesarscy żołnierze przetrząsnęli uważnie tobołki wszystkich czterech wędrowców, ku ich ledwie skrywanemu niezadowoleniu wytrząsając niektóre rzeczy na ziemię; nie natrafili jednak na najmniejszy ślad jakiejkolwiek kontrabandy. Odstąpiwszy od przybyszów stracili w jednej chwili zainteresowanie grupką podróżnych, wzruszając ramionami i wymieniając między sobą jakieś ciche uwagi na temat przeciągającego się leniwie kotołaka.

– Jakieś kłopoty, dziesiętniku? – odezwał się znienacka twardy męski głos dobiegający zza pleców kilku żołnierzy. Przepchnąwszy się między uchodzącymi na boki podwładnymi, przy zbierających wyrzucone z sakw rzeczy wędrowcach stanął wysoki mężczyzna noszący na napierśniku ryngraf cesarskiego podsetnika – Co to za jedni?

Orężni najmici, podsetniku – odparł redgardzki dziesiętnik – Do Białej Grani chcą. Puścić ich przez bramę?

Llorvas podnosił swoje rzeczy z ziemi i pakował do sakwy, wpatrując się w strażników spod przysłaniającego jego twarz kaptura, nie odzywał się ani słowem do ludzkich ścierw, dla niego byli tylko kimś podłym, podrasą. Elf wiedział dobrze jak skrywać pragnienie zatopienia w ich sercach swoich mieczy.

W ślady elfa poszli pozostali towarzysze podróży podnosząc z ziemi swoje rzeczy. Jedynie kotołak zamachał ogonem niezadowolony z opieszałości cesarskich. Mimo wszystko jednak zaczął pakować swój skromny ekwipunek na powrót do sakwy. Zapytał przy tym setnika ruszając długimi wąsami. – Barr’teh i jego druchowie mogą przejść? Khajiit nie ma niczego co jest zakazane, ani jego przyjaciele. Czemu tak wnikliwie żołnierze sprawdzają Barrt’eha? – badawczo spojrzał na cesarskiego.

Podsetnik uśmiechnął się zdawkowo słysząc na poły wypowiedziane, na poły wymruczane pytanie kotołaka, założył ręce za plecy taksując futrzastego wędrowca badawczym wzrokiem.

Khajiity cieszą się w tych okolicach niechlubną sławą, z pewnością niezasłużoną, ale za to powszechnie uznawaną za prawdę – oznajmił pouczającym tonem, w którym zdawały się jednak pobrzmiewać kpiarskie nuty. – Ludzie sądzą, że koty zbyt chętnie sięgają po cudzą własność, nie wspominając już o upodobaniu twych ziomków do księżycowego cukru. Gotów jestem dać głowę, że niejeden ścigany cesarskim listem gończym khajiit chętnie czmychnąłby w góry Skyrimu.

Barr’teh nie wie nic o listach – prychnął kocur – Barr\’teh szuka płaciciela mleka, kupiciela pazurów za złoto.

W północnym królestwie czasy niespokojne, wielu tam teraz szuka najemników z bronią obytych – powiedział podsetnik. – Wszelako baczcie dobrze, komu zamierzacie swe miecze sprzedać… bo za zły wybór można szybko położyć na pieńku głowę. Niespokojne czasy, a mogą być jeszcze gorsze.

Czwarty z wędrownych najmitów, dotąd milczący, zdjął z głowy własny kaptur odsłaniając ogorzałą od słońca twarz o barwie ciemnego brązu, spaloną skwarem południowych pustyń Tamriel. Komenderujący strażnikami dziesiętnik skrzyżował z obcym na chwilę spojrzenie, dopiero teraz rozpoznając w mężczyźnie rodaka z dalekiego południa, ale nie pozwalając sobie w obecności podsetnika na okazanie żadnego przejawu życzliwości.

Dziękujemy podsetniku za wasze rady, ruszajmy w swoją stronę towarzysze, będziemy uważać na to komu sprzedamy nasze umiejętności – odpowiedział spokojnie jaszczur.

Dowodzący stanicą oficer kiwnął raz jeszcze głową, po czym machnął przyzwalająco dłonią w stronę redgardzkiego dziesiętnika.

Przepuśćcie ich na drugą stronę – polecił nie oglądając się już więcej ku podróżnym i wracając do swego oznakowanego łopoczącym na wietrze sztandarem baraku.

Słyszeliście podsetnika! – huknął gromko ciemnoskóry dziesiętnik oglądając się na pozostałych żołnierzy. – Otwierać bramę!

Obracane silnymi mięśniami kołowroty zaczęły stukać donośnie na przekładniach, zazgrzytały odsuwane rygle. Bliźniacze skrzydła okutej żelazem bramy powoli rozchyliły się na boki otwierając szerokie na kilka stóp przejście wiodące ku drugiej stronie granicy.

Ku północnemu królestwu, krainie Nordów.

Rozdział II

Stojący na murze żołnierze przechylili się ponad parapetem odprowadzając wzrokiem przechodzących na drugą stronę podróżnych. Idący przodem dunmer obejrzał się ponad ramieniem, odpowiedział wpatrzonym w siebie ludziom spojrzeniem pełnym niechętnej wyższości. Barr’teh i Ahraveen nie oglądali się za siebie: kocur natychmiast zaprzątnięty widokiem opadającej w dół drogi wychodzącej pomiędzy zboczami przełęczy na mgliste doliny Skyrimu, jaszczur zaś pogrążony w głębokim zamyśleniu.

Dziwnych sobie dobrałeś kompanów – powiedział stojący w bramie redgardzki dziesiętnik, kiedy idący w tyle grupy ciemnoskóry Hastur zamierzał przestąpić w milczeniu przez granicę. – W tej krainie trzeba mieć u boku zaufanych druhów.

Pokładam w nich swą ufność – odpowiedział szorstko Hastur, przystając na krótką chwilę przy cesarskim żołnierzu. – Jesteśmy razem od lat, znam ich prawie jak braci.

Zaprzysięgałeś z nimi aksamlar? – zapytał z nutą niechęci dziesiętnik, oglądając się jednocześnie znacząco na plecy kotołaka i jaszczura.

Nie, ale ufam im prawie jak braciom krwi – powtórzył redgardzki najemnik dotykając mimowolnie głowni jednego z dwóch skrzyżowanych na plecach mieczy. – Wszelako doceniam twą troskę, rodaku… i dziękuję.

Szlak się rozdwoi po jakimś czasie – dodał legionista ściszając nieco głos. – Wschodnia droga jest krótsza, lecz wiedzie opodal starego granicznego fortu, Neugradu. Stoi w ruinie, ale ostatnio kręcą się przy nim jacyś rabusie, czasami napadają na podróżnych. Wschodni szlak jest dłuższy, ale i tak dojdziecie do Helgen przed zmrokiem, jeśli nie będziecie mitrężyć po drodze czasu.

Nie mówiąc nic więcej dziesiętnik okręcił się na pięcie i zniknął za uchyloną bramą, ta zaś zamknęła się z głuchym łoskotem chwilę później.

Ahraveen analizował swoje błędy w niedawnej rozmowie z dziesiętnikiem. Postanowił na przyszłość być bardziej uważny w dobieraniu argumentów. Co pewien czas zerkał na redgardzkiego najemnika Hastura, redgarda z pustyń. Robiło się coraz zimniej i jaszczur zastanawiał się czy człowiek pustyni tęskni do lata, ale nie powiedział tego na głos. – Idziemy krótszą trasą obok tego zrujnowanego fortu, czy dłuższą ale bardziej bezpieczną czyli zachodnią, jak myślicie? – argonianin spytał swych towarzyszy.

Idziemy tam gdzie rabusie się kręcą, może za ich czerepy nagroda wyznaczona jest, a nam w kabzach grosiwo nie utrzymuje się za długo, bo z tym waszym opilstwem to nic nigdy nie odłożym. Ruszajmy czym prędzej bo inaczej wy ciepłolubni, o przepraszam ciepłoinni zamarzniecie – skwitował dunmer.

Jesienne chłody dawały się Hasturowi we znaki bardziej niż pozwalał sobie to okazywać. A to dopiero początek jesieni! Tęsknił za słońcem palącym pustynie Tamriel. Chciałby jeszcze kiedyś ujrzeć ojczyste piaski, porzucić te niegościnne, mroźne krainy, ale los pokaże, czy będzie mu to dane. Instynkt podpowiadał najemnikowi, że wizyta w forcie przysporzy podróżnikom więcej strat niż korzyści, ale krążąca w jego żyłach gorąca redgardzka krew jakby sama kierowała jego kroki w takie właśnie miejsca. Nie ci zdobywają sławę i bogactwa, którzy podążają skrytymi mysimi ścieżkami.

Zatem sprawdźmy co się czai w tym Neugradzie czy jak go ten legionista zwał. Jak jaki rabuś rękę na nas podnieść się ośmieli to mu ją urąbiemy, ot co myślę.

Szary graniczny mur zniknął wędrowcom z oczu w jednej chwili, kiedy za krawędzią przełęczy droga zakręciła nieznacznie ku wschodowi opadając jednocześnie nieco stromiej w dół. Ahraveen obejrzał się w pewnej chwili za siebie chcąc zerknąć raz jeszcze ku cesarskim legionistom, ale już ich niestety nie dostrzegł, zostali w oddali ukryci za skalnym załomem.

Porośnięta świerkami i jodłami niewielka dolina wciśnięta była pomiędzy zbocza sąsiadujących ze sobą gór, wypełniała ją gęstwa krzewów, które mimo późnej pory roku uginały się pod ciężarem przejrzałych owoców. Sunący przodem khajiit parsknął głośno widząc dzikiego królika, który dosłownie wyprysnął mu spod stóp, ale powstrzymał się niebywałym wysiłkiem przed beztroską pogonią za niewielkim zwierzątkiem. Iglasty las rozbrzmiewał śpiewem licznych ptaków, dźwięcznymi trelami punktowanymi co jakiś czas przenikliwym krzykiem krążących dużo wyżej górskich orłów.

Pozostawiwszy za sobą towarzystwo obcych ludzi, dunmer ściągnął kaptur z głowy odsłaniając swą pociągłą popielatą twarz i osadzone w niej szkarłatne oczy o kształcie migdałów.

Robienie żelazem nam przecież nieobce – powiedział ściszonym tonem. – Tacy rabusie lubią kroić bezbronnych kupców, ale na nas połamią sobie zęby. Zresztą co tam nagroda, zarobimy nawet na łupach, jeśli ich porządnie z dobytku obedrzemy.

Daj wpierw pomyśleć – odparł sykliwym głosem jaszczur, wodząc żółtawymi ślepiami po zasnutych mgłą kształtach otaczających go gór, tworzących pozornie nieskończony pejzaż Skyrimu. – Dobra, idziemy do tej stanicy, ale najpierw zapolujmy na jakieś mięso. Rozstaje chyba niedaleko, nim ruszymy dalej potrzebujemy kolacji – kontynuował jaszczur.

Słowo polowanie odbiło się w kudłatych uszach kotołaka niczym zapowiedź świetnej zabawy i Barr’teh niemal od razu zapomniał o trudach podróży, a także o wszystkich przyziemnych rzeczach. Zmysł drapieżnika i odległe uczucie łamanego masywnymi szczękami karku ofiary spowodowały, że wzrok kota nagle przestawił się w tryb szukania zdobyczy – Taaak! Barr’teh zapoluje. Barr’teh znajdzie sarnę i przyniesie – kotołak wyprężył ogon i mruknął zadowolony. – Głupie ludzie, nie będziemy tracić czasu na pieczeń. Barr’teh i przyjaciele zjedzą takie jak najlepsze. Na surowo.

Oblizał się ozorem i nagle przypomniał sobie o tym, o czym mówił stary druh Hastur. – Barr’teh myśli, że niedobrze iść do gniazda zbójów. Tam można złą prace znaleźć. Taką, że Barr’teh i przyjaciele stracą głowy.

Kocurek nie gadaj tylko leć złap coś do jedzenia dla nas, zaspokój swoją żądzę polowania, idź pobaw się chwilę futerkiem. Ja w tym czasie rozpalę ogień i ustawię palenisko tak, aby mięso które kotek upoluje wsadzić na ruszt i dobrze przyprawić – mało delikatnie wypowiedział się wyraźnie zdenerwowany elf. – Barr’teh, zjemy i poleziemy tam gdzie musimy. A dlaczego? Bo tak trzeba, bo ty musisz swe pazury ostrzyć co jakiś czas, a my musimy zbierać te dziwne sztabki dla ciebie abyśmy mogli przeżyć, więc koteczku nie marudź. My wszystko wiemy i wszystkim się zajmiemy.

Gdyby khajiity potrafiły okazywać swe emocje na prawdziwie ludzki sposób, Barr\’teh najpewniej uśmiechnąłby się od ucha do ucha. Ponieważ jednak kotołaki miały do swej dyspozycji ubogi wachlarz mimiki, kocur wyprężył w zamian swój ogon i wysunął z przednich łap długie na kilka cali pazury, ostre jak brzytwa i lekko zakrzywione na końcach w sposób ułatwiający pochwycenie zdobyczy. Pokazał tym samym również, że delikatna złośliwość elfa zupełnie go nie dotknęła.

Barr’teh poszuka jedzonka – oświadczył khajiit poruszając z ekscytacją swoimi długimi wąsami – Llorvas się nie troska. Szybko napcha kałdun. Surowe mięso syci.

Ledwie przebrzmiały te wymruczane głębokim basem słowa, gdy kocur wślizgnął się pomiędzy rosnące na skraju traktu krzewy i zniknął za wielkimi pniami najbliższych drzew.

Czasami się zastanawiam, czy jego nie męczy chodzenie na dwóch nogach – przerwał po chwili milczenie Ahraveen, przysiadając w kucki i podpierając się zwiniętym w półokrąg ogonem. – Jakby wolał całe życie biegać na czworakach i gonić za królikami. Jak dobrze, że cywilizowane istoty takie jak my…

Jaszczur urwał na chwilę dostrzegając coś swymi przesłoniętymi przeźroczystą błonką ślepiami. Był to wielki motyl, o złotawych skrzydłach naznaczonych czarnymi kropkami, unoszący się z wiotką gracją w powietrzu opodal głowy argonianina.

Rozdwojony jęzor Ahraveena wystrzelił do przodu niczym żywy bicz, oplótł lepką powierzchnią skrzydła motyla wciągając go w ułamku chwili do paszczy gada.

…potrafią się zachować jak rozumne stworzenia, a nie zwykłe zwierzęta – dokończył swą myśl jaszczur, poruszając jednocześnie rytmicznie szczękami.

Dunmer wzruszył w odpowiedzi ramionami, zachowując dla siebie samego cisnący mu się na usta sarkastyczny komentarz. Nie tracąc czasu zaczął zbierać kawałki suchych gałęzi przygotowując ognisko.

Kocur pojawił się szybciej niżby ktokolwiek sądził, chociaż pozostali najmici znali go od lat i wiedzieli, że był wprawnym łowcą. W łapach niósł dwa duże zwierzątka o charakterystycznej sierści, trzymane za ogony i wiszące pyszczkami ku ziemi.

Borsuki? – żachnął się Llorvas, zauważając niejako mimochodem kilka ptasich piór przyklejonych do pyska kocura. – Ty zeżarłeś bażanta, a my mamy paść się borsuczym sadłem?

Llorvas zły? – w kocim głosie Barr’teha zabrzmiała nuta autentycznego zdziwienia. – Borsuk nie tłusty? Przecie tłusty! Bażant był chudy!

Elf i człek chcą piec borsuki? Wątróbka najlepsza na surowo… – Barr’teh wprawnie rozciął upolowanego bosruka ostrym jak brzytwa pazurem i wyciągnął ociekający krwią organ. Wiedział, że Ahraveen nie pogardzi świeżą, pyszną wątrobą, ale podsunął wątrobę Dunmerowi i Redgarowi.

Hast’ur i Llorr’vas spróbują. Ludzie mówią palce lizać.

Oblizał się ze smakiem widząc jak człowiek patrzy z odrazą na smaczny kąsek, a Dunmer udaje obojętność. Był już na tyle długo z mrocznym elfem, iż dobrze wiedział co to oznacza. Kocur mruknął z zadowoleniem, podał jedną wątrobę jaszczurowi, a sam zabrał się za drugą, kwitując wszystko – ech głupie ludzie, będą mięso psuć…

Elf rozpalił ogień czarem i zaczął oprawiać zdobycz marudząc przy tym pod nosem.

Wam to się strasznie ostatnio humor wyostrzył, chyba was nie poznaje, gdzieście to aż takiej ogłady nabrali, co? A i następnym razem przynieś nam też jakiegoś kuraka, dobrze? A nie sam zajadaj najsmaczniejsze kąski i na bogów weź się otrzep z tych piór bo jeszcze ci z pyska lotki wystają. No chyba, że spomiędzy kłów resztki wydłubujesz? A tak na poważnie to jakie plany mamy? Czego my tu szukamy? Bo chyba nie motyli kolorowych dla ogoniastych i kłębka wełny dla koteczka, co?

Do rozmowy włączył się Hastur. – Czy mamy teraz czas na popas? Pamiętajmy, że chcemy dotrzeć do Neugradu i lepiej by było nie szwendać się tam po zmroku. Potencjalni rozbójnicy mogą z nami zrobić to, co Barr’teh z borsukami. Ja bym resztę dnia rozplanował tak, żeby odwiedzić fort i wynieść się zaraz stamtąd, by jeszcze przed nocą być w Helgen. Trzeba było zabrać te borsuki do worków i ruszyć w drogę, a popas zrobić w międzyczasie, gdzieś daleko za fortem, a przed miasteczkiem. Walczyć chyba też lepiej na głodnego, bo to i człowiek i nieczłowiek też, bardziej zły i skory do agresji, a i rany brzucha mniej śmiertelne.

Hastur nie roztaczaj mrocznych wizji, chcesz trochę tej pysznej surowej wątroby? Jak nie to poczekaj, aż się reszta borsuka upiecze – pomiędzy kolejnymi kęsami surowej wątroby, jaszczur kontynuował. – Musimy zapewnić mleko Bartehowi, a nam inne napitki i ciepły kąt na zimę. Trza nam znaleźć silnego i możnego pracodawcę, dotarcie do Helgen jest najważniejsze.

Ahraveen skończył jeść surowe wnętrzności borsuka i oblizał zamaszyście swoją łuskowatą paszczękę, wydając z głębi gardzieli ledwie słyszalny pomruk zadowolenia. Hastur i Llorvas wciąż opiekali nadziane na czubki sztyletów kawałki borsuczego mięsa, mimo ponawianych zachęt Barr\’teha uparcie odmawiając spożycia zdobyczy na surowo.

Obserwując zmrużonymi ślepiami majestatyczną górską panoramę, jaszczur zaczął rozważać w myślach wieści ze Skyrimu zasłyszane jeszcze w Brumie. Niedawne morderstwo Wielkiego Króla Torygga wstrząsnęło posadami królestwa, a jego zabójca, niesławny jarl Wichrowego Czubu Ulfric Gromowładny, odważył się w końcu rzucić rękawicę cesarskim sprzymierzeńcom wśród Nordów, stając na czele rewolty mającej nie tylko przynieść królestwu Skyrimu niepodległosć, ale i przywrócić Nordom prawo do wyznawania zakazanej na północy wiary w Talosa, rzekomego Dziewiątego Boga i patrona mieszkańców tej krainy. Władający ziemiami królestwa jarlowie popadli w kłótnie i spory, opowiadając się po części po stronie Cesarstwa, po części zaś ujmując się za coraz zuchwalszymi Gromowładnymi.

Unikając jak ognia walnej bitwy z cesarską armią, Gromowładni prowadzili w górach Skyrimu wojnę podjazdową, napadając na cesarskie stanice i karawany, zabijając popleczników Cyrodiil wśród zwykłego ludu i podburzając pospólstwo przeciwko południowym ciemiężycielom.

Nordowie znali Skyrim doskonale, uderzając znienacka i znikając niczym duchy w zasnutych mgłą wąwozach i wśród pokrytych śniegiem szczytów. Szarpani przez ludzką sforę cesarscy wycofali się z większości fortów do większych miast, tracąc kontrolę nad coraz większymi obszarami Skyrimu – z tego zaś korzystali coraz zuchwalej zwykli bandyci i rabusie, łupiący każdego, kto nie był w stanie samemu się obronić.

Podsetnik na przejściu granicznym nie minął się z prawdą wspominając o niespokojnych czasach, które mogły lada chwila przejść w jeszcze gorszy stan rzeczy.

Rozdział III

Beztroski i pewny bezpieczeństwa khajiit zwykł upodabniać się do swych zwierzęcych kuzynów: skakał po drzewach w pościgu za śmiertelnie przerażonymi wiewiórkami, młócił łapami wodę w strumieniach próbując wyrzucić na brzeg pstrągi albo dosiadał grzbietów ogarniętych grozą łosi – bynajmniej nie po to, by gnające w ślepej trwodze zwierzęta ubić, a jedynie zabawić się ich kosztem!

Lecz khajiit spodziewający się niebezpieczeństwa tracił całą swą kocią beztroskę, w jednej chwili przeistaczając się w sprężysty pazurzasty cień przemykający z niebywałą gracją poprzez leśną gęstwę, węszący czułymi nozdrzami i nadstawiający bacznie uszu.

Barr’teh skradał się poprzez jesienne poszycie lasu na podobieństwo futrzastej bestii, tylko wierzchnim odzieniem przypominającej z grubsza rozumną istotę. Zielonożółte ślepia khajiita dostrzegały każdy szczegół górskiego lasu, uszy łowiły trzepot ptasich skrzydeł i skrzypienie konarów drzew.

Szlak biegł kilkanaście jardów dalej i nieco w dole, przezierając pomiędzy krzakami jeżyn i omszałymi głazami. Khajiit zastygł w bezruchu dostrzegając wyrastający przed sobą skalny załom o stromych zboczach porośniętych gęsto drzewami. Stara droga rozwidlała się u jego podstawy, biegnąc zarówno na wschód, jak i zachód.

Baar’teh przypomniał sobie słowa towarzyszy i pojął, że spogląda na wspominane wcześniej rozstaje. Zmrużone oczy kocura lustrowały bacznie okolicę rozwidlenia, nie dostrzegły jednak nigdzie śladu niebezpieczeństwa.

Kot zaczekał chwilę na idących z tyłu kompanów, po czym zgodnie z planem, strzygąc uszami ostrożnie skierował kroki w stronę opuszczonej stanicy Naugar.

Trzymając strzałę na cięciwie łuku Ahraveen wyjrzał pomiędzy kolczastymi krzewami ostrężyn, spozierając swymi nieludzkimi oczami na ciche rozstaje. Zachodnia odnoga szlaku zakręcała ostro wzdłuż podstawy skalnego załomu, wschodnia zaś odchodziła w swoją stronę łagodnym łukiem. Obie znikały po zaledwie kilkunastu jardach wśród drzew.

Jaszczur wiedział, że kocur przemieszcza się bezszelestnie w przedzie grupy, toteż pochwycił w pewnej chwili wzrokiem ulotny zarys futrzastego kształtu przyczajony za jednym z większych głazów.

Górski las sprawiał wrażenie pustego i bezpiecznego, ale Ahraveen wolał zachować daleko posuniętą czujność, wciąż mając w pamięci ostrzeżenie przekazane Hasturowi przez cesarskiego dziesiętnika.

Kocur niczego nie zobaczył – szepnął uspokajającym głosem Regard, przywierając plecami do pnia wielkiej sosny opodal kucającego jaszczura. – Inaczej pewnie już by dał nam znać.

Ahraveen raz jeszcze obrzucił spojrzeniem okolice rozstajów, a potem podniósł się z kucek i równoważąc ciężar swego zgiętego w kłębek ciała ogonem zaczął przesuwać się pomiędzy świerkami w kierunku kolejnego szarego głazu, pokrytego grubą warstwą mchu zwisającego z boków kamienia na podobieństwo gęstych bród.

Obie strzały miały bażancie lotki: jedne pokryte czerwonym barwnikiem, drugie w naturalnych pręgowanych kolorach. Przecięły powietrze w jednej chwili, niczym drewniane żądła, pokonując w mgnieniu oka odkrytą przestrzeń starej drogi. Ta zaopatrzona w czerwone lotki wbiła się w rzemienną zbroję Ahraveena na wysokości jego biodra, trafiając pod niefortunnym dla strzelca kątem i grzęznąc w grubej w tym miejscu skórzanej powłoce pancerza.

Druga, o pręgowanych lotkach, ugodziła skamieniałego z wrażenia jaszczura w pierś, lecz chociaż zdołała przebić zbroję, jej niestarannie zaostrzony żelazny grot zagłębił się zaledwie na głębokość szpicu w cielsko Ahraveena.

Wokół tkwiącego w pancerzu drzewca pojawiła się natychmiast czerwonawa otoczka, zdradzająca niechybnie krwawienie.

Llorvas przywarł do ziemi za jednym z głazów pchnięty impulsem zrodzonym z pierwotnego instynktu, w jednej chwili dobył z kołczanu strzały nakładając ją na cięciwę łuku. Nie oglądając się w stronę posykującego gniewnie i najwyraźniej niezbyt pokiereszowanego Ahraveena, dunmer wysunął głowę zza solidnej kamiennej osłony próbując wypatrzeć ukrytych gdzieś w głębi szlaku strzelców.

Mroczny elf dostrzegł kątem oka nadlatujące strzały, wiedział więc z grubsza, że nieznani mu, ale wyraźnie nieprzyjaźni łucznicy musieli tkwić w kępie rosnących blisko siebie świerków na skalnym załomie przy rozstajach. Llorvas musiał w duchu przyznać, że było to najlepsze stanowisko obserwacyjne w okolicy, pozwalające śledzić z ukrycia obydwie nitki szlaku. Jeśli strzelcami byli górscy rabusie – a dunmer nie potrafił sobie wyobrazić, kim innym mogliby być łucznicy – to na ich miejscu sam też usytuowałby się właśnie na załomie.

Przenikliwe oczy Llorvasa dostrzegły poruszenie na załomie w tej samej chwili, kiedy jeden ze strzelców wychylił się zza drzewa mierząc ponownie w stronę Ahraveena.

Sssukinsyny – zaklął jaszczur padając na ziemię.

Rozciągnięty na trawiastym gruncie wyszarpnął tkwiące w zbroi strzały, wydając z siebie pełne wściekłości posykiwania i nadymając skrzela. Skórzasta gardziel jaszczura wezbrała niczym napełniony wodą sak, stanowiąc oczywisty dowód wzburzenia stwora.

Gdzie oni? – wysyczał argonianin nie bacząc na piekący ból w piersi i przekręcając się na bok wzdłuż omszałego głazu. Wysunął głowę na tyle, na ile tylko się zdołał odważyć, wystawiając zza głazu wierzchnią część czaszki i żółtawe ślepia.

Dostrzegł obu łuczników w tej samej chwili, kryjących się za świerkami na skalnym załomie górującym nad rozstajami. Odległość nie pozwalała dostrzec zbyt wielu szczegółów, ale Ahraveen jednego był pewien: strzelcy nie nosili cesarskich pancerzy. Obaj najwidoczniej wybrali sobie tę kryjówkę z rozmysłem, ponieważ widzieli z niej nie tylko wiodącą ku granicy drogę, ale i obie nitki szlaku zmierzającego w przeciwną stronę.

Skradający się przodem Barr’teh musiał ich przeoczyć mimo swych nieludzko wyczulonych zmysłów, ale Ahraveen domyślał się, że jednocześnie sami strzelcy nie dostrzegli poruszającego się niczym cień kocura, a to dawało khajiitowi okazję do sprawienia napastnikom przykrej niespodzianki.

Strzelcy musieli wiedzieć, gdzie schowała się ich niedoszła ofiara, bo wychyleni zza drzew z napiętymi łukami mierzyli wprost w kryjówkę Ahraveena, praktycznie przygwożdżając go do ziemi i czekając, aż tylko wychynie zza głazu.

– Khajiit głupi… – pomyślał kocur, uzmysławiając sobie jaki błąd popełnił. Zniknął w świerkach i jął cicho niczym cień zbliżać się do strzelców, gotów w pewnym momencie wystrzelić w akrobatycznym skoku i zaatakować zbójów pazurami.

Llorvas wstrzymał na chwilę oddech, zmrużył swe niezwykłe szkarłatne oczy koncentrując całą uwagę na wychylonym zza drzewa strzelcu. Okryty ziemistym płaszczem łucznik celował w stronę ukrytego za głazem Ahraveena, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego, że rozumny jaszczur bynajmniej nie był jedynym kryjącym się w lesie wędrowcem.

Przekonanie o istnieniu zaledwie jednej ofiary miało zabójców drogo kosztować.

Llorvas puścił cięciwę swego łuku i czarnopióra strzała świsnęła w powietrzu wiedziona niczym po sznurku wprost do celu. Żelazny grot trafił mężczyznę w lewą rękę na wysokości bicepsu, wbił się głęboko w kończynę przechodząc przez nią na wylot pośród rozbryzgu krwi, którego dunmer nie dostrzegł, ale którego słusznie się spodziewał. Strzelec targnął się spazmatycznie uskakując jednocześnie w tył i znikając z pola widzenia Llorvasa, ale elf zdążył jeszcze odprowadzić wzrokiem upuszczony przez człowieka łuk.

Drewniany kształt spadł z załomu odbijając się od jego zbocza, wylądował w trawie gdzieś na poboczu rozwidlających się dróg.

Jest ich dwóch! – syknął podniesionym głosem Ahraveen – Dwóch na tych skałach nad rozstajami!


Barr’teh przesadził zaniedbaną drogę w dwóch wielkich susach, instynktownie poruszając się na czterech kończynach, a nie dwóch. Khajiit znajdował się za łukiem obiegającego załom szlaku, toteż przekonany był, że strzelający do jego druhów napastnicy nie mogli go dostrzec w tej krótkiej chwili potrzebnej do pokonania kawałka odkrytej przestrzeni.

Długie pazury kotołaka wysunęły się spomiędzy palców przednich łap, kiedy futrzasty kształt zaczął się zwinnie wspinać w górę zbocza wiodącego na szczyt zadrzewionego załomu.

Pędź do fortu! – do uszu khajiita dobiegł stłumiony ludzki głos, dobiegający gdzieś z góry i zniekształcony odległością oraz gałęziami świerków. – Jest ich dwóch! Niech Wulf ich obejdzie od wschodu!


Ahraveen zasyczał coś przeciągle do siebie samego, a potem uniósł się z łukiem w ręku ponad głaz, jednym płynnym ruchem napinając broń i przyciągając cięciwę do boku obłej gadziej czaszki. Wciąż wychylony zza drzewa na załomie łucznik dostrzegł go w tej samej chwili, sam dociągnął poluźnioną nieco cięciwę mierząc w stronę jaszczura.

Chociaż mogło się to wydać niemożliwe, obaj strzelcy zwolnili cięciwy jednocześnie: tkwiący na skalnym załomie śniadoskóry człowiek oraz wychylony zza głazu argonianin.

Strzała górskiego rabusia wbiła się w pień rosnącego przy kryjówce jaszczura świerku, zagłębiając się w nim do połowy drzewca. Pocisk Ahraveena uderzył noszącego zrobiony z wyprawionej jeleniej skóry pancerz łucznika w tors, wytracając swój impet na twardej jak kamień zbroi i ledwie przebijając skórę rzezimieszka.

Odrzuciwszy bez chwili wahania łuk, jaszczur zerwał się na równe nogi i pochwyciwszy w lewą rękę tarczę ruszył co sił w nogach ku rozstajom i skalnemu załomowi, zdecydowany dopaść swego prześladowcę i zasiec go noszonym u boku mieczem.

Llorvas uniósł się nieco wyżej w kuckach chcąc dostrzec drugiego przeciwnika i zobaczył go w tej samej chwili, kiedy wychylony zza głazu Ahraveen wystrzelił własną strzałę. Był to człowiek, usytuowany na tym samym załomie, co postrzelony chwilę wcześniej w rękę bandyta. Dunmer już trzymał na cięciwie nową strzałę, toteż widząc następny cel wstrzymał ponownie oddech i posłał zakończony czarnymi piórami pocisk w powietrze.

Ugodzony w bok łucznik zachwiał się na nogach, złapał jedną ręką pnia najbliższego drzewa chroniąc się przed upadkiem. Nim elf zdążył wystrzelić trzecią strzałę, człowiek na skale zniknął w głębi zadrzewionej półki, uchodząc z wyraźnym trudem znad krawędzi.

Dunmer był pewien, że jego grot wniknął głęboko w ciało rabusia, dowodził tego niezbicie chwiejny krok próbującego uciekać człowieka.

Człowiek o przeszytej strzałą ręce wysadził spomiędzy skał chyżo niczym spłoszony królik, przyciskając zranioną kończynę do piersi i tocząc wokół siebie zalęknionym wzrokiem. Zbocze wzniesienia było strome i usiane drobnymi kamykami, na których można się było łatwo potknąć, a pozbawiony jednej sprawnej ręki mężczyzna mógłby wtedy spaść na sam dół skarpy i mocno się poturbować.

Rabuś – młody Nord o bladej skórze i skołtunionych czarnych włosach – miał w drugiej ręce metalową buławę o owiniętym rzemieniem uchwycie, ale nie zdążył jej podnieść, kiedy khajiit skoczył na niego z wyciągniętymi pazurami.

Nord wrzasnął głosem wibrującym grozą. Barr’teh uderzył go swym cielskiem w bok korpusu na wysokości zranionej ręki, jeszcze potęgując tym samym cierpienie rannego łucznika. Wytrącony z równowagi impetem zderzenia z ogromnym kocurem, człowiek runął w dół skarpy młócąc powietrze nogami i rękami w próżnej nadziei na pochwycenie jakiegoś krzewu i uchronienie się od upadku.

Sturlał się aż na pobocze starej zaniedbanej drogi, wpadając po drodze w wyjątkowo rozrośnięte krzewy ostrężyn, rozdrapując do krwi ramiona i twarz. Khajiit zawrócił w miejscu w ślad za swoją ofiarą, skoczył z rozpędu na plecy próbującego się nieporadnie odczołgać nieszczęśnika przygniatając go swym ciężarem do gruntu.

Czubki ostrych pazurów dotknęły z drapieżną pieszczotliwością odsłoniętego karku młodzieńca.

Barr’teh lubi figlować z jedzeniem – wymruczał do ucha Norda khajiit. – Wielka szarpaka, wielka frajda!

Bookmark the permalink.

11 Comments

  1. Super pomysł!!! Czyta się naprawdę ekstra. Lepiej niż chaotyczny tekst pbfowy, przerywany wątkami technicznymi. Genralnie świetna sprawa! Czekam na ciąg dalszy!

    Przyznam, że nosiłem się już bardzo dawna ze zrobieniem opowiadania z Chłopców z East Mariny. Teraz będę miał motywację. Za k5 lat wrzuce na forum;)

  2. Spoko będzie tego więcej, ale Narodziny Legendy to na prawdę spory materiał.

  3. Świetnie się czyta. Doskonały pomysł i wykonanie. A sam obrazek u góry to arcydzieło.

  4. Dobra robota czekam na więcej

  5. Araven, to chyba na audiencji u Jarla, prawda? Brakuje kilku postaci, ale te trzy były wcześniej przygotowane.

  6. Pssst Namakemono… nie spoileruj:P

  7. Kawał dobrej roboty! Ja również nosiłem się nie raz z zamiarem przerobienia jakiejś sesji na opowiadanie, ale za każdym razem rezygnowałem z powodu braku czasu. W grupie zawsze raźniej, więc pewnie pójdzie szybciej – ale z drugiej strony, niezłego wzięliście sobie kolosa do obróbki!

    Dodam, że ogromnie spodobała mi się ilustracja prezentująca "trzech amigos" – dla zainteresowanych, ci nieustraszeni herosi to (kolejno od lewej) Hastur (Namakemono), Barr'teh (8ART) i Ahraveen (Araven).

    Bardzo dobrze wspominam tę sesję, kawał dobrej zabawy!

  8. To prawda, materiału jest tyle, że może z tego wyjść pełnometrażowa książka. To było 95 stron pbfa!

  9. Świetne, czekam na więcej z niecierpliwością….

  10. Znalazlem chwile zeby przeczytac. Zacne, czekam na pliki i jestem pod wrazeniem wlozonej w edycje tekstu pracy.

  11. Pomysł bardzo zacny ale poczekam na jakiegoś KC-towego PBFa (np.Boskie Potyczki) w tej formie. Wtedy będę szczęśliwy i przydzielę dużo gwiazdek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *