Sprawy rodzinne – część 3

Mus wam znowu pięćdziesiąt srebrników wpłacić, inaczej z interesu nici!

Gusłek pobladł lekko po twarzy słysząc słowa Hubały: dziesięć srebrników stanowiło dla wioskowego kapłana miniaturową fortunę, toteż przełknąwszy głośno ślinę młodzian upadł znienacka do kolan asesora, budząc konsternację zarówno jego samego jak i znajdujących się opodal skrybów i klientów.

– Pomiłujcie, łaskawy panie! – wyrzucił z siebie Gusłek ściskając kurczowo materiał spodni Hubały – Toż to wielkie pieniądze dla nas maluczkich! Tamci po ziarno nie przyszli, bo pewnikiem złego ich co spotkało, nie z własnej winy!

– Wstawaj natychmiast, kmiotku! – odparł Hubała próbując się jednocześnie wyzwolić z desperackiego uścisku rybaka – Puszczaj mnie, toż to nieobyczajne! Zadatek przepada jako kupieckie reguły stanowią…

– Przecie nie stratni się staliście, panie! – nie ustępował Gusłek, głosem na poły zrozpaczonym, na poły dziko zawziętym – Nasze ziarno innym sprzedane, toż to i monetki w kiesie macie! Podarujcie te srebrniki, przecie my u was z roku na rok kupujemy, nigdy my was nie ukrzywdzili na zapłacie…

– Ręce precz! – podniósł głos Hubała, słysząc za swoimi plecami coraz głośniejsze pomruki i szepty – Bo każę pachołkom za próg was wyrzucić!

– Chwileczkę, asesorze – jakiś stanowczy męski głos sprawił, że Hubała znieruchomiał natychmiast. Starszy wiekiem mężczyzna o posiwiałych skroniach i ubiorze bogatego kupca zszedł po schodkach od strony kantorków, przepuszczany przez cofających się na boki pracowników faktorii – Co tu się dzieje, na Oriaka?

– Rybacy z Burat-aru, panie – skłonił się Hubała próbując jednocześnie dyskretnie odepchnąć Gusłka nogą – Ich ziomkowie przyszli parę dni temu po ziarno, ale go nie odebrali, więc przepadł im zadatek. Ci tutaj proszą, by oddać pieniądze, za nic mają nasze prawa…

– Czcigodny panie – Gusłek dowiódł tego, że zdesperowany człowiek potrafi wykonać skok nawet pozostając wciąż na kolanach, dopadając do eleganckich ciżemek Michelona – Nam te ziarno potrzebne, inaczej wioska głodem pomrze! Zapłacimy uczciwie, ale nie zabierajcie nam tych dziesięciu srebrników tylko potemu, żeśmy za późno po ziarno przyszli! Pomiłujcie!

Kupiec Michelon powiódł wzrokiem po twarzach Gusłka i stojących za nim rybaków, zbitych w ciasną gromadkę. Pchełek i Trzęsikęsek spoglądali na niego z posępną desperacją, prostoduszny Łamignat z łzami w oczach, jedynie oblicze Zagera nikło pod naciągniętym na czoło czarnym kapturem kapoty.

– Asesor Hubała postąpił zgodnie z zasadami tej faktorii – oznajmił po chwili namysłu – Zadatek przepada, jeśli klient nie odbierze na czas swego towaru. Gdybyśmy tego nie przestrzegali, kontrahenci gotowi byliby z lekceważeniem podchodzić do zawartych transakcji. Lecz gotów jestem spojrzeć na to z drugiej strony, bom człowiek wyrozumiały i znam Męczywora ze starych lat. Jeśli chcecie nadal kupić ziarno, dostaniecie zamiast tych dziesięciu srebrników jeden worek. Resztę możecie zamówić podług normalnych reguł, do odbioru dzień później w magazynie portowym. Macie pieniądze na zakup?

– Niestety nie, chyba że sprzedajecie ziarno po kilka miedziaków… – mruknął ponuro Zager – Lecz zdobędziemy je tak szybko jak jeno się da, panie. A jeśli o tamtych mowa… czy kiedy który z panów z naszymi ziomkami rozprawiał, niczego złego nie spostrzegł? Może rzekli co aby o swych planach?

– Tyś z nimi rozprawiał, pomiarkowałeś aby coś dziwnego? – Michelon spojrzał pytająco na asesora Hubałę, wyraźnie niezadowolonego z decyzji pryncypała w kwestii umorzonego zadatku.

– Ano nic – odpowiedział pracownik faktorii – Jak oni się zwali? Krzemik i Sękaty?

– Krzesimir i Sękacz – podpowiedział uczynnie Pchełek, zbliżając się o krok do kupca i międląc nerwowo palcami skraj swej kapotki. Wszyscy rybacy czuli lekką euforię uświadamiając sobie znienacka, że ich zaginieni ziomkowie faktycznie dotarli do kupca Michelona: byli ledwie trzy dni temu w tym samym sklepie, być może nawet stali dokładnie w tym samym miejscu, co teraz oni sami, dobijając targu z asesorem Hubałą. Jaki los spotkał ich potem, skoro nie wrócili po zamówione już ziarno?

– Weseli byli i rozgadani ponad miarę – oznajmił Hubała – Rwetesu w dodatku narobili, bo chcieli ziarno od razu na łódź ładować, bardzo im się do domu śpieszyło. Powiedziałem, że muszą zaczekać do następnego dnia, mali odbiorcy zawsze są tak traktowani, to zwyczaj faktorii, że tylko majętnych klientów obsługujemy w tym samym dniu, to przydaje im splendoru.

– Ja tam nie wiem, co to ten splendor i jak się to sieje, nam tylko pszenica potrzebna – powiedział prędko Gusłek, poczerwieniały po twarzy z wrażenia – Wielkie wam dzięki, miłościwy panie, żeście się ulitowali, radzi my będziemy, jeśli pozwolicie modły odprawić w swej intencji do Piana. Burat-ar nigdy wam tej szczodrości nie zapomni.

– Idźcie już zatem, bo mi klientów płoszycie – odparł z pozorną powagą kupiec Michelon – Worek ziarna możecie odebrać sobie jutro z rana w portowym spichlerzu faktorii, a jak zdobędziecie więcej pieniędzy, to i więcej ziarna wam sprzedamy. Pamiętajcie, cena to dziesięć srebrników od worka. Bywajcie.

Rybacy zasępili się momentalnie jak jeden mąż, w myślach rozważając swą gotowość do powrotu do wioski. Krzesimir i Sękacz mieli kupić pięć worków pszenicy, a Michelon hojnym gestem podarował właśnie gościom jeden z nich, bo po prawdzie wcale zadatku zwracać nie musiał. Lecz co z pozostałymi czterema? Wszyscy wiedzieli, że muszą zdobyć co najmniej trzy, by zasiew przyniósł plony wystarczające do wykarmienia osady.

Obejrzawszy sobie wpierw nad wyraz dokładnie fasadę faktorii Michelona, rybacy wtopili się migiem w rozgadany wielobarwny tłum przelewający się ulicami Placu Karczemnego. Szybko się ucząc, Buratarczycy stąpali przeważnie pod ścianami murowanych budynków, uchodząc poza zasięg łokci uzbrojonych po zęby, rozbawionych i często podpitych mimo wczesnej pory rębajłów wszelakiego rodzaju, zarówno miejscowych wojaków i zbirów oraz osmundzkich najemników jak i odzianych w łuskowe zbroje orków o ciemnej pomarszczonej skórze i sterczących zza grubych warg kłach. Te dwie nacje – ludzie i orkowie – przeważały, aczkolwiek bystre oczy wieśniaków szybko wypatrzyły w tłumie kilka krasnoludów i gnomów. Ku swemu zdziwieniu Trzęsikęsek odnotował w pamięci spory odsetek mieszańców krwi, w rodzimej wiosce rybaków będących ewenementem, gdyż miejscowy elejat, posępny, mało wyrozumiały i wyjątkowo rasistowski ork Murrh, zabraniał mieszania krwi między swymi ziomkami i ludźmi. Na ulicach Ostrogaru mieszańcy byli jednak czymś zupełnie normalnym, dowodząc przy okazji niezbicie znanej już wszystkim innym rasom jurności orkowego gatunku.

Myśliwy sprzedał swe skórki po długiej i zaciętej walce o cenę, zwyzywany na sam koniec przez rozeźlonego kupca od parchatych naciągaczy i oparszywiałych kmiotów. Wyzwiska wyzwiskami, ale napchany srebrnymi monetami mieszek wspaniale ciążył mężczyźnie w dłoni, toteż chowając go skrupulatnie pod kapotę Trzęsikęsek posłał kupcowi szeroki uśmiech i pomachał mu na pożegnanie ręką.

– Dwadzieścia pięć srebrników! – żachnął się Pchełek – Toż to… to siła! Pomyślałbyś kiedyś, że staniesz się taki bogaty? Przecie za to można z tuzin kur kupić albo nawet dwa koźlątka! Albo owcę!

– To jest miasto! – odpowiedział rozanielony myśliwy, klepiąc się ponownie po sakiewce – To jest życie! Ale z nas kmioty, żeśmy nigdy wcześniej nie pomiarkowali, coby samemu tutaj przypłynąć. Tu srebro leży na ulicach, toć sami widzita! Nic, tylko kuny a wiewiórki trzebić, a futerka zwozić! A może nawet spróbować się na gronostaje zasadzić?

– Ale Męczyworowi to nie w smak będzie – ostrzegł natychmiast Gusłek – On przecie nie pozwala się od wioski oddalać, nie dalej jak na pięć z łuku strzelań.

– Staremu powoli rozumu odejmuje – zaryzykował śmiałą uwagę Zager – Widać by nas najchętniej zewsząd opalikował i w wiosce do starości zamknął, a mnie to nie po myśli. Tylko niech się żaden dziadowi nie wygada, co myślę, bo pożałuje.

– Patrz, gdzie leziesz, parchu jeden! – ryknął jakiś konny w kolczudze i błękitnym płaszczu spływającym z ramion, torując sobie rumakiem drogę poprzez tłum pieszych – Precz, bo cię nahajką smagnę!

Hogur zrobił krok w bok kryjąc kąśliwe wyzwisko w cieniu swego kaptura, odprowadził jeźdźca złowrogim spojrzeniem.

– Słońce jeszcze ani w pół drogi do południa – zauważył Trzęsikęsek wyłapując wzrokiem kawałek jaskrawej tarczy wyzierający spoza przesłaniających niebo budynków – Zajdźmy tutaj, do tej oberży. Z zapachu miarkuję, że ktoś tam jakoweś mięsiwo piecze, a mnie już trochę skręca jak o tej paskudnej rzepie i kalarepie myślę. Posiedzimy trochę z boku, spróbujemy dla Łamignata chętnego w konkury znaleźć do siłowania, to może i co więcej zarobimy. Trza języki rozpuścić, o Sękacza i Krzesimira dobrze wypytać, chociaż tak sobie miarkuję, że nic nam to nie da. Widzita wy, ilu tu człeków, a inszych nieludziów się pałęta? Takie dwa ziomy jak oni to tutaj kamień w wodzie, iście kamień w wodzie.

– Idźcie beze mnie – odezwał się nagle Zager – Mam sprawę do załatwienia, jeno mnie wiadomą, sam muszę. Wiem, gdzie was szukać, a jak nie znajdę, będę stało przed zmierzchem przed faktorią Michelona.

– Ciekawem wielce, co to masz za sprawy? – Pchełek ujął się pod pachy, spojrzał na hogura pytającym wzrokiem – Pierwsześ raz tutaj bywały, a już samemu cichaczem sprawy idziesz załatwiać?

– Dowiesz się później – odparł nie znoszącym sprzeciwu tonem Zager – Dowiesz się… albo i nie. Bywajcie.

Hogur pożegnał swych kompanów beznamiętnym spojrzeniem, po czym zniknął w tłumie.

– Czasami ciarki mi po grzbiecie latają jak go widzę – powiedział Gusłek – Jedno jest wszakże pewnikiem: lepiej go mieć po swojej stronie niźli mu naprzeciw stawać. Dalej, wiara, ładujmy się do środka tej karczmy.

Bookmark the permalink.

One Comment

  1. Ciekawe opowiadanie, tylko kiedy będzie jego dalszy ciąg?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *