Grzechy ojców, część I

Pogranicze Tureganu, środek pory suchej

Chociaż na atramentowym nieboskłonie wciąż lśniły gwiazdy, widnokrąg na wschodzie już zaczynał jaśnieć wieszcząc nieuchronne nadejście dnia. Wyładowane skrzyniami i dzbanami wozy toczyły się z turkotem metalowych obręczy dnem wyschniętej dawno temu rzeki, ciągnięte przez porykujące żałośnie długorogie woły. Siedzący w kozłach smagli Esajanie o przepełnionych niepokojem oczach coraz częściej sięgali po swe baty, chłoszcząc szerokie zady zmęczonych całonocną podróżą zwierząt w nadziei na wykrzesanie z nich większego zapału.

Podskakujące na kamieniach czterokołowe wozy skrzypiały niemiłosiernie, wiszące na ich kozłach metalowe lampy kołysały się rytmicznie. Zmęczone zwierzęta coraz głośniej domagały się popasu, ale wozacy okazali się na ich porykiwania zupełnie nieczuli. Kiedy kawalkada zwolniła nieco tempa, kilku Esajan zeskoczyło z wozów podwieszając wołom skórzane bukłaki z wodą pod pyski. Nikt nie dopuszczał do siebie myśli o popasie w korycie rzeki i powodem tego nie była jedynie blada poświata przedświtu rozjaśniająca niebo na wschodzie. Rzadko uczęszczany zachodni trakt z Esai do Tureganu wiódł pograniczem Simeonu, wymarłego królestwa utopionego we krwi sześćset lat wcześniej przez legionistów legendarnego Katana Olebara IV. Zasypane całunem piasku miasta Simeonu spoczywały od setek lat pod wydmami pustyni, ale upiorne opowieści krążące w pogranicznych osadach Turenganu często straszyły wędrowców piaskowymi demonami, żądnymi krwi zjawami wysysającymi życie z błąkających się po bezdrożach podróżnych.

Esajanie trzymali na podorędziu swe proste długie miecze i lekkie kusze gotowi sięgnąć po oręż w razie śladu najmniejszego zagrożenia, ale biegające po obu stronach karawany wejhury nie zdradzały dotąd oznak niepokoju, świergoląc pomiędzy sobą i drąc pierze w napadach krótkotrwałej złości. Niewielkie kępy kolczastych zarośli porastające brzegi starej rzeki rysowały się plamami czerni na tle usianego gwiazdami nieboskłonu nabierając w wyobraźni Esajan złowieszczych kształtów, lecz spokój drapieżnych ptaków-nielotów pozwalał żywić nadzieję, że ostatnie mile dzielące karawanę od osady w Duviku nie przysporzą wędrowcom przykrych niespodzianek.

W ślad za karawaną maszerowało wytrwale pięć owiniętych podróżnymi płaszczami postaci, dotrzymując zaprzęgom kroku i rozmawiając ze sobą z rzadka przyciszonymi głosami. Esajańscy wozacy rzucali im co jakiś czas podejrzliwe spojrzenia, jakby spodziewali się, że obcy znikną pod osłoną ciemności porwani przez drapieżne zwierzęta lub pustynne upiory, piątka podróżnych dzielnie jednak podążała śladem karawany, z zawziętymi minami starając się nie okazywać kupcom słabości.

Kila dni wcześniej do karawany dołączył osobnik, który szpetnie przeklinał pod nosem poborców drogowych i minotaury. Szybko zapoznał się z czwórką przypadkowych awanturników podróżujących wraz karawaną, barwnie opowiadając o wydarzeniach ostatnich lat. O budowlach i świątyniach stolicy i o tym jak jego żona i dwie córki zmarły w trakcie zarazy ostatniej wiosny.

Gdy tylko zatrzymywali się na popas, troskliwie zajmował się oporządzeniem swojego wierzchowca (którego wcześniej chętnie użyczył towarzyszom podróży by dać odpocząć ich strudzonym nogom). Swój bukłak z piwem i żelazne racje sprawiedliwie rozdzielił pomiędzy wędrowców.

Kiedy tylko zapłonęły ogniska w dłoniach El Eitharta pojawił się notes a w nim, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, coraz to nowe obrazki: a to wpatrzonej w siną dal pięknej półorczej gwardzistki, a to żywo gestykulujących łowców czy w końcu kłócących się, grożących sobie nawzajem kułakami wozaków.

Zapewne większość kobiet uznałoby Eitharta za niesamowicie przystojnego. Wysoki, szczupły z przypruszonymi siwizną włosami. Wizerunek psuło jednak kilka blizn na twarzy, być może dodających mężczyźnie charakteru, ale bezsprzecznie szpecących sympatyczną twarz Ejtharta.

Drugą osobą wśród awanturników była półorczyca. Nie sposób było ją przeoczyć, a jak już się ją zobaczy to nie sposób o niej zapomnieć – Niestety.

Półorczyca, średniego wzrostu, której ciało zdawało się być zbudowane z samych ścięgien i mięśni. Wyglądała bardziej jak mężczyzna niż kobieta, ale w sumie gdyby była mężczyzną łatwiej byłoby otoczeniu przełknąć ten koszmar, który miała zamiast twarzy.

Jak typowy ork wiązała włosy w kucyk, prezentując całemu światu to COŚ. Prawą stronę twarzy miała całkiem przeciętnie normalną, niestety lewa znacznie odbiega od wzorca. Zdobiła ją koszmarna blizna. Jakieś pazurzaste stworzenie musiało chcieć zerwać jej twarz wieki temu. Blizny zaczynały się wysoko we włosach, cztery równoległe ślady, znaczyły czoło, deformują brew, policzek i usta. Źle leczone wargi zrosły się z lewej strony przez co jej mowa była dość niewyraźna. Można by było współczuć dziewczynie, gdyby nie jej gniewne spojrzenie oraz siła i pewność z niej promieniująca. Nie jeden rzekłby – jak masz odwagę to powspółczuj jej, ale ona może tego nie docenić.

Uhra nosiła się ubrana najczęściej w zbroje, z bronią u pasa na wzór doskonałych orczych wojowników.

Kolejnym awanturnikiem był goblin imieniem Mordil. Średniego wzrostu i wagi, dość dobrze zbudowany, chodzący lekko pochylony, poruszający się na ugiętych nogach. Sprawiał wrażenie jakby się ciągle bujał z jednej strony na drugą. W jego uszach znajdowały się stalowe i miedziane kolczyki.

Jego skóra nosiła odcień brunatno-żółtej, okraszona była również ciemnymi plamami.
Twarz była dość okrągła, oczy głęboko osadzone, nos i czoło poorane zmarszczkami. Oblicze tworzyło wrażenie wiecznie gniewnego. Kości policzkowe, wystawały dość nienaturalnie naciągając skórę na policzkach.
Jego najbliższym przyjacielem podróży był jaszczur, na którego grzbiecie goblin odbywał swoją drogę.

Mordil robił wrażenie ciekawego świata i różnego rodzaju nowinek. Bacznie przygląda się swoim towarzyszom podróży, stara się nie przeszkadzać nikomu, ale też nie trzyma się za bardzo z boku.

Kolejnym osobnikiem był El Trehant. Niemłody już półork niewyróżniający się wzrostem ani wagą. Wyglądał na nieco niezgrabnego osiłka; surowe rysy jego twarzy sprawiały, że trudno w pierwszej chwili poczuć do niego sympatię. Trehant za młodu zajmował się hodowlą ptactwa, jednak w końcu uznał, że ma coś ze swoich podopiecznych – chciałby tak samo jak one zwiedzać świat widziany za kratami ptaszarni. Dzięki solidnej budowie szybko znalazł zatrudnienie jako tragarz, a potem nauczył się powozić. Przemierzanie pustyni utartymi szlakami przestało mu jednak wystarczać – kusiły go jej tajemnice, choć czuł respekt przed zamieszkującymi ją groźnymi stworzeniami, intrygowała go jej nasycona mirażami magia. Poświęcił niemal połowę swojego życia, aby przygotować się do stawienia czoła wyzwaniom morza piasków – zdobył umiejętności łowcy, by radzić sobie z trudami pustyni oraz iluzjonisty, w nadziei na nabycie odporności na halucynacje i uroki, które niejednego sprawnego tropiciela powiodły do przykrego końca jako szkieletu bielejącego pośród piasków.

Ostatnim awanturnikiem był El Skela. Dobrze zbudowanym mężczyzną rasy ludzkiej. Wąskie usta nadawały mu zawzięty wyraz twarzy, nieduży nos i króciutko ostrzyżone włosy niczym nie różniły się od panujących w modzie ludzkiej trendów. Posiadał typowe ubranie narzucone na zbroję kurtkowo-metalową, nogi chroniły solidnej jakości buty, a całości dopełniał bardzo dobrej jakości płaszcz z kapturem chroniący od wiatru oraz chłodu pustyni. Jego uzbrojenie stanowi łuk typowy, prosta włócznia a na plecach przypięty miecz. Dodatkowo na prawym udzie posiadał umocowany sztylet a na każdym zarękawiu (karwaszu) widać było przytwierdzonych po pięć gwiazdek ze swobodną możliwością ich wyciągania do rzutu.
Podróżuje w towarzystwie starego i wysłużonego wałaha, na którym trzyma swój skromny podróżny dobytek. Zazwyczaj na twarzy ma nałożoną chustę zakrywającą mu część twarzy, a na głowę narzucony kaptur.

Skela przez całą podróż, trzyma się raczej na uboczu. Nie wdaje się w nadmierne konwersacje, sprawia wrażenie samotnika i odludka. Czasem odpowie na krótkie pytanie, jednak zbywa milczeniem pytania natury osobistej jak pochodzenie czy cel podróży.

Cała karawana porusza się dość wolno, a wzbijana kołami wozów i kopytami wołów kurzawa wciskała się drobinkami piaskowego pyłu w każdą szczelinę w odzieniu wędrowców, gryząc w nozdrza i drapiąc w kącikach oczu. Podciągając w górę osłaniający nos i usta pas materiału jeden z mężczyzn zeskoczył zwinnie z siodła puszczając wierzchowca samopas, odbił szybkimi krokami w bok, wspiął się po stromym zboczu rzecznego koryta na jego szczyt. Sypkie podłoże sprawiało, że kilkakrotnie omal nie stracił równowagi, łapiąc się w ostatniej chwili za wystające z gruntu krawędzie chropowatych skał.

Porośnięta kępami kolczastych zarośli wyżyna tonęła w ciemnościach nocy, oświetlona jedynie księżycowym blaskiem. Mężczyzna zmarszczył czoło spoglądając w kierunku wschodu, gdzie widnokrąg bladł zdradzając zbliżający się szybko dzień. Za kilka godzin słoneczna tarcza miała już wisieć wysoko na niebie, prażąc niemiłosiernie i zabijając nieubłaganym dotykiem promieni wszystkie stworzenia, które nie znajdą do tej pory bezpiecznego schronienia. Wędrowiec zdjął z głowy kaptur płaszcza, nasłuchując uważnie i wodząc badawczym spojrzeniem po mrocznych pustkowiach. Zza jego pleców dobiegł grzechot osypujących się w dół zbocza kamyczków, ale człowiek nawet nie drgnął, wciąż omiatając wzrokiem wyżynę.

– Coś się dzieje? – zapytał drugi mężczyzna, opuszczając własną chustę i ukazując szczupłą, pokrytą lekkim zarostem twarz o wysokich kościach policzkowych zdradzających niewielką domieszkę orkowej krwi w żyłach wędrowca – Coś zauważyłeś?

Nic – pokręcił przecząco głową człowiek, zdejmując prawicę z przypasanego do boku półtoraka – Nadchodzi dzień, musimy się pośpieszyć. Jeśli słońce dopadnie nas w tym miejscu, jedyny cień zapewnią nam wozy, ale woły mogą pozdychać w takim upale.

Starszy karawany twierdzi, że zdążymy do Duviku przed wschodem – odparł półork gładząc mimowolnie palcami bryłkę szklistej wulkanicznej skały wiszącą na rzemyku na jego szyi – Dostaje dreszczy na samą myśl o tym, że moglibyśmy nie dojechać na czas.

Nie on jeden – mruknął człowiek czystej krwi, odwracając głowę i spoglądając ponad ramieniem na oddalającą się szybko karawanę, sunącą pośród skrzypienia drewna, świstu batów i pokrzykiwań wozaków dnem starej rzeki – Chodź, zanim się za bardzo oddalą. Krótko przed świtem wychodzą na łowy drapieżniki, których wolałbym nie spotkać w pojedynkę ani nawet w parze. Gorlam strzeże ludzi dobrego serca, ale kto wie, ile do tej pory nagrzeszyli nasi esajańscy przyjaciele.

Półork skinął z aprobatą głową, razem z kapłanem zsunął się w dół zbocza truchtając w ślad za kawalkadą wozów. Jakiś kręcący się w tyle wejhur zaskrzeczał na widok nadciągających mężczyzn, nastroszył pióra próbując dziobnąć któregoś z nich na próbę. Półork wydał z siebie głośne syknięcie i zamarkował kopnięcie obutą w sandał nogą. Ptak zaskrzeczał jeszcze głośniej machając krótkimi skrzydłami, uciekł w stronę karawany wywołując krótkotrwały popłoch wśród reszty stada.

Przeklęte wejhury – warknął półork – Mają dzioby ostre jak brzytwy. Wczoraj jeden rozpruł mi sakwy, połowę rzeczy wywlókł na piasek. Ech, nadziałbym pokrakę na rożen, przynajmniej taki byłby z niej pożytek.

Nie śpiesz się za bardzo z pichceniem – odparł człowiek uśmiechając się kącikami ust – Esajanie bardzo sobie te ptaszyska cenią, są na pustyni po wielokroć lepsze od psów. Wyrządzisz któremuś krzywdę, to starszy ciebie każe na rożen nabić, a nam dodatkowo policzy za tłuściejszą niż zazwyczaj strawę.

Donośny gwizd Eitharta przywołał truchtającego niespokojnie ogiera, prychającego cicho i potrząsającego grzywą.


Eithart nie był osobą, która długo potrafiła przebywać bez modlitwy lub rozmowy z inną istotą. Spoglądał od jakiegoś czasu ukradkowo na Uhrę z wyraźnym przejęciem, gorąco współczując blizn na twarzy. Długo jednak zbierał się zanim zagadnął – Uhra, jaki potwór był zdolny przed śmiercią zadać Ci takie rany… – czas poświęcony na zastanawianie się jak dobrać słowa, spowodował, że kapłan zupełnie zapomniał o dobrych manierach i bez ceregieli zadał dość bezpośrednie pytanie.

Przepraszam za ciekawość, ale chyba mamy coś wspólnego. – Nie omieszkał ukazać podobnych blizn „zdobiących” jego twarz i uprzedził pytanie Uhry: – Być może pamiętasz oblężenie Gotom-Kir przez siły czarnoksiężnika Htaedkcalb’a cztery lata temu. Demon Harkor wyrył je na mym obliczu nim kapłani dokończyli inkantację i wysłali obu w niebyt. Wtedy też oddałem duszę Gorlamowi, gdyż on mi życie uratował i nikt inny tak łaskawie nie patrzy na walkę z demonami ciemności. Mam nadzieje, że zdążymy dotrzeć do Duviku nim zastanie nas słońce – zmienił nagle temat. – Uhra zluzuj konia Treantowi, bo z sił opada, a na jaszura Mordila raczej nie ma co liczyć, że go daleko nie poniesie – rzucił z uśmiechem, przyjacielsko klepiąc goblina po plecach.

Goblin chcąc odpowiedzieć coś towarzysko zadał kilka następujących po sobie pytań – Co wy tu właściwie tutaj robita? Wyciągnął w przyjacielskim geście bukłak w stronę towarzyszy.
Po co wy  tu przyszli? Rodzina być tutaj? Mieć jakaś sprawa? Pytania goblina były przemyślane już wcześniej, chociaż nie sprzyjająca aura nie pozwoliła im wcześniej wydostać się z ust Mordila.

Uhra wykrzywiła się paskudnie – być może miał być to uśmiech w zamierzeniu.

Co my tu robita? – powtórzyła pytanie goblina –  zapewne kwiatki zbieramy, żesz na smoczy zad – odpowiedziała popisując się wyjątkową elokwencją.

A od czego mam tą mordę szkaradną? – Tym razem szykowała się jakaś ciekawa odpowiedź dla kleryka –  nie chce mi się bajek prawić, żesz w dzieciństwie widły mi na łeb spadły. – dla bystrzejszych rozmówców odpowiedź być może wydałaby się dziwna, bo wideł zmieniających rozstawienie zębów to chyba jeszcze nie wymyślono.

Goblin chyba nie za bardzo chwycił ironię półorczycy i drążył temat dalej – Ty szukać kwiatek na pustynia? Lepiej do las iść i tam być duża śmierdzących badyli i tam zbierać – pociągnął łyk z bukłaka, którego nikt nie przechwycił z jego rąk i zagryzł kawałkiem mięcha, lekko już zalatującego.

Siedząca w siodle Uhra obejrzała się nad ramieniem taksując bacznym wzrokiem Mordila, rada w sumie skrycie z tego, że goblin zmienił w niezamierzony sposób bieg rozmowy. Gorlamicki kapłan oraz półork z Remzinu, z wyglądu łowca makunów, od czasu do czasu okazywali gwardzistce życzliwe zainteresowanie, w duchu szczerze ją tym zachowaniem denerwując. Dziewczyna od początku podróży odnosiła się do obu towarzyszy wędrówki w ostentacyjnie szorstki sposób: drażnił ją nie dość dobrze skrywany błysk współczucia w oczach Eitharta, kiedy z nim z konieczności rozmawiała na popasach, drażniło ją wrażenie litości kryjącej się w pozornie uprzejmych słowach Trenanta. Przyzwyczajona od dawna do brzydoty swej twarzy, Uhra zwykła nader srodze obchodzić się z mężczyznami, którzy okazywali jej współczucie, ponieważ doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie zachowaliby się w taki sam sposób wobec innego mężczyzny. Litowali się nad nią, ponieważ w swej samczej głupocie przywykli do przekonania, że brzydka kobieta była zarazem nieszczęśliwą kobietą.

Uhra obiecała sobie w duchu, że będzie panowała nad emocjami, toteż jak dotąd poprzestawała na marszczeniu czoła i przygryzaniu warg. Koń kapłana parsknął spłoszony, kiedy wierzchowiec Mordila zbytnio się do niego zbliżył, wyszczerzył ostrzegawczo zęby. Uhra ściągnęła usta w sarkastycznym uśmieszku przenosząc spojrzenie na sunącego miarowym krokiem jaszczura, przebierającego żwawo krótkimi łapami i szurającego łuskowatym brzuchem po kamienistym gruncie. Objuczony mnóstwem pakunków i juków gulmak niósł na swym grzbiecie kołyszącego się miarowo w siodle goblina, pokracznego wysłannika pustynnych szczepów z pogranicza ziem Katanów, który szukał sobie tylko znanych rzeczy we wschodnich królestwach ludzi. On sam nie budził dużego zainteresowania Uhry, chociaż dziewczyna nigdy nie spuszczała z goblina czujnego wzroku, kiedy przebywał w jej pobliżu. Znacznie bardziej ciekawił ją gulmak, nader rzadki na wschodnim wybrzeżu, a sprawiający wrażenie wierzchowca znacznie przydatniejszego na pustyni od konia. Masywny jaszczur wydawał się przewyższać konie wagą swego ciała, chociaż z powodu przysadzistej budowy był od nich niższy. Pokryty rogowymi tarczkami podłużny łeb kręcił się ustawicznie we wszystkich kierunkach, a osadzone po jego obu stronach wielkie okrągłe ślepia gapiły się cielęcym wzrokiem na otaczający stworzenie świat.

Gulmak narobił ogromnego rwetesu już na pierwszym popasie, w głębokiej pieczarze dzień drogi od granicy Esai. Jak się później okazała, ta akurat pora roku była okresem godowym gulmaków i młody, a przez to głupiutki jeszcze jaszczur Mordila postanowił nie opierać się już dłużej zewowi natury. Będąc jedynym przedstawicielem swego gatunku w karawanie zwierz zapałał niezrozumiałą żądzą w stosunku do ogiera Eitharta. Dumny rumak odpowiadał prychaniem i szczerzeniem zębów na sapanie i wywalony jęzor gulmaka, toteż jaszczur szybko przeszedł do bardziej bezpośrednich zalotów. Doczekawszy dogodnej chwili, kiedy podróżni zajęci byli układaniem na piaszczystym podłożu groty, gulmak podkradł się cichaczem do ogiera Eitharta i ucapił go przednimi łapami za zad wspinając się jednocześnie na tylne i prezentując w całej okazałości nabrzmiałe przyrodzenie.

Przeraźliwy koński kwik zjeżył wszystkim włosy na karkach. Łapiąc za pałki i kije podróżni rzucili się w stronę zwierząt przekonani, że przyjazny z natury i roślinożerny gulmak wpadł w jakiś niewytłumaczalny szał, lecz jeden rzut okiem pomiędzy tylne łapy jaszczura wystarczył wszystkim do uświadomienia sobie, że choć szło tu zaiste o żądzę, nie była to bynajmniej żądza krwi czy mordu. Odpędzony razami kijów gulmak porzucił śmiertelnie przerażonego tymi amorami rumaka, uciekł w kąt jaskini pomrukując żałośnie.

Opanowawszy w końcu atak dzikiego śmiechu Mordil pozbierał się z piasku, pogrzebał w swych sakwach wyciągając mały woreczek pełen sproszkowanego ziela, które posłużyło za główny składnik wywaru sporządzonego naprędce dla jurnego gulmaka. Jaszczur, uczciwie trzeba mu to przyznać, stawiał zaciekły opór przed karmieniem, ale kombinacja razów kijem i krzyków goblina zmusiła go w końcu do przełknięcia osłabiającego popęd płciowy specyfiku.

Ogarnięty ślepą paniką ogier gorlamity dochodził do siebie znacznie dłużej, po trzech dniach wspólnej wędrówki wciąż przejawiając w stosunku do gulmaka mieszaninę lęku i podejrzliwości.


Jakoś tym razem znów przypomniała się orczycy scenka z przed kilku dni. Chcąc jeszcze bardziej zepchnąć temat z własnej osoby zagadnęła kapłana.

Dajcie pozór, świątobliwy mężu, co by waszego ogiera nie za często chwostem ku jaszczurowi obracać – oznajmiła Uhra z trudem udając powagę – Zwierz niby do figli nieskory, ale jak mu co do łba strzeli, patrzał nie będzie, czy na jego oblubieńcu kto aby w siodle nie siedzi. I do tego pewnikiem zajedno mu będzie, w któren zadek kuśką trafi, we wierzchowca czy w jeźdźca.

Eithart z trudem powstrzymał się od śmiechu, gdy pokazał wymownie kto, póki co, zadek na rumaku trzyma. Trehant parsknął z cicha śmiechem.
Ech do rzyci świątobliwym coś rzec. Odezwała się Uhra. – Przeczyta pare ksiąg mądrych a potem i tak wszystko na babę – że chutliwa i z gulmakami chce sodomie czynić. Tfu na psa urok, bierz człeku tego rumaka!
Teraz już wszyscy rykneli serdecznym śmiechem. Nikt przez kilka najbliższych chwil nie wsiadł jednak na konia. Z całej sytuacji najbardziej zadowolony był zdecydowanie rumak, któremu taki niespodziewany obrót sytuacji ułatwił życie, bo jak to mówią – baba z wozu – koniom lżej. Wierzchowiec szedł teraz parskając radośnie.
W końcu po kilkunastu minutach Eithart przerwał końską idyllę i wskoczył w siodło. Nie obyło się oczywiście bez sprośnej dyskusji i kolejnej dawki śmiechu.

Tym razem zaczął Mordil. – Ja nie wiedzieć, ja jeszcze raz przepraszać, to być młoda jaszczur i mieć duża chuć, ja nie wiedzieć, że on nigda i z żadna samica nigda. Udając, że nic się nie stało i szczerząc zęby w szyderczym uśmiech sięgnął po bukłak pociągnął łyka i zaczął nucić sprośną piosenkę….

Lubię jak się do mnie skradasz, dobierasz się i nic nie gadasz, jak czule ze mną tak flirtujesz, jak pazurki swe szykujesz, rośnie namiętności chcica gdy zaczyna moja kocica, prężąc się leniwie pomału gotuje się do ceremoniału drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak łał drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak lubię to wieczorem o świcie leżąc przy swojej kochanej kobicie na wozie jak jadę i pędzę mając obok siebie tą leniwą jędzę drapanie odpręża niesamowicie bo czasem ciężkie jest chłopa życie i może o tym jeszcze nie wiecie że po to są pazurki kobiecie drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak łał drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak łał drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak moja kocico drap mnie drap ty wiesz że lubię to bardzo tak najlepiej jest na jakimś łóżku gdy drapiesz mnie po klacie i brzuszku po plecach i dużym paluszku;.. albo lepiej go nie ruszaj bo skończy się drapanie a zacznie się kochanie drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak łał drap łoo drap wyżej niżej o tak kurwa nie drap byle jak.

Po tym pokazie oratorsko-recytatorskich zdolności goblina, wybuchła kolejna salwa śmiechu.

W tym czasie karawana zbliżała się do celu swojego następnego popasu. Rosnące po obu stronach koryta krzewy gęstniały coraz bardziej zdradzając istnienie podziemnych źródeł wody. Teren zaczął się podnosić, przechodząc w niskie wzgórza o skalistych grzbietach, górujących coraz wyżej nad traktem. Blada poświata przedświtu stawała się coraz silniejsza, chociaż słońce wciąż jeszcze nie wychynęło poza linię widnokręgu. Zaprzęgi jechały znacznie szybciej niż do tej pory, jakby ciągnące je zwierzęta wyczuwały już bliski kres drogi. Wzbijana w powietrze kurzawa zgęstniała, toteż idący w ślad za wozami piesi przyśpieszyli kroku zmuszając się mimo zmęczenia do truchtu i wyprzedzając ostatnie w szyku wozy. Na twarzach siedzących w kozłach Esajan pojawił się wyraz ulgi, chociaż nikt jeszcze nie odkładał broni. Ta akuratnie pora była ostatnią dla wielu nocnych drapieżników chwilą, aby coś upolować przed nastaniem skwarnego dnia, zmuszającym pustynne zwierzęta do odwrotu w skalne pieczary i głębokie nory. Zapach zziajanych wołów i ich porykiwania mogły zwabić w okolice karawany stworzenia, które nie gardziły również ludzkim mięsem, więc tylko głupiec pozwalałby się teraz uśpić poczuciu fałszywego bezpieczeństwa.

Co to za wrzawa? – pierwsza spostrzegła zamieszanie owinięta podróżnym płaszczem dziewczyna, odrzucając w tył kaptur i ukazując w pełnej krasie swą paskudną bliznę – Coś się stało!

Wzdłuż karawany poniosły się dzikie wrzaski wejhurów gromadzących się po prawej stronie traktu i skrzeczących w stronę wyjątkowo gęstej kępy krzewów porastającej łagodne w tym miejscu zbocze rzecznego koryta. Esajanie podnieśli się w kozłach, ci z nich, którzy akurat nie powozili wymierzyli w gęstwę swe kusze mamrocząc jednocześnie pod nosami modlitwy słane do Gothmeda i Sharami, bóstw utożsamianych z pustynią i czczonych najchętniej w dzikim, przesądnym Esai. Jeden po drugim zaprzęgi przesuwały się obok zagajnika, w którym panowała złowieszcza i wcale przez to nie łagodząca napięcia cisza. Wejhury zaczęły dołączać do kawalkady, ale ich osadzone na gibkich długich szyjach głowy wciąż odwracały się w kierunku niewidocznego z wysokości traktu źródła ptasiego niepokoju.

Trzymajmy się razem – rzucił gorlamita kładąc dłoń na rękojeści przypasanego do boku miecza – To może być jakiś zwierz, który podkradł się prosto pod szlak.

Bookmark the permalink.

9 Comments

  1. Fajna forma przekazania tego co się dzieje w sesji PBF. Mnie się podoba. 🙂

  2. Dobra robota, choć fragmentami wymaga doszlifowania. Jedno jest pewne: Keth nie może powiedzieć, że nikt go nie pytał o to, czy powstanie opowiadanie na podstawie GO 😛

  3. Ależ ja nie mam absolutnie nic przeciwko! 😉

  4. Całkiem niezłe, zobaczymy jak będzie dalej.

  5. Dlas mnie super. Ty.m bardziej, że trochę (podobnie jak reszta graczy) przyczyniłem się do powstania tego tekstu

  6. Wypas!
    I teraz można zebrać kilka takich opowiadań PBF'owych w jedną całość i mamy porządne "czytadło". Nie tylko dla grających, ale również dla czytelników!

  7. Brakuję mi tu trochę głosu tych, którzy nie uczestniczą w PBF-ach (wiem, że część z komentujących nie brała udziału w tej sesji, dlatego wielkie dzięki za komentarz). Chciałbym się jednak dowiedzieć od tych pozostałych, czy ta forma jest dla nich ciekawsza, niż przebijanie się przez gąszcz tekstu na forum. Zabawa w taką formę trochę czasu zajmuję, a jeśli ma służyć tylko tym co grają w PBF-ach to trochę bez sensu. W sumie oni wiedzą na czym ta zabawa polega i jeśli będą zainteresowani to przebrną przez kilka stron tekstu na forum. Dlatego ghasta, Mruf, avnar, Oggy, Denver i inni nie uczestniczący aktualnie w żadnych sesjach pbf-owych dajcie znać, czy taka forma Wam bardziej pasuje?

    Swoją drogą może warto pobawić się i zebrać te kilkanaście już opowiadań w jakiś porządny pdf i puścić w sieć, żeby inni ocenili czy im się podoba. Trochę tego już zebrało się. Dodając do tego rysunki np. mordiego, może wyjść całkiem przyzwoity i pokaźny zbiorek opowiadań o świecie KC. W ostateczności, jeśli będzie to na prawdę dobrze przygotowane edytorsko, można się nawet pokusić o wersję drukowaną taką jak chociażby Lustro Melerusa (Ci co zdecydowali się je zdobyć dla siebie wiedzą o co chodzi?). Jeśli nie będzie kolorowych obrazków to cena nawet przy 100 stronach lub więcej nie powinna być bardzo wygórowana.

  8. To jest akurat fragment opowiadania na podstawie PBF-a, w którym brałem udział; poza tym, w którym aktualnie gram, śledzę tylko jeden. Do innych PBF-ów nawet nie zaglądam, ale w formie podobnej do powyższego tekstu pewnie bym nie omieszkał.

  9. Pomysł fajny, wierzę że b. trudno poskładać coś takiego razem, widać to zresztą w nierównym tempie tekstu i momentami kopiowaniu postów bez obróbki.
    Ale brawa należą się za sam poświęcony czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *